Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie powiązane ze stadem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie powiązane ze stadem. Pokaż wszystkie posty

14 marca 2012

Wiem, że nie wrócisz... [Imloth]

14 marca 2012
Odsłona II
 Muzyka

     Świeciło słońce, a jednak z nieba… padał deszcz. Drobne, szare chmury płynęły leniwie po niebie. Patrzyłam na wielobarwną tęczę z zachwytem, a krople wody spływały po moich policzkach. Większość by pomyślała, że to tylko wina pogody, jednak to nie była prawda. To były moje słone łzy.
     To nie wina deszczu, to nie wina szarości na niebie, czy wiatru szarpiącego moje jasne włosy, ani tego, że tata odszedł. To nie była nawet twoja wina, mamusiu. Niczyja… Tak po prostu się stało i pomimo tego, że nie do końca rozumiem… wiem, że tak właśnie jest. Nikt tu nie jest winny, nawet kierowca tego błękitnego autobusu, który zawsze mi się podobał. Wiesz, mamusiu, na taki sam kolor pomalowałam dzbanuszek dla ciebie. Miałam ci go dać na Dzień Mamy, ale… już raczej ci go nie dam. Chociaż chcę. Postawię go na stoliku i przyozdobię kwiatkami. Tymi, co rosną w naszym ogrodzie. Będzie mi przypominał ciebie, bo ty jesteś jak kwiatek. Nie przejmuj się, każdy kwiatek kiedyś więdnie, za to ty jesteś tym najpiękniejszym ze wszystkich. Jesteś moim kwiatkiem.
     Teraz siedzę na huśtawce w parku i patrzę na biegające dzieci, cieszące się. Dlaczego ja nie mogę się chociaż uśmiechnąć..? Przecież jest tak pięknie, słońce świeci, a na niebie tkwi tęcza. Co się ze mną stało, mamusiu? Podeszła do mnie jakaś pani, zapytała, czy jestem sama. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Wyciągnęła do mnie dłoń i zaprowadziła do swoich dzieci, kupiła mi też bilet na Diabelski Młyn. Nigdy nie jechałam Diabelskim Młynem. Pamiętasz, obiecałaś mi kiedyś, że jak jeszcze trochę podrosnę, pójdziemy na niego razem. Że weźmiesz mnie na kolana i będziemy patrzeć na wszystko z góry, na całe wesołe miasteczko, a potem kupisz mi wielką watę cukrową.
     Usiadłam w zielonym wagoniku z tą panią i jej córką. Widziałam, jak chichoczą, ale nie słyszałam ich śmiechu. Patrzyłam jedynie na swoje dłonie, na zawieszoną na nich bransoletkę z koralików, którą mi zrobiłaś. Szybowałam w górę wraz z wagonikiem karuzeli. Ludzie z dołu widzieli małą dziewczynkę, siedzącą na kolanach matki, przytulającą się do jej piersi. Ale to nie ja byłam tą dziewczynką…
     A tatuś?… Tatuś odszedł, zostawił nas. Nigdy nie kochał mnie tak, jak ty. Chociaż będę za nim tęsknić, nawet jeśli nie chcę, to nigdy nie zagrzeje tak ważnego miejsca w moim sercu. Ofiarowałam je tobie. Właściwie… ty zawsze tam byłaś. Kochałam cię jeszcze za nim nauczyłam się kochać. Dlatego byłaś, jesteś i będziesz dla mnie najważniejsza, zawsze. Nikt mi ciebie nie odbierze.
     Czasem tak sobie myślę, że mnie odwiedzasz w postaci małego motylka, albo ptaka, który usiadł na parapecie okna i spoglądał na mnie. A może jesteś tym małym, polnym kwiatkiem, którego włożyłam do wazonika? Na pewno chciałabyś być przy mnie, dać mi znak… Zapewne mi dajesz, ale ja go nie dostrzegam. Muszę uważniej patrzeć. Obiecuję ci, mamo, że od tej pory będę lepiej patrzyła.
     Mamusiu, tak bardzo za tobą tęsknię… Tak bardzo… Boli mnie serduszko, pęka powoli, a ja myślę tylko o tym, że już nigdy nie weźmiesz mnie za rękę. I co z tego, że inni mówią, żeby nie płakać, bo to nie była niczyja wina. Ja będę, bo wiem, że to jest symbolem mojej miłości do ciebie, tęsknoty. Mamusiu, ja już nie chcę czuć tego bólu w sercu. Straszliwie mi przeszkadza. Proszę, niech zostanie tylko uczucie do ciebie, niczego więcej nie potrzebuję. Wiem, że już do mnie nie wrócisz, ale proszę cię, obiecaj mi, że jeszcze się zobaczymy. Proszę.
     Kocham Cię. I zawsze będę kochała…
______________________________________________
No Jezu, prawie poryczałam się przy pisaniu własnego opowiadania. To jakaś amba! Dosłownie, łzy stanęły mi w oczach parokrotnie. Nigdy więcej się nie wczuwam, ot co!

10 marca 2012

Pewnego razu w pubie [Aconitum]

10 marca 2012

Akurat żeśmy z Północnym i Wschodnim kończyli drugą kolejkę, gdy nagle przez drzwi pubu wpadł rozczochrany trzydziestolatek z walizką w ręce. Krzyknął:
- Wszystkie plotki na mój temat to podłe pomówienia i wierutne kłamstwa!
I strzelił sobie z rewolweru w łeb.
Takiego obrotu sprawy się nie spodziewaliśmy. Północny, siedzący od strony drzwi beznamiętnie zrzucił z ramienia kawałeczek czaszki nieszczęśnika.
Sączyliśmy w milczeniu, zadumani. Minęły trzy kufle, nim wreszcie postanowiłem zagaić rozmowę pytaniem, które nam wszystkim cisnęło się na usta.
- Wiecie kto to właściwie był? – zapytałem, czując się nieco niezręcznie. Północny pokręcił głową, Wschodni tylko popatrzył na mnie spode łba. Jego wzrok mówił wszystko.
- Może jakiś biznesmen? – spróbował nieśmiało Północny. – Oni zawsze z teczkami…
- Ale przecież o biznesmenach nie krążą plotki. O ogóle oczywiście słyszy się legendy, ale detalicznie są mało interesujący – zauważył Wschodni. – To na pewno był ktoś ważny.
- A czy biznesmen nie może być ważny? Przecież oni wszyscy, wszyscy są niewypowiedzianie ważni, te garnitury, krawaty, teczki… – odparłem Wschodniemu, który pił już siódme piwo. Ja i Północny dopiero co zaczynaliśmy szóste.
- Widzisz, jeśli wszyscy są ważni, to nikt nie jest ważny. A o nieważnych plotek nie ma. To nie mógł być biznesmen! – rzekł Wschodni z przekonaniem w głosie. – Prędzej jakiś celebryta, nie wiem. Może aktor, albo – tu wstrząsnął się z niejakim obrzydzeniem – piosenkarz?
- Daj spokój – wyjęczał Północny. – Celebryta z teczką? Za nimi bagaże noszą ochroniarze i obecne kochanki. Sądzę, że jeśli już, to mogliśmy widzieć ochroniarza takiej gwiazdy.
- Pieprzycie od rzeczy – stwierdziłem kwaśno. – Skąd pewność, że na jego temat krążą plotki? Mógł przecież skłamać, prawda?
Nie odpowiedzieli. Wschodni dopił kolejnego kufla i uderzył czołem o blat stołu. Po chwili rozległo się chrapanie. Barmanka podeszła i zabrała od nas puste kubki, omiatając przy okazji spojrzeniem pełnym pogardy naszą ławę.
- A po co niby miałby kłamać, że ktoś o nim plotkuje? To się kupy nie trzyma – próbował strofować mnie Północny.
- A po to, żeby rozpuścić plotkę o tym, że krążą o nim plotki! Szukał taniej sławy, bo jeżeli o kimś krążą plotki, to na pewno to ktoś ważny. Chciał się wywindować. Mogę nawet sądzić, że teczka, którą miał przy sobie w rzeczywistości nie należała do niego, a nawet jeśli, to była pusta i służyła jako rekwizyt. W końcu ktoś, kto ma teczkę i krążą o nim plotki musi być ważnym szefem jakiejś firmy, może nawet międzynarodowej – wyrzuciłem z siebie.
- To ma sens, ale w takim razie po co strzelił sobie w głowę? Przecież powinien korzystać z tego, co stworzył, nie?
Westchnąłem cicho. Kto mógł być tak okrutny, że pokarał mnie takim partnerem do rozmowy?
- Bo ktoś mógłby mu wytknąć palcem ten przekręt, niszcząc jego misterny plan. A ludzie, którzy strzelają sobie w głowę to zazwyczaj sławni ludzie, czy to przed, czy po śmierci. Samobójstwo było mu niezbędne, bo stabilizowało jego wygląd w naszych oczach. Ponadto martwemu nikt nie zarzuci, że kłamał. Zobaczysz ile ofert zatrudnienia dostanie już wkrótce.
Pochyliliśmy głowę przed sprzątanym właśnie mistrzem blefu, w uznaniu jego geniuszu.
Aconitum Napellus (21:50)

29 lutego 2012

Opowieść zza żelaznych ścian, cz. III [Acodine]

29 lutego 2012
Część trzecia.

http://www.youtube.com/watch?v=4k2Kn6nmWBk&feature=related

Jestem Bestią.
Zaciskam zęby kryjąc bladą facjatę przed tłumami okrążających mnie wrogów. Łypię pobieżnie przed siebie, szukając drogi ucieczki, gdyby którykolwiek zaatakował. Mój czarny płaszcz, sięgający niemal do ziemi robi ze mnie poszarpany światłem cień, przemykam między kolejnymi postaciami, starając się przemknąć niezauważony.
Nagle powietrze zaczyna drżeć, ogłusza mnie syk maszyny. Oto przyjechał blaszany potwór, po to by z jego paszczy wytoczył się tabun ludzi, a na jego miejsce wtoczył inny, ze mną na czele. Wiodę wzrokiem za zamykającymi się drzwiami metra. Unoszę głowę, powarkując cicho, gdy niematerialny informator informuje mnie „Następna stacja; ” Jakaś staruszka o pokrytym bruzdami obliczu pojękując cicho przepycha się tuż obok mnie. Zaciskam zęby, łypiąc na nią spod kaptura. Przeciska się nalej, unosząc w górę siatki naznaczone logiem ich twórcy. Gdyby wiedziała, jak często po moich dłoniach cieknie krew. Gdyby całe to bydło wiedziało, ile żywotów uwieńczyłem krótkim strzałem czy pociągnięciem noża. Gdyby wiedzieli jak bardzo powinni się bać! Nerwowo przekrzywiam głowę, zamykam oczy czując jak moje kręgi szyjne przecierają się o siebie z efektywnym strzyknięciem. Biorę głęboki wdech, rozluźniam mięśnie twarzy. Już niedługo.

Moja ukochana klitka przybrudzona krwią, nasączona strachem po brzegi. Krótkim okrzykiem informuję stojącego przy wejściu do boksu, że jestem gotowy. I to jak. Opieram się nonszalancko o ścianę, moja pierwsza dzisiejsza ofiara zatrzymuję się przed samym wejściem. „Nie krępuj się, jestem dobrym tancerzem.” zapraszam ją w myślach, spoglądając w przerażone, brązowe patrzałki. Mój znajomy zachęca ów partnera wymierzając mu mocnego kopniaka. Jej oddech cuchnie paniką i bezsilnością. Rozgląda się, starając wycofać. „Już? Poznałeś naszą scenę?” uśmiecham się i jakby od niechcenia przykładam lufę potężnej, metalowej broni dzierżonej przeze mnie do czoła jego, czy jej, to nie istotne. Ten pod ostrzałem zamyka oczy, trzęsąc się. Kiedy oddalony od nas jakby mgłą strzał wreszcie pada, rozrywający kwik unosi się wysoko w górę. Mam wrażenie, że jeszcze nawet po strzale błaga mnie o litość, jego różowy ryjek podryguje. Uginają się pod nim nogi. Spoglądam z góry jak próbuje się podnieść, macha bezradnie raciczkami. Odzewem jest kwik reszty spanikowanych zwierzątek, których los skończy się kiedy przejdą przez blaszany korytarz. Kwik, jakby błaganie jeńców lubieżnie gładzi moje zszarpane ambicje. Muzyka dla mych uszu.

Kiedy rozprawiam się z wieprzowiną w nieodpowiedniej postaci, mój kompan trąca mnie łokciem. Wybudzam się z transu, uświadamiam sobie jak bardzo oskarżycielska jest cisza wokół. Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, kompan wskazuje odzianego w garnitur mężczyznę jakby wyczekującego na coś za kratami. Ocieram białym kitlem dłonie z krwi i (pozostawiając kolejną ofiarę w słodkiej niepewności) już chcę wszcząć awanturę, cóż niemądry robi w rzeźni, (w głowie układają mi się już kąśliwe komentarze na temat jego nieskazitelnie czystego ubioru) kiedy drugi rzeźnik zatrzymuje mnie i uświadamia z kim mamy do czynienia.
Dziwne, byłem przekonany że legendy o krążącym po rzeźniach i ubojniach kolekcjonerze wypchanych zwierząt mają tyle wspólnego z prawdą, co świadomość prosiaków. Ów legendy głosiły, że ten oto człowiek, niezdrów na umyśle, o niespełnionych ambicjach zostania myśliwym za truchło zwierzaka jest w stanie zapłacić ogromne pieniądze. Odkładam pistolet, siarczyście spluwam na ziemię i podchodzę do krat. Oby legendy były prawdziwe, w innym przypadku pyszałek po tym spotkaniu już zawsze będzie omijał rzeźnie szerokim łukiem.
__
Czyytelniku, jeżeli ogarniasz analogię, punkt dla Ciebie.

Stan, w którym czuję się jak potwór [Imloth]

29 lutego 2012


Jesteś wrażliwy? NIE CZYTAJ więc. Z góry przepraszam za kolejną psychodelę.
_________________
.Musik.
    Znów dopadł mnie ten stan, graniczący z istną furią. Czuję, jakby coś chciało wyrwać mi się z piersi, pragnę krzyczeć, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej. Co mam zrobić? To mój wewnętrzny potwór i nie będę z nim walczyć.
     Przed oczami widzę czerwoną mgłę, przesłania mi wszystko, oprócz tej jednej osoby, którą pragnę rozszarpać. Tak, to jest mój dzisiejszy wróg, cel, który wkrótce zostanie zniszczony. Gdybym nie była człowiekiem, byłabym bestią.
     Pięść zaciska się mocno, a paznokcie wbijają boleśnie w skórę. Tak, tego właśnie potrzebuję. Zadawać ból, nieważne, że to moja ręka krwawi. Czuję, jak wszystko wewnątrz mnie zatraca swe kształty i kontury, teraz staje się jedynie kłębiącą chmurą wściekłości. Są ludzie, których gniew przekracza najśmielsze wyobrażenia. Jest czystą furią. Ludzie, którzy nie są ludźmi, są potworami.
     Tak, to znów ten stan, w którym czuję się jak potwór.
~~*~~
     Nie potrafię myśleć o niczym innym, widzę tylko ten jeden cel, nic mi nie przeszkodzi. Jeszcze tylko kilka kroków, nie zdobędę się na spokój, nie powstrzymam się. Wkrótce zrobię to, czego pragnę, co uspokoi gniew w sercu, sprawi, że krew przestanie wrzeć. Czuję, jakby moje ciało było za małe, jakby coś chciało rozerwać je od środka, jakby moje serce miało zaraz wybuchnąć, niczym bomba zegarowa. Nigdy nie wiem, kiedy nastąpi eksplozja, ale nie obchodzi mnie czas.
     Nie widzę już nic, oprócz tej przesłaniającej oczy szkarłatnej mgły, słyszę szaleńcze uderzenia swego serca. Czuję, jak wciąż rośnie we mnie coś, co zaraz wyrwie mi się z piersi. To nie jest gniew, to ista furia. Nie jestem człowiekiem, jestem potworem, bestią.
     A teraz widzę ją, swoją ofiarę, stoi tylko kilka kroków ode mnie. Jest tak blisko, że czuję jej zapach, smród jej zatrutej krwi. Tak słodko by było móc ją rozlać, chociaż te kilka kropel. Potrzebuję tego, żeby uciszyć mój gniew.
     Widzę już tylko bezkształtne plamy, jedynie barwy o nieskończonych odcieniach czerwieni i czerni. Chcę krzyczeć, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej, zaraz moje serce eksploduje!
     Nie mogę dłużej się powstrzymywać, szkarłat mgły zupełnie przesłonił widok. Niemalże poczułam, jak oczy przepełnia czerwień, a źrenice zwężają się tak mocno, że prawie znikają. Czuję mrowienie w dłoniach, ucisk w sercu, jeszcze tylko te kilka kroków…
     Rzucam się do przodu, jestem teraz zwierzęciem, nie człowiekiem. Jedynym, co teraz chcę osiągnąć, jest morderstwo mojego dzisiejszego wroga. Chęć zniszczenia, żądza śmierci, to do mnie niepodobne, ale teraz to nie jestem już ja, to mój wewnętrzny potwór, który ukrywał się wgłębi mojego serca zbyt długi czas. Teraz, nareszcie, wyrwał się na wolność i pędzi ku swojej ofierze, by dokończyć jej żywota.
     Wystarczy jedynie mocny kopniak w plecy, aby padła na ziemię, a z jej ust wydarł się przeciągły jęk. Powoli się podnosi, ale ja nie zamierzam czekać. Rzucam się na jej plecy i jednym ruchem wyrywam włosy, wrzeszczy i szamocze się pode mną. Pazury, które nagle pojawiły się na mych dłoniach, wbijają się boleśnie w jej oczy i rozdrapują je. Teraz już nie zobaczy mojej twarzy, czego tak bardzo pragnęłam, ale nie dbam o to. Nie obchodzi mnie, że wszyscy na mnie patrzą, nie potrafię ich zobaczyć. Teraz jestem bestią i skupiam się tylko na mojej ofierze. Podniosłam się, a ona zaczęła uciekać, powoli pełznąc po podłodze. Mój rechot poniósł się w powietrzu, wyglądała tak żałośnie, jak robak wyciągnięty z głębi ziemi. Niedługo do niej wróci, otoczona twardym hebanem czarnej trumny.
     Wstała, zaczęła biec, a ja popędziłam za nią. Uśmiech z mych ust zniknął, zastąpiony znów chęcią okrutnego mordu. Nie zabiję jej od razu, najpierw będę się nią bawić, jak kot myszą. Oto mój następny cel. Ona nie jest już moim wrogiem, jest tylko żałosną ofiarą. Nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać, wszyscy schodzą na bok. Nikt nie chce spotkać się z potworem. Tak, to znów ten stan, w którym czuję się jak potwór.
     Biegnie nieudolnie, co chwila się potykając i chwiejąc. Nic nie widzi, zaraz w coś uderzy i padnie na ziemię, a wtedy ją dopadnę. Tak się wkrótce stało, przewróciła się o kamień, a ja przestałam biec. Podeszłam do niej, siłą woli się powstrzymując. Jeszcze nie teraz…
     Z jej kieszeni wyjęłam zapalniczkę, a ogień zapłonął i dotknął suchych liści wokół nas. Wkrótce wszystko wypełnił swąd spalenizny i dymu, powietrze stało się zatrute, a ona zaczęła się dusić. Do moich nozdrzy doszedł smród ognia, który dla mnie był najpiękniejszym z zapachów. Jedno szarpnięcie za kark, a ofiara podniosła się do klęczek, jęcząc cicho. Jej serce biło tak szybko, a tętnica… to tylko kilka centymetrów… Na moje usta wypłynął obrzydliwy uśmiech, przewróciłam ją na plecy, z całej siły wbijając wszystkie pazury w jej pierś. Krzyk uwiązł w gardle dziewczyny, gdy jeden z nich przebił płuco. Szarpnęłam, tworząc głębokie bruzdy i cięcia, z których popłynęły fale krwi. Gdy jej zapach dotarł do mnie, moje oczy znów przesłoniła szkarłatna mgła. Warknęłam, zupełnie jak zwierzę, jak potwór, chociaż wciąż byłam w ciele człowieka. Ma nieludzka natura wydarła się ze mnie i wreszcie dała upust swojej furii.
     Zaczęła krzyczeć, wciąż nie straciwszy przytomności. W mojej ręce pojawił się nóż, który już po chwili oberżnął jej język. Zaczęła krztusić się i dławić własną krwią, a mnie napełniło tylko jeszcze większe pragnienie. Kilka szybkich ruchów dłoni, a twarz została posiekana głębokimi ranami, ramiona doznały tego samego. Dobrze wiedziałam, że posługuję się czystym okrucieństwem i to napełniało mnie największą przyjemnością. Raz za razem zadawałam jej ból, używając wszystkiego, co posiadałam. Jej oczy zaszły mgłą i przestała się ruszać, ale wciąż żyła. Nie była zdolna do nawet najmniejszego ruchu. Ciało lekko drżało, a gdyby miało siłę, z pewnością wiłoby się w konwulsjach bólu.
     Przyszedł czas na wielki finał, koniec morderczej sceny. Pochyliłam się tak nisko, że moje usta niemalże stykały się z jej wargami. Powoli, patrząc nienawistnie w jej niewidzące oczy, szeptałam cicho słowa.
     – To za to, że weszłaś mi w drogę. Jesteś tylko małą, bezbronną istotką, dlatego umierasz.
     Zadaję ostateczny cios, podrzynając gardło tak głęboko, że ostrze noża niemalże całe zniknęło w jej szyi. Kilka sekund  i było po wszystkim. Mgła zniknęła, a gniew ucichł. Wysunęłam język i zlizałam tętniczą krew z jej ust, śmiejąc się przy tym szyderczo. Poczułam swąd palonego ciała, odór, który był normalnością. Płomienie ciasno nas otaczały, ale ja nie czułam strachu. Ich strzelanie wywoływało we mnie jedynie wewnętrzny spokój. Podniosłam się, a zakrwawiony nóż przyłożyłam do ust, by przesunąć językiem po jego ostrzu. Schowałam go w wewnętrznej kieszeni czarnego płaszcza i odeszłam w mrok.
~~*~~
     Siedzę i patrzę tępo w ścianę. Nikt nie wie, co zrobiłam, nikt nie wie, kim byłam. Kim się stałam. Uśmiecham się niemalże niezauważalnie do samej siebie, a do ust wędruje kubek gorącej herbaty. Upijam łyk, w mojej duszy panuje spokój. Znów czuję się tak, jak zawsze, zachowuję się naturalnie. Nikt nigdy się nie dowie, nie będzie miał o niczym pojęcia. Wciąż będą następne ofiary i kolejne morderstwa. Już teraz słyszę głos radiowego reportera, dźwięk dobiega do mnie, jak zza szkła.
     – Wczorajszej nocy, z czternastego na piętnastego sierpnia, ktoś podpalił zachodni kraniec Białobrzeskiego lasu. Mieszkańcy twierdzą, że często palono tam ogniska, co wskazuje na czysty przypadek. Byli jednak świadkowie, jak mówią – dziwnego wydarzenia, które miało miejsce w GreepsParadis, miejscowym klubie nocnym. Twierdzą, że widzieli uciekającą dziewczynę i goniącego ją… – Na chwilę zapadła cisza, gdy reporter upewniał się, że dobrze widzi czytany przez siebie tekst. – …potwora. Szesnastoletnia Miranda Borawska zaginęła bez śladu.
     Uśmiechnęłam się szerzej, upijając kolejny łyk herbaty. Nie słuchałam już dalszej części audycji radiowej, nie było potrzeby. Wstałam i skierowałam się po swój czarny płaszcz. Trzeba zbierać się do szkoły. Wejdę tam i będę zachowywać się, jak zwykle, normalnie.
     Nie dowiedzą się, że ja tylko wyglądam jak człowiek.
_____________________________________
Dobra, jak gdzieś przesadziłam – coś było niesmacznego, obrzydliwego, drastycznego, niefajnego itp. to piszcie. Przyjmę każdą skargę. Ale w sumie, ostrzeżenie było.
Aha, podpisałam się pod listą obecności, ale chyba z deczka za późno. Przepraszam, miałam lekkie problemy z internetem (a może z rodzicami?). W każdym razie – jestem, żyję i paczę.
To tyle z ogłoszeń parafialnych.

26 lutego 2012

Opowieść zza żelaznych ścian, cz. II [Acodine]

26 lutego 2012
Część druga.
http://www.youtube.com/watch?v=vAM6dRZo2Wc&feature=BFa&list=PLB69395BD9D0BE7EC&lf=BFp
  Nawet prosiak, taki jak ja, ma chwile w swoim życiu o których woli nie wspominać. Należy do nich ta, w której to położyli mnie na wznak na zimnym, blaszanym stole i bez cienia litości pozbawili wnętrzności. Szczegóły i to, jak wepchnęli na ich miejsce dziwny, zapychający materiał pozostawię tylko dla siebie. Od kiedy usnąłem w klitce, (Jak się później dowiedziałem – nazywaną umieralnią) stało się tyle niewytłumaczalnych dla mnie rzeczy, że nie byłem w stanie wszystkiego objąć moim wypatroszonym łepkiem. Gdy wyciągnięto mnie z pudła, a ciemność zastąpiło światło, nie mogłem wykonać nawet najmniejszego ruchu. Długo, sparaliżowany, stałem tak, próbując zakwiczeć, trwoniąc  niematerialne łzy nad brakiem kogokolwiek bliskiego, nad brakiem odpowiedzi na tak wiele pytać. Tak wiele dałbym wtedy by znów znaleźć się z moimi braćmi. Nie odczuwałem głodu, ale miałem ochotę zjeść coś z brudnego zawsze korytka tylko po to, żeby poczuć w pyszczku znajomy smak papki.
 Pewnego dnia odważyłem się otworzyć na otoczenie. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, był ogromny stół z ciemnego drewna, tuż przedemną. Uniosłem wzrok i ku mojemu przerażeniu, ujrzałem siedzące przy tym stole zwierzęta. Kilka kaczek, lis, dwa psy, inne stworzenia które ginęły poza moim wąskim polem widzenia. Wpadłem w panikę i jedynym, co powstrzymało mnie przed ucieczką był fakt, że nie mogłem się ruszać. Ale one też zastygły w bezruchu. Spoglądały na mnie wytrzeszczonymi paciorkowatymi, błyszczącymi ślepiami.Zupełnie bez wyrazu.Nigdy wcześniej nie widziałem takich oczu. Zapłakałem znów w duchu nad swoim ciężkim losem, kiedy po kilku minutach wszyscy zebrani wciąż nie spuścili ze mnie wzroku.
 Przez małe okno, do przytulnego pokoju, w którego kącie stało kilka foteli, poza tym na obitych pluszem ścianach wisiały obrazy w obskurnych ramach, wpadły smugi zachodzącego słońca. Drobinki kurzu leniwie zatańczyły w powietrzu. Od mojego ‚przebudzenia’ minęło kilka godzin, przywykłem już do zwierząt śledzących mój nieruchomy żywot. Nagle ciszę zakłóciło skrzypnięcie drzwi. Do pokoju wpadł odziany w garnitur, wyraźnie rozradowany mężczyzna. Na mój widok rozpromienił się jeszcze bardziej. Podchodząc do mnie po drodze pogładził głowę lisa i ucałował w pysk psa. Te pozostały bez ruchu. Zerknąłem w stronę lisa i ujrzałem na jego pysku jakby obrzydzenie? Ledwie dostrzegalne błyśnięcie ślepia, czy uniesiona delikatnie warga, albo mi się wydawało, albo rudzielec wreszcie się obudził. Nie poruszył się jednak nigdy więcej. Tym czasem mężczyzna zupełnie bez skrupułów pogłaskał mnie po różowym grzbiecie i wyszczerzył zęby, nachylając się tak, że jego blada twarz zasłoniła mi cały widok na pokój.
- No cześć mój piękny! – Jego głos nie przypominał męskiego ryku, jaki był mi dobrze znany. Raczej ton córki właściciela farmy, która czasem przychodziła do nas, by pochwalić się nowo nauczoną piosenką. – Zaraz zrobię wam wszystkim herbatkę i zapoznam z nowym, pozwólcie tylko, że się przebiorę.
 Zniknął na dłuższą chwilę, a kiedy się pojawił, niósł w dłoniach tacę wypełnioną filiżankami i biały, porcelanowy imbir. Garnitur zastąpiła biała sukienka, sięgająca zaledwie do połowy ud, pokryta małymi falbankami. Jego owłosione uda i umięśnione łydki, wraz z masywnymi ramionami tworzyły z kreacją wyjątkowo komiczną całość. Nie zdziwiło mnie to ani trochę, cóż może zdziwić świnię, która była świadkiem utraty swojej wątroby, swoich kości, języka… miałem o tym nie wspominać. Rozdał wszystkim zwierzętom filiżanki i prostując się majestatycznie (sukienka podciągnęła się jeszcze wyżej.) wręczył ostatnią mnie. Niezdarny ogłosił, że nazywam się Amadeusz (szkoda, że nie usłyszał mojego prychnięcia. Wcale się tak nie nazywam!) i nalał mi herbaty.
 Para unosząca się z napoju szarawymi wstęgami tworzyła przed moim ryjkiem cudowne kształty. On zajął ostatnie miejsce przy stole i mówił, paplał językiem, a jego słodki, kobiecy głosik roznosił się po pokoju. Mówił, a słowa w perlistych szatach tańczyły wokół mnie i chociaż nie rozumiałem ich treści, miałem wrażenie, że ten człowiek hipnotyzuje mnie, że wpadam w jakiś trans. Mocna, słodka woń herbaty wypełniała obite pluszem pomieszczenie. Zwierzęta zgromadzone w okręgu naokoło stołu zdawały się wpatrywać w niego nieruchomymi oczyma. Nagle jeden z psów skinął pyskiem i odpowiedział ludzkim głosem. Nie słuchałem słów, wszystko było zamglone, a za razem piękne, cukierkowe. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki lis wybudził się z bezruchu i położył, połacie jego rdzawego futra błyszczały w świetle lampki. Wszystkie, wszystkie zwierzęta zachowywały się wreszcie jak żywe istoty. Poza dwoma drobnymi elementami, wciąż miały przeszklone oczy i rozmawiały z mężczyzną. Przeniosłem wzrok na ów mężczyznę i oniemiałem jeszcze bardziej. Na wprost odemie, popijając herbatę siedziała odziana w białą, pięknie podkreślającą jej figurę suknie, dziewczyna. Jej blond loki kołysały się delikatnie, kiedy ta zaśmiewała się na słowa lisa. Wodziła smukłym palcem po brzegu filiżanki. Zerknęła w moją stronę. – Amadeusz chyba się obudził. – Pyski, dzioby, oblicza, wszystkie zwróciły się ku mnie. Oblicze dziewczyny rozświetlił krótki, ciepły uśmiech. – Nie wstydź się, opowiedz nam o sobie.
_____
CDN.
Sorkie za natłok, ale mam wenę.
Wszelkie dissy mile widziane.

25 lutego 2012

Opowieść zza żelaznych ścian, cz. I. [Acodine]

24 lutego 2012


 Część pierwsza.
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=vjncyiuwwXQ


Pachniało jakoś dziwnie. Wokół unosił się niepokój, raz po raz przechodziły mnie dreszcze. Mój nos drapał odór strachu i czegoś, czego nie znałem. Szedłem jakby w kolejce do koryta z jedzenie. Nie musiałem się oglądać, nie pozwalała mi na to z resztą moja anatomia, czułem, że mój brat delikatnie trąca mnie ryjkiem po zadzie. Po bokach stały dwie, dumnie wyprostowane blaszane ściany. Korytarz – tak, to jest to słowo. Starałem się wyjrzeć zza innego brata przede mną, lecz jedyne co dostrzegałem, to kolejna różowych zadków. Postąpiłem kolejny krok, pchnięty przez tych za mną. Miałem szczerą nadzieję, że jeżeli to kolejka do jakiejś paszy, to do wyjątkowo dobrej. I kiedy wzdychając, brnąłem naprzód, czując się w tym wszystkim okrutnie bezradny, nagle powietrze przeszył krótki, paniczny kwik. Stanąłem, uniosłem wzrok. Moim oczom ukazał się półokrągły boks, od wejścia do niego dzieliła mnie dwójka braci. Kiedy ów dwójka znalazła się już w pomieszczeniu, dojrzałem tam też parę ludzi. W białych fartuchach. Nie miałem pojęcia co się dzieje. Rozejrzałem się nerwowo po boksie i bynajmniej, jego wnętrze nie wyglądało przyjaźnie. Oględziny przerwał mi kolejny przeraźliwy kwik, uciekający z paszczy wieprza, który teraz leżał bokiem na posadzce przedemną i wymachiwał rozpaczliwie nóżkami, jakby tańczył, z tym mankamentem, że nie na tej płaszczyźnie co trzeba. „Co ci jest?” zachrumkałem, a włosy na moim grzbiecie stanęły dęba. To wszystko wcale mi się nie podobało. Nie odpowiedział. Spojrzałem z wyrzutem w stronę ludzi, ci zawsze przecież reagowali na widok świni z boleściami. Kiedy jeden z nich pchnął nogą już nieruchomiejące truchło zacisnąłem zęby głęboko urażony. Jak można kogoś tak traktować? Poczułem w żebrach tępy ból. Mój oprawca kopnął po raz drugi, wykrzykując coś. Rozumiejąc ten niezbyt delikatny przekaz, mając ochotę już tylko stamtąd wyjść, najlepiej na pastwisko, czując się dogłębnie poniżony, posłusznie podszedłem na środek boksu. Obróciłem się, by spojrzeć na brata, stojącego jeszcze w kolejce odrobinę dalej. Pochrumkiwał, poruszając różowym ryjkiem, by nadać mi otuchy. Powtarzał, że zaraz się stamtąd wydostaniemy. W jego oczach migotały łzy strachu. Gdy chciałem mu odpowiedzieć, nagle oślepiła mnie ciemna fala. Zaraz za nią, jak strzała mój ryjek przeszyła fala ostrego bólu. Miałem wrażenie że wszystkie ściany tego smutnego budynku runą w jednej chwili na moją biedną głowę. Dopiero teraz poczułem zimno metalowego spustu przestawionego do mojego czoła. Zamrugałem nerwowo i przez mgłę dostrzegłem, że już nie stoję, a leżę. Moje serce biło z zawrotną prędkością, chciałem wstać, chciałem tylko się podnieść i uciec ile sił w raciczkach. Nie mogłem się podnieść. Zachrumkałem raz, drugi, później kwiczałem już tylko ile mogłem, każdy kwik nasączając swoją frustracją i bezsilnością. Kiedy umilkłem, dotarło do mnie, że poprzednik nie tańczył. Jeżeli tańczył, był to taniec agonii. Dobranoc bracia. Spotkamy się, tylko odpocznę. Odpocznę, a później wstanę. Zobaczycie. __
Intryguje mnie kiedy zauważyliście o czym to opowiada. I czy w ogóle.
To jest pierwsza część ciągu na który mam wenę i pomysł.
Hope you like it.

24 lutego 2012

Nie spuść wzroku. [Acodine]

23 lutego 2012


Nie spuść wzroku.
Spopielona ziemia wyciągała poszarpane ramiona ciemnych konarów w stronę szarego nieba. Cierpki zapach samotności przeplatał się z odorem niewypowiedzianych słów. Bose stopy dziewczyny odcinały się kontrastem od czarnego, powyginanego w agonii poszycia. Stąpała po nim niespiesznie, brodząc w unoszącym się nisko się ciężkim, szarym dymie. Ale to nie jest przecież to, co miało być powiedziane. To tylko krajobraz.
Nie wiedzieć czemu, jej oblicze pokrywały smugi po łzach, łzach które pozostawiły za sobą jasną ścieżkę spływając wraz z szarością, którą umorusane były policzki dziewczyny. Kołysała się lekko na boki, z jeden strony każdy z jej krokiem zdawał się być tym ostatnim przed upadkiem, z drugiej wyglądała na całkiem zdecydowaną ruchów. Pałała rezygnacją? Ale to też nie to, co miało być powiedziane. To tylko dziewczyna.
Liczyło się to, że musiała kurczowo zaciskać zęby. Liczyło się to, że nawet kiedy widziała inne postaci przechodzące tuż obok niej, nie mogła się zatrzymać i okazać słabości. Nikt nie wypowiedziałby tego na głos, ale każdy najchętniej poderżną by jej gardło, byleby wzbić się chociaż odrobinę po drabinie tej przemilczanej hierarchii. Kroczyła wciąż przed siebie, klucząc między czarnymi od smoły pniami drzew. Pochylona, nie chcąc skomleć by ktoś przez przypadek nie uznał tego za oznakę słabości. To już to, co miało być powiedziane. Zbyt ogólnikowo.
Kiedy po raz kolejny uniosła stopę, by po raz kolejny zatopić ją w popiele, na horyzoncie ukazała się postać. Jak każdy szła, naprzeciw. Zdecydowała spojrzeć w jej stronę. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, ta znad przeciwka zdawała się już być tak bardzo bliską. Zbliżały się ku sobie, wymieniły niemrawymi uśmiechami. Zwolniły kroku najbardziej jak mogły, obierając strategie, starając się przypasować. Pytania „czy ta druga nie spieszy się gdzieś? czy zwolnienie aż tak bardzo jest na miejscu?” rozlegały się raz po raz w obydwu głowach.
I kiedy były już najbliżej, kiedy mogły już niemal dotknąć się wyciągniętą dłonią, wiedząc, że tak jest dobrze, że tak mogłoby zostać, zaczęły się od siebie oddalać. Dziewczyna do ostatniej chwili utrzymywała kontakt wzrokowy, a kiedy nie była już w stanie zamknęła oczy, godząc się z tym, że ten przyjaciel, jak każdy inny to zrobi, zniknął już za jej plecami krocząc dalej w stronę przyszłości.Przyjaciel.
Uniosła wzrok, by wbić go w milczące niebo. Miękkie, okrutnie płaskie obłoki zdawały się tworzyć kopułę. Kopułę, która naprawdę przykrywała ich puste drogi ku agonii. Dym snuł się między spopielonymi drzewami przywodząc o rzężenie oddechu.
I zdaje się to jest właśnie to, co miało być powiedziane.
***
Pluszowa kanapa nie była tak miękka, na jaką wyglądała, ale nie siedziało się na niej źle. Dziewczyna zerknęła w stronę grających, czy może usiłujących grać w bilarda innych. Złapała za dłoń obejmującego ją jasnowłosego i uniosła wzrok, słysząc słowa produkującego się przyjaciela. Ów zakończył wywód i podrapał się po karku, uwieńczył całość głupim chichotem. Chłopak siedzący tuż obok westchnął znacząco. Razem była ich szóstka. Wtedy jedna z grających w bilarda wyciągnęła telefon. Zaśmiała się z szyderczym podźwiękiem i wyczytała na głos „Wszystkiego Najlepszego”. Wyczytała adresata.
Dlaczego nie okazała przygnębienia? Nie pokazała, jak bardzo się zawiodła? Dlaczego jedynie zaśmiała się szyderczo?
Jak mogłaby okazać słabość.

Tak, wszyscy pamiętali moment gdy to on wypowiedział „będę z wami już na zawsze.”
I jedyne, co pozostało niewypowiedziane, to czy ten z przyjaciół zwyczajnie odwrócił wzrok, czy ginie już za plecami. Jak zginie każdy z tej szóstki.

Show me Your Sign
Water and Wine
I need You to be
More than a Voice in me
Show me Your Face
Or at least some Proof of Your Grace
I need You to be
More than a Light in me
At least today…

16 lutego 2012

Alicja w Łańcuchach [Tin]

16 lutego 2012

Weszłam do pokoju i nie zapaliłam światła. Dziwne. Powinnam była odruchowo podnieść dłoń i nacisnąć jeden z dwóch białych włączników, a jednak tego nie zrobiłam. Niebieskie światło zmroku wpadało przez okno i oświetlało krzesło odsunięte od biurka oraz położony na nim sweter. W pokoju jak zwykle panował chaos, a i tak czułam się w nim nadzwyczaj spokojnie. Sięgnęłam do plecaka i wyjęłam mp3 czując, że dziś właśnie jest jeden z tych wieczorów. Wymieniłam baterie i usiadłam na łóżku umiejscowionym naprzeciwko okna, podkuliłam nogi do siebie i włożyłam słuchawki do uszu. Przełączyłam kilka piosenek by trafić na taką, którą dziś zniosę. Po kilku sekundach do moich uszu dopłynęły spokojne dźwięki jednego z ciekawszych utworów. Rozejrzałam się. W pokoju było raczej ciemno, więc skupiłam się na oknie. Niebo za nim zdawało się być dziwnie turkusowe, aż raziło w oczy, ale nie odwróciłam wzroku. Na dachu domu, który znajdował się w polu mojego widzenia była lampa. Nagle zabłysła niebieskim światłem, a muzyka przyspieszyła. Po chwili wokalista zaczął śpiewać.
Urodzona by przegrać w świecie bez reguł
Dwie operacje, 37 szwów!
Krwawiący uśmiech, z twarzą w poduszce
zostajesz sama tylko Ty i Twój ból!
Nowy dzień tak bardzo sie go boisz!
Nieprzytomna z bólu czekasz na sen
Znałam piosenkę zbyt dobrze, by nie zacząć śpiewać razem z wykonawcą. Wsłuchując się w gitarę na chwilę przymknęłam oczy rozmyślając. Niebieska lampa na zewnątrz była zgaszona, gdy je otworzyłam, a do mojej głowy wpadło znajome pytanie, nad którym siedziałam dość często. Jak by wyglądał świat beze mnie? Za oknem rozległ się głośny huk słyszalny tylko w mojej głowie i wyobraziłam sobie siebie leżącą w kałuży krwi na białym śniegu. Martwą. Jak bardzo świat by się zmienił od tego momentu? Przełączyłam piosenkę wiedząc, że tym rozmyślaniom musi towarzyszyć Alice in Chains i dziękowałam Bogu za to, żiż utwór, który zaczął lecieć nie był znajomy. