Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Who will tell the story of your life?". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Who will tell the story of your life?". Pokaż wszystkie posty

27 września 2013

"Who will tell the story of your life?" Cz. 6 [Raksha Morte]

27 września 2013


"Who will tell the story of your life?" Cz.6


Anger and agony
Are better than misery
Trust me I've got a plan
When the lights go off you will understand


    Ciemność otaczała ją ze wszystkich stron, nie opuszczała, otulała swym chłodnym uściskiem, dawała wytchnienie i kryjówkę. Zwykle. Jednak nie tym razem. Mrok przytłaczał, wydawał się ciężki i nieprzystępny, muskał ją zimnymi palcami i wywoływał nieprzyjemny dreszcz na kręgosłupie. Jej własne ja obróciło się przeciwko niej. Tylko że to nie był ten tak dobrze jej znany i ukochany Cień, ten był inny – zły i niebezpieczny. Niemal czuła złowrogi oddech na swym karku, problem jednak leżał nie wokół, a w niej samej – to ona nosiła w sobie Mrok, który powoli ją wyniszczał.
    Ciche, groźne powarkiwanie dobywało się z jej gardła, gdy ból falami przepływał przez zwykle silne i dumne ciało pantery. Łapy drżały słabo, gdy stawiała małe i powolne kroki, próbując dotrzeć do… Właściwie sama już nie wiedziała, gdzie zmierzała. Szła przed siebie, tylko po to, by nie poddać się wyniszczającej sile, by udowodnić sobie, że jeszcze posiada dawną wolę walki. Każdy mięsień spinał się w proteście, próbując zmusić czarną do postoju, do zatrzymania się, jednak ona szła dalej. Z pochylonym nisko pyskiem i zmęczonym wzrokiem fioletowo-zielonych ślepi utkwionym w lesie przed nią.
    Wspomnienia opanowały wszystkie jej myśli, mieszając się z palącą świadomością słabnącego organizmu. Chciała wiedzieć, dlaczego kiedyś przyjazne żywioły poczęły obracać się przeciw niej, dlaczego nie mogła przywołać ognia, nie odczuwając miażdżącego uczucia za uszami. Stając przy magicznych artefaktach, po raz pierwszy w tym życiu poczuła, że zaczyna poznawać swój los, rozumieć wspomnienia pierwszego życia, które ponownie nawiedziły jej umysł.
**
    - Dlaczego odczuwam ból? – zapytała białowłosa, spoglądając na Kasydiona, który spokojnie jechał na swym wierzchowcu tuż przy boku jej białej klaczy. – Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło – dodała ciszej, spuszczając wzrok na blade dłonie ściskające wodze.
    - Taki jest nasz los – odpowiedział powoli brunet, zwracając spojrzenie błękitnej tęczówki na dziewczynę. – Połączenie z każdym następnym żywiołem przynosi ból, im więcej żywiołów, tym większe cierpienie. Dlatego nigdy nie istniał żaden z nas panujący nad wszystkimi sześcioma – każdy prędzej czy później wariował i ginął.- Głos czarnowłosego był spokojny, ale również zabarwiony goryczą, zupełnie jakby znał los tych, o których mówił.
    Akallabeth wciągnęła na chwilę powietrze, przymykając powieki. Tylko dwa żywioły, tylko przy użyciu jednego odczuwała ból, a jednak echo tego ciągle tkwiło w jej umyśle, nigdy nie znikając.
    - Czy ty też tak cierpisz? – Spojrzała na mężczyznę, ale on nie patrzył już na nią. Wzrok utkwiony miał gdzieś w przestrzeni przed nimi.
    - Nie aż tak, Cień poniekąd niweluje ten efekt – odparł z zamyśleniem ale również pewnym smutkiem wymalowanym na twarzy. Spojrzał na dziewczynę, potrafiąc sobie wyobrazić, jak musiała cierpieć. Nie potrafił wytrzymać tej myśli, odwrócił wzrok. – Nacierpiałem się przez niego już wiele i jeszcze wiele się nacierpię. Nigdy też nie dam rady opanować żadnego innego żywiołu – dodał głosem wyzutym z emocji, całkowicie bezbarwnym.
    Białowłosa uniosła brwi w zdziwieniu. Ciągle łapała się na tym, że kiedy już zaczynała wierzyć w potęgę ich podobnym, Kasydion sprowadzał ją na ziemię. Przeczył wszystkiemu, co myślała.
    - Dlaczego?
    Uśmiech, jaki jej posłał, pozbawiony był humoru – ponury, pełen goryczy, ścisnął ją za serce bardziej niż jakiekolwiek słowa.
    - Cena za nietykalność. Nie urodziłem się z Cieniem, nie dostąpiłem połączenia, wykupiłem sobie jego posłuszeństwo – wyjaśnił spokojnie, coraz bardziej zadziwiając dziewczynę. – Ciemność jest jedynym żywiołem, który obdarzy połączeniem tylko wybranych. Inni muszą sobie na to zapracować.
    Chwilę milczeli, zanim do głowy białowłosej przyszło jeszcze jedno pytanie.
    - Da się jakoś pozbyć tego cierpienia?
    Kasydion posłał jej krótkie spojrzenie, po czym uśmiechnął się pod nosem.
    - Owszem – zaczął. – Musisz połączyć się z każdym żywiołem…
**
    Potknęła się, prawie niwecząc wszystkie swoje wysiłki w próbie nie poddania się mrokowi. Zacisnęła szczęki, podrażniając ledwie zasklepione ranki na dziąsłach – krew spłynęła spomiędzy kłów, ledwie widoczna na ciemnej sierści.
    Dwa żywioły. Tylko tyle, tylko dwa połączenia. Mrok demona musiał uruchomić mechanizm obronny, ale równocześnie sam w sobie zabijał ją od środka. Musiała przetrwać, tak jak przetrwała własną śmierć, ocalona przez Cień. Wybrana, obdarzona połączeniem.
    Warknęła wściekle, ogon strzelił przy drżących bokach, a pantera trzęsąc się, ponownie stanęła na równych łapach. Krok, jeden, drugi, trzeci. Mięśnie spinające się w proteście i miażdżący ból za uszami. Niewidzialny płomień spalał jej duszę, ale szła dalej.
    - Nie tym razem – mruknęła pod nosem, przyspieszając kroku. Wzrok utkwiony miała przed sobą, krew buzowała jej w żyłach, a śladowe ilości adrenaliny pozwalały przetrwać nieustępliwy ścisk w piersi. 
**
    Na polanie panowała całkowita ciemność, ognisko nie płonęło, a w oknach domków nie widać było żadnego światła. W ogromnym, drewnianym budynku panowało poruszenie, widzieli to nawet z przeciwległej strony obozowiska. Rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenia i zgodnie ruszyli stępem przez polanę. Coś było nie tak, gdy zatrzymali się przed drzwiami, Aldamir wychynęła z budynku w białej sukni i z łagodnym uśmiechem na twarzy, jakby właśnie ich oczekiwała.
    - Jesteście w końcu, nie mogliśmy doczekać się waszego powrotu – oznajmiła, kiedy zeskoczyli na ziemię, a ich wierzchowce zaczęły paść się spokojnie.
    Brunet od razu stał się podejrzliwy, zauważając brak bransolet na nadgarstkach przywódczyni. Ewidentnie coś knuła i obawiał się, że może to być dla nich bardzo niekorzystne.
    - Jak udała się misja? – zagadnęła, schodząc po kilku stopniach i stając tuż przy nich. Akallabeth widocznie również wyczuła groźbę niebezpieczeństwa, ponieważ rzuciła Kasydionowi krótkie spojrzenie, które nie uszło uwadze szatynki.
    - Dobrze, ale musieliśmy ich przegonić – odpowiedział brunet, zanim białowłosa zdołała się odezwać. Miał nadzieję jakoś odszyfrować zamiary przywódczyni. – Już się więcej nie pokażą, Akallabeth napędziła im stracha – dodał, uśmiechając się lekko do dziewczyny, która również odwzajemniła gest. Grali spokojnych i szczęśliwych z ukończenia misji, a przywódczyni zdawała się to kupować.
    - To nic takiego, po prostu trochę pobawiłam się ogniem – stwierdziła skromnie białowłosa, zgrywając nieśmiałą.
    Aldamir uśmiechnęła się ciepło, jakby właśnie była dumna ze swoich pociech. Niemal matczyne gesty wyglądały bardzo prawdziwie, jednak brunet nie dał się temu zwieść. Jego obawy rosły z każdą chwilą.
    - Świetnie. Chodźcie do nas, wszyscy chcą wam pogratulować. Nawet urządziliśmy niewielkie przyjęcie – powiedziała szatynka, puszczając im perskie oko i rozciągając usta w rozbawionym geście.
    - No sama nie wiem, jesteśmy zmęczeni – odparła powoli i jakby z zakłopotaniem białowłosa, ona również zaczynała mieć niepokojące przeczucie co do zamiarów ich przywódczyni.
    - Rozumiem, na pewno podróż was wykończyła – przyznała z troską Aldamir, jednak nie miała zamiaru odpuścić. – Ale może wejdziecie chociaż na chwilkę, długo na was czekaliśmy. Potem będziecie mogli odpocząć do woli – zaproponowała pojednawczo, jakby rzeczywiście w trosce o nich.
    Para wymieniła między sobą spojrzenia. Oboje nie chcieli tam iść, jednak wiedzieli, że nie mają wyjścia. Kasydion niemal niezauważalnie skinął głową, a Akallabeth uśmiechnęła się lekko i odwróciła do przywódczyni.
    - Dobrze, na chwilkę – zgodziła się. Podążyli za szatynką do wnętrza budynku, nie mając pojęcia, że ta noc skończy się dla nich gorzej, niż przypuszczali.
