Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuo. Pokaż wszystkie posty

4 czerwca 2012

Zew przeszłości cz. IV [Kuo]

Em… więc ta. Na początek serdecznie proszę o przeczytanie poprzednich części. Bardzo proszę. Cholernie bardzo. Szczególnie osoby, które dość długo należą do stada. No i powinniście siedzieć podczas czytania tego. Przynajmniej niektórzy. Będzie w miarę krótko i na temat. Nie chce mi się tego ciągnąć.


Minęło wiele dni, a nawet tygodni. Stado Nocy odeszło w zapomnienie, zostało ono zastąpione nowym światem o przekłamanych kolorach. Aredhel sprawił, że barwne otoczenie stało się mi bliskie. Czułam się tu świetnie. Jednak wszystko to, co sprawiało wrażenie cudownego i magicznego, stało się teraz zwyczajne. Wręcz nudne. Z czasem fascynacja otoczeniem ustąpiła dziwnemu uczuciu, które powoli zżerało od środka – pustka nie pozwalała normalnie funkcjonować. Tęsknota za domem kazała wracać. Zmusiła mnie do zostawienia Aredhela, który dotychczas był moim przewodnikiem.
Las tętnił życiem. Barwna ściółka skrzypiała wesoło pod moimi łapami. Ptaki świergoliły w koronach fioletowych drzew, zające ganiały się w ramach beztroskiej zabawy. Środek wiosny. Wszystko żyło.
– Powiedz mi… – zagadałam do Aredhela, który szedł tuż obok mnie. – … jak można się stąd wydostać?
Mój cudaczny towarzysz posłał mi zdziwione spojrzenie.
– Wydostać? Chcesz odejść?
Nie mogłam tu zostać. Świadomość, że zostawiłam Lunę i całe stado nie dawała mi spokoju. A przecież nie należałam tam tak długo, rzadko kiedy pojawiałam się na polanie. Co sprawiło, że czułam taką więź?
Wędrowałam po tym cudacznym świecie, szukając jakiegokolwiek sposobu by stąd uciec. Na próżno. Wiele myślałam… O Herd of the Night, Lunie, przedziwnym głosie, którego właścicielka sprowadziła mnie w te progi. Było mokro… Zimno. Dziwnie.
Zatrzymałam się przy jeziorze, na które trafiłam nocą. Złota jego tafla lśniła bogato w świetle księżyca, który w tym świecie – obok gwiazd i całego nocnego firmamentu – zachował swą naturalną barwę. Nie wiedziałam co ze sobą począć. Tęskniłam. Za dawnym życiem. Nareszcie miałam miejsce, do którego mogłam śmiało wracać, a jednak coś mnie od niego odciągnęło. To bolało. Tak bardzo bolało. Ale nie mogłam nic na to poradzić. Jedynie szukać, nie tracić nadziei na lepsze jutro.
Siedziałam tak, obserwując wodę. Niedobrze mi się robiło na sam widok złocistej cieczy. Lecz gdziekolwiek bym nie spojrzała, ujrzałabym to samo – kłamstwo. Wszechobecne zakłamanie. Ten świat nie istnieje. A nawet jeśli, to nie jest on mój. Może i inni czuli się tutaj dobrze, akceptowali otaczającą ich rzeczywistość. Ale nie ja. Musiałam wrócić. Z całego serca pragnęłam, by było jak kiedyś. Gdy byłam… dzieckiem.
Nagle spostrzegłam, iż tafla poruszyła się. I, bynajmniej, nie była to fala. Złoto uniosło się ponad płaszczyznę, zaczęło wirować w powietrzu, przybierać określone kształty. Ostatecznie tuż nad wodą unosiła się… kobieta. O lśniącym licu i długich, płomiennych włosach.
– Czemu chcesz wrócić? – cichy głos poniósł się po lesie. Przypominał mi coś… przywodził na myśl wróżkę.
– To Ty? – zapytałam, niewiele myśląc. – To Ty mnie tutaj sprowadziłaś?
Piękność uśmiechnęła się nikle. Chłodno.
– Czy nikt Cię nie nauczył, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie? Czemu chcesz wrócić?
Zastrzygłam uszyma. Co mialam powiedzieć? Prawdę. Ale cóż nią jest, skoro serce od kliku dni nieczułe na takie wartości?
– Pragnę wrócić do domu. – odparłam cicho.
Powietrze wypełnił perlisty śmiech.
– Do domu? Kuo… Przecież ty nie masz domu. Oni cię tam nie chcą.
Nie chcą – rozbrzmiał głos w mojej głowie. Może to racja… Ale ja pragnę być przy nich. Nie wiedzieć nawet czemu…
– Chcę wrócić. – rzekłam twardo, starając się by zabrzmiało to pewnie.
Kobieta uśmiechnęła się do mnie pobłażliwie.
– Źle ci tutaj? Nie rozumiem… tyle razy witałaś w naszych skromnych progach. Za każdym razem odchodziłaś, prędzej czy później. Naprawdę nie sądzisz, że lepiej byłoby zostać? Przestać ciągle burzyć równowagę świata? Przestać niszczyć siebie?
Postawiłam uszy na sztorc. Nie dotarło do mnie ani jedno słowo.
– Jestem tu po raz pierwszy… – zaczęłam z wolna. Starałam się wysilić swój niewielki móżdżek, który pracował na pełnych obrotach.
– O nie, moja droga… Jesteś tu po raz czwarty. Z tego, co pamiętam.
Nie rozumiałam ani słowa.
– Gdzie jestem…?
– W miejscu pomiędzy bezgranicznym Dobrem a Złem. Między Niebem a Piekłem.
Przez chwilę stałam w milczeniu i absolutnym bezruchu. Nie rozumiałam. Nic a nic. Nie pamiętałam tego miejsca. Byłam pewna, absolutnie pewna, że nigdy tu nie zawitałam. Pustka w sercu. I umyśle. Brak inicjatywy, pomysłu na dalsze życie. Egzystencję…
– Co tam milczysz? Mowę ci odjęło?
Położyłam po sobie uszy. Ten głos zaczynał mnie irytować.
– Pozwól mi wrócić. Nie chcę niczego innego, jak tylko dostać się do swojego wymiaru.
– Oj, Naomi… Naprawdę chcesz wrócić?
Zatkało mnie. Jak ona mnie nazwała…?
– Nie patrz tak na mnie. Dziecię Słońca w Cieniu… zaczynam mieć was serdecznie dosyć. Jesteście ciekawi, intrygujący na swój sposób. Tworzycie swoistą rodzinę, stado, które nie chce upaść. Na dodatek tak bardzo wpływacie na osoby z zewnątrz… ściągacie je do siebie, skazujecie na otwarcie umysłu, pomagacie dorosnąć, zintegrować się ze światem, albo całkiem od niego odizolować. Jesteście… gromadnym indywiduum. Złotym łańcuchem, którego ogniwa z czasem odpadają: po prostu się starzeją, albo okazują się być jedynie marną podróbką złota, farbowanym złomem. Wracaj, jeśli chcesz. Lecz wiedz, że nie pozwolę ci ukazać się ich oczom w tej postaci – nie musisz udawać.
Patrzyłam jak oniemiała na złotą postać. Do jasnej cholery… Ten piekielny mętlik w głowie. Chciałam coś powiedzieć… nie wiedziałam tylko co. Poczułam dziwne wibracje gdzieś w okolicy serca. Ktoś tu był. Wiedziałam to, choć jeszcze nie ujrzałam przybysza. Rozejrzałam się dookoła, próbując odnaleźć wzrokiem przybysza. Mój wzrok padł na zwierzę. Dość niskiego wzrostu. Zbliżało się. Gdy wyłoniło się z cienia, rozpoznałam szarą wilczycę. Mierzyła mnie błękitnymi ślepiami. Znałam ją… Widziałam ją w snach. Nawiedzała mnie. Towarzyszyła. Czułam też, że… jest mną. Choć tak odległą… Zmieniłam się. Zbyt bardzo. Jak już komuś powiedziałam oniryzm trzyma się niektórzy bardziej, niż sami by tego chcieli. Niekiedy trudno wyjść z tego stanu, uwolnić się z sideł nierealności. Tak ciężko uwierzyć, że ktoś kocha… że życie ma jakąś większą wartość. Że istnieje sens tego wszystkiego, a za swoje czyny ponosi się konsekwencje.
Chciałam zwrócić się do kobiety. Ale jej już nie było. Podobnie szarej wadery. Bezwiednie podeszłam do zbiornika. W gładkiej tafli ujrzałam parę błękitnych ślepi. Szare futro. I bandaże na przednich łapach. Gwałtownie uderzyła mnie pewna myśl. Nawet nie tyle myśl, co trzy słowa. Imię. Naphill Farelle Naomi. To ja…?
Dopiero po chwili dostrzegłam, że woda nie jest już złota. Metaliczny blask zgasł nagle, noc spowił mrok. Tak powinno być. Ciemnozielone korony drzew przyprószone były blaskiem księżyca. Słowik świergolił cichutko w oddali.
Z bezdenną studnią w sercu i umyśle ruszyłam przed siebie, by znów napełnić pustkę, która zawitała we mnie jakiś czas temu. Starczy tej negatywnej głupoty. Trzeba się ogarnąć i wszcząć dawny pozytywny, entuzjastyczny odpierdol.
Wróciłam.


