Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Rush. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Rush. Pokaż wszystkie posty

8 listopada 2011

The Last Rush [Tin]

08 listopada 2011


Tik, tak... Zegar tyka droga Cynko. Masz coraz mniej czasu... Pośpiech... Rush... Raz, dwa, trzy... Start!

Obudziłam się zlana zimnym potem jak zwykle sama, gdzieś w okolicach wtulonej w objęcia nocy polany. Rozejrzałam się dokładnie po świecie oświetlonym srebrnym światłem księżyca, a gdy tylko w krzakach poruszyła się biała, puchata kulka zerwałam się na równe nogi i puściłam za nią biegiem.
Cukierniku, khan-kaname...
Tym razem królik zboczył z udeptanej przez nas, leśnej ścieżki wyłożonej opadniętymi liścmi, prowadzącej do wielkiego drzewa czekającego na mnie raz na kilka dni. Zbliżaliśmy się do końca sporego lasu, a za każdym razem, gdy musnęłam dłonią jakąś roślinę krzyczała ona do mnie przeraźliwie, jakby chciała mnie ostrzec. Po chwili rośliny zniknęły z mojego pola widzenia, a pod nogami nie było już stabilnej ziemi zapewniającej bezpieczeństwo. Znów poczułam, że spadam, ale mrok pozwolił mi dostrzec jedynie morską pianę pode mną. Zanim się obejrzałam byłam zanurzona w wodzie. Nie mogłam wypłynąc, bałam się, chciałam krzyczec i wtedy okazało się, że mimo prób oddychania moje płuca nie napełniają się wodą, a głos rozchodzi się dookoła. Mrugnęłam. Ułamek sekundy, a zmienił tak wiele, bo gdy otworzyłam oczy nie tylko miałam na sobie sukienkę charakterystyczną dla Cynek, tylko że ze złotymi i czerwonymi nicmi, ale również świat dookoła zupełnie się zmienił. Nami. Ostatnio dostawałam się do niej bez żadnej kontroli, jakby oba światy dzieliła tylko cienka granica, którą bez problemu można złamac odpowiednim sposobem. Nami nie zmieniała się często, a jednak tym razem z trudem ją poznałam. Prawie wszystko co niegdyś było bordowe, zielone lub niebieskie teraz było białe, szare i nijakie. Poczułam nagły ból w klatce piersiowej i zdezorientowana osunęłam się powoli na ziemię. Ostatnie co zobaczyłam to stojący nade mną Pan Wymyślacz.
Obudziłam się z powrotem w Nimi, ale obok mnie siedziało bardzo dużo osób mieszkających w równoległym świecie. Ciągle byłam ubrana cynkowo, niebo było szare, nie było widac chmur, tylko nijaką przestrzeń. Podniosłam się powoli, a w mojej głowie dudniło tykanie zegara. Wstałam, byłam jakby niewidzialna dla innych, nikt nie reagował na moją obecnośc. Wymyślacz rozmawiał z jedną z Cynek i usłyszałam kilka razy swoje imię. Mimo to ruszyłam dalej, przez tunel z ludzi. Wszyscy byli dziwnie rozmazani, a biała mgła robiła się coraz gęstsza zasłaniając moją i tak słaba widocznośc. Szłam prawie na oślep pomiędzy postaciami potykając się co chwila o kamienie i słysząc poszczególne wyrazy w szumie. Ludzie mówili coś o święcie, o Cynkach, o zjednoczeniu. Podeszłam więc do jednej z kobiet by spytac o co chodzi, ale zdawała się mnie nie słyszec jak reszta. Gdy dotknęłam jej ramienia rozpłynęło się ono w siwy dym i zmieszało z całą, wszechogarniająca mnie mgłą. Usłyszałam wołanie za swoimi plecami, a gdy się obróciłam stał tam kolorowy wilk uśmiechający się do mnie. Po chwili był już koło mnie, a ja zamknęłam nieświadomie oczy.
Znów się ocknęłam tym razem w pomalowanym na żółto pokoju z tapetą w misie na jednej ze ścian. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna i zapisywał coś na kartce. Zupełnie zdezorientowana spytałam naiwnie:
-Co się tu do cholery dzieje?
-Uspokój się... Rozumiem, że każdy się denerwuje przez Świętem.
-Świętem. Jasne, świętem. Jakim znowu świętem?- zapytałam bliska łez.
-Tiinkerbell Khaname.- odznaczył coś na papierze i spojrzał na mnie- Jak to? Przecież wiesz, że dziś jest zjednanie. Nimi i Nami... Staną się jednością. Połączą się w Stark. To dobrze dla Nas.
-Dla was?
-Dla Nas.- powiedział wyraźnie akcentując literę N. Po chwili jego twarz znalazła się przed moją ukazując pomarańczowe oczy. Straciłam świadomośc.
Stałam nad klifem, zupełnie innym niż ten niedaleko polany. Stałam tuż nad przepaścią, a obok mnie stała mała, blondwłosa dziewczynka i patrzyła w dół.
-Boję się...
-Spokojnie, będzie dobrze.
-Nie będzie dobrze, Tin. Nie będzie. Nas chcą zrobic Stark. Nie pozwól na to. Tak nie wolno! Potrzebna jest harmonia...- dziewczynka powiedziała płacząc, po chwili zniknęła, a ja dalej stałam nad odchłanią. Już byłam gotowa na to, że zaraz znów upadnę i obudzę się w jakimś dziwnym miejscu. Nic takiego się nie stało, ale po drugiej stronie pojawił się białowłosy chłopak idący z jakąś dziewczyną trzymając ją za rękę. Patrzyłam na nich nie mogąc nic zrobic, chciałam krzyknąc, ale nie mogłam nic wykrztusic. Gapiłam się na nich bezwładnie zrozpaczona. I wtedy przyjrzałam się bliżej dziewczynie, tak bardzo mi znajomej. To byłam ja. Ta druga ja, odwróciła się do mnie i pomachała uśmiechając się słodko i zaczęła powoli znikac z chłopakiem we mgle. Wtedy zorientowałam się, że robię krok do przodu, zupełnie bez sensu, bo pode mną nic nie ma, ale tak bardzo chcę być już tam po drugiej stronie, że... Idę. Pod moimi stopami zaczął się pojawiac grunt tworzący się z nikąd. Już miałam być na drugiej stronie, już miałam być obok nich i nagle... spadam.
Jestem na fioletowej łące otoczonej przez las. Obok mnie pojawia się wysoka, szczupła kobieta i szepcze coś coraz głośniej.
Strach Tin... Lęki.
Obok mnie znów pojawia się chłopak, ten sam. Mówi coś, ale ja nie mogę się skupic. Dopiero po kilku chwilach zaczynam rozróżniac słowa. On się ze mną żegna i zanim się obejrzę już odchodzi, stawia nogę za nogą w kierunku przeciwnym do mnie. Tym razem nie miałam zielonego pojęcia co mogłabym zrobic. Wzięłam kilka głębokich oddechów. To najtrudniejsza z prób, tak myślałam. Zamknęłam na chwilę oczy. Nie mogę iśc za nim. Pomyślałam. I wtedy on wrócił. Tin, nie myśl o tym wcale... Jestem. Usłyszałam ciche słowa wypowiadane nie wiadomo gdzie. To było takie trudne, nie iśc za nim, pozwolic mu zostawic mnie... I nadal nie byłam pewna czy postąpiłam dobrze. Tu nie ma złych odpowiedzi.
Pojawiłam się w ogromnej sali, wyglądała jak sądowa.
-Tiinkerbell Khaname, wiek około 15 lat, pochodzenie... A to ciekawe. Nie ma.- mówiła jakaś kobieta siedząca przy drewnianym biurku.
-Jak to nie ma? Musi być, jestem z Nami.
-Nie, nie ma- kobieta pokręciła głową- Jesteś w takim razie ze śniących.
-Super...
-Dobrze, że się cieszysz. To teraz... wybierz sobie świat i oddaj mi ten zegarek.- mówiła bardzo obojętnie nawet na mnie nie patrząc. To wyglądało jak jakiś urząd, a słowa, które zostały wypowiedziane zupełnie mną wstrząsnęły. Chwyciłam zegarek w dłoń przerażona. W mojej głowie ciągle dudniło głośne tykanie.
-Tin, wybieraj, zegar nie czeka. Święto za chwilę, wybierzesz, albo witaj Starku.- powiedziała. Ja przecież nie mogłam wybrac. To tak jak kazac komuś wybrac między brakiem jedzenia, a brakiem picia. Jednak bez jedzenia można życ dłużej więc... Czasem trzeba się poświęcic. Dla innych.
-Nami!- krzyknęłam zalana łzami. Nigdy więcej ognisk, zwierzeń, rozmów, a nawet kłótni w stadzie. Pożegnaj się z Nimi Tin. Pożegnaj się z Nimi...
-Dobry wybór.- zegarek zniknął z mojej szyi. Cała we łzach zasnęłam.
Wake me up when September ends...
Podniosłam się bezwładnie z ziemi. Stałam obok ogromnego drzewa i rozejrzałam się dookoła. Głowa zaczynała mi powoli pękac z bólu, więc ruszyłam w stronę polany, gdzie siedzieli moi przyjaciele. Nie wiedziałam co czuję, w środku miałam zupełnie pusto. Nic jeszcze nie mam za sobą. Nic, a nic.
-Rin Tin Tin...- zaczełam nucic, a z mojej szyi zwisał mały zegarek, którego nie dało się otworzyc. Ale wciąż tykał.
Tin (20:49)