**
    - Głupia, miałaś tam nie iść – szepnęła, przymykając powieki, oczami wyobraźni widząc wnętrze. Twarze przyjaznych magów, lekko smutne, błękitne oczy złotowłosego Alcarina, błyszczące się brązowe tęczówki Lithii i czarne tatuaże wokół nadgarstków Aldamir. To były jej wspomnienia, i chociaż tak odległe, z zupełnie innego życia, bolały jak prawdziwie.
    Łapy zadrżały niebezpiecznie, gdy przystanęła na chwilę, by nabrać głębszy oddech. Otworzyła ślepia, spoglądając na ściółkę, na liście poruszane przez jej urywany, ciężki oddech. Mrok przeszywał ją bólem wręcz porównywalnym do tego, który czuła w tamtym życiu. Jakby spalano jej duszę, jakby coś niszczyło ją od środka, powoli pożerało ciało i ducha, na zawsze. Nie miała już siły iść, nie miała siły by walczyć, ledwie trzymała się w pionie. Czuła, że zaraz uderzył o podłoże, upadnie i już nie wstanie. 
**
    - Wybacz, nie mogę pozwolić, byś chodziła pośród nas….
   - Co?! Czekaj, co wy robicie?! – Próbowała się wyrwać, ale przywiązali jej nadgarstki do metalowych obręczy, była całkowicie unieruchomiona.
    - Czy tego nie widzisz? Już niszczysz samą siebie, my tylko oszczędzimy ci cierpień…
    - Nie… Nie, poczekajcie, przecież nic wam nie zrobiłam – rozpaczliwe próbowała się bronić, ale smutny wyraz oczu Aldamir mówił wszystko. Tej nocy miała zginąć, na zawsze, i nikt nie mógł jej pomóc.
    - Stwarzasz zagrożenie dla siebie, tak samo jak i dla nas. Już oszalałaś, nie mamy wyjścia…
    Ogień. Czarny ogień ogarnął wiązki drewna ułożone wokół niej. Powoli piął się po gałązkach, aż w końcu sięgnął jej skórzanego stroju. Duszący dym dostał się do gardła, powodując uciążliwy kaszel, niemal uniemożliwiając wykrzyczenie tego, jak wielki ból przeszył jej nogi, a potem ramiona. Ogień powoli trawił skórę, ale równocześnie jakimś nieznanym sposobem zdawał się rozpalać wnętrze klatki piersiowej, rozprzestrzeniać się wewnątrz ciała. Gorące powietrze wysuszało każdą łzę, która zdołała spłynąć po osmalonych policzkach. 
    W obliczu niechybnego końca miała wrażenie, że przed oczami widzi dwukolorowe tęczówki bruneta. Ciemność ogarniała ją, powoli mieszając się z bólem, który począł być dziwnie odległy. Wpadła w stan otępienia, chociaż jej ciało i dusza ciągle spalały się w czarnym ogniu. Miała zostać unicestwiona na zawsze, taki był plan. Przymknęła powieki, czując, jak odpływa. Zanim całkiem wyłączyła się jej świadomość, zanim zaakceptowała fakt, że umiera, usłyszała jeden, znajomy szept: „To jeszcze nie jest koniec…”
    Przymknęła powieki, a lekki uśmiech rozciągnął jej wargi. Biały płomień, niczym błyskawica przeszywając burzowe niebo, rozświetlił na sekundę Mrok pochłaniającej ją Czarnej Śmierci, zanim jej dusza na zawsze opuściła to ciało.
**
    Krok, jeden, drugi, trzeci. Drżące ciało, tak słabe, że prawie niezdolne do ruchu. Miażdżące uczucie w czaszce, które odbierało zdolność logicznego myślenia.
    Poddaj się, to już koniec…”
    Ból rezonujący z piersi aż po koniuszek ogona, falami zalewający każdą kończynę, pozbawiając panterę uczucia równowagi. Chwiała się, próbując utrzymać się na równych łapach, podpierając się bokami skrzydeł. Uszy ciasno położyła na czaszce, ogon ledwie ruszał się przy boku. Chrapliwy oddech wydobywał się spomiędzy zaciśniętych szczęk. Strużka krwi zastygła na brodzie, a poranione dziąsła dodawały otępiającego bólu. Świat wydawał się rozmazywać przed oczami, gałęzie poruszały się leniwie, szeptały jej do ucha niestworzone opowieści, budząc dziwny lęk, ściskając za wnętrzności. Z Mroku dziwne stwory szczerzyły do niej upiorne szczęki pełne ostrych kłów, blade ślepia obserwowały każdy ruch z zakamarków Cieni. Księżyc zdawał się wyśmiewać marne próby dojścia do celu podróży.
    „Nie dasz rady, poddaj się…”
    Czarny płomień znów spalał jej wnętrze, domagał się ofiary, której pożądał, której nie dostał, a która należała mu się od dawna. Łaknął duszy, pożerał ją, przywołując wszystkie bolesne wspomnienia. Rujnował wyobrażenie świata, spychał w dół przepaści, z której nie było już ucieczki. Naśmiewał się z jej daremnych wysiłków, uczynił z drapieżcy swą własną ofiarę.
    Chrapliwy, wściekły warkot dobył się ze spierzchniętego gardła pantery. Pazury wbiły się w poszycie, a mięśnie napięły w gotowości, boleśnie protestując. Uśpiona wola walki na nowo zaczęła rozpalać wnętrze czarnej, walcząc z ogarniającą ją beznadzieją. Ogon począł na nowo strzelać przy bokach, oddech przyspieszył niebezpiecznie, a w żyłach wraz z Mrokiem popłynęła adrenalina.
    - Nie tym razem – powtórzyła, warcząc pod nosem. Zeschnięty przełyk palił nieprzyjemnym bólem, ale przynajmniej odciągał myśli od wyniszczającego Mroku.
    Czuła, jak jej barki trzęsą się z wysiłku. Jak łapy ledwie utrzymują ciężkie ciało, a mięśnie z każdą sekundą słabną. Usłyszała też, jak wokół poczęła zrywać się wichura, poczuła, jak powietrze wypełnił zapach nadciągającej burzy, pod przymkniętymi powiekami dojrzała biały blask pioruna, a po chwili ciszę przerwał potężny grzmot. Nowe odczucia wypełniły jej ciało, ucisk na czaszce zdawał się mniejszy, a spalający ją Mrok wezbrał na sile. Zatrzymywała w sobie to wszystko, każdy dźwięk, każdy zapach, każde pojedyncze drgnięcie ciała, każdą falę przeszywającego bólu, aż wreszcie stała się kłębkiem czystej wściekłości. Gdy ściana deszczu uderzyła o ściółkę, wraz z kolejnym grzmotem dała ponieść się instynktom, uwolniła tę najpierwotniejszą istotę. Z rykiem całkiem niepodobnym do niej wybiła się z miejsca i ruszyła przed siebie, gnając przez las tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu.
    Mięśnie z każdym krokiem wysyłały fale drętwiejącego bólu wzdłuż kończyn, Mrok coraz szybciej począł rozprzestrzeniać się po jej ciele, mieszając się z adrenaliną buzującą w krwi, a zmęczenie zamieniło się w czystą furię. Obłęd w fiołkowo-zielonych ślepiach, chrapliwy oddech i obnażone, pokryte krwią kły – tak prezentowała się teraz pantera, sama ze sobą walcząc, by przebiec kolejne metry. Wiatr gnał ją do przodu, deszcz strugami obmywał umęczone i obolałe ciało, ziemia pod stopami była miękka i idealna do biegu, błyskawice raz po raz rozświetlały niebo, wypełniając powietrze ogłuszającym dźwiękiem, a cienie wychylały się ze swej kryjówki, by owinąć chłodnymi mackami panterę. Mrok w jej duszy zaczął powoli wycofywać się, opuścił kończyny, gnieździł się w piersi, niemal odbierając oddech. W finalnej fazie, gdy myślała już, że zaraz braknie jej tchu, gdy ostatecznie ból ścisnął jej serce, wypadła spomiędzy drzew na pustą polanę, a Mrok rozpłynął się po kończynach, pozostawiając za sobą tylko echo niedawnego cierpienia.
    Zamrugała, dysząc ciężko i rozglądając się wokół. Deszcz zelżał, wiatr niemal całkiem się uspokoił, a błyskawice przestały przecinać zachmurzone niebo. Jeszcze chwila, a burza całkowicie odeszła, księżyc na nowo pokazał się na nieboskłonie, oświetlając polanę swym blaskiem.
    Ostatkiem sił zrobiła kilka drżących kroków w stronę niezapalonego ogniska, słaniając się na boki ze zmęczenia, ledwie utrzymując się w pionie, dla podparcia używając skrzydeł. Pokonała wyniszczający ją Mrok, ale czuła, że jeszcze bardzo długo będzie osłabiona, a zdarzenie to odciśnie piętno na jej życiu.    
    Upadła bokiem na ziemię tuż przy drwach ustawionych na ognisko, nie dała rady przejść więcej. Ciężki oddech powoli uspakajał się, gdy leżała na wilgotnej trawie, wpatrzona przed siebie. W fiołkowych ślepiach niewiele było widać prócz zmęczenia, a jednak wydawały się być spokojne, nawet zadowolone. Cienie przenikały skórę pantery, owijając jej ciało czymś przypominającym niewielką mgiełkę.
    Podniosła wzrok na wilgotne drewno, jakby przygotowane do rozpalenia ogniska. Nie namyślając się długo wykrzesała ostatnie dawki adrenaliny buzującej jej w żyłach i posłała iskrę, która roznieciła płomień. Po chwili wszystkie drwa zajęły się ogniem i oświetliły polanę wokół, dostarczając przyjemnego ciepła. Niewielki ból przeszył czaszkę czarnej, ale nie wydawał się już taki zły. Przeciwnie, ból zmęczonych mięśni wydawał się najsłodszym uczuciem, jakie teraz ogarnęło jej ciało – jedynym prawdziwym i słusznym.
    „To jeszcze nie koniec…”
    Uśmiechnęła się lekko pod nosem i przymknęła ślepia, nasłuchując dźwięków lasu.

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all


[Naszło mnie, więc powstała ostatnia część tej serii. Dość niejasna, ale taka ma być. Mrok, o którym jest tutaj mowa, to ten z naszego zadania - jak pewnie niektórzy się domyślali. Trochę krótkie, średnio mi się podoba, ale chyba ujdzie w tłumie. Gratuluję tym, którzy przebrnęli.
Fragmenty tekstu pochodzą z piosenki "Pain" - Three Days Grace]

30 czerwca 2013

"Who will tell the story of your life?" Cz.5 [Raksha Morte]

    - Kim jestem? – cichy głos Akallabeth przebił się przez szum wodospadu.
    Leżała na polanie, wpatrując się w ogromny księżyc, który oświetlał ich swoich bladosrebrnym blaskiem. Na niebie gdzieniegdzie można było dojrzeć pojedyncze gwiazdy, jednak oprócz nich i łagodnego półkola nic nie rozświetlało wyjątkowej czerni nocy. Cisza raz po raz przerywana była przez świerszcze lub zwierzęta, które tylko nocą wychodziły ze swych kryjówek. W niewielkim jeziorku odbijał się obraz nieboskłonu, a woda falowała z wolna, poruszana przez łagodny wietrzyk.
    - Anioły, demony, przeklęci, czarnoksiężnicy, opętani. Różnie nas nazywano – odpowiedział jej niski głos należący do czarnowłosego, który zasiadł obok niej, jak zwykle zajmując się czyszczeniem swego miecza. Czarna klinga lśniła złowrogo w srebrzystym świetle, emanując dziwną poświatą.
    Białowłosa podniosła się, opierając na łokciach i spoglądając na mężczyznę. Twarz miał skupioną, a jednocześnie o wiele bardziej zrelaksowaną niż gdy przebywali na terenie obozu, mimo to cała jego postawa wskazywała na ciągłą czujność, jakby w każdym momencie spodziewał się nadejścia niebezpieczeństwa.
    - Jesteśmy tacy sami? – zapytała, mając nikłą nadzieję, że może towarzysz podniesie na nią wzrok, jednak ten pozostał skupiony na mieczu.
    - Nie – zaprzeczył, ale nie pokusił się o więcej wyjaśnień.
    Dziewczyna, nieco już zirytowana zdawkowanymi odpowiedziami, usiadła prosto, wbijając spojrzenie w sylwetkę Kasydiona.
    - Ponieważ… - zaczęła, specjalnie przeciągając końcówkę słowa.
    Czarnowłosy podniósł na nią wzrok dwukolorowych tęczówek, a widząc jej nieustępliwą minę, westchnął cicho. Schował miecz do pochwy leżącej obok niego i odłożył go na bok, ale tak by był w zasięgu ręki. Nie chciał odpowiadać na pytania, obawiał się, że posiadana przez niego wiedza może tylko zaszkodzić białowłosej, jednak nie mógł dłużej odmawiać rozmowy. Akallabeth nauczyła się stawiać na swoim.
    - Jeszcze parę dni temu miałem wątpliwości, jednak kiedy przyswoiłaś nowy żywioł bez problemu, potwierdziły się moje obawy – zaczął, a jego głos stał się o wiele poważniejszy niż zwykle, przyprawiając o niepokojąco szybkie bicie serca dziewczyny. – Różnimy się, chociaż tak naprawdę jesteśmy identyczni. Różnica polega na tym, że ja jestem starą duszą, a ty nowonarodzoną – zakończył, kładąc dłonie na skrzyżowanych nogach i spoglądając na białowłosą w celu sprawdzenia jej reakcji.
    Zmarszczyła brwi, przetwarzając w głowie ledwie zasłyszane informacje. Nie miała pojęcia co znaczyły terminy użyte przez Kasydiona, jednak to zupełnie inne słowo przykuło jej uwagę.
    - Jakie obawy się potwierdziły? – Podniosła wzrok i napotkała spojrzenie dwukolorowych tęczówek, nad wyraz poważnych i spokojnych, a jednak skrywających o wiele bardziej skomplikowane emocje.
    - Twoja aura wydawała mi się znajoma, ale miałem nadzieję, że jednak nie jesteś taka jak ja – powiedział, unosząc kącik warg w smutnym uśmiechu. – To nie jest życie, jakiego bym ci życzył – dodał, a białowłosa niemal wstrzymała oddech.
    - Tylko… - zaczęła, chcąc zatuszować własne pogmatwane uczucia i zażenowanie z tego wynikające, próbując myślami wrócić do jego poprzednich słów. – Dlaczego nazwałeś siebie starą duszą, a mnie nową? – zapytała, wykorzystując fakt, że Kasydion zaczął w końcu odpowiadać dłuższymi zdaniami.
    - Nowonarodzoną – poprawił ją, a białowłosa uśmiechnęła się lekko. – Starą, czyli nie żyję po raz pierwszy, to już któreś z kolei moje ciało. Twoja dusza za to dopiero się narodziła, to twoje pierwsze życie – wyjaśnił.
    Słysząc jego słowa, niemal uniosła brwi w zdziwieniu. Mężczyzna miał moc reinkarnacji, odradzał się niczym feniks, za każdym razem jako ktoś inny a jednocześnie taki sam. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić, a jeśli dobrze zrozumiała, ona była taka sama. Poczuła dziwny ucisk w klatce piersiowej na samą myśl o tym.
    - Skąd wiedziałeś, że jestem nowonarodzoną? – W jej fiołkowym spojrzeniu zabłysnęły iskierki zainteresowania, ale również niespotykanej ekscytacji, jakby dowiedziała czegoś niezwykłego i zakazanego równocześnie.
    Kasydion w duchu poczuł dziwną satysfakcję na myśl, że dziewczyna ucieszyła się i z tak wielkim zapałem zadawała kolejne pytania. Jednak to świadomość, że wreszcie znalazł kogoś takiego jak on sam, była najprzyjemniejsza. W dodatku, białowłosa zdawała się mieć w sobie coś jeszcze, czego nie posiadali inni, kiedyś mu znani, również im podobni.
    - Twoje włosy – zaczął, pochylając się nieco w jej stronę i chwytając w palce biały kosmyk. – Są białe, jak u wszystkich w pierwszym życiu. Posiadają też znak pierwszego opanowanego żywiołu – dodał, przesuwając opuszkami wzdłuż pasma i muskając także czerwone. Uniósł wzrok znad jej włosów na fiołkowe tęczówki, znając sobie sprawę z tego, że są bliżej siebie niż jeszcze chwilę temu. Za blisko. – Woda. Przyjęłaś kolejne połączenie bez szwanku i to w niezwykle szybkim tempie. Tylko w pierwszym życiu jest to możliwe – zakończył, puszczając kosmyk i odchylając się na większą odległość. Odwrócił wzrok, sam czując nieznane napięcie w klatce piersiowej.
    Akallabeth wypuściła powietrze, które nieświadomie wstrzymała w płucach. Ciągle czuła ciepły oddech na swoim policzku, a rumieńce paliły jej delikatną skórę. W roztargnieniu odgarnęła za ucho kosmyki, którymi jeszcze przed chwilą bawił się czarnowłosy.
    - Który raz już żyjesz? – zapytała, nerwowo skubiąc rąbek swojej tuniki, nagle jakoś bojąc się spojrzeć w dwukolorowe tęczówki.
    - Trzeci albo czwarty – odpowiedział, kątem oka obserwując spięta dziewczynę.
    - Czy za każdym razem… - Wzięła głębszy wdech, instynktownie bojąc się zadać nurtujące ją pytanie. – Jesteś kimś zupełnie innym? – wyrzuciła na jednym wydechu i przymknęła powieki, czekając na odpowiedź.
    Przez chwilę między dwójką magów panowało niewygodne milczenie. Brunet uśmiechnął się lekko pod nosem, sam nie wiedząc czemu, cieszył się, że owe pytanie padło z ust białowłosej, która w dodatku zdawała się nim bardzo przejmować. Czyżby myślała o następnych życiach? Może kierowało nią coś więcej niż tylko ciekawość? Nie miał pojęcia, ale ciepło zdążyło rozprzestrzenić się po jego klatce piersiowej.
    - Nie – powiedział, a Akallabeth momentalnie podniosła głowę, przez co ich spojrzenia skrzyżowały się po raz kolejny. Tym razem jednak znajoma iskra zdążyła przeskoczyć między nimi. – Dusza się nie zmienia, wygląd praktycznie też. – Białowłosa przygryzła wargę, słuchając go uważnie i nie zdając sobie sprawy z tego, jak podobne były ich myśli. – Jedynie kolor włosów, oczu może ulec zmianie, ze względu na żywioł z jakim się odrodzimy – dodał, znów wędrując wzrokiem na białe kosmyki dziewczyny. – Może mi nie uwierzysz, ale też kiedyś miałem białe włosy. – Uniosła brwi, jakoś nie potrafiąc sobie wyobrazić bruneta w owym kolorze. Kiedy znów spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się lekko. Podniósł palec, przesuwając nim po bliźnie ciągnącej się od policzka do łuku brwiowego. – Tego też nie miałem. Nabytek tego życia, ciężar Cienia – wyjaśnił, odpowiadając na niezadane pytanie.
    Zamilkł, a ona znów przygryzła wargę, zastanawiając się nad wszystkim, czego zdołała się dowiedzieć. Czyli możliwym było, że jeśli się odrodzi, będzie wyglądała inaczej niż teraz. Nie wiedziała czy powinna się z tego cieszyć. Lubiła swoje włosy, nawet to czerwone pasmo. Nie chciałaby za to innego koloru tęczówek. Jeszcze nigdy nie spotkała drugiej osoby o takich oczach jak ona i cieszyła się z tego niezmiernie, chociaż nie miała pojęcia, dlaczego właściwie nie są barwy reprezentującej jej żywioł.
    W zamyśleniu chwyciła źdźbło trawy, bezwiednie obracając je w dłoni. Kolejne pytania zagościły w umyśle, ale nie miała odwagi, by zadać połowy z nich. Krążyły po jej głowie i kuły nieprzyjemnie, domagając się wypowiedzenia na głos.
    - Jest nas więcej? – odezwała się w końcu po dłuższej chwili, przerywając przyjemną ciszę, która zapanowała między nimi po ostatnich słowach bruneta. Mimo iż nie znali się zbyt dobrze, teraz spędzali wiele godzin w nocy po prostu milcząc, wspólnie czerpiąc przyjemność z rześkiego powietrza i blasku księżyca.
    Brunet, usłyszawszy pytanie, jakby nagle się spiął, a po chwili rozluźnił, jednak jego spojrzenie stało się bezbarwne. Myślami odpłynął gdzieś daleko i wrócił dopiero po dłuższej chwili, westchnąwszy cicho.
    - Nie, byłem ostatni – powiedział, umyślnie stosując czas przeszły. W końcu, właśnie znalazł osobę, która uświadomiła mu pomyłkę i jakoś wcale mu to nie przeszkadzało.
    - Dlaczego? – zapytała z wyraźnym niedowierzaniem wymalowanym we fiołkowych tęczówkach. Jego słowa właśnie całkowicie zaprzeczyły poprzednim. – Przecież, skoro się odradzamy, powinno nas być o wiele więcej – dodała, będąc przekonaną, że zdolność reinkarnacji czyni z nich osoby, które nie mogą umrzeć całkowicie.
    Kasydion prychnął cicho, jakby ze złością. Spojrzenie dwukolorowych tęczówek stało się ostre i obce, ale na szczęście skierowane było na przeciwległą ścianę lasu a nie białowłosą, której i tak włoski na karku stanęły dęba, gdy zobaczyła bruneta w takim stanie.
    - Istnieją magowie, którzy uważali nas za zło i za wszelką cenę próbowali wszystkich wybić – odparł z goryczą w zachrypniętym głosie, który przesłał nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa dziewczyny. – Prawie im się udało, prawie – zaakcentował, a białowłosa odniosła wrażenie, że w tych słowach zawarta była jakaś groźba.
    Wzięła głębszy oddech, zanim zebrała dość odwagi, by kontynuować rozmowę. Nie chciała przepuścić okazji, kiedy mogła się dowiedzieć tylu przydatnych rzeczy, a brunet był teraz bardziej skłonny do udzielania odpowiedzi niż zwykle się mu to zdarzało.
    - Nikt nie wie, kim jesteś – bardziej stwierdziła aniżeli zapytała. Uśmiech, który zawitał na wargach mężczyzny, niemal zmroził krew w jej żyłach. Po raz pierwszy zrozumiała, dlaczego wszyscy tak bardzo się go obawiali, ponieważ w tej chwili sama poczuła się dziwnie nieswojo w towarzystwie czarnowłosego.
    - Nikt – potwierdził, przyznając jej rację z niezdrową satysfakcją. – Cień na tyle przesiąkł już moją aurę, że nikt nie rozpozna, kim jestem naprawdę – dodał z zadowoleniem, jednak kiedy spojrzał na Akallabeth i dojrzał iskierkę strachu w jej fiołkowym spojrzeniu, uśmiech goszczący na jego wargach momentalnie zbladł. Niemal się zapomniał, znowu. Prawie pozwolił, by mrok zawładnął nad umysłem, ale w porę się opanował. Spuścił wzrok, przymykając na chwilę powieki i, wziąwszy głęboki wdech oraz wydech, ponownie podniósł spojrzenie na białowłosą. – Niestety, ty nie masz takiej ochrony – powiedział, ale tak cicho, że niemal wyszeptał.
    Akallabeth poczuła jak jej serce ponownie przyspiesza, ale już nie ze strachu, a ogarnięte jakimś dziwnym ciepłem, które przepłynęło po całym ciele. Pochyliła się do czarnowłosego, opierając się na jednej ręce i podnosząc drugą dłoń, by przesunąć nią po policzku Kasydiona. Skrzyżowała swoje spojrzenie z jego dwukolorowymi tęczówkami, w których zauważyła niewielką dozę zdziwienia zmieszaną z zadowoleniem. Uśmiechnęła się lekko, teraz już wiedząc, że nie ma czego się obawiać.
    - Mam ciebie – również szepnęła, unosząc kąciki warg w rozbawieniu. Brunet zaśmiał się cicho, a atmosfera wokół nich rozluźniła się. Kiedy podniósł wzrok, również w jego oczach zabłysnęły wesołe iskierki. – Po za tym… - Przesunęła dłoń z jego policzka w bok, przeczesując czarne kosmyki palcami. – Dam sobie radę, nie jestem takim znowu niewiniątkiem – dodała, mrugając do mężczyzny porozumiewawczo.
    Kasydion, wykorzystując jej chwilową nieuwagę, chwycił białowłosą w pasie i pociągnął do siebie tak, że wylądowała na jego kolanach. Zaskoczona, nawet nie zdołała się przed tym uratować, przez co na jej bladych policzkach zakwitł różowy rumieniec.
    - W to akurat nie wątpię – usłyszała jeszcze przy uchu jego zachrypnięty głos, a na ciele poczuła przyjemne dreszcze, zanim otaczających ich świat znów przestał mieć większe znaczenie. 

[Trochę krótkie, nudnawe i nic się nie dzieje, ale chciałam co nieco wyjaśnić, no i to przedostatni część tej serii, więc chciałam, by była spokojna. W sumie jestem z niej całkiem zadowolona, teraz będę mogła się wziąć za zadanie. Gratuluję tym, którzy przebrnęli. ]

18 kwietnia 2013

"Who will tell the sotry of your life?" Cz.4 [Raksha Morte]

  Tego samego dnia, w którym do ich obozu przybył czarny jeździec, zaczęły dziać się rzeczy niesamowite. Jednak tylko białowłosa mogła o tym wiedzieć, bo tylko jej zaczęły się przytrafiać. Do czasu. Wróćmy zatem do tamtego dnia, kiedy ich spojrzenia się spotkały, a drogi przeznaczenia zaczęły kształtować się przed nimi.
   Wieczorem tegoż samego dnia, kiedy cienie poczęły zalegać na dolinie, a magowie powoli udawali się na spoczynek do swych chatek, jedna osoba nie mogła zasnąć. Targały nią nieznane niepokoje i uczucia, a napięcie nie opuszczało ciała. Dziwna ekscytacja, niewiadomo czym wywołana, kazała wyjść z bezpiecznego domku i zapuścić się w las, który o tej porze wydawał się być mroczniejszy i bardziej magiczny niż za dnia. W cieniach między krzewami można było dostrzec ciekawskie oczy, gdzieniegdzie zabłysnął kieł jakiegoś dzikiego zwierzęcia, a pohukiwanie sowy zdawało się być złowieszcze i pocieszające zarazem. Nic nie zakłócało spokoju, nawet pewna osóbka, delikatnie stąpająca po grubym poszyciu. Jej blada skóra i białe włosy wydawały się lśnić srebrzyście w blasku księżyca, a czerwone pasmo przybrało barwę brunatnej krwi, odcinając się na nieskalanej bieli jej postaci. Nawet duże, fiołkowe oczy jakby pełniejsze życia, spoglądały na wszystko z fascynacją. Dziewczyna czuła się wolna pośród mroków nocy, wydawało jej się, że nikt nie zauważy jej pośród cieni, kiedy świeciła niczym sam księżyc.
   Wiedziona cichym śpiewem strumyka, a potem głębszym szumem, doszła do niewielkiej polanki. Przed nią wznosiła się ściana z oszlifowanych przez wodę kamieni, a pod dużym wodospadem widniało jezioro, które głębokością mogło przerazić. Oczywiście białowłosa nie zdawała sobie z tego sprawy i podeszła do krawędzi wody, mocząc bosą stopę w zimnej wodzie. Nie przeszkadzał jej chłód, a wręcz był dla niej przyjemny podczas tej gorącej, letniej nocy. Uklękła i zanurzyła dłonie w jeziorze, które wydawało się niesamowicie przejrzyste, a równocześnie odbijało granatowe niebo usiane gwiazdami i niezwykłą postać białowłosej. Zdziwiła się, kiedy ujrzała jak blask księżyca odbija się od jej białych jak śnieg włosów, jednak bardziej przejęła się miłym dreszczykiem, który przebiegł po jej ciele, zaczynając się przy zanurzonych w wodzie placach. Czuła jak moc pulsuje w tym dość dużym zbiorniku wodnym i opływa jej dłonie, przekazując część tej siły, która teraz stała się jej własną.
  Uśmiechnęła się lekko, jednak kiedy usłyszała nieznany głos za plecami, podskoczyła i szybko obróciła się do źródła dźwięku.
  - Wybacz, że ci przeszkadzam, jednak świecisz niczym gwiazda pośród nocy, pani – odezwał się niski, zachrypnięty głos, który zdawał się dobiegać znikąd. – Czemu więc zeszłaś do nas? – Po jej ciele przeszedł dreszcz i wtedy go dostrzegła.
  Wyłonił się z mroku, nagle materializując się tuż przed nią, na wyciągnięcie dłoni. Wiatr zamarł, jakby nie chcąc zakłócić tej chwili, a ona spoglądała na niego z fascynacją. Powoli cienie opuściły jego osobę, aż znów ujrzała przed sobą tajemniczego jeźdźca, który spoglądał na nią zza kurtyny swych czarnych włosów okiem tak intensywnie błękitnym jak niebo w samo południe.
  - Czasem warto oderwać wzrok od nieba i spojrzeć na rzeczy przyziemne – odpowiedziała, nie spuszczając z niego wzroku swych fiołkowych oczu.
  Jeździec uśmiechnął się lekko, jednak był to gest tak nikły, iż białowłosej wydawało się, że się przewidziała.
  - Chciałabyś wzlecieć do nieba? – zapytał cicho, swoim zachrypniętym głosem, podchodząc bliżej do dziewczyny.
  Zauważyła, że sięga mu zaledwie podbródka, chociaż sama była wysoka. Tym razem jednak nie odpowiedziała, spuszczając wzrok i przygryzając lekko wargę. Jego obecność tylko wzmogła dziwne napięcie, które przez cały czas jej towarzyszyło, a które teraz stało się naprawdę dokuczliwe. Nagle zawstydziła się i już nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy, a właściwe to jedno, które pozostało niezasłonięte.
  - Spójrz na mnie – szepnął, delikatnie ujmując jej podbródek długimi palcami i unosząc głowę, by ich spojrzenia znów się skrzyżowały. Przesunął kciukiem pod jej dolną wargą i pociągnął za nią lekko, tak by wysunęła się spod zębów. Przez jej ciało ponownie przeszedł ten dziwny dreszcz. – Akallabeth.
  - Skąd znasz moje imię? – zapytała niemal bez tchu, przytłoczona jego bliskością, a on tylko uśmiechnął się do niej, unosząc jeden kącik swoich pełnych ust.
  - Jestem Kasydion – przedstawił się tylko, ale ciągle nie zabrał dłoni, a jego kciuk zatoczył niespieszne kółko na policzku białowłosej.
  Akallabeth, kierowana nieznanym jej przeczuciem czy też może uczuciem, podniosła swoją dłoń i odgarnęła burzę czarnych włosów z twarzy mężczyzny. On niemal natychmiast przymknął powieki, a dziewczyna wyczuła, że nagle cały się spiął, jakby gotowy do ucieczki. Wiedziała już, czemu chował prawą stronę twarzy. Jego łuk brwiowy i powiekę zdobiła długa blizna, kończąca się dopiero na kości policzkowej, wyglądała na nabytą kilka lat wcześniej. Białowłosa przesunęła po niej delikatnie palcem, a kiedy dotarła do jej końca, brunet w końcu otworzył oczy. Drugie, to które zawsze zakrywał, było całkowicie czarne.
  - Niesamowite – szepnęła, spoglądając na niego z fascynacją i zaciekawieniem.
  Nie przywykł do takiego zachowania, wszyscy zawsze uciekali, widząc jego dwukolorowe tęczówki i długa bliznę, zupełnie jakby był czymś naznaczony. Nie mieli nawet pojęcia jak blisko byli prawdy, jednak ta dziewczyna okazała się zupełnie inna. Powinien był się tego spodziewać.
  - Pozwolisz pani, bym coś ci pokazał?
  Zadrżała na dźwięk jego zachrypniętego głosu i uśmiechnęła się lekko, czując jak we śnie.
  - Jeśli tylko tego zapragniesz – zgodziła się.
  Brunet odwzajemnił uśmiech, po czym wolną ręką objął dziewczynę w pasie, przyciągając blisko swego ciała. Teraz prawie nie było między nimi żadnej przestrzeni, a ich oddechy mieszały się ze sobą. Przez chwilę myślała, że złączy ich usta w pocałunku, jednak po chwili poczuła dziwne mrowienie w miejscach, gdzie ich ciała się stykały. Ten sam przepływ mocy, którego doznała przy kontakcie z wodą. Spojrzała na mężczyznę zaskoczona, ale on tylko uśmiechnął się tajemniczo i nakrył jej wargi swoimi, a ona poczuła jak po jej wnętrzu rozlewa się przyjemne gorąco.
  Kiedy wplotła palce w jego gęste włosy, czuła się jakby spadała i tylko on ją podtrzymywał. Rozpływała się, czując przyjemne dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Miała wrażenie, jakby poczuła go wszędzie, w każdej komórce swego ciała, wzmagając nieznane napięcie. Wszystko zblakło w momencie, kiedy oderwał się od niej, a tylko ich urywane oddechy i szybkie bicie serca świadczyły o intensywności tego w czym właśnie uczestniczyli.
  - Czy to chciałeś mi pokazać? – zapytała cichym szeptem, próbując wyrównać oddech.
  Brunet uśmiechnął się tylko i odwróciła głowę w prawą stronę.
  - Nie do końca, chociaż nie przeczę, że było warto.
  Powędrowała spojrzeniem za jego wzrokiem i niema krzyknęła ze zdziwienia. Właśnie stali na szczycie kamienne ściany, z której spływał wodospad szumiący zaraz za jej plecami.
  - Wszystkich potrafisz tak przenosić? – W jej głosie pobrzmiała ciekawość, ale równocześnie także jakaś nieznana nutka. Poczuła dziwne ukłucie na myśl, że kiedyś już w taki sposób kogoś przenosił.
  - Nie, to był pierwszy raz – powiedział, a ona spojrzała na niego z zaskoczeniem.
  Uśmiechnął się do niej lekko, tajemniczo.
  - Spójrz w dół.
  Skierowała wzrok na wodę w jeziorze, która pieniła się niemal zaraz pod nimi. Stali na samej krawędzi, wystarczyłby tylko krok, by znaleźć się na dole w dość nieprzyjemny sposób. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że było tu tak wysoko, a wizja kąpieli nie wydawała jej się zbyt przyjemna.
  - Skocz – polecił jej, stając tuż za nią i zabierając dłonie, co powitała z lekką niechęcią.
  - Po co miałabym? Nie umiem pływać – odrzekła, spoglądając na niego ze zmarszczonymi brwiami.
  - Zaufaj mi, będę tuż za tobą.
  - Czy to jest właśnie to, co chcesz mi pokazać?
  Nie odpowiedział, ponownie obdarzając ją tym półuśmiechem, od którego krew w jej żyłach zawrzała. Znów spojrzała na wodę i wzięła głęboki wdech. Najwyżej wyparuje całą wodę z jeziora, żeby się wydostać, a to przecież wcale nie tak dużo. Zrobiła krok w przód i od razu poczuła, jak spada, ale tym razem naprawdę. Bardzo różniło się od tego co przeżyła przed chwilą, zwłaszcza że po sekundzie uderzyła w wodę, zagłębiając się w niej na kilka metrów.
  Oddech wyrywał jej się z piersi, a do ust zaczęła napływać woda. Białowłosa w panice poczęła machać dłońmi i nogami, chcąc jak najszybciej zaczerpnąć powietrza, jednak ktoś złapał ją za ręce, unieruchamiając w miejscu. Przez chwilę dusiła się, woda wypełniała jej płuca, wywołując niemiłosierny ból zdolny rozsadzić jej klatkę piersiową. Szarpała się, próbując wyrwać z żelaznego uchwytu, ale nic to nie dało. W końcu poddała się, czując, że już nie da rady dłużej walczyć, a ból stał się zbyt duży. Właśnie w tej chwili, kiedy woda wokół nich się uspokoiła, białowłosa poczuła, że już nic jej nie boli. Zamrugała, zdając sobie sprawę z tego, że wcale nie potrzebuje powietrza.
  Ktoś kto do tej pory trzymał ją w żelaznym uścisku, teraz poluzował nieco uchwyt i powoli wyciągnął ją na powierzchnię. Kiedy tylko jej głowa znalazła się nad wodą, dziewczyna niemal zachłysnęła się powietrzem. Chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do ponownego oddychania i uspokojenie swojego szybko bijącego serca. Dopiero, kiedy jej stopy bezpiecznie dotknęły piaszczystego podłoża, powoli odgarnęła ociekające wodą włosy z oczu i odwróciła się twarzą do bruneta, który ciągle ja obejmował.
   - Jesteś też magiem wody? – zapytała, jakby niedowierzając i zapominając o tym, czego przed chwilą sama doświadczyła.
  Do tej pory spotkała tylko jedną osobę, która posługiwała się dwoma żywiołami i była to Aldamir. Pewnie dlatego tak bardzo ją to zaskoczyło, a własne przeżycia zeszły na dalszy plan. Zwłaszcza, że tajemniczy jeździec niezwykle ją fascynował.
  - Teraz ty też nim jesteś – powiedział, nagle uświadamiając jej, że właśnie dostąpiła połączenia z kolejnym żywiołem i tym samym również posiadła zdolność panowania nad dwoma żywiołami.
   Podniosła dłoń nad wodę i skupiła się, marszcząc przy tym brwi. Nad bladą skórą zaświecił biały płomyk, całkowicie niezmieniony od czasu poranka, który jednak zdawał się świecić żywszym blaskiem i dawał więcej ciepła, które równocześnie wydawało się być chłodne. Z dziecinną ciekawością Akallabeth ostrożnie włożyła dłoń z płomykiem pod wodę. Ciecz nie wyparowała, a ogień nie zgasł, nadal płonąc żywym blaskiem pod powierzchnią jeziora.
  Białowłosa wstrzymała oddech, równocześnie dostrzegając swoje odbicie. Nic się nie zmieniło, dalej wyglądała jak przedtem, a może tylko w świetle księżyca nie mogła dostrzec niczego nowego. Zgasiła płomyk, ciągle nie potrafiąc uwierzyć w to co się wydarzyło.
  - Jak to możliwe? – szepnęła, spoglądając w dwukolorowe tęczówki bruneta.
  - Jesteś wyjątkowa, Akallabeth – odpowiedział, głosem bardziej zachrypniętym niż wcześniej, wysyłając dreszcze przez całe ciało dziewczyny. – Jak ja – dodał już o wiele ciszej, pochylając się nad nią i odgarniając mokre kosmyki bladej twarzy białowłosej.
  Poczuła się, jakby ogień znów zawrzał w jej żyłach, a jednak wcale nie płonęła.
  - Co masz na myśli? – zapytała cicho, nie śmiejąc mówić głośniej niż szeptem.
  Nie odpowiedział. Przesunął kciukiem wzdłuż linii jej dolnej wargi i uśmiechnął się lekko, by po chwili ponownie złączyć ich usta w długim pocałunku. Znów poczuła, jakby spadała, rozpływając się w jego silnych ramionach, jednak tym razem nigdzie się nie ruszyli, nie przejmując się tym, że stoją po pas w zimnej wodzie.
***
Uhuhu, dawno już miałam to napisać, ale dopiero dzisiaj dostałam napływ weny, a i tak troszku krótkie to, eh. Wybaczcie mi moją chwilową nieobecności, a raczej brak aktywności. Miałam zwariowany tydzień i niestety najbliższe nie będą lepsze. Postaram się jutro odpisać na komentarze i częściej wchodzić, ale to zależy od ilości mojego wolnego czasu i chęci. W każdym bądź razie mam nadzieję, że się podobało. Będzie jeszcze jeden albo dwa odcinki z tej serii, a potem nowa.

18 marca 2013

"Whp will tell the story of your life?" Cz.3 [Rkasha Morte]

 Nikłe promyki południowego słońca ledwie przebijały się przez gęste korony drzew. Puszcza zdawała się być cicha i tajemnicza, gęste poszycie lasu zapewniało kryjówkę niejednemu stworzeniu. Powietrze było tu tak wilgotne, że niemal wydawało się ciężkie i nawet żaden powiew wiatru nie burzył tego spokoju. Ogromne, wysokie konary wznosiły nad głową czarnej pantery i przypatrywały się z ciekawością temu niezwykłemu gościowi. Raksha przemierzała tą puszczę już od dobrych kilku dni, odkąd niedawno wyruszyła poza tereny Stada Nocy, by poszukać tego tajemniczego osobnika. Wiedziała, że odchodziła w złym czasie, ale coś usilnie próbowało ją zaciągnąć do tego miejsca. I oto jest. Po środku ogromnego lasu, kryjąc się w długich cieniach, nie mając pojęcia dokąd zmierza.
 Schylona nisko nad ziemią, na ugiętych łapach, powoli poruszała się między drzewami. Niestety musiała iść dołem, zamiast, tak jak lubiła najbardziej, skakać po gałęziach, a to dlatego, że nie chciała zostać zbyt szybko zauważona. Jej fiołkowo-zielone oczy sondowały teren w poszukiwaniu jakiś znaków, które mogłyby świadczyć o obecności kogoś oprócz niej. Kierowana dziwnym odczuciem spojrzała w górę, by zaraz przed sobą, na jednym z drzew, ujrzeć poszukiwanego przez nią czarnego lamparta. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, gdyż ukryta w gęstwinie krzewów była niewidoczna dla leżącego na gałęzi samca. Przesunęła wzrokiem po całym drzewie, na którym się znajdował i wypatrzyła dogodne miejsce. Cieszyła się teraz w duchu, iż był odwrócony do niej tyłem, mogła spokojnie pojawić się na gałęzi umiejscowionej tuż za nim. Skupiła się na owym miejscu i poczuła jak powoli jej ciało zaczyna rozpływać się w cieniach, by po chwili zmaterializować się za plecami niczego niedomyślającego się lamparta. Nie miała pojęcia, że wyczuł ją, kiedy tylko się tam pojawiła, dlatego jego słowa były dla niej niemałym szokiem.
 - W końcu raczyłaś się pojawić, Raksho - powiedział, zwracając na nią swe błękitne ślepia. Po raz kolejny zaskoczył ją kolor tych oczu i pewność, że wie kim on jest, że skądś go zna.
 Otrząsnęła się już z początkowego zszokowania i zmrużyła swoje ślepia, wpatrując się w samca.
 - Skąd wiedziałeś, że to ja? Niczym się nie zdradziłam, co więcej, na pewno mnie nie zauważyłeś - rzekła, nieco chłodniej niż chciała i po nie w czasie zdała sobie sprawę, iż zabrzmiało to jakby była nieco zbyt pewna siebie, czego nie miała w zamiarze. Stwierdziła tylko oczywisty dla niej fakt.
 Lapmart podniósł się i spojrzał na nią z tym swoim tajemniczym półuśmiechem.
 - Wyczułem twoją aurę i to, że użyłaś mroku, by się tu dostać - odpowiedział, wyglądając na niemal zadowolonego z faktu, iż udało mu się ją czymś zaskoczyć.
 Pantera przekrzywiła pysk, zastanawiając się nad jego słowami. Zaciekawiła ją aura, o której wspomniał, czyżby miał umiejętność widzenia ich? Na to wyglądało. Spojrzała na niego z kiepsko ukrywanym zainteresowaniem wymalowanym w ślepiach, ale samiec zdążył ją uprzedzić z odpowiedzią.
 - Zanim zdążysz zapytać, tak, widzę aury innych, ale twoja jest inna, dlatego potrafiłem wyczuć ją z większej odległości nawet cię nie widząc - wyjaśnił, obserwując jakie wrażenie wywrą na niej nowe informacje.
 - Inna? Pod jakim względem? - zapytała, teraz już wcale nie próbując zamaskować zainteresowania, ale także niewielkiego zdziwienia.
 Tym razem to on przekrzywił pysk, spoglądając na nią w nieco inny sposób niż wcześniej, jakby ze... smutkiem? Nie, musiało jej się wydawać. Cokolwiek pojawiło się przez tą chwilę w jego ślepiach, zniknęło zbyt szybko, by mogła jednoznacznie stwierdzić.
 - Jest podobna do mojej - odpowiedział. Po raz kolejny zbił ją z pantałyku tak, że nie wiedziała co powiedzieć, jednak nawet gdyby chciała, nie zdążyłaby. - Widzę, że ciągle nie pamiętasz. - Westchnął i odwrócił się, jakby chcąc odejść. - Wróć, kiedy dowiesz się wszystkiego - dodał i już chciał zniknąć jak poprzednio, jednak słowa Rakshy zatrzymały go w półkroku.
 - Nie wiem nawet jak się nazywasz...
 Spojrzał na nią tymi swoimi błękitnymi ślepiami i uśmiechnął się lekko.
 - Dowiesz się wkrótce Raksho, lub jak kiedyś zwykłem do ciebie mówić, Akallabeth - powiedział i rozpłynął się w mroku, pozostawiając panterę w jeszcze większym szoku.