~Anaid
4 czerwca 2012 o 00:35
WIEDZIAŁAM! WIEDZIAŁAM, WIEDZIAŁAM, WIEDZIAŁAM, ŻE TO TY.Nie jesteś mistrzem kamuflażu, moja Kochana Naomi <3Witaj z powrotem, pod swoją już tą prawdziwą postacią.

~Naomka
4 czerwca 2012 o 17:42
No niestety…. zbyt dobrze mnie znacie, żebym mogła ukrywać się dłuższy czas xD


~Tintin
4 czerwca 2012 o 17:22
TYTYTY TY OSZUŚCIE! ZA DUŻO CI POWIEDZIAŁAM!!!!!! AHBDHJVBDGWVDGHA D


~Aldieb
4 czerwca 2012 o 22:53
[ Też się pochwalę, że wiedziałam właściwie od początku, a z czasem się tylko w tym utwierdzałam. Cieszę się, że wróciłaś, Naomku. ]

13 kwietnia 2012

Bitwa o Stado Nocy [Kuo]

– Wstawać! Już, natychmiast!
Całe stado pogrążone było w letargu, gdy nagle przez sam środek zwiniętych w kłębki członków stada przebiegła Kuo, wszczynając przeraźliwy jazgot. Kilka zdezorientowanych wilków uniosło łby; jakiś lis, najwyraźniej poirytowany zachowaniem hałaśliwej wilczycy, postanowił wynieść się wgłąb lasu; leniwe spojrzenie pantery prześlizgnęło się po wariatce – ogółem całe Stado Nocy zwróciło uwagę na mknącą z prędkością światła Gwiazdę Śmierci. Niespodziewanie zwierzęta spostrzegły tuż za nią białą kotkę, która za wszelką cenę starała się dogonić towarzyszkę. W przeciwieństwie do właścicielki dwukolorowego ogona ta milczała.
Wilczyca, przebiegłszy znaczny dystans, upadła, ryjąc ziemię pyskiem. Uniosła oczy i, widząc Aldieb, patrzącą nań z dezaprobatą, natychmiast zerwała się na równe nogi, wyzbywając się trawy spomiędzy zębów.
– Co Ty sobie myślisz? – zapytała Alpha, mierząc samicę krytycznym wzrokiem. – Jeszcze nie wzeszło słońce, wszyscy śpią, a Ty hałasujesz, jakby się paliło.
-Aldieb, posłuchaj! – pobudzona Kuo ledwo mogła ustać w miejscu. Była wyraźnie zaniepokojona. – Stało się coś strasznego.
Najwyraźniej Alpha nie przejęła się zbytnio. Nie drgnąwszy nawet powieką, wciąż wpatrywała się w rozemocjonowaną wilczycę. W międzyczasie dobiegła Luna. Zmęczona, padła u boku przyjaciółki, dysząc ciężko.
Nie wytrzymując napięcia, Kuo wyrzuciła z siebie przekaz:
– Zostaliśmy zaatakowani!

Rozżarzona kula powoli wznosiła się ponad linię horyzontu, muskając ciepłymi promieniami budzące się do życia tereny HOTN. Wiewiórki hasały wesoło pośród gałęzi, ptaki świergoliły radośnie, zapowiadając nowy dzień.
Wtem powietrze przeszył donośny świt, któremu towarzyszył silny powiew. Powietrze przeciął smok o wężowym ciele, łamiąc wątłe gałązki drzew. Zaraz za nim, na ziemi, kroczyła dostojnie bura wadera o długich, smukłych łapach. Szła pewnie, nieugięcie, prowadząc za sobą blisko trzydzieści osobników przeróżnych gatunków i ras – począwszy od psowatych, kotowatych, a na nieparzystokopytnych wierzchowcach i smoku-zwiadowcy kończąc. Grupa, na kształt rzymskiego legionu, przemierzała kolejne kilometry, nie znając zmęczenia. Wszyscy wyruszyli. Bez wyjątku. Nikt nie zawahał się stanąć do walki w obronie domu.
– Daleko jeszcze? – przewodniczka skierowała pytanie do idącej tuż za nią Kuo.
– Już blisko. Teraz tylko wyjdziemy z lasu i dotrzemy do celu. – wadera powoli pokręciła łbem – Aldieb, mówię Ci, jest ich tak dużo…
– Damy radę.
Nie mówiąc już ani słowa, samice wypatrywały przeciwnika. Z czasem obdarzona dwubarwnym ogonem wilczyca cofnęła się nieco, dołączając do korowodu; pozwalając prowadzić Alphie.
Całe Stado Nocy w milczeniu maszerowało naprzód, utrzymując od blisko pół godziny jednostajne, rytmiczne tempo. Wszyscy trzymali się razem, zgodnie. Drobne zatargi pomiędzy poszczególnymi członkami stada odeszły w niepamięć, zwieszono sąsiedzkie bójki, wszelkie nieporozumienia stały się nieważne. Teraz bardziej, niż kiedykolwiek stanowili jedność. W obliczu niebezpieczeństwa zjednoczyli się, by stawić czoło wspólnemu wrogowi.
W końcu dotarli do niewielkiego wzgórza. Wszedłszy na jego łagodne zbocze, członkowie Stada Nocy mieli okazję ujrzeć niezwykłe a zarazem przerażające zjawisko. Dolina roiła się od paskudnych, niewielkich bestii, które tylko czekały na swą kolejną ofiarę. Czerwone pancerzyki lśniły w złocistych promieniach słońca, pokrywały znaczną powierzchnię połaci trawy.
Kilkoro z przybyłych zwierząt wstrzymało oddech, widząc owe monstra. Inni zaniemówili, cofnęli się o krok lub wyszczerzyli kły i pazury. Tylko Alpha zachowała spokój. Obmyślała plan działania. Trudno jednak było cokolwiek zaplanować przy tak dużej liczebności wroga.
Z tyłów zgromadzenia wyłoniła się błękitna klacz. Dzielnie przedzierała się przez tłum, by ujrzeć sprawców zamieszania. Z chwilą, gdy poznała ogrom niebezpieczeństwa, wyszeptała ze zgrozą:
– To biedronki…
Masy biedronek przewalały się od drzewa do drzewa, od krzewu do krzewu, powodując niewyobrażalne zniszczenia. Jeden z osobników, wyraźnie większy i okazalszy od reszty, wystąpił na czele, przypatrując się zaintrygowanym wielkoludom. Wyczuł, że nie są oni pokojowo nastawieni. Pewność zyskał, kiedy usłyszał fragment ich rozmowy.
– Musimy je zlikwidować.
– Ale jak? Jest ich okropnie dużo…
– Damy radę – odparła ich przewodniczka. – Jesteśmy więksi, silniejsi, potrafimy się organizować. Te owady na pewno nie zdołają utworzyć zwartego szyku.
– Więc co robimy? – czarny basior zmrużył ślepia, oczekując odpowiedzi.
– Macie je złapać, rozgryźć, zgnieść, rozszarpać, zjeść… cokolwiek. Liczę na Was. Atakujemy.
Przywódca hordy biedronek zrozumiał tę komendę. Teraz miał pewność. To intruzi. Wytwarzając odpowiednie substancje chemiczne o charakterze informatorów, zwerbował pobratymców i nakazał im przybrać określone pozycje. Wielki, czerwony dywan drgał niespokojnie, gotów do walki.
– Co one robią…? – zapytał jeden z tygrysów stojących na pagórku.
Masywna biedronka nagle zaczęła świecić jasnym, zielonkawym światłem. Inne podążyły w jej ślady.
– To nie są zwykłe biedronki… – wymruczał ktoś.
Chmara ustawiła się w nowy sposób. Powstały dzięki temu symbol radioaktywności ruszył w kierunku stowarzyszenia Stada Nocy.
– One są radioaktywne!
W ciągu zaledwie kilku sekund rozpętało się istne piekło. Pazury przecinały powietrze, zęby szczękały głucho. Jękom i urywanym krzykom nie było końca, podobnie jak natrętnemu brzęczeniu owadów.
Podczas walki świetnie zorganizowana grupa biedronek ninja postanowiła napaść na małego, rudego liska. Karmazynowe punkty osiadły na szczenięciu, które kwiliło żałośnie. Wtem mały zamilkł. Przestał się ruszać. Zamachowcy zajęli każdy wolny centymetr kwadratowy jego ciała. Niespodziewanie szczenię kichnęło, wysadzając okupantów w powietrze.
Jedna z owych uzdolnionych biedronek wpadła w dziwne, dość przytulne miejsce. Dopiero po chwili zorientowała się, iż jest to wilcze ucho. Żądna krwi i walki, poczęła przeraźliwie bzyczeć i obijać. Psowaty zaczął wierzgać, chcąc pozbyć się insekta. Podbiegła doń biała kotka, która tak mocno dmuchnęła w ucho przyjaciela, że biedronka wyleciała z drugiej strony. Basior padł na ziemie jak długi, mamrocząc coś pod nosem.
Skrzydełka były rwane, pancerzyki rozgryzane, nóżki wyrywane. Jaśniejąca chmura powoli zaczęła tracić na mocy.
– Wygrywamy! – dało się słyszeć entuzjastyczny okrzyk, któremu odpowiedział cały chór.
Chwilę potem zbyt głośny żołnierz pod postacią uskrzydlonego wilczura został powalony przez chordę przeciwników.
Powietrze wypełnił ryk. Tuż nad hołotą przeleciał smukły, wężowy smok. Będąc pewnym, że nie zrani nikogo ze swoich, począł zionąć ogniem na intruzów, którzy pod wpływem znacznej temperatury strzelali niczym świeżo robiony popcorn. Miejsce bitwy wypełnił swoisty swąd spalenizny.
Słońce wzeszło, a jatka trwała w najlepsze. Okazało się, że biedronek jest więcej, niż przewidywano.
– Musimy znaleźć jakiś skuteczny sposób! – orzekła Alpha, odciągając na bok swoją pomagierkę Lunę.
– Ale jaki? – prychnęła kotka. – Jest ich cholernie dużo! Więcej ich chyba matka nie miała… A nasi powoli padają, tracą siły.
Nagle kotowatą olśniło. Posunęła się do ostateczności – zmieniła się w ludzką postać i przywołała swego demona, karą klacz imieniem Chandra. Dosiadła chabety i pogalopowała wgłąb lasu. Po chwili wróciła, dzierżąc w dłoni ogromną siatkę na owady, wykonaną nie z niewielkich oczek, lecz cienkiej gazy. Przeczesując co chwilę opływającą krwią dolinę, zgarniała chmary niebezpiecznych owadów. Reszta członków Herd of the Night wyłapywała pozostałe przy życiu osobniki.
– To chyba wszystkie… – podsumowała Aldieb, rozglądając się dookoła. Wielki, brzęczący wór z gazy stał pośrodku zgromadzenia. Trawa była niemalże czarno-czerwona od maleńkich truchełek.
Zwierzęta zaczęły sobie nawzajem dziękować i gratulować. Rannych odeskortowano na główną polanę, a co silniejsi starali się uprzątnąć powstały bajzel.
Kiedy zdawało się, że zwycięzcy mogą spokojnie odejść, prymitywny kokon pękł. Niebo stało się ciemne. Zatrwożeni mieszkańcy przygotowali się do odparcia kolejnego ataku.
I nagle biedronki zaczęły… pękać. Tak po prostu. Z głuchym hukiem eksplodowały i spadały na ziemię pod postacią nieco dziwnych, białych obiektów. Biała oskrzydlona wilczyca chwyciła w pysk jeden z nich. Zaskoczona, krzyknęła:
– Popcorn!
Gromada zgodnie wybuchnęła śmiechem. Najwyraźniej zrobiło się na tyle ciepło, że radioaktywne biedronki zaczęły się gotować w pancerzyku.
Cały wieczór, do samego rana, członkowie Stada Nocy świętowali zwycięstwo, wychwalając najdzielniejszych wojowników. Wiwaty nie ominęły oczywiście dzielnej Aldieb, dzięki której zwierzęta się nie rozproszyły, a także pomysłowej Luny. Jakaś czarna puma została okrzyknięta najbitniejszą kocicą w okolicy.
A wszystko to, cała ta zabawa, śmiechy i rozmowy, odbywały się przy radioaktywnym popcornie z biedronek, który, niestety, miał niezbyt dobry wpływ na układy trawienne ucztujących…

______________________________
Głupie to, wiem.
Zainspirowała mnie Aldieb, która pod jedną z notek udzielała Anaid rady, o czym napisać opowiadanie: „… powiedzmy ktoś obcy zjawił się w stadzie, nie wiem, zostały urządzone wyścigi, opis polowania, albo w stado mogła zaatakować banda wściekłych radioaktywnych biedronek, cokolwiek. :I”
Tradycyjnie nie zdążyłam sprawdzić błędów – także przepraszam za takowe.

11 kwietnia 2012

Dwa kroki... [Naphill Naomi]

11 kwietnia 2012
>Muzyka<
   Słońce właśnie zachodziło. Ostatnie złociste płomienie muskały powoli zieleniące się korony drzew, nadając im ciepły koloryt. Wiosenna trawa kołysała się na wietrze w rytmie nadanym przez naturę. Istna oaza spokoju. Raj na ziemi.
   Wtem przez krainę Edenu przebiegła wilczyca. Łapami zaburzyła taniec źdźbeł. Jednak po chwili można było dostrzec, że i ona na swój sposób współgrała z harmonijnym otoczeniem. Dla niektórych takie relacje, jak te pomiędzy mknącą wilczycą i krajobrazem były niezrozumiałe. Dla większości w danym obrazie nie istniał żaden związek – ot na siłę sklecone ze sobą elementy.
   Kuo mknęła przed siebie. Biegła tak szybko, że jej łapy ledwie stykały się z ziemią. Zdawać się mogło, że u jej grzbietu wyrosła para niewidzialnych skrzydeł, jej sekret, który za wszelką cenę chciała ukryć. Smukłe ciało samicy gięło się we własnym, niepowtarzalnym tempie. Mięśnie nie znały zmęczenia mimo przebytych kilometrów.
   Nagle wilczyca zatrzymała się gwałtownie. Dysząc cicho, uniosła łeb ku niebu, które przybrało niezwykły, fioletowawy odcień, poprzetykany chmurami barwy najczystszego złota. Nie tylko ona wiedziała, że tam w górze coś jest. Każdy miał tego świadomość. Niestety inni o tym zapominali, często utożsamiali się z tym, kto górował. I, bynajmniej, nie był to Bóg. Żadne bóstwo. Po prostu człowiek…
***
   Słuchając Two Steps From Hell, wpatrywałam się tępym wzrokiem w ekran. Kolejne literki wystukiwane przeze mnie na klawiaturze pojawiały się w okienku edycji postów. Przeniosłam wzrok na okno i to, co poza nim. Jasnobłękitne niebo powoli barwiło się, zachwycając wrażliwców cudną grą fioletu, różu i pomarańczy. W moich uszach pobrzmiewał szum wody, która powoli napełniała wannę w łazience obok.
   Zastanawiałam się czy zapalić światło w kuchni… Zrobiło się nieco ciemno. Zignorowałam to jednak i postanowiłam dalej pisać.
   Świat nie będzie czekał.
***
   Prychnąwszy cichutko, Kuo wlepiła wzrok przed siebie. Nie mogła czekać. Nie znała powodu, dla którego tak gnała. Po prostu coś pchało ją do przodu, kazało biec. Domyślała się czym to może być spowodowane. Jednak nie zaprzątała sobie tym głowy. Wyrwała naprzód.
   Szybko przeszła z truchtu do wyciągniętego biegu. Podczas kolejnych susów czuła, jak wszystkie kręgi rozciągają się i znów zbijają w całość, zwaną kręgosłupem. Uwielbiała to uczucie. Wiatr przeczesujący niewidzialnymi palcami jej futro, pęd… Tylko wtedy mogła powiedzieć, że naprawdę żyje.
   Choć pokonywała znaczne odległości, nie oddalała się od centrum Stada Nocy. Zataczała ogromne kręgi. Zupełnie, jak czasami na polanie, gdy była pobudzona i nie mogła usiedzieć w miejscu. Lecz tym razem zależało jej nie tylko na wyzbyciu się nadmiaru energii, ale poczuciu swobody. Wolności. Chciała być niezależna.
   Mogła sądzić, że to jej własne potrzeby. Ale, tak naprawdę, pragnienia Kuo były odzwierciedleniem jej nieodłącznej towarzyszki. Można by rzec… Matki. Stworzycielki.
***
   Pociągnęłam ostatni łyk herbaty. Skrzywiłam się nieco, widząc dno kubka. Z mej piersi wydostało się ciche westchnienie. Nie wiedziałam, co robić. Miałam mętlik w głowie. Przeczesałam palcami włosy, drugą ręką przełączając widok na pulpit. Moje oczy pomknęły ku czemuś, co nie powinno mieć miejsca na ekranie. Uspokoiłam się widząc, iż jest to dobicie stojącego za mną akwarium. Niewielkie, pomarańczowe rybki przecinały wodę w radosnej gonitwie. To chyba gupiki, z tego, co pamiętam.
   Słońce całkiem już zaszło. W świecie Kuo stało się podobnie – na ciemnym niebie pojawiły się miriady lśniących gwiazd.
   Wstawiłam wodę na kolejny teinowy napój, z głuchym trzaskiem wyłamałam sobie kilka palców i przeszłam na powrót do okna edycji postów. Musiałam dziś skończyć. Beze mnie życie nie będzie się toczyć.
***
   Przeskoczywszy przez zwalony pień, wadera wylądowała miękko na ziemi. Wbiegła w ciemny, ponury las. Zwinnie wymijając drzewa, mknęła przed siebie, nie znając namacalnego celu ani powodu. To tkwiło w jej duszy.
   Wtem Kuo zwolniła. W końcu całkiem się zatrzymała. W jej sercu zagościło ukłucie strachu. Przed sobą widziała dziewczynę. Wyglądała na około szesnaście lat i miała ciemne, niemalże krucze włosy za ramiona. Była cała ubrana na czarno, także jej sylwetka ginęła w mroku. Na nogach miała ciężkie, masywne glany, sięgające prawie do kolan. Ukucnęła, wyciągając w kierunku wilczycy dłoń o smukłych palcach, które wieńczyły czarne paznokcie.
   Nie pasowała tutaj… Nie pochodziła stąd. Stanowiła część rzeczywistości wrzuconą w objęcia mitycznego świata fantasy. Kontrastowała z otoczeniem – jako jedyna nie komponowała się pośród tysięcy drzew i krzewów. Była inna…
   Kuo zbliżyła się niepewnie. Wiele razy myślała o tej istocie, miała świadomość jej istnienia, jej władzy i więzi, jakie je łączyła, oraz podobieństwa, niemal lustrzanego odbicia charakterów. Lecz widziała ją po raz pierwszy.
   Dziewczyna nic nie mówiła. Czekała. Na jej ustach pojawił się zachęcający uśmiech. Była ostrożna. Jakby bała się, że czar pryśnie i magiczne wyobrażenie zniknie. Jak gdyby pragnęła tu zostać. Na zawsze. Zerwać niemy, dożywotni kontrakt z faktycznością i żyć pośród wyimaginowanych postaci i krajobrazów.
   Wilczyca dotknęła nosem wyciągniętej ku niej dłoni. Palce odzianej w czerń postaci odgarnęły czerwoną grzywę Kuo i wpiły się delikatnie w jej gęste futro na karku. Błękitne oczy dziewczęcia spotkały się z kocimi ślepiami basiory.
   Stanowiły swoistą jedność. Często, acz nie zawsze, działały, zachowywały się w podobny sposób. Niekiedy udawały, ukrywały swoje prawdziwe oblicze. Tyle że jedna z nich robiła to cały czas, a druga tylko wtedy, gdy w jej życiu układało się nie tak, jak trzeba. I chociaż ludzka istota miała władzę nad swoją mniejszą siostrą, to czworonożna niekiedy wyłamywała się, przejmowała kontrolę. Zdawała się na swój zwierzęcy instynkt, który w pewnym sensie zaszczepiła w umyśle swej Przewodniczki, korygując jej poglądy na świat, zachowania, uczucia względem pewnych zjawisk.
   A przecież kiedyś fińska Gwiazda Śmierci nie istniała. Nie istniały też jej poprzednie wcielenia i równolegli doń poddani. Onegdaj była tylko dziewczyna – zwykła, przeciętna, bez określonego spojrzenia na świat, bezradna i samotna, poszukująca zrozumienia pośród obcych. Z czasem pojawiła się jej fursona, która ewoluowała wraz z upływającymi miesiącami, stawała się bardziej zdecydowana, ustosunkowała się do otaczającej rzeczywistości – zarówno tej prawdziwej, jak i wirtualnej, stała się indywidualnością, odkryła siebie.
   Bez słowa, w absolutnej ciszy kruczowłosa głaskała waderę. W tym milczeniu i poufałym wręcz spojrzeniu można było ujrzeć więź, jaka zaistniała pomiędzy nim – niewidzialną srebrną nić, która złączyła te dwie istoty pewnego listopadowego wieczoru, by wzajemnie się wspierały i uzupełniały.
   Do końca.
***
   Wypiwszy kolejną porcję herbaty, postawiłam kropkę. Zapewne nie udało mi się oddać tego, co chciałam. Przekaz zatarł się i stał niezrozumiały. Trudno. Może kiedyś to udoskonalę.
   Wpisawszy tytuł, zapisałam szkic i opublikowałam notkę. Zamknęłam też laptopa. Udałam się do pokoju, kątem oka obserwując podążającą za mną wilczycę.
Naphill Naomi (00:20)

8 kwietnia 2012

Zew przeszłości, cz. III [Kuo]

08 kwietnia 2012

   Wśród mroku pojawiła się jasna plama. Nieco szarawa, srebrzysta… rozmyta. Majaczyła pośród ciemności niczym duch. Zbliżała się, choć ie wykonywała żadnego ruchu… Czułam ją. W sobie. W swojej duszy.
   Gdy była dostatecznie blisko bym mogła jej dotknąć, przemówiła. Raczej bezpłciowy głos rozległ się we wnętrzu mojej głowy, rozbrzmiał w poturbowanym człowieczym ciele.
   – Co tu robisz…?
   Nie odpowiedziałam. Nie byłam pewna, dlaczego… Może to przez dziwne uczucie lewitacji, które mnie zdeprymowało, może głębia wypełniającego mój umysł głosu. Albo coś całkiem innego.
   Niespodziewanie spostrzegłam, że mara przybiera bardziej określone kształty. Rozpoznałam ludzką sylwetkę. Młodą dziewczynę. Jej mahoniowe, półdługie włosy zafalowały delikatnie, kiedy ukucnęła tuż przy mnie. Zauważyłam, że przedramiona miała obandażowane. Ujęła mój podbródek, bym na nią spojrzała. Niezwykle błękitne tęczówki hipnotyzowały. Dopiero po chwili moją uwagę przykuł ruch we włosach kobiety. Wilcze uszy…
   – Wracaj, Kuo – rzekła nieznajoma. – Wracaj, póki możesz.    Otworzyłam ślepia. Oślepiająca jasność sprawiła, iż na powrót jest zamknęłam. Gdy przywykłam do światła, dźwignęłam się na cztery łapy i rozejrzałam dookoła. Byłam w lesie. Czyżby tereny Stada Nocy? Niewykluczone.
   Powoli ruszyłam przed siebie. Czułam się, jakbym dopiero się obudziła i resztki dziwacznego snu nadal majaczyły pod moimi powiekami. Nagle zatrzymałam się gwałtownie. Coś było nie tak… bardzo nie tak. Stuliłam uszy, przyglądając się bacznie otoczeniu. Niebieskawe pnie drzew zlewały się z fioletowo-różowymi liśćmi; amarantowa trawa kołysała się na wietrze; niebo złocistej barwy wyglądało nieśmiało spomiędzy bujnych koron. Świat ukazany w negatywie.
  – Co do jasnej cholery się tutaj dzieje…? – mruknęłam. To nie Stado Nocy. To chyba nawet nie jest rzeczywistość, w której żyłam. Może to sen?
   Usłyszałam szelest za sobą. Natychmiast zwróciłam się w tamtym kierunku, gotowa do ataku. Obnażyłam kły. Z zarośli wyłoniło się dziwne, niepodobne do niczego zwierzę. Najpierw ujrzałam łeb: o końskim profilu, jednak z wilczymi uszyma i bystrymi dwiema parami paciorkowatych oczu. Gdy kreatura o smukłej, dość zwartej budowie ciała powoli wyszła z ukrycia, rzuciłam się nań z głuchym warkotem. Bestia bez wydania ani jednego dźwięku, odpowiedziała atakiem.
   Po zaledwie kilkuminutowej jatce, wylądowałam na ziemi, przyszpilona doń silnymi łapami z ostrymi jak brzytwa pazurami. Tuż przy moim pysku widniały dziesiątki kłów, które zaraz rozszarpią moje ciało na strzępy.
   – Czyś Ty zwariowała?! – huknął przybysz ku mojemu zdziwieniu. Ze zdumienia otworzyłam szerzej ślepia. – Co ja Ci zrobiłem, kobieto, żeś się na mnie tak rzuciła?
   Dziwadło zeszło ze mnie i zaczęło krążyć dookoła. Powoli wstałam, uważnie obserwując samca, który kontynuował:
   – Nie wiem… chomika Ci zjadłem? Rybkę? A może matkę? Naprawdę, nie mam pojęcia co Ci do łba strzeliło.
   – Ale ja… ja tylko… – zaczęłam, chcąc wszystko wytłumaczyć.
   – Daj spokój, nie masz z czego się tłumaczyć. – odparł, nagle zmieniając ton głosu na bardziej przyjazny. Przysiadł, a na jego pysku pojawił się nawet nikły uśmiech. – Możesz mi mówić Aredhel.
   Skinęłam łbem, nie wiedząc, co robić. Nie wydawał się groźny… wręcz pokojowo nastawiony. Lecz mogły to być tylko pozory.
   – Jestem Kuo…
   – Miło mi Cię poznać, Kuo. Co Cię tu sprowadza? Chyba jesteś nietutejsza, skoro tak agresywnie na mnie zareagowałaś.
   – Ja… tak, masz rację.
   – W takim razie chodź ze mną. – Aredhel podniósł się, patrząc na mnie wyczekująco. – Pokażę Ci najbliższą okolicę.
   Bez słowa ruszyłam za nim.
   Wpatrywałam się w ogień wesoło igrający pośród grubych polan niebieskawego drzewa. Na szczęście gorące języki były prawidłowego, ciepłego koloru, jak w moim świecie. Przynajmniej one… Lubiłam ogień. Wiązałam z nim wiele przyjemnych wspomnień.
   Przeniosłam wzrok kocich ślepi na towarzysza. Aredhel wyciągnął się przy ognisku, zachwycając się bijącym od niego ciepłem. Co chwilę dało się słyszeć ciche mrukniecie zadowolenia.
   Niewiele zdążyliśmy zwiedzić, mrok szybko nastał. Dowiedziałam się, że tutejsze dziwaczne kolory są spowodowane brakiem chlorofilu. Aredhel mówił, że kiedyś wszystko tętniło zielonym życiem. Ale z czasem, gdy  Słońce zgasło, rozpadło się, a jego okruchy stały się dodatkowymi sześcioma księżycami Ziemi, wszystko uległo zmianie. Ponoć jakiś stary smok… imieniem Laurtivele bodajże, twierdził, że pozostałości po Słońcu Galaktyki stały się radioaktywne i przez to chlorofil uległ mutacji, podobnie jak większość zwierząt. Sądził on także, że do Galaktyki przybyła nowa gwiazda, podobna do Słońca, gdyż zachowany został cykl dnia i nocy. I, faktycznie, na nieboskłonie pojawiała się jasna kula, i choć była ona zdecydowanie mniejsza od Słońca, to dawała tyle samo światła. Zapewne zmianę barwy nieba spowodowało inne światło wysyłane przez nowe ciało niebieskie.
   Poza tym, jeśli wierzyć Aredhelowi, świat zmarłych połączył się ze światem żywych. Niestety, przyczyny tego pozostały nieznane. Każdemu jednak wiadomo, że Śmierć od tego czasu, zwanego Syntezą, osobiście przechadza się po lesie i zbiera żniwa.
   – O czym myślisz? – zagaił Aredhel, wlepiając we mnie dwie pary ślepi.
   Wzruszyłam barkami.
   – O niczym.
   Uniosłam łeb, spoglądając na rozgwieżdżone niebo, niezmiennie czarne i piękne. Zauważając katem okaz błysk spadającej gwiazdy, przypomniało mi się owo światełko, za którym podążałam. To przez nie trafiłam w to dziwne miejsce. Nawet nie wiedziałam czym jest to intrygujące, uciekające przede mną Coś. Musiałam, po prostu musiałam to znaleźć. Obrałam to sobie za cel. Skoro to mnie tutaj przywiodło, to i dzięki temu stąd wyjdę.
   – Obserwowałem Cię. – rzekł cicho mój towarzysz. Posłałam mu roztargnione spojrzenie. – Gdy padał deszcz, Ty zmaterializowałaś się pośród drzew. Nie umiem tego inaczej określić… w pewnym momencie najzwyczajniej w świecie się pojawiłaś, powstałaś z wody.
   Gdy mówił, wszystko powróciło… ciemność, fala, rwący nurt. Ból rozrywający płuca. Wzdrygnęłam się. Jakim cudem przeżyłam? Co się wtedy stało? Nie miałam pojęcia.
   – Leżałaś nieprzytomna przez dwa dni. Myślałęm, ze już sienie obudzisz…
   – Byłam nieprzytomna przez dwa dni? – zdziwiłam się.
   – W sumie, to… prawie trzy.
   Nic nie pamiętałam. Nawet nic mi się nie śniło, nie miałam żadnych wizji, nocnych majaków bądź czegoś w tym stylu. Po prostu trzy dni wycięte z życiorysu. Wyrwane niczym kartki z wielkiej księgi życia.
   Uniosłam łeb, by spojrzeć na rozgwieżdżone niebo. Pozostało niezmiennie czarne i magiczne, takie, jakie znałam z życia prowadzonego w Stadzie Nocy. Dostrzegłszy kątem oka spadającą gwiazdę, wzdrygnęłam się lekko. Jej błysk przypomniał mi światełko, za którym podążałam. To przez nie tutaj trafiłam. I dzięki niemu mam nadzieję się stąd wydostać. Właśnie to obrałam sobie za cel – odnaleźć to coś za wszelką cenę.
   – Wiesz… – zaczęłam. – Chciałabym nieco się przespać. Pozwolisz…?
   – Ależ oczywiście. – odparł szybko, uśmiechając się. – Możemy porozmawiać jutro, o ile będziesz chciała.
   Odpowiedziałam mu nikłym grymasem, który miał przypominać uśmiech.
   – Dobranoc. – rzucił jeszcze Aredhel.
   Nie powiedziałam już nic więcej. Mimo zamkniętych oczu i spokojnego oddechu wcale nie spałam. Myślami błądziłam po Stadzie Nocy, goniłam tajemnicze światełko w ciemności, kontemplowałam otaczający mnie teraz świat.
   Nim spostrzegłam, wpadłam w objęcia Morfeusza.
  
Naphill Naomi (00:50)

28 marca 2012

Zew przeszłości, cz. II [Kuo]

27 marca 2012

   Noc, ma towarzyszka, wiernie spełniała swą rolę, kryjąc mnie przed wścibskimi spojrzeniami nieprzyjaznych istot. Las Śmierci ciągnął się przez wiele kilometrów, aż w końcu dotarłam do jego granicy.
   Podczas podróży nie myślałam. Wszelka świadomość otaczającego mnie świata, świadomość siebie i innych uleciały. Było tylko światło; nikłe, wciąż uciekające światełko, które kryło w sobie pewną tajemnicę. Tajemnicę związaną z moją przeszłością – tak czułam. W mojej głowie wciąż pobrzmiewały słowa, bym nie starała się poznać losów poprzedniego żywota. Jednak bliżej nieokreślona siła mąciła mój rozum, wpajała mi, iż muszę zostawić Stado Nocy za sobą, zerwać kontakty, poświecić siebie, by odkryć nieznane.
   Wyhamowałam gwałtownie. Mroczny las, który od niedawna pełnił mi rolę domu, urwał się nagle. Dosłownie. Przede mną nie było nic. Jedynie czerń – głęboka, nieprzenikniona. Bardziej intensywna, aniżeli bezgwiezdna noc. Zatapiała świat, rozlewała się wgłąb lasu, pochłaniała wszystko. Teraz łakomie łechtała moje łapy. Prosiła, przemawiała do mnie – zupełnie, jak żywa istota. A może to nie jest czerń? Może to tylko pozory?
   Zrobiłam niepewny krok naprzód. Lecz, postawiwszy łapę na ciemnej plamie, nie poczułam gruntu. Nie czułam też siły ciążenia, nie spadłam. Wtem mój wzrok padł na jasny punkt pośród mroku. Światło. Mały, niepozorny punkcik. Magiczna siła powróciła, nakazywała mi podążać za jasnością. Wpadłam w trans, z którego nie sposób się wydostać, a zarazem resztkami świadomości chwytałam się rzeczywistości za sobą. Nie wiem czy to ja, czy ktoś inny postanowił… Skoczyłam.
   Nie napotykając niematerialnej powierzchni, która jeszcze przed chwilą podtrzymywała moje kończyny, runęłam w dół. W mrok. Przeraźliwy świst wiatru wypełnił moje uszy, żywioł targał mną, bawił się, traktował jak zabawkę. Ze strachem w oczach patrzyłam, jak powierzchnia świata oddala się, krawędź niknie, niebo z błękitu przechodzi w czerń. Nie mogłam krzyknąć, wzywać pomocy.
   Powoli szum ustał, ja przestałam czuć, iż spadam. Unosiłam się. Tak po prostu. Zawieszona pośród niemej nicości, przebierałam łapami, bojąc się upadku. Uświadomiwszy sobie swoje położenie, przekręciłam się tak, by sięgnąć podłoża. Czułam się jak marionetka, laleczka, która poruszy się jak zechcesz, gdy umiejętnie pociągniesz za sznurek.
   Będąc już w pozycji „pozornie stojącej”, spróbowałam przemieścić się przed siebie. Zderzyłam się jednak z czymś pionowym i gładkim. No to w drugą stronę… Znowu to samo. Czarne „ściany”, czarne podłoże, czarny „sufit”. Mroczny sześcian, bez wyjścia. Czyżby śmierć nadeszła…?
   Wtem do moich uszu dotarło ciche szemranie. Jakby szum. Rozpoznałam chlupot wody. A po chwili znikąd pojawił się wysoki, jakby dziewczęcy głos.
   – Ktoś Ty? Kim jesteś i po co przybywasz?
   Nieco piskliwy ton sprawił, że wyobraziłam sobie właściciela głosu jako małą, barwną wróżkę. Po prostu – pierwsze skojarzenie.
   – A może to ja pierwsza powinnam zadać pytanie…? Gdzie jestem? – rzuciłam, nie czekając na pozwolenie.
   Odpowiedział mi jedynie ciche chlupotanie.
   – Gdzie jestem?!
   Odgłos wzmógł się, stał głośniejszy i jakby głębszy. Nie wiem czy wodę można określić jaką poirytowaną czy oburzoną, ale na taką właśnie brzmiała.
   – Nie Ty tu ustalasz reguły, Kuolemantähti. Nie Ty zadajesz pytania.
    Stuliłam uszy. Poczułam się jak karcone szczenię, które nie wie, za co jest besztane.
   – Ja chciałam tylko…
   – Milcz! – przerwał mi huk. Wyimaginowana wróżka zniknęła sprzed oczu wyobraźni. – Za wtargnięcie do Mroku i bezczeszczenie Ciszy powinnaś zostać skazana na śmierć.
   Tym razem wyraźnie dosłyszałam, jak woda zbliża się, cały czas przybierając na sile. Nagle gdzieś nade mną błysnęło nikłe światło. To samo, za którym podążałam. Ujrzałam, jak blade refleksy wody wyłaniają się z czerni, by, spadłszy niżej, znów przepaść pośród ciemności.
   Chciałam wszystko wytłumaczyć… Wtem poczułam potężne uderzenie z góry, które popchnęło mnie ku dołowi. Fala, wydusiwszy z moich płuc resztki powietrza, porwała mnie ze sobą. Nie mogąc złapać tchu ani odzyskać władzy na własnym ciałem, miotana przez żywioł wśród bezgranicznego, czarnego nurtu, byłam niemal pewna śmierci. Wszystko wewnątrz mnie krzyczało, pragnęło tlenu. Nie mogąc dłużej powstrzymywać swego ciała, wzięłam głęboki wdech. Ciecz natychmiast wypełniła płuca.    Otworzyłam oczy. Dookoła było jasno, ciepło. Niczym w niebie. Gęsta, ciężka mgła złocistej barwy wiła się bezszelestnie wokół moich łap. Było tak spokojnie… tak błogo. Nic, tylko wszechobecna światłość, promienie słońca. Panowała atmosfera bliżej nieokreślonego… szczęścia.
   Poczułam coś dziwnego. Trudne do opisania uczucie towarzyszyło całej mnie. Coś jakby zaburzenia pola elektromagnetycznego, które można odczuć, trzymając w dłoni magnes. Dopiero po chwili zorientowałam się, że momentami zmieniała się wysokość punktu widzenia. Spojrzałam w dół. W odstępie około minuty moje ciało zmieniało formę – z wilczej przeobrażało się w ludzką i na odwrót.
   Gdy wszystko ustabilizowało się, pozostałam ostatecznie pod postacią kobiecą, poczułam dłoń na swoim ramieniu. Głos w głębi duszy mówił, by nie odwracać się za siebie.
   – Co tu robisz, Zbłąkana? – rzekł miękki, kojący głos. Zdecydowanie męski, mimo swej łagodności.
   – Zbłąkana…? – wydusiłam i natychmiast urwałam. Ujrzałam przed sobą coś ciemnego, owalnego, na kształt dziury bądź tunelu. Widziałam w nim jedynie mrok… czułam wilgoć.
   – Wracaj. – nieznajomy, choć szepnął, brzmiał stanowczo.
   Pchnął mnie.
   Prosto w czarną otchłań.
   ______________________________
   Po napisaniu nie czytałam, nie sprawdzałam błędów. Nie chciało mi się, za co Was przepraszam.
Naphill Naomi (19:42)

17 marca 2012

Zew przeszłości [Kuolemantähti]

17 marca 2012
   Ubrana w gruby, przytulny szlafrok, stałam, wspierając łokcie na parapecie. Na dłoniach złożyłam twarz, której bystre, żółte oczęta lustrowały krajobraz za oknem. Dzień chylił się ku końcowi. Pojedyncze drzewa rzucały długie, smukłe cienie, tworząc własną kompozycję na połaci zielonej trawy. Było niezmiernie cicho… Jedynie świerszcze przygrywały zachodzącemu słońcu, w oddali dziki ptak wydał z siebie krzyk pożegnania.
   Ostatnie promienie ciepła padały na moje oblicze, sprawiając, iż włosy lśniły niczym chłodne złoto, a oczy skrzyły się niebezpiecznie. Zastanawiałam się nad sensem przyszłości nie wspartej przez przeszłość. Czy można wieść beztroski, pełen radości i wybryków żywot, cieszyć się każdym nadchodzącym dniem i śmiać się z każdej błahostki, nie znając swego dotychczasowego dorobku? Ktoś mógłby rzecz, że tak, jak najbardziej. Jednak mnie to męczyło, byłam cholernie ciekawa, co wydarzyło się przed moim przybyciem do Stada Nocy. Pragnęłam poznać swoje losy, nie zważając na słowa ostrzeżenia, które dosłyszałam, gdy dotknęłam niezwykłej kuli.
   Moje palce odruchowo powędrowały ku wisiorowi. Był dziwnie ciepły. Zauważyłam to kilka dni temu, kiedy zostawiłam go na komodzie. Biorąc go potem do ręki poczułam jego ciepłotę, choć nie miał styczności z ciałem, ani jakimkolwiek innym źródłem ciepła, przez dłuższy czas.
   Czy Seth jest szalony? – przyszło mi na myśl, tak po prostu. To, co ostatnio wyprawiał na polanie było na tyle dziwne i… niespotykane,  że dało mi do myślenia. Choć pieprzył od rzeczy, wyrzucał z siebie słowa bez ładu i składu, to jednak to wszystko miało jakiś sens. Zrozumiałam to, gdy miałam okazję z nim porozmawiać. Sam na sam.
   Niewiele z tego pamiętam. Odleciałam w trakcie rozmowy. Może po prostu oszalałam… Może udzieliło mi się jego szaleństwo. Możliwe, że wszyscy dookoła są szaleńcami.
   Byłam torturowana – to zdanie pojawiło się wtedy w mojej tak nagle… Teraz rozmyślałam nad nim na spokojnie. Miałam niemalże pewność, że ktoś kiedyś pragnął wyciągnąć ze mnie pewne informacje, użył argumentu siły: przypalał moje ciało papierosami, wielokrotnie bił mnie i gwałcił, poniżał. Działo się to dawno temu… w poprzednim wcieleniu. Gdy mój duch gościł w innym organizmie.
   W moim umyśle zamajaczyło inne wspomnienie. Pocałunek. Niewyobrażalnie czuły i delikatny. Złożył go ktoś, kogo nie pamiętałam, a kogo spotkałam niegdyś w parku. Jakim parku..? Nigdy tam nie byłam.
   Wyczułam czyjąś dłoń na sercu.
   Co czujesz…?
   Czuję…
   Co?
   Ciebie…
   Nagle gdzieś pomiędzy leśnymi drzewami dostrzegłam dyskretny błysk. Wyprostowałam się, uważnie obserwując poszycie. Nic podobnego nie wydarzyło się ponownie. Mimo wszystko, postanowiłam to sprawdzić. Pod presją nieznanej mi mocy wyszłam na werandę. Nie miałam zamiaru brać żadnego okrycia, chociaż wieczór był dosyć chłodny.
   Stałam tak przez chwilę, gapiąc się tępym wzrokiem na ścianę lasu kryjącą w sobie niewyobrażalną głębię. Ruszyłam powoli przed siebie, pokonując kilka schodków. Wzdrygnęłam się, czując jak moje bose stopy zanurzają się w zroszonej trawie. Pozwoliłam szlafrokowi zsunąć się z ramion. Fałdy ciężkiego materiału opadły na ziemię. Tuż obok nich pojawiły cztery wilcze łapy, które natychmiast odbiły się od nawierzchni, jakby parzyła, i poniosły zwierzę w las.
   Czuję…
   Targający futro wiatr. Chłód. Uciekające pod łapami kilometry.
   Przeszłość, która zbliża się z każdym krokiem.
   ______________________________
   Przepraszam za wszelkie błędy.
   Przepraszam też za ostatnie opowiadanie.
   Przepraszam.

8 marca 2012

Czerwony parasol w deszczu… [Kuolemantähti]

08 marca 2012
   Muzyka
     To były nasze ostatnie wspólne chwile. Siedzieliśmy razem na skraju urwiska, patrząc na zachodzące słońce. Wokół panowała nieziemska cisza… Nawet ptaki zamilkły. Siedzieliśmy tak we dwoje, szczęśliwi. Rozumieliśmy się bez słów.
    Pamiętam dzień, gdy cię znalazłem. Jeszcze pod postacią małego berbecia polowałaś na owady. Patrzyłem na ciebie, zafascynowany giętkością twego smukłego ciała, jego niezwykłą budową. Błona skrzydeł, przez którą przebijały się niemrawo promienie słoneczne miała niespotykaną, chłodną, szafirową barwę, która zarazem była ciepła, na swój sposób. Każda z twoich krwistych łusek połyskiwała złociście. Wprawnym ruchem chwyciłem cię za grzbiet. Wiłaś się i szarpałaś, pragnęłaś wyswobodzić z uścisku. A ja mogłem jedynie podziwiać…
   W końcu ugryzłaś mnie w palec. Dziesiątki maleńkich igiełek wbiło się w moje ciało manifestując swą złość i oburzenie. Puściłem cię. Nie potrafiłaś jeszcze latać. Upadłabyś… lecz moja dłoń w ostatnim momencie pojawiła się pod tobą. Już nie walczyłaś, nie uciekałaś. Przyglądałaś mi się z zaciekawieniem ciemnymi, paciorkowatymi oczyma. W tych dwóch granatowych punktach widziałem cały świat.
   Siedzieliśmy tak… We dwoje. Słońce niemalże całkowicie zniknęło za linią horyzontu, na atramentowym firmamencie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Zbliżał się nasz koniec.
   Spojrzałem na swoją prawą dłoń, gdzie właśnie przebywałaś. Nie dostrzegłem – jak większość ludzi – tylko czerwonego smoka o wężowym ciele i błoniastych, ultramarynowych skrzydłach. Widziałem smoczycę, której barwy stanowiły niespotykany kontrast; współgrały ze sobą niczym żarzące się słońce na tle stalowego nieba przed burzą; jak czerwona parasolka w deszczu. Widziałem towarzyszkę mego życia, która nigdy mnie nie opuściła w potrzebie, do której zawsze mogłem zwrócić się z każdym problemem. Brzmi śmiesznie? Być może.. Lecz nie dla mnie. Byłem święcie przekonany, iż ta mała smoczyca mnie rozumie. Co do słowa. Gdyby tylko mogła mówić… na pewno odpowiedziałaby na moje wezwania. A tak, mogła jedynie starać się wyrazić swoje zdanie poprzez ruchy ciała, ciche syczenie, parsknięcia, tudzież kwilenie. Ale rozumiała mnie. To pewne.
   Szare życie powoli sunęło naprzód. Każdy dzień był podobny do poprzedniego. Od tylu lat nie wydarzyło się nic specjalnego. Świat pozostawał ciągle taki sam. Tak jak i ludzie: ciemne postacie będące jedynie klonami siebie nawzajem; każda z postaci trzyma w dłoni czarny parasol, chroniąc się przed deszczem; każda z nich pędzi do pracy, domu, rodziny, dąży do swego celu, wypełnia własną przepowiednię życia. A ja tłoczyłem się wśród nich. Podążałem za tłumem, wyzbyłem się magii i uroków dzieciństwa. Skryłem swoje wyobrażenie świata idealnego, by móc przetrwać w zżerającej mnie od środka rzeczywistości. W pewnym momencie pojawiłaś się ty… wspomniany wcześniej czerwony parasol. Jedyny taki pośród tuzinów czarnych.
   Nagle dostrzegłem twój niepokój. Dwa długie wąsy, które nadawały ci iście orientalny wygląd, drgały ledwo zauważalnie. Wiedziałem, co to oznacza; zapowiadało się na deszcz.
   Sięgnąłem po leżący u mego boku parasol. Przezorny zawsze ubezpieczony. Dobrze zrobiłem, że wziąłem go z domu. W momencie, gdy płachty czerwonego materiału rozpostarły się nad naszymi głowami, pierwsza kropla głucho zderzyła się z ziemią. W ciągu kilku sekund z nieba lunął deszcz. Letni, przyjemny. Obmywał okolicę z brudu. Po chwili wartkie strumienie pełne pyłu poczęły płynąć tuż przy mnie, by następnie spaść gwałtownie w dół, rozproszyć się i osiąść w postaci lekkiej mżawki tam, poniżej.
   Już niedługo nadlecą smoki. Razem z dziesiątkami rówieśników znikniesz za horyzontem, niczym jasna kula ognia. Dorosłaś, moja droga. Już czas na ciebie, nie możesz dłużej zwlekać. Wrota raju zamkną się i nie otworzą dla ciebie ponownie. Musisz lecieć. Choć nie chcę tego ani ja, ani ty…
   Nie musieliśmy nic mówić. Po prostu siedzieliśmy i zachwycaliśmy się pięknem świata, czerpaliśmy z ostatnich minut. To taka nasza maleńka tajemnica bycia w ciszy…
   Lub po prostu… bycia.
   Po całkowitym zachodzie słońca – odleciałaś, razem z pozostałymi smokami. Odprowadzając cię wzorkiem, wyszeptałem słowa pożegnania, których i tak nie miałaś szans usłyszeć…
   Bywaj, Aerroso. Moja ukochana.
   Do zobaczenia w raju.
   ______________________________
   Przepraszam za wszelkie powtórzenia, nie miałam okazji przeczytać tego po napisaniu. Przyznam szczerze – nie chciało mi się.

28 lutego 2012

Mechaniczne życie [Kuolemantähti]

27 lutego 2012
   Cisza.
   Wszędzie niczym nieskalana biel śniegu.
   Wśród ciszy wadera. Poddając się rytmowi bicia własnego serca, biegła przed siebie. Miękko stawiała łapy, odbijała się sprężyście od podłoża, pozostawiając za sobą masę śladów. Smukłe ciało prężyło się w biegu, niczym doskonale skonstruowana machina brnęło wciąż naprzód, nie znając zmęczenia.
   Wszystko odbywało się w dźwięczącej w uszach ciszy. Jakby ktoś rzucił czar.
   Scena była wręcz magiczna. Nierealna. Sunąca wzorem widma wilczyca, wzlatujący ku górze śnieg, który wydobywał się spod łap zwierzęcia. I ta cisza… zaprzeczenie życia.
   Wtem akcja jakby zwolniła. Wadera poruszała się jak przedtem, tylko wolniej. Teraz wyraźnie można było dostrzec falujące na jej grzbiecie futro, ciągnący się zań długi czerwono-zielony ogon. Niebo wypełniły płatki śniegu. Lecz nie spadały one z ciężkich, warstwowych chmur. Odrywały się wprost od pokrywającej ziemię pierzyny i powoli wędrowały ku górze, skutecznie zmniejszając widoczność.
   Świat coraz to bardziej spowalniał. Zbliżał się ku końcowi. Ku śmierci. Nieznanemu. Potężny zegar wszechświata właśnie dokonywał swych ostatnich tyknięć. Niezniszczalne trybiki, wykonane z lśniącego metalu, podobnego do światła, kończyły serie ruchów, domykały cykl. Sprężyny oraz koła zębate, będąc na granicy wytrzymałości, nie mogły już dalej napędzać mechanizmu. Były zbyt stare. Zbyt zmęczone.
   Ostatecznie wszystko stanęło. Wilczyca zastygła w środkowej fazie biegu, śnieg stanowił jedynie miriady białych punktów na tle stalowego nieba.
   Koniec świata ma miejsce właśnie teraz…
   Scena trwała dłuższy czas. Kiedy wydawało się, że to już finał, niespodziewanie wilczyca drgnęła, białe szaleństwo nieco opadło. Z nadnaturalnie pięknym dźwiękiem, podobnym do tchnienia, płatki śniegu runęły na ziemię z impetem. Basiora wystrzeliła do przodu, jak za zwolnieniem sprężyny. Potknęła się. Upadła. Zaryła w pierzynę, wzbijając w powietrze dopiero co opadły śnieg.
   W ostatnim swym tchnieniu zegar wybił północ. To, co pozornie niezniszczalne, pękło, przetarło się. Maszyneria zgasła bez możliwości naprawy. Jeszcze nikomu nie udało się przywrócić owego skomplikowanego układu do dawnej świetności bądź chociażby stanu w miarę sprawnego działania.
   Oczy samicy zaszły mgłą, zmatowiały. Błysk świadomości dyskretnie przemknął przez ślepia, które tuż po tym zamknęły się.
   Znów nastąpiła cisza.
   Nieprzenikniona.
   Której nie przerywało już nawet bicie serca.