29 października 2011

The Sixth Rush [Tin]

29 października 2011


[muzyka http://www.youtube.com/watch?v=OVg5dJ7dlgA trzeba będzie puszczac 2 razy. dodam jeszcze, że do tego opowiadania bardzo pasuje mi ten obrazek. może komuś bardziej zadziała na wyobraźnię tak jak mi, nie wiem. http://kwejk.pl/obrazek/574683/5,cm,per,second.html]

Co chwilę śmieję się lub tylko uśmiecham, ale jestem tak szczęśliwa, że nie mogę przestac. Przyjemne ciepło ogrzewające mnie od środka ogarnia całe moje ciało wywołując rumieńce na mojej brzoskwiniowej skórze. Oczy ciągle mi się śmieją i patrzę w niebo, w niebo kolorowe od zachodu słońca. Z klifu jak zwykle jest wspaniały widok, a szum fal rozbijających się o skały na dole potrafi uspokoic. Czuję dotyk na policzku więc obracam się na bok i przypatruję się temu co się tam znajduje. Wciąż zielona trawa muska delikatnie moje stopy i szepcze do mnie cichutko piskliwym głosikiem dając do zrozumienia, że już czas.

Jest jesień. Nie mam pojęcia dlaczego dopiero w tym roku nauczyłam się zauważac w niej piękno, patrzec na nią z innej perspektywy. Kocham jesień, kocham wszystkie pory roku, nie mogłabym z żadnej zrezygnowac, bo każda ma w sobie coś pięknego. Ale teraz była pora pomarańczy i złota. Powietrze pachniało kasztanami i szczęściem, moim osobistym, prywatnym szczęściem.
Nie chcę kończyc tej chwili, chcę by trwała dłużej, wiecznie, ale wiem, że to niemożliwe. Podnoszę się więc, żegnam i odchodzę gdzieś w ciemny las, pełen głosów. Zaczynam biec na początku wolno, później coraz szybciej. We włosach mam już sporo żółtych liści, a stopy są poranione jednak ja nie zważam na to. Patrząc przed siebie sunę przez gęstwinę liści, drzew i krzewów.

Wybiegam z lasu i rozglądam się dookoła. Niebo jest już ciemne, widac na nim miliony małych punkcików świecących się na fioletowo. Teraz jestem już w Nami, jestem tu sama. Tego właśnie potrzebuję, żadnego Wymyślacza witającego mnie, żadnych chłopaków całujących bez mojej zgody, tylko ja i niebo. Spaceruję wąską drogą pośród bordowych i zielonych pól i łąk spoglądając na gwiazdy raz po razie. W końcu dochodzę do małego młynu i siadam obok niego wsłuchując się w dźwięk wody ze strumyka. Kładę się na plecach i rozmyślam o wszystkim co mnie ostatnio spotyka poprawiając błękitną sukienkę. Ta chwila jest prawie idealna, prawie...

Nie jest mi dane długo siedziec w samotności, gdyż po chwili podbiega do mnie Cukiernik, królik, posłaniec, przyjaciel. Wchodzi mi na kolana i próbuje zwrócic na siebie moją uwagę jak zwykle. Zaczynam go głaskac na początku tylko po to by się nie obraził, później dla własnej przyjemności dotknięcia jego puszystego, białego futerka.
-Hej mały, co tam u ciebie?- zaczynam rozmowę- U mnie dobrze. Lubię to niebo, wiesz? Jest takie czyste... Nie, w Nimi nie ma aż tak kolorowego, ale gwiazdy są.
Gdyby ktoś mnie teraz zobaczył pomyślałby, że to monolog, że mam świra, powinnam się leczyc. Tak powiedziałby ktoś z Nimi. Jednak królik doskonale mnie rozumie, a ja jego. On nie potrzebuje słów by przekazac mi to co musi, wchodzi w mój umysł i tworzy to, czego potrzebuję. On... jest moim umysłem. Biorę Cukiernika na ręce i przytulam mocno, może trochę zbyt mocno, bo zmienia się on w błękitny jak moja sukienka pył i po chwili krążenia wokół mnie zatrzymuje się w okolicy mojej głowy i tam znika. Czuję nagłe bezpieczeństwo, jakby Anioł Stróż, który mnie opuścił nagle powrócił by chronic od złego. Podkulam nogi pod brodę i przymykam oczy, a gdy je otwieram widzę jasne słońce wschodzące znad klifu i oświetlające niebieskie niebo. Nimi. Rozglądam się dookoła obok mnie siedzi tylko jedna osoba z rękami założonymi za głowę, najwyraźniej jeszcze śpiąca. Powietrze jest przyjemnie chłodne i pachnące morzem. Kładę się również i zamykam oczy pogrążając się w głębokim, pełnym przyjemnych i bezpiecznych snów... śnie.
------------------------------------------------------
Przedostatnia częśc.
Tin (14:13)

27 października 2011

The Fifth Rush. [Tin]

27 października 2011


Biegnę bardzo szybko. Patrzę tylko przed siebie starając się nie rozglądac na boki. Wciągam powietrze zmęczona i po chwili wbiegam już na małą polankę z czerwoną trawą. Adrenalina. Nawet nie wiedziałam jak bardzo mi jej brakowało ostatnio. Rozejrzałam się dookoła szukając goniącego mnie czegoś. A w sumie to nie goniącego. Sama zwabiłam to tutaj prawdopodobnie po to aby ponownie poczuc to, co tak lubię, co lubiłam. Słyszę szmer obok mnie więc odwracam się w tamtą stronę, a na mojej twarzy maluje się intrygancki uśmiech. Zza drzew i zarosli wybiega szybko postac, ubrana w niebieski płaszcz. Poza ubraniem widac tylko czerwone oczy jarzące się pod kapturem. Postac posuwa się w moją stronę, a ja wyciągam miecz z pochwy spoczywającej na moich plecach. Stoję i wpatruję się w stwora nakręcona. Po chwili owe coś rzuca się na mnie z piskiem jak u małej dziewczynki. Szybko odskoczyłam w bok robiąc przy tym fikołka i przykucnęłam. Podczas kolejnej próby uśmiercenia mnie postac została zraniona kilka razy przez moje ostrze wskutek czego upadła na ziemię ledwo żywa. Nie lubiłam tego robic, dobijac kogoś, ale musiałam. Machnęłam ostrzem w jej stronę, teraz była tak już tylko wielka czerwona plama. Włożyłam miecz na jego miejsce i ruszyłam w drogę. Brakowało mi tego w życiu, adrenaliny. Czasami jej po prostu potrzebowałam. Dlatego zgłosiłam się do zadania łowcy w Wieży Cynek.

[tu muzyka http://www.youtube.com/watch?v=4ukPOomj7Zo bedzie za długie, ale ta piosenka nadaje opowiadaniu inny sens według mnie. inaczej można je źle odebrac]

Szłam spokojnie drogą patrząc co chwila na drogowskazy i znaki. Stawiałam stopę za stopą nie myśląc o tym prawie wcale. W głowie miałam tylko jedno. Naprawić mój świat. Po chwili wędrówki doszłam do tak dobrze znanego mi już klifu i usiadłam na jego brzegu uśmiechając się sama do siebie. Pomyślałam o Low'erze, musiałam z nim porozmawiać, a ten jak na zawołanie zjawił się i usiadł obok mnie.
-Yokoso.- przywitałam się grzecznie. Skinął mi głową i zaczął się wpatrywać w niebo przed nami.
-Chciałabym z Tobą porozmawiać jeśli to możliwe. Kim my byliśmy jak byliśmy mali?- zapytałam.
-Przyjaciółmi, najlepszymi.- uśmiechnął się do mnie.- Kochałem cię na zabój. Myślałem wtedy, że ty mnie też, ale ostat...
-Low posłuchaj.- nie pozwoliłam mu skończyć- Ja naprawdę nie pamiętam zbyt wiele. Przepraszam, wiem, że musi ci być przykro z tego powodu, ale jesteś dla mnie praktycznie obcy. A nawet gdybym pamiętała. Ja...
-Masz kogoś.- przerwał mi- On jest ważny dla Ciebie? Naprawdę go kochasz?- spojrzał mi przyjaźnie w oczy.
-Jest... jest najważniejszy. Ja...- zastanawiałam się jak ubrać w słowa moje uczucia- Zawsze gdy go widzę zapala się we mnie jakby ciepła lampeczka, która ogrzewa mnie od środka, daje ciepło i światło.- uśmiechnęłam się sama do siebie- I czasami to jest trudne, bo nie zawsze mogę być blisko niego. Po prostu... no nie mogę czasem. Staram się to zrozumieć, próbuję. I wtedy te chwile kiedy jesteśmy już razem wynagradzają mi wszystko, dają nadzieję, ale za razem przygotowują na to, że za jakiś czas już tak nie będzie.Ufam mu.- westchnęłam cicho i przymknęłam oczy- Mimo tego wszystkiego co jest złe, to wiem, że dobrego jest więcej... Tak, kocham go, bardzo.- zaśmiałam się sama do siebie, a po moim policzku popłynęły łzy, łzy szczęścia, ulgi.
-Wiem to wszystko.- odpowiedział. Był teraz jakiś inny, jakby kolorowy. Przyglądałam mu się dokładnie.
-Skąd?
-Tin, jestem twoją częścią. Jestem... twoim sercem.- odpowiedział. Zdziwiłam się bardzo, bo po chwili zamienił się w drobny, różowy pyłek, który podleciał do mnie i wszedł gdzieś do mojego brzucha. Nagle poczułam jeszcze większą ulgę i rozpłakałam się na całego śmiejąc się w tym samym czasie. Wyłożyłam się na trawie i zaczęłam wpatrywać w niebo. Było piękne. Zrozumiałam coś bardzo ważnego. Ufaj temu co czujesz nieważne, że to głupota.
Tin (18:50)

26 października 2011

The Fourth Rush [Tin]

26 października 2011


Głęboki wdech. Ciepłe, jesienne powietrze. Pachnie kolorami, pomarańczowym i żółtym. Wydech. Znowu wdech. Już inne powietrze. Pachnie bordowym, granatowym i zielonym. Otwieram powoli oczy, a dookoła mnie znajduje się mnóstwo stworzeń, budynków z kamienia i straganów. Wylądowałam zupełnie gdzieś indziej niż zazwyczaj. Na prawo i lewo widać było ludzi niosących towary: od warzyw aż po biżuterię. Zgadnijcie kto mnie powitał. Tak, dokładnie. Wymyślacz, mój przyjaciel jak zwykle bez słowa przywitania stanął obok mnie i zaczął mówić:
-Panienka patrzy ile ludu się szykuje.- mimo wielu prób nie udało mi się go zmusić do mówienia na mnie po imieniu.
-Uhum... Do czego?- spytałam. Byłam ciekawa, ale myśli wciąż krążyły wokół czegoś innego. Nie mogłam się oderwać, tym razem nawet Nami nie pomagała. W moim umyśle wciąż tworzyły się nowe obrazy, przychodziły wspomnienia i przypominały się dialogi. Prawie ciągle to samo, ten sam schemat. Coś przyjemnego, potem złego. I to wszystko dotyczące tylko jednego. Odpowiedź mężczyzny wyrwała mnie jednak z zamyślenia na kilka sekund.
-Święto. A ty musisz być.
-Jasne...- odpowiedziałam i odeszłam zdając sobie sprawę z tego, iż postąpiłam bardzo nieuprzejmie. Pobiegłam w stronę drogi jak ja ją nazywałam „z pięknymi widokami” co chwila potykając się o nogi przechodzących przez plac osób. Wreszcie wyrwałam się z tłumu i znalazłam na mojej jakże upragnionej otwartej przestrzeni. Usiadłam gdzieś na łące z fioletowymi kwiatami i zaczęłam wpatrywać się w niebo, rozmyślać.
-Nie możesz tego tak zostawić i dobrze o tym wiesz. Tin, radź sobie z tym wszystkim. Nie możesz w kółko uciekać!
Ktoś krzyczał w mojej głowie. Tak, w głowie. Rozejrzałam się dookoła, ale za mną była tylko mała chmurka. Mała chmurka... Mała myszka... Mysz mówiła do mnie pod postacią chmurki. Uśmiechnęłam się sama do siebie. To był właśnie klimat Nami, ten który tak kocham.
-Masz rację.- odpowiedziałam.
-Więc idź i porozmawiaj...- dym rozpłynął się w powietrzu, ale głos ciągle dudnił mi w głowie. Wstałam i westchnęłam cicho. Muszę... Ruszyłam w stronę klifu. Kolorowy wiatr rozwiewał mi włosy i zaginał rąbek sukienki. Nagle usłyszałam za sobą kroki, ciche stąpanie po ziemi. Odwróciłam się gwałtownie.
-Wychodź.- powiedziałam szorstko w stronę hałasu.
-Tiny... Tiny, Tiny, Tiny cat... Pamiętasz mnie khan-kanamee...?- zza głazu wyszła jakaś postać. Ubrana była mniej więcej tak jak ja, tylko na czarno, cała na czarno. Podeszła bliżej tak, bym mogła przyjrzeć się jej z bliska. To byłam zwyczajnie ja! Ja, tylko czarna.
-Nie. I nie mam zamiaru.- odpowiedziałam.
-Tin bądź sobą! Nie kryj się za mną, nie kryj się za nią!- dziewczyna wskazała palcem na głaz, zza którego wyszła kolejna dziewczyna także podobna do mnie, ale ubrana na różowo.
-Tiny... Tiny... Zniszcz nas! Nie jesteśmy ci potrzebne...Jesteśmy maskami. Zniszcz nas, albo my zniszczymy ciebie.- mówiły jednocześnie podchodząc coraz bliżej mnie. Wyglądało to upiornie. Przy moim boku pojawił się biały królik, Wymyślacz i Lower. Wpatrywali się we mnie. W końcu ten drugi wyciągnął coś w moją stronę. Był to miecz, długi lekko zakrzywiony. Przyjrzałam się mu dokładnie po czym pogładziłam ostrze. W tym samym czasie dziewczyny rzuciły się na mnie krzycząc przeraźliwie. Czas jakby stanął w miejscu, a przez głowę przeleciało mi tysiąc myśli, tysiąc wspomnień. Chwyciłam mocniej miecz i zamachnęłam się nim. Potrafiłam się doskonale posługiwać tego rodzaju bronią, sama nie wiedziałam skąd. Ostrze rozcięło bliźniaczki na pół, obie. Cztery części leżały teraz zakrwawione u moich stóp. Schowałam miecz i spojrzałam w miejsce, w którym powinni stać moi znajomi. Nie było ich tam. Czułam spokój i harmonię jakby w moim ciele zostało zniszczone coś co od dawna mnie trzymało. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. Miałam już plan, bo teraz kiedy byłam wolna mogłam zacząć naprawiać moje światy. Zaczynając od Nami... Pierwsze: porozmawiać z białym królikiem. Drugie: Dowiedzieć się kim dokładnie jest Wymyślacz i jaką pełni rolę w moim życiu. I trzecie: wyjaśnić Low'owi o co dokładnie chodzi. Chyba dam radę. Nie, na pewno dam. Muszę. 
-----------------------------------
Wiem, że krótkie. Właściwie to miało być o czymś innym, ale zboczyłam nieco z celu. Czekam na szczere komentarze.
Tin (21:55)

23 października 2011

The Third Rush [Tin]

23 października 2011
Ponownie wyciągam ostry nóż i robię małe cięcie w mojej skórze. Tak bardzo tego nienawidzę, nienawidzę siebie za to, że nie potrafię wytrzymać tak małego i nieważnego dla świata bólu. Jednak gdy przez to wszystko, przez cały ten chaos po moim policzku ścieka łza, która po chwili upada na mały, grawerowany zegarek czuję przyjemne ciepło, które uspokaja mnie. Uciekam. Nie boję się do tego przyznać. Po prostu czasami potrzebuję odciąć się od wszystkiego co złe w moim świecie. A w sumie to już nie w moim. W naszym, w świecie wszystkich. Moim światem jest Nami, moim osobistym, wolnym od trosk. Nie potrafię sobie poradzić, czasem po prostu nie mogę choć wiem, że powinnam chociaż próbować. Więc uciekam tam gdzie niebo jest zielone, bordowe lub fioletowe. Dziś mnie akurat nie potrzebują, nie wysłali Cukiernika. Biały Królik przychodzi tylko, kiedy muszę coś załatwić. Albo jakiś proces, na którym konieczna jest moja obecność albo herbatka z innymi Cynkami. Cokolwiek. Dziś go nie było i dobrze. Dziś mogę robić to co tylko zechcę.
Gdy pojawiam się przy krzywym drogowskazie i widzę granatową chmurę uśmiecham się sama do siebie i ruszam już całkiem dobrze znaną mi drogą. Bordowa sukienka faluje przy każdym kroku, a ja prawie śmieję się na głos. Po chwili tuż obok mnie pojawia się śmieszny mały ludzik. Od razu rozpoznaję w nim Wymyślacza, którego poznałam podczas pierwszego pobytu tutaj. Ukłonił się nisko, ale jak zwykle nie powiedział słowa na powitanie.
-Chce może panienka zobaczyć?-zaczął jak zwykle.
-A cóż tym razem?
-Ciekawe rzeczy, ciekawe.
Ruszyłam więc za nim jak zwykle szliśmy pod rękę rozmawiając i śmiejąc się. Rozglądałam się ciekawie dookoła chłonąc każdy skrawek mojego świata. Po kilku minutach wędrówki doszliśmy na coś w rodzaju klifu. W dole widać było zieloną wodę rozbijającą się o skały.
-Późno już, oj późno! Muszę iść!-powiedział wyraźnie czymś zdenerwowany.
-Oczywiście, do zobaczenia khan-kaname.- pożegnałam ciepło przyjaciela i uśmiechnęłam się. Wzięłam głęboki wdech i obejrzałam się za siebie by jeszcze raz spojrzeć na drogę z krzywymi kierunkowskazami. Podeszłam do przepaści i usiadłam na jej brzegu by zatopić się w swoich własnych myślach. Nie było mi to jednak dane, gdyż po chwili obok mnie pojawił się brązowowłosy chłopak na oko o 2 lata starszy ode mnie. Ku mojemu zdziwieniu usiadł obok mnie i zaczął się mi przyglądać.
-Y... Yokoso?- przywitałam go niepewnie. Skinął mi głową. Miał brązowe oczy i krótki zarost. Nie można było powiedzieć, że nie był przystojny.
-Dawno temu do nas wróciłaś?-spytał.
-Uhm. No nie wiem...- byłam bardziej zdziwiona niż się o to podejrzewałam. Nie miałam pojęcia czemu, przecież już dużo razy ludzie tak robili. Tym razem było jakoś inaczej.
-Tin, nie pamiętasz mnie, prawda?
Pokiwałam głową szybko. Złapał mnie za ramię i potrząsnął lekko.
-To ja, Low! Lowender. Naprawdę nie pamiętasz?- spojrzał na mnie jakby błagalnie.
-Nie, nie pamiętam.- wyrwałam się z jego uścisku- Nie mam jak. A kim jesteś?
Westchnął cicho i przymknął oczy.
-Twoim starym przyjacielem. Bawiliśmy się razem jak byliśmy mali. Słyszałem, że skasowało ci pamięć, ale myślałem, że MNIE to akurat będziesz pamiętać.
-Jak widać nie.- wzruszyłam ramionami.
-No trudno... A masz ochotę porozmawiać?
-Jasne, czemu nie.- skłamałam.
Siedzieliśmy tam sama nie wiem ile. Świetnie nam się rozmawiało, straciłam poczucie czasu.
-Muszę już iść...-oznajmiłam po kilku chwilach od ostatniego, wypowiedzianego słowa.
-Dlaczego?- powiedział dosyć smutno.
-Bo... ja mam swój świat.
-Ale wrócisz jeszcze?
Nie wiedziałam sama co powiedzieć. Niby nic mi nie zrobił, ale jakoś miałam średnią ochotę żeby przychodzić właśnie tam, właśnie do niego.
-Może. Nie wiem.-wstałam i już miałam odejść, gdy Low złapał mnie za rękę, przyciągnął do siebie i pocałował. Wyrwałam mu się szybko.
-Co ty wyprawiasz do cholery?!- spytałam.
Był wyraźnie zdziwiony, nie wiedział co powiedzieć. Podrapał się tylko po głowie.
-Ja... Mam chłopaka, kocham kogoś!- wykrzyknęłam nie zbyt głośno, ale chyba go to dotknęło. Przecież ja go nie znam prawie, o co tu w ogóle chodzi? Pobiegłam szybko w stronę drogi by znów użyć zegarka.

Obudziłam się pod wielkim drzewem jak zwykle. Nadal nie wiedziałam o co chodziło, chciałam tylko już nigdy więcej nie spotkać tego chłopaka. Chciałam jak najszybciej znaleźć się obok tego jednego, jedynego. Wstałam szybko i puściłam się biegiem w stronę polany nie zwracając uwagi na zdziwione zwierzęta uważnie mi się przyglądające. Sama nie wiedziałam dlaczego byłam taka zła. Przecież to nie była nawet moja wina. Więc czemu czułam się paskudnie? Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że to dlatego, że w moim osobistym, idealnym świecie zaczęły się pojawiać problemy. Dlatego już nigdy, ale to nigdy nie chcę widzieć Low'a. Nigdy.
------------------------------------------------------------
Nie wiem sama jak mi poszło. Tin w końcu będzie musiała się nauczyć radzenia sobie z problemami, a nie uciekania od nich. Nie będzie miała już gdzie uciekać. No nic. Tym razem bez podkłądu, bo jakoś nie mogłam znaleźć żadnego.
Tin (14:01)

15 października 2011

The Second Rush [Tin]

15 października 2011
[muzyka http://www.youtube.com/watch?v=KOJBD_IxJuc podkład trzeba będzie pewnie odtwarzac ze 3 razy]

-Rin tin tin, tyry rin tin tin...-odrywałam drgające płytki jedną za drugą, a im więcej ich ubywało tym bardziej rosło moje zdziwienie.
-Rin tin, tin...-ta melodyjka trzymała mnie, nie miała zamiaru odchodzić i otworzyć swych szponów by mnie wypuścić. Dalej niszczyłam posadzkę odsłaniając przepiękny krajobraz przedstawiający świat... w lustrze? Wyglądało to trochę jak mały stawek odbijający wszystko co nad nim. Spojrzałam w górę, jednak był tam tylko komin, którym tu wpadłam.
-Rin tin tin...-nachyliłam się nad powierzchnią owego czegoś by przyjrzeć się dokładniej. Widać było fioletowo-zielone niebo i kilka roślin na kształt drzew. A wszystko było do góry nogami jak odbicie. Patrzyłam zdumiona.
-Rin tin tin...-coś mnie popchnęło, byłam tego pewna. Wpadłam więc prosto w lustrzany świat lądując po jego stronie.

Siedziałam bezradnie na bordowej trawie rozglądając się dokładnie. Przede mną przewędrował orszak małych, śmiesznych ludków przypominających mrówki. Prowadzący spojrzał na mnie, nie wiedziałam o co chodzi. Dopiero po chwili wskazał na moją stopę, która torowała im drogę. Pospiesznie odsunęłam ją i zorientowałam się, że nie mam już na sobie starych trampek tylko czarne buty do łydek zapinane na grawerowane klamerki i rajstopy w bordowo-czarne paski. Wstałam i obejrzałam sama siebie. Mój strój strasznie mnie śmieszył. Była to bowiem sukienka w kolorze takim jak bordowe paski na rajstopach. Kończyła się na wysokości kolan, tam też była umiejscowiona czarna koronka. Rękawy były do łokci i zakończyły się tak samo jak brzeg sukni, która kończyła się przy szyi, ale zamiast dekoltu miała wycięcie w kształcie odwróconego serca i rozszerzała się dopiero na biodrach. Ręce były odziane w krótkie czarne rękawiczki bez palców. Pomyślałam, że ten strój bardzo pasuje do otoczenia. Rozbawiona ruszyłam przed siebie uważając na każdy krok.
-Rin tin tin...-znów wróciła melodyjka, tyle, że tym razem wiedziałam z kąd pochodzi. Bardzo niski mężczyzna biegał sobie w tą i z powrotem nucąc dosyć głośno. Robił wrażenie jakby mnie nie widział, jednak po chwili stał tuż obok.
-Panienko!-zaśmiał się- Panienka mi powie może, co to jest gwiazda i o czym takowa myśli?
Przyjrzałam się mu dokładnie i ku własnemu zdziwieniu postanowiłam z nim o tym porozmawiać. W końcu jakby nie było, takie pytania były w sam raz dla mnie!
-Gwiazda, drogi panie to...-popatrzyłam w niebo, jednak nie widziałam tam ani jednej iskierki migoczącej jak te, które widać na terenach stada.
-Nie, nie! Źle! Źle spytałem, wybaczy mi panienka.-ukłonił się nisko- Prawdę mówiąc takiego prostego Wymyślnika jak ja nie obchodzi czym gwiazda jest. Za to o czym myśli- owszem.
-Sama się nad tym często zastanawiam...-powiedziałam lecz mężczyzna nie dał mi dokończyć i puścił się biegiem zostawiając mnie samą- Proszę poczekać!- krzyknęłam za nim i zaczęłam go gonić zupełnie zapominając o tym, że to co się dzieje w ogóle nie ma sensu. Mijałam różne drogowskazy i dziwne zakręty. Już miałam wybrać jeden z nich, gdy na drogę wyskoczył mi owy Wymyślnik, jak to sam siebie nazwał. Pokręcił głową.
-Ty nie wiesz. Ja idę szukać odpowiedzi!
-Poszukajmy jej razem.-zaproponowałam nie myśląc długo. Wyciągnął ramię w moją stronę uśmiechając się. Złapałam go pod rękę choć było mi trochę ciężko gdyż był ode mnie dużo niższy. Ruszyliśmy krętą ścieżką mijając po drodze przedziwne stworzenia.
-Dlaczego nie jest Panienka na swoim miejscu?
-Cóż... Nie wiem jak na nie wrócić.
-Odprowadzę Panienkę do Armii najszybciej jak się.
-Armii?
-Sądząc po stroju Panienki należy Panienka do Armii.-spojrzał na pasek, do którego przyczepiony był mały sztylet, którego wcześniej nie zauważyłam.
-Nadużywa pan słowa Panienka, proszę Pana.-uśmiechnęłam się- Jestem Tiinkerbell.
-Nie, nie. Tiinkerbell już dawno tu nie ma!- pokręcił głową.- A imię to niespotykane, ty Tiinkerbell nie jesteś!
-Możliwe, że moja matka dając mi to imię się pomyliła. Jednak wydaje mi się, że nie.
-Ty Cynka. Strażniczka! Strój masz strażniczki.
Obejrzałam sama siebie. Rzeczywiście ten ubiór można by przypisać strażniczce.
-Tak to bardzo prawdopodobne, ale czego strzegę?
-Nie masz broni, tylko to-wskazał mały sztylet- więc bramy. Bramy pomiędzy Nami, a Nimi.
Lubiłam rozmawiać, nieważne, że nie rozumiałam połowy z tego, co mówił. Szliśmy jeszcze przez chwilę snując przeróżne wywody dotyczące zarówno gwiazd jak i kwiatów, aż w końcu doszliśmy do wysokiej wieży z cegły. Spojrzałam w górę, nie widziałam jej dachu, ukrył się on w czerwonych chmurach. Gdy chciałam wrócić do rozmowy zauważyłam, że pan Wymyślnik zniknął. Nie bardzo wiedziałam co robić. Niepewnie podeszłam do masywnych drzwi prowadzących do środka wieży i popchnęłam je. Ku mojemu zdziwieniu wrota otworzyły się bardzo łatwo. Weszłam do środka i powitał mnie miły, znajomy zapach pieczonego chleba. Podeszła do mnie chuda dziewczyna ubrana podobnie do mnie, jednak jej strój był mniej ozdobny.
-Na górę, za mną.-ludzie pochodzący z tąd chyba nigdy się nie witali. Poszłam więc za prowadzącą. Moim oczom ukazała się spora komnata z kilkoma fotelami, a na wszystkich były znaczki odwróconych serc. Gestem ręki dziewczyna nakazała mi usiąść.
-Tiinkerbell, jak długo tu jesteś? -powiedziała.
-Ja... Ale chwila, z kąd znasz moje imię?
-No błagam. Twoja własna opiekunka miałaby cię nie poznać? To, że nie było cię tu dość długo, nie oznacza, że mogę cię tak po prostu zapomnieć. Więc, jak długo?
-Dwa gartamce.-powiedziałam nie zastanawiając się. Po chwili jednak zorientowałam się, że używałam słów, których wcześniej nie słyszałam, a jednak były mi tak znajome. Do pomieszczenia weszła jeszcze jedna kobieta.
-Yokoso. Och, widzę, że mamy tu Cynkę najwyższego pochodzenia.- pierwszy raz ktoś w końcu mnie powitał. Nie zauważyłam nawet, że ten ktoś użył słowa, które często ja sama stosuję.
-Dwa... No to jeszcze nie tak źle. Tin, wiesz dlaczego tu wróciłaś, tak?-dziewczyna zdawała się nie zwracać uwagi na nowoprzybyłą.
-Wróciłam...? Nie, nie mam pojęcia.-posłusznie odpowiadałam na każde pytanie.
-Ale... Ech. Nie mamy czasu na powtarzanie wszystkiego od początku. Widocznie okres rozdzielenia był zbyt długi. Ale dobrze, że pamiętasz podstawowe słowa. Zacznijmy więc.
Usiadłam wygodniej w fotelu i zaczęłam uważnie słuchać.
-Dwanaście lat temu kiedy miałaś trzy lata ludzkie wysłaliśmy cię do Nimi.
-Nimi?
-Tak nazywa się ta strona, po której byłaś tyle lat. A u nas, w Nami się urodziłaś. Jednak każdy z nas należy po połowie i do Nami i Nimi, nie ważne czy kiedykolwiek był w tym drugim. Wracając do tematu. Wysłaliśmy cię tam, ale wcześniej przez przypadek wypiłaś całą butlę Klamstratosu. I pojawiły ci się zupełnie inne wspomnienia, takie jak to, że twoja matka była wróżką. To nie prawda. Twoja matka była najwyższą Cynką, tak jak ty teraz. Cynka to osoba, która strzeże bramy. -kobieta odpowiadała na moje pytania zanim zdążyłam je zadać- Cały czas jej pilnowałaś. Często siedziałaś pod wielkim dębem, prawda? -pokiwałam głową- Właśnie. I rozmawiałaś z nim. Nie raz zdarzyło ci się zapewne, że wysłał ci on obraz białego królika. To zwierze jest naszym zwiadowcą, mówił nam jak sobie radzisz. Nie należy się go bać.- uśmiechnęła się do mnie- W każdym razie sprowadziliśmy cię tu znowu, żeby ci przypomnieć.-dziewczyna wyjęła z kieszeni małą buteleczkę i przysunęła ją do moich ust. Po chwili w moim umyśle zaczęło się dziać coś dziwnego. Tyle obrazów naraz. Ta kraina... Teraz, to wszystko było prawdziwe. Przez tyle lat byłam w błędzie. Dotyczyło to tak wielu osób i miejsc.
-Pamiętasz już? To są twoje najważniejsze wspomnienia. Może zadam ci pytanie kontrolne. Jakie moce odziedziczyłaś po matce Cynce i ojcu Wymyślaczu?
-Po matce zielarstwo i alchemię, a po ojcu unaocznianie niektórych przedmiotów i... oczywiście to zadawanie pytań.- uśmiechnęłam się. Nie znałam tych ludzi, ale wiedziałam o nich co nieco. Wiedziałam już kim był Wymyślacz, którego spotkałam. Nie moim ojcem tylko jego bratem... W głowie mi się przejaśniło. Nareszcie.
-Ale Tin, jest jeszcze jedno. Brama jest oblężana przez ludzi, a oni nie mogą się ot tak dostawać do Nami. Masz wybór: zostajesz tu i pilnujesz bramy, żyjesz z rodzicami. Albo wracasz do Nimi, gdzie też możesz pełnić rolę Cynki.
Pomimo tego, że większość życia spędziłam bez tego świata to czułam, że to jest właśnie moje miejsce. To, że nie znałam moich prawdziwych rodziców prawie wcale nie miało tu nic do rzeczy. To miejsce było mi znajome. Tu się urodziłam, z tąd są moje wszystkie prawdziwe wspomnienia z dzieciństwa. Jednak myśl, że mogłabym coraz rzadziej rozmawiać z Aldieb, śmiać się razem z Theosiem, siedzieć w milczeniu przygladając się poczynaniom Destroy, słuchać zwierzeń Luny i przytulać się do Membu napawała mnie strachem.
-Ja muszę tam... być.
-Oczywiście, tak myślałam. Jednak co najmniej raz w tygodniu musisz nas odwiedzać. To bardzo ważne. Masz ten zegarek, który dał ci królik, tak?
Pokiwałam głową.
-To dobrze, gdy spadnie na niego twoja kropla krwi i jedna łza, trafisz tu. Albo wrócisz tam. I pamiętaj raz w tygodniu!
Wyjęłam sztylet spoczywający u mojego boku i nacięłam nim bardzo ostrożnie dłoń. Przypomniałam sobie także moment, w którym mówiono mi, że jestem niepotrzebna, że byłam tylko jakimś treningiem. Ten ból psychiczny w połączeniu z fizycznym poskutkował jedną, małą łzą, która kapnęła na zegarek równocześnie z krwią spływającą po moim palcu. Dziewczyna pomachała mi na pożegnanie.

Po chwili zamiast niej widziałam tylko czarny kolor. Podniosłam głowę i uświadomiłam sobie, że leżałam twarzą w ziemi tuż obok ogromnego dębu. Zaśmiałam się cicho. Jaki dziwny sen... Wstałam i ruszyłam w stronę stada, a z mojej szyji zwisał mały zegarek, z którego ściekała kropelka krwi. W kieszeni spoczywał sztylet, a ja wciąż nieświadomie nuciłam.
-Rin tin tin...
----------------------------------------------------------
Tak więc. To jeszcze nie koniec jakby się mogło wydawac. I ta częśc była trochę mało ekscytująca... Ale trudno. Jakoś to musiałam ogarnąc. I wiadomośc dla Anaid: jutro będzie moje zadanie.
Tin (16:49)

12 października 2011

The First Rush [Tin]

12 października 2011

Biały to z natury bardzo czysty i niewinny kolor. Nie znam przynajmniej nikogo kto mógłby go kojarzyc z czymś złym. Biała suknia, biały welon, biały śnieg, biała chmura, biała owca, biały gołąb, czy to może oznaczac coś bardzo złego? Jednak od dziś biały już nigdy nie będzie już taki sam. A to wszystko przez tego śnieżnego królika. Słodki, mały, cudny, te określenia będę przypisywała od dziś tylko kolorowym landrynkom.

Biegnę najszybciej jak się da, kalecząc odsłonięte ręce o małe, wystające kolce i gałązki czyhające by naciąc moja skórę chocby na kilka centymetrów. Gdybym chciała się zatrzymac rozpędzone nogi zapewne odmówiłyby mi posłuszeństwa i ruszały się dalej niczym mechanizm. Mięsnie zaczynały bolec, a serce waliło jak oszalałe jednak ja wciąż biegłam potykając się o wystające z ziemi korzenie i własne nogi. Co chwila oglądałam się za siebie szukając małego, puchatego cholerstwa goniącego mnie niemiłosiernie. Nie widziałam nieba, gdy patrzyłam w górę moim oczom ukazywała się gęsta plątanina drzew przepuszczająca jedynie cienkie nitki światła słonecznego. Bluzka, a raczej to co z niej zostało, powiewała przy każdym kroku przepuszczając zimne, drażniące powietrze wprost na moja skórę. Nie miałam siły dłużej uciekac, nawet tego nie chciałam. Zatrzymałam się, po prostu stanęłam jak wryta w ziemię, a z końców palców kapały małe, czerwone kropelki porażki. W krzakach przede mną coś się poruszyło, zrobiłam kilka kroków w tył i ugięły się pode mną kolana. Nie byłam pewna co się dzieje, moje ciało owiało ciepłe powietrze pachnące ziemią i grzybami. Czułam się dziwnie błogo i spokojnie. Po chwili jednak zorientowałam się, że zwyczajnie spadam w jakąś odchłań. Po drodze mijałam okna wbite bezsensownie w ziemię, kilka par drzwi i jakieś... oczy? Tak, to były oczy ułożone z małych kawałeczków niczym puzzle. Spojrzałam odruchowo w górę. Dało się tam jeszcze zauważyc małe, białe łapki i długie uszy. Królik mówił coś niewyraźnie, a jednak mimo dystansu dzielącego nas słyszałam jego głos... we mnie, w środku. To wszystko bardzo przypominało mi historię z dzieciństwa, „Alicję w Krainie Czarów” tylko, że ja nie jestem przecież główną bohaterką książki! Głos królika był coraz głośniejszy i wyraźniejszy...
-Tiinkerbell... Coś ty uczyniła...


W tej chwili powinnam się obudzic, tak jak zawsze gdy śni mi się ten sen. Byłam tak z metr nad dnem owej przepaści, ale sen jak na złośc nie chciał się skończyc. Nagle zupełnie niespodziewanie zatrzymałam się, przestałam spadac na dosłownie pół sekundy, by później opaśc na ziemię jak to sobie wyobrażałam. Powoli otworzyłam oczy. Głowa bolała mnie jakby ktoś wcześniej porządnie walnął mnie w nią kijem golfowym. Dookoła było raczej ciemno, pomieszczenie oświetlone jedynie małą lampką zwisająca ze ściany w steampunkowym stylu wyglądało jak wyjęte z czasów wiktoriańskich. Posadzka wysadzana była kamieniami układającymi się idealnie obok siebie, a ściany to po prostu ubita ziemia. Rozejrzałam się dokładnie dookoła zdziwiona. Sądząc po bólu wnioskowałam, że to nie sen, choc ta sytuacja była tak do niego podobna. Wstałam, a kolana mi się trzęsły. Po kilku minutach bezczynnego stania zorientowałam się, że moja pięśc jest zaciśnięta, a w niej kurczowo coś ściskam. Był to zegarek. Mały, złoty, źle chodzący, zawieszony na łańcuszku zegarek. Obejrzałam go dokładnie po czym postanowiłam go sobie zatrzymac. W końcu wszystko mogło mi się teraz przydac. Podeszłam do ściany i przejechałam po niej ręką. Była gładka i ciepła, a pachniała gliną, moim ulubionym zapachem ziemi. Bezradnie usiadłam, a po policzku zaczęły płynąc łzy, które po chwili zmieszały się z krwią. Nie miałam pojęcia co teraz zrobic, oczywiście w każdej chwili mogłam się obudzic jednak jeśli to nie sen... Nie ma drogi powrotnej, a sądząc po czasie spadania odchłań była głęboka. Ale czułam się tu dobrze, mimo uczucia, że mogę nie wrócic to miejsce było dziwnie spokojne i napawające mnie nadzieją. Jedna kropelka mieszanki zjechała po mojej brodzie i upadła wprost na zegarek, który gwałtownie zaczął mocniej tykac. I tykał i tykał coraz głośniej. Po kilku minutach usłyszałam jakby brzdęk kafelka. Spojrzałam na podłogę, tak jedna z płytek na posadzce była luźna i drgała w rytm tykania. Zmarszczyłam lekko brwi i podeszłam do niej. Jednym, zgrabnym ruchem podniosłam ją i odrzuciłam na bok. To co zobaczyłam pod spodem zaparło mi dech w piersi...
------------------------------------------------
No i tyle, wiem że krótko, ale zrobię kolejną częśc. Ja jakoś nie mogę pisac długich opowiadań ;c No trudno, przepraszam za tą zmianę muzyki. Inspiracją dla tego był mój sen (w realu) o goniącym mnie króliku. Całośc będzie historią o dorastaniu emocjonalnym i dojrzewaniu do ważnych decyzji xD No nic, to tak bardziej dla mnie niż dla was. I napiszcie prosze co o tym sądzicie...
Tin (17:25)