***
 Białowłosa weszła do białego budynku tuż za nieznaną jej szatynką, która nie wydawała się być zbyt przyjaźnie nastawiona. Wnętrze nie różniło się zbytnio od domku, który został jej przydzielony. Przy ścianach stały drewniane meble, w dużych oknach wisiały bladożółte zasłony, a podłoga wyłożona była jasnym drewnem. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że znajduje się w hallu i właśnie kierowali się do jednego z pomieszczeń umiejscowionych na jego końcu. Weszli do pokoju urządzonego w równie ciepłych barwach, jednak tutaj można było dostrzec więcej brązu z akcentami zieleni. Po środku stało duże, dębowe biurko, a za nim skórzany fotel, w którym to zasiadła owa tajemnicza kobieta. Pomieszczenie to pewnie było gabinetem, o czymś świadczyły, właśnie biurko i rzędy półek pełnych rozmaitych książek, ustawione przy dwóch równoległych do siebie ścianach. Akallabeth nie zdołała dobrze przyjrzeć się pomieszczeniu, gdyż jej obserwację przerwał chłodny, kobiecy głos.
 - Jestem Aldamir, przewodzę tutejszym magom - zaczęła, po raz kolejny swoim spojrzeniem niemal przeszywając duszę dziewczyny na wskroś. - Rozumiem, że chcesz tu zostać by rozwijać swoje umiejętności? - zapytała, chociaż znała już odpowiedź. 
 Białowłosa spojrzała w oczy przywódczyni i dopiero teraz zrozumiała, dlaczego jej spojrzenie wydawało się tak niezwykłe. Nie sposób było określi jakiego koloru były jej oczy, raz wydawały się stalowo szare, raz jasno zielone, a po chwili brązowe. Akallabeth zebrała się w sobie i odpowiedziała.
 - Tak, zawsze też chciałam poznać innych podobnych do mnie. 
 Aldamir uśmiechnęła się lekko, przez co nie wydawała się już tak straszna jak jeszcze przed chwilą, mimo to dziewczyna nie wyzbyła się tego dziwnego zaniepokojenia, jakby coś było nie tak z tą kobietą. 
 - W takim razie myślę, że Alcarin i Lithia z chęcią przedstawią ci innych, prawda? - spojrzała na pozostałą dwójkę, która dotychczas milczała. 
 - Oczywiście - odpowiedział chłopak, uśmiechając się lekko do białowłosej.
 - A ja z chęcią nauczę ją co nieco o naszym żywiole - dodała entuzjastycznie rudowłosa, puszczając Akallabeth perskie oko. 
 - No dobrze, w takim razie nie zatrzymuję was dłużej, gdybyś miała jakieś pytania, możesz zawsze do mnie przyjść - powiedziała na koniec Aldamir, uśmiechając się do nieco zakłopotanej dziewczyny, która jednak teraz uśmiechnęła się lekko.
 Cała trójka wyszła z gabinetu i wszyscy zgodnie odetchnęli, po czym sami nie wiedząc dlaczego, zaczęli się śmiać. Mimo iż niepokój ciągle dręczył umysł posiadaczki białego płomienia, w końcu poczuła, że jest właśnie tam, gdzie być powinna i gdzie zawsze należała.
***
 Akallabeth siedziała właśnie na polanie przed domkami, przyglądając się Alcarinowi, który pokazywał młodszemu magowi, jak powinien łapać promienie słońca, oświetlające ich teraz swoim złotym blaskiem. Spędziła tu już dwa tygodnie, ucząc się coraz to nowych rzeczy o swoim żywiole i żywiołach innych, ale ciągle nie mogła wyzbyć się uczucia niepokoju, które zawsze nawiedzało ją, gdy Aldamir obserwowała jej ćwiczenia. Zwłaszcza, gdy inni magowie po raz pierwszy widzieli jej biały płomień, nie mogąc się temu nadziwić, prosili ją o pokazywanie go raz za razem, aż w końcu jakoś się do tego przyzwyczaili. Teraz już nikt nie reagował tak na jej ogień, jednak wiedziała, że ta tajemnicza kobieta coś wiedziała na ten temat. Szczególną uwagę zwracając zawsze na jej włosy. Tylko co było w nich takiego niezwykłego? Prawda, były białe z czerwonym pasmem, ale także odzwierciedlały jej żywioł, więc nie wiedziała, dlaczego tak bardzo wszyscy się nimi zachwycali. Zauważyła już, że większość miała wygląd w jakimś stopniu wskazujący na ich żywioł. Lithia miała rude włosy, jak ogień, Alcarin złote, wskazujące na światło, użytkownicy ziemi brązowe, często także posiadali zielone oczy. Żywioł wody charakteryzował się niebieskimi oczami, a wiatru - szarymi. Tu także wyjaśniła się tajemnica oczu Aldamir. Od Alcarina dowiedziała się, iż jest ona pobłogosławiona nie tylko ziemią, ale także i wiatrem. Rzadko, kiedy spotykany był mag, posługujący się dwoma żywiołami, dlatego wzbudzała ona powszechny szacunek i wszyscy zdawali się ją podziwiać i lubić. Więc dlaczego białowłosa ciągle czuła niepokój, gdy tylko ją widziała? Nie potrafiła tego stwierdzić, widocznie miało to pozostać tajemnicą jeszcze przez jakiś czas.
 Jej rozmyślania zostały przerwane przez szmer dobiegający od strony domków. Zwróciła tam swoje spojrzenie i zobaczyła, iż kilku innych magów wyszło na polanę i rozmawiało ze sobą przyciszonymi głosami, równocześnie spoglądając na ścieżkę przecinającą ścianę lasu. Akallabeth wstała, marszcząc brwi i już chciała zwrócić się z pytaniem do Alcarina, jednak ten zdołał ją uprzedzić.
 - Czekają na przybycie jakiegoś nowego maga - powiedział, spoglądając na dziewczynę i ich oczy spotkały się.
 Dotarły do nich pogłoski, iż zmierzał do nich ktoś posługujący się cieniem, jednak nikt tego nie potwierdził, ani temu nie zaprzeczył. Białowłosa zagryzła wargę i odgarnęła czerwone pasmo z oczu, zakładając je na powrót za ucho. Spojrzała na wyjście ścieżki z lasu. Dziwne uczucie zakiełkowało w jej sercu, jakby napięcie pomieszane z oczekiwaniem, zupełnie jak wtedy, kiedy zmierzali w to miejsce. Jednak tym razem uczucie było jeszcze silniejsze, podświadomie czuła, że to wydarzenie będzie miało niebanalne znaczenie dla jej przyszłości. 
 - Chodź, podejdziemy bliżej - dodał.
 Skierowali swe kroki do grupki innych magów, jednak nawet nie zdążyli tam dojść, kiedy z lasu wyłonił się czarny, jak noc jeździec. Wjechał na polanę lekkim kłusem, zatrzymując się tuż przed nimi i spoglądając na nich z końskiego grzbietu. Czarna sierść rumaka lśniła w blasku słońca, a długa grzywa poruszana była lekkimi podmuchami wiatru. Jeździec również cały odziany był w czerń, a na jego plecach można było dostrzec przymocowany długi, obusieczny miecz. Zeskoczył lekko na ziemię i odwrócił się do zebranych na polanie magów, zatrzymując swój wzrok na białowłosej. Długie do ramion włosy były rozwichrzone przez wiatr i niemal zasłaniały połowę jego twarzy, przykrywając całkowicie jedno oko. Akallabeth podniosła swój wzrok, ich spojrzenia skrzyżowały się i poczuła, jak przez jej ciało przeszedł dreszcz. Wstrzymała oddech. Tak błękitnych tęczówek nie widziała nawet u magów wody. Zastanawiało ją tylko dlaczego zasłaniał drugie oko, skoro były tak pięknego koloru. 
 - Witaj, czekaliśmy na ciebie. Jestem Aldamir, przewodniczka tego klanu. - Jakby znikąd pojawiła się brązowowłosa, po raz kolejny wzbudzając dziwny niepokój w sercu białowłosej. Uśmiechała się, w jej mniemaniu pewnie bardzo uroczo, witając nowo przybyłego. - Może zechciałbyś pójść ze mną?
 Nieznajomy zwrócił swój wzrok na mówiącą, jednak jej słowa i nawet uśmiech, zdawały się nie sprawiać na nim większego wrażenia. Pogładził delikatnie szyję swojego wierzchowca i skinął, zgadzając się pójść za nią. Aldamir uśmiechnęła się i odwróciła, idąc w stronę głównego budynku.
 Gdy czarnowłosy mijał milczących magów, jego spojrzenie jeszcze raz napotkało fiołkowe tęczówki, a białowłosa po raz kolejny poczuła, jak jej ciało przeszywa dreszcz. Wiedziała, że właśnie jej przeznaczenie powoli zaczynało się formować.
*** 

[Uff, w końcu. Strasznie długie mi to wyszło, więc jeśli komuś chciało się to przeczytać i dotrwał do końca, gratuluję. Jak zwykle chciałam zamieścić zbyt wiele informacji w jednej notce. Myślę, że będę jeszcze może ze dwie notki tej serii, a potem zacznę kolejną, już w większości dziejącą się w czasie obecnym. Miło by mi było, gdyby jednak ktoś to przeczytał. Jeśli ktoś zastanawiał się, kim był samiec z poprzedniej notki "Jedyny Słuszny Pan", którą pisałam, to mam nadzieję, że właśnie się dowiedział. No, koniec ogłoszeń.]

13 lutego 2013

"Who will tell the sotry of your life?" Cz.2 [Raksha Morte]

 Wiatr delikatnie wygrywał swą melodię, porywając do tańca zielone liście i niosąc ze sobą muzykę lasu.  Ptaki świergotały w koronach drzew, a zwierzęta przechadzały się po zielonych łąkach i sobie tylko znanych ścieżkach.  Ogromny, mieniący się w blasku słońca las, szumiał nieśmiało, jakby chcąc dołączyć się do melodii wygrywanej przez wiatr. Gdzieś w jego głębi płynął bystry potok, śpiewając swą własną piosenkę i dając ukojenie dwóm podróżnym.
 Mrok powoli ogarniał świat, kiedy słońce powoli zachodziło by ustąpić miejsca księżycowi. Białe rumaki potrząsnęły łbami, jakby słysząc coś niepokojącego, mimo iż las wokół nich był spokojny i cichy, a zwierzęta już z rzadka pokazywały się podróżnym.
 Akallabeth rozejrzała się, czując wokół dziwne napięcie, wydawało jej się, że przyroda zamarła, czekając na bardzo ważne wydarzenie. Spojrzała na chłopaka, który również rozglądał się wokół, nie wiedząc dokładnie co się dzieje.
  - Czujesz to? – zapytała drżącym głosem, jakby udzieliła jej się atmosfera oczekiwania.
  - Nie, nic nie czu… - Więcej nie usłyszała, bo wtem po ich prawej stronie coś zaszeleściło, a z korony wysokiego drzewa dobyło się ciche warknięcie.
 Dziewczyna z bijącym sercem odwróciła głowę i dojrzała jarzące się zielono ślepia ogromnego kota. Jego czarna sylwetka częściowo wydawała się rozmazywać pośród mroków wieczora, ale równocześnie wydawała się nad zwyczaj potężna, a białe kły lśniły złowieszczo. Między czarną panterą schowaną w gałęziach drzew a nieruchomą sylwetką białowłosej nie było żadnej przeszkody, kot z łatwością mógłby ją zabić. Akallabeth z fascynacją przyglądała się smukłej sylwetce i tym niezwykłym oczom, które zdawały się rozumieć wszystkie jej myśli, bardziej ludzkie niźli zwierzęce. Wtem, w chwili gdy napięcie już sięgało punktu krytycznego, gdy miało się rozstrzygnąć, co zrobi wielki kot, ten zniknął. Rozpłynął się w mroku. Ogromne zwierze zniknęło pomiędzy drzewami, pozostawiając po sobie tylko uczucie niedawnej grozy. Alcarin spojrzał na nieruchomą dziewczynę, nie mając pojęcia co spowodowało jej nagłe zatrzymanie. Białowłosa sama nie wiedziała co się stało, jednak niemal z żalem spoglądała w miejsce zniknięcia kota, jakby nagle utraciła coś bardzo cennego, jakąś ogromną szansę poznania czegoś nowego.
  - Wszystko w porządku? – Łagodny głos chłopaka wyrwał ją z tego otępienia i znów jej myśli powróciły na dawny tor. Spojrzała na niego z lekkim, przepraszającym uśmiechem.
  - Tak, po prostu trochę się zamyśliłam – skłamała gładko, odwracając zaraz wzrok i ruszając dalej zacienioną już nieco drogą.
 Alcarin odetchnął z ulgą, ponieważ jej dziwne zachowanie nieco go zaniepokoiło.
 - Za chwilę powinniśmy być na miejscu – powiedział, jeszcze raz zerkając na zamyśloną twarz towarzyszki.

 ***

 Świat powoli pogrążał się w mrokach wieczora, mimo że słońce ciągle dzielnie trzymało się nieboskłonu, niestety znikając już za linią horyzontu. Nocne zwierzęta budziły się do życia, przemykając między cieniami, czujnie przyglądając się dwóm postaciom na koniach. Powoli zmierzali wytyczoną im ścieżką, coraz bardziej zbliżając się do celu.  W końcu spomiędzy gęstych drzew wyszli na rozległą polanę rozciągającą się przed nimi, zalaną jeszcze ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Z ich prawej strony dobiegał tak znajomy dla ucha szum bystrego strumyka, który okrążał w tym miejscu dolinę i znikał w zachodniej ścianie lasu, daleko na wprost nich. Sześć niewielkich, drewnianych domków stało na lewym brzegu doliny, zataczając niewielki łuk, na którego końcu stał większy, również drewniany dom. W środku tego półkola można było dostrzec krąg ułożony z kamieni, w którym pewnie zwykle płonął ogień, a wokół niego ułożone ławy i stoły, jakby było to miejsce spotkań i zabaw. Przed nimi rozciągał się plac ćwiczeń.
 Akallabeth widok ten zaparł dech w piersi. Wreszcie czuła, że jest dokładnie tam, gdzie być powinna, gdzie od zawsze należała. Ostatnie, ciepłe promienie słońca spoczęły na jej bladej twarzy, gdy ciszę przerwał głos chłopaka.
 - Chodź, pokarzę ci gdzie możesz spać, a jutro trochę się rozejrzymy – powiedział ciepło, spoglądając na dziewczynę z uśmiechem, który odwzajemniła i pozwoliła się poprowadzić do jednego z drewnianych domków. 

***

 Jasne promyki, które zdołały przebić się przez cienką zasłonkę, wdarły się do wnętrza i pod powieki śpiącej białowłosej. Powoli przetarła oczy, rozglądając się po przytulnym wnętrzu, które tak przypominało jej dom Brethil, że niemal by uwierzyła, iż poprzedniego dnia wcale nie było. Podniosła się powoli, słysząc piękny śpiew ptaków i melodię lasu wygrywaną przez wiatr, który znów pewnie porwał do tańca wszystkie liście. Wstała i ubierając się uprzednio, wyszła na zalaną słońcem dolinę. Musiała zmrużyć oczy, czekając aż przyzwyczai się do jasności panującej na zewnątrz domku. Rozejrzała się powoli, dostrzegając kilka osób siedzących przy strumyku i paru znikających w północnej ścianie lasu naprzeciw niej. Wreszcie jej wzrok padł na dwie osoby siedzące na jednej z ław, jedną z nich rozpoznała. Alcarin rozmawiał z nieznaną jej rudowłosą dziewczyną, jednak gdy tylko zorientował się, że jest obserwowany, obrócił się i z uśmiechem zamachał do Akallabeth, zachęcając by do nich podeszła. Niepewnie zbliżyła się do owej dwójki, mimo wcześniejsze radości na myśl spotkania z innymi magami, teraz napadły ją wątpliwości.
  - No w końcu – odezwał się chłopak wesoło, zwracając się do białowłosej i wstając by ją powitać. – Spałaś prawie do południa.
Rzeczywiście słońce było już wysoko na nieboskłonie, w pełni oświetlając zieleniącą się polanę. Dopiero teraz dziewczyna mogła dostrzec piękno doliny, błyszczącą się srebrzyście nić strumyka i ciemną ścianę lasu.
  - Chciałbym, żebyś kogoś poznała – dodał po chwili i znów jej wzrok padł na nieznajomą, przyjaźnie uśmiechająca się rudowłosą dziewczynę.
  - Jestem Lithia, cieszę się, że w końcu zawitał do nas ktoś posługujący się tym samym co ja żywiołem.
  - Akallabeth... Twoim żywiołem jest ogień, tak? – Po raz kolejny radość i ciekawość wypełniła białowłosą, kiedy spoglądała na ledwie poznaną płomienną. Wreszcie znalazł się ktoś, kto mógłby ją nauczyć co nie co o  jej własnym żywiole.
  - Tak, raczej nie trudno zauważyć. – Lithia uśmiechnęła się, a w jej brązowych oczach pojawiły się wesołe iskierki. Wyciągnęła przed siebie dłoń, na której zatańczył płomyk zupełnie jak żywy.
 Akallabeth mimo wszystko poczuła zawód, chociaż wiedziała, że jej własny płomień był nienaturalny, miała nikłą nadzieję, że jednak inni magowie ognia też tak mają. Nie okazała jednak tego i uśmiechnęła się szeroko. Już chciała zadać pytanie, kiedy uprzedził ją zupełnie inny głos, który wywołał ciarki na jej plecach.
  - A więc w końcu ją przyprowadziłeś? – Obrócili się, a dziewczyna ujrzała wysoką, smukłą kobietę. Jej brązowe włosy spływały falami na ramionami, a oczy przeszywały duszę na wskroś, jakby czytając w najgłębszych zakamarkach umysłu. Nawet nie dała dojść chłopakowi do słowa, tylko zwróciła się do białowłosej.
  - Dobrze, chodź za mną, musisz poznać panujące tu zasady. – Odeszła w stronę większego, pomalowanego na biało domu, a Akallabeth razem ze złotowłosym podążyła za nią, wypełniona przez zupełnie sprzeczne odczucia i niepokojące myśli. Ta kobieta wzbudzała w niej respekt, ale równocześnie było w niej coś strasznego, czego jeszcze nie potrafiła określić.

CDN.

[Kolejna, na pewno nie ostatnia część. Odpowiadając na pytanie Lisbeth - tak, jest to jeden ze szczepów Stowarzyszenia Nocy, ponieważ, jak napisałaś, ich główna baza znajduje się w Górach Szarych. Mam nadzieję, że nie ingeruję zbytnio w fabułę, jeśli coś nie pasuje to pisz, zaraz to poprawię.]

29 stycznia 2013

"Who will tell the story of your life?" Cz.1 [Raksha Morte]

 Czasami wydaje nam się, że wszystko co nas otacza wcale nie ma sensu. Zbyt wiele pytań, na które nie posiadamy odpowiedzi, zaczyna nas przytłaczać. Poczucie beznadziejności pojawia się, opanowując każdą część umysłu. Nie wiemy co zrobić, jak się zachować. W tej zwykle chwili albo podejmujemy walkę albo zapadamy się w pustce, uciekając.

 Niewielka chatka stała na uboczu malutkiej wioski, takiej w której to każdy znał każdego. Jednak owy domek wydawał się jakiś niepasujący, zbyt wysunięty w stronę dzikiego lasu, jakby chował w sobie jakąś niezwykłą tajemnicę. Mało kto przechodził obok niego spokojnie, a jeśli ktoś znalazł się przypadkowo w jego pobliżu, nagle garbił się i odwracając głowę, szedł własną drogą. Nikt nie przystanął, nikt nie przychodził w odwiedziny, nikt nie zaglądał. Nawet dzieci omijały to miejsce z daleka, nastraszone opowieściami rodziców.
 W środku samotnej chatki siedziała mała dziewczynka, bawiła się szmacianą lalką, jedyną przyjaciółką zabaw. Rodzice wyszli jakiś czas temu, jednak ona nie zdawała sobie sprawy, iż powinna ją niepokoić długa ich nieobecność. Stwierdziła, że pewnie znów poszli do lasu i zaraz wrócą, jak zwykle uśmiechnięci od ucha do ucha. Przypomniała sobie, jak nieraz mówili jej, że mieszkańcy wioski ich nie lubią, jednak czemu - tego nie powiedzieli. Bawiła się więc spokojnie, nie mając pojęcia o tym, co działo się zaledwie za ścianą.
 Po chwili usłyszała dziwny stukot, zmarszczyła brwi i spojrzała w okno. Zaniepokojona podniosła się, porzucając ukochaną zabawkę i bezwiednie podążając w stronę dźwięku. Gdy tylko zbliżyła się ku drzwiom, usłyszała go wyraźniej, jakby ktoś wbijał gwoździe w deski. Podbiegła do drzwi, szarpnęła. Nie ustąpiły. Jej malutkie serduszko przyspieszyło swego biegu, kiedy powoli zaczęła zdawać sobie sprawę z tego co się dzieje. Dostrzegła ostre kolce, końcówki gwoździ wbitych w drewniane drzwi. W tej samej chwili usłyszała ten sam dźwięk dochodzący z różnych części domku, a kiedy spojrzała w okno, zobaczyła jak ktoś zabija je deskami. 
 Przerażenie.
Tak jednym słowem można było opisać, co w tej chwili czuła zaledwie sześcioletnia dziewczynka. Pobiegła na drugi koniec chatki, szarpiąc za tylne drzwi, jednak i one nie ustąpiły. Zrozpaczona odeszła od nich i usiadła na ziemi. Bezradna. Łzy popłynęły z ogromnych, dziecięcych oczu. 
 Na chwilę wszystkie odgłosy ucichły, a serce małej jeszcze bardziej przyspieszyło, jakby przeczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo. Minuta. Dwie. Trzy. Nic się nie działo. I kiedy mała już miała się podnieść, poczuła swąd spalenizny, a jej wzrok padł na palącą się strzechę. Małe serduszko stanęło na moment, kiedy zauważyła, że strop zaczyna opadać. Cały dom został podpalony, dym zaczął wypełniać całe jego wnętrze, a dziewczynka kaszlała, krztusząc się. Co gorsze, przez powstałe w dachu dziury, do chatki wpadały przedziwne dzbanki, które po roztrzaskaniu się na podłodze uwalniały płyn, który wzmagał jeszcze płomienie. Mała po raz kolejny zaczęła szarpać się z drzwiami, ale po raz kolejny nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Nie mając już żadnej drogi ucieczki, zaczęła osuwać się po szorstkim drewnie, aż usiadła pośród płomieni. Zrozumiała, że umrze i nikt jej nie uratuje. Gdzie podziali się rodzice? Pytała samą siebie.
 Pewnie nie otrząsnęła by się z tego amoku, gdyby nie poczuła jak cała skóra zaczyna ją piec. Kolejne łzy popłynęły po osmalonych policzkach, ale żaden dźwięk nie wydobył się z zaschniętego gardła. Wiedziała, że płonie i zaraz zginie, jednak... Poczuła, że to jeszcze nie teraz, że nie może zginąć. Coś dziwnego poruszyło się w jej duszy, ogień smagał jej skórę, ale nie piekł już tak niemiłosiernie.
 "Walcz."
 I właśnie wtedy, gdy w jej umyśle przemówił ten przedziwny głos, płomienie przestały spalać młode dziewczę. Zdawały się przenikać jej skórę, wnikać wgłąb młodej istotki, nie wyczyniając jej żadnej krzywdy. Czuła jak nieznane napięcie narasta w jej wnętrzu, spala od środka, dopraszając się by to uwolniła. Walczyła jak mogła, ale to uczucie było znacznie potężniejsze, aż w końcu... wybuchła. Małe ciałko wygięło się w łuk, z gardła dobył się cichy krzyk, a z jej wnętrza wydawał się wypływać ogień w najczystszej postaci. Nie miał końca, spopielał wszystko na swej drodze. Nieograniczony gnał przed siebie, zbierając swe żniwo. 
 Tak nagle jak wszystko się zaczęło, tak się skończyło. Wyczerpana dziewczynka opadła na ziemię, mdlejąc. Wokół nie było już nic, tam gdzie niegdyś stała wioska, teraz pozostała tylko wypalona połać ziemi, a popiół jeszcze długo unosił się w powietrzu.
 Mała nie zdołała poczuć, jak czyjeś troskliwe ręce podnoszą ją i zabierają ze sobą. Daleko od tego naznaczonego ogniem miejsca. 

*** 

Dziewięć lat później.

 Dzień był nadzwyczaj spokojny. Jeden z tych, w których zdaje nam się, jakby czas się zatrzymał. Zielony las falował, poruszany delikatnym wiatrem, zdawał się nucić sobie tylko znaną pieśń, do której z chęcią przyłączyły się radosne głosy ptaków. Słońce rzucało swój blask na niewielką polanę po środku tego cudnego krajobrazu, oświetlając postać siedzącą nad strumykiem. Swe jasne dłonie zanurzyła w krystalicznej wodzie, jakby chcąc poczuć przyjemny jej chłód. Białe niczym śnieg włosy spływały lokami na ramiona dziewczyny i delikatnie muskały długie źdźbła trawy. Lekki wietrzyk przyniósł ze sobą przyjemny dla ucha głos.
 - Akallabeth, gdzie jesteś ?! - zawołał gdzieś z oddali.
 Białowłosa obróciła głowę w stronę skąd dobiegło ją wołanie, jednak nie zauważyła kobiety na skraju polany. Podniosła się z ziemi i chwytając w dłoń koszyk pełen kwiatów, pobiegła w las. Stąpała lekko i zwinnie, jakby od zawsze biegała po tych lasach i znała je już na pamięć. Zwiewna, błękitna sukienka upodabniała dziewczynę do wodnej nimfy, która wydawała się zbłądzić pośród lasu daleko od swego strumyka. 
 Już po krótkiej chwili jej wysoka sylwetka wyłoniła się spośród drzew, a kobieta stojąca w progu drewnianej chatki, odetchnęła z ulgą. Las wokół nich nie przerwał swej pieśni,  jednak wydawało się, iż przycichł, za to ptaki rozpoczęły swój koncert.
 - Wybacz Brethil, byłam nad strumykiem.
 Akallabeth uśmiechnęła się promiennie do starszej kobiety, która była jej opiekunką od tamtego pamiętnego dnia. Westchnęła, nie potrafiła się gniewać na swą podopieczną, gdy widziała ten uśmiech.
 - Tak jak myślałam, ostatnio bardzo często tam przebywasz - zauważyła Brethil, przyglądając się dziewczynie bystro swymi ciepłymi, zielonymi oczyma.
 - Nic na to nie poradzę, to piękne miejsce. Woda jest chłodna, słońce świeci jasno, a wietrzyk jest ciepły - odrzekła wesoło, a w jej fiołkowych tęczówkach iskrzyła się radość.
 Bret tylko uśmiechnęła się lekko, jej wzrok padł na włosy dziewczyny. Nie tylko biel zdobiła jej głowę. Grube, czerwone pasmo odcinało się na tle śnieżnych kosmyków. Umiejscowione przy prawej skroni, rozczesane na dwoje zawsze okalało młodzieńczą twarz. 
 - Chodź, musisz kogoś poznać - powiedziała tajemniczo opiekunka, odwracając się w stronę drewnianego domku. Zdziwiona Akallabeth podążyła za nią w głąb ich mieszkanka.
 W jadalni, przy okrągłym stole, siedział wysoki chłopak. Wpadające przez okno promienie słońca odbijały się od złotych włosów, tworząc wokół niego jasną poświatę. Gdy ich oczy się spotkały, dziewczyna była niemal pewna, że nieznany jej mężczyzna nie może być zwykłym człowiekiem. Nikt nie miał tak pięknych, złotych oczu. 
 - To jest Alcarin, przysłano go tu by...
 - Coś ci zaproponować i już cieszę się, że to mnie wybrano do tej sprawy - przerwał starszej kobiecie i podszedł do białowłosej. Ujął jej bladą dłoń w swoją, składając na niej delikatny pocałunek i ponownie spoglądając w fiołkowe tęczówki. - Jestem Alcarin, niezwykle miło mi cię spotkać - dodał, wyprostowując się.
 Zmieszana i zarumieniona dziewczyna opuściła wzrok, delikatnie zabierając dłoń.
 - Akallabeth, również mi miło... - przedstawiła się nieśmiało, jednak ciekawość w niej zwyciężyła i zwróciła spojrzenie na złoty oczy chłopaka. - Czy jesteś...?
 Nie wiedziała jak stosownie dokończyć pytanie, jednak on zdawał się wiedzieć, o co jej chodzi.
 - Tak, światło to mój żywioł, jak już pewnie zdążyłaś się domyślić - odrzekł, uśmiechając się ciepło.
 Przez chwilę tylko dane im było potrwać w tej spokojnej ciszy, spoglądając na siebie nawzajem. Brethil zakaszlała cicho, zwracając na siebie uwagę owej dwójki.
 - Czy nie powinieneś przejść do rzeczy? - zapytała naglącym głosem, spoglądając na chłopaka nieco karcąco, jednak on wydawał się tym wcale nie wzruszony. 
 - Ah tak, przyszedłem tu zapytać, czy nie zechciałabyś do nas dołączyć?
 Dziewczyna przez krótką chwilę nie potrafiła wydusić słowa, zbyt zaskoczona ową propozycją. Marzyła o tym od dawna, odkąd tylko usłyszała o nich od swej opiekunki. Miała silne przeczucie, iż to właśnie miało być miejsce, w którym wreszcie dowie się, jaka jest jej droga.
 - Tak, oczywiście że tak - wyszeptała w końcu, uśmiechając się promiennie.
 Alcarin odwzajemnił ten piękny gest, jednak jedno ciągle nie dawało mu spokoju.
 - Wybacz, że ośmielam się pytać, zwykle wyczuwam z jakim żywiołem ktoś jest powiązany, jednak ty jesteś dla mnie zagadką. Czy pomogłabyś mi ją rozwikłać? - zapytał.
 Akallabeth spojrzała na starszą kobietę, niepewna tego co ma uczynić. Nikt oprócz niej nie wiedział o tajemnicy białowłosej, a teraz miała ją od tak ujawnić?
 - Pokaż mu - powiedziała cicho Brethil, uśmiechając się lekko do podopiecznej, chcąc tym samym dodać jej otuchy. Musiała ujawnić swój sekret, jeśli chciała pójść ze złotowłosym, to była jej droga.
 Dziewczyna wzięła głęboki wdech i podniosła dłoń na wysokość swej piersi, przymykając delikatnie powieki. Przez chwilę nic się nie działo lecz wtem nad alabastrową skórą coś mignęło. 
 Na dłoni dziewczyny zatańczył biały płomień.

CDN.



[ Jest to pierwsza część serii krótkich opowiadań, które mają obrazować poprzednie życia Rakshy, o których ona dopiero się dowiaduje. W woli wyjaśnienia - akacja dzieje się na czterysta lat przed czasami obecnymi w Stadzie Nocy i póki co w świecie ludzi. Staram się pisać zgodnie z fabułą, mam nadzieję, że nie zlinczujecie mnie za to, że piszę o ludziach, ale właśnie takie było pierwsze wcielenie Rakshy. Mam nadzieję, że komuś się spodobało. Będzie tego więcej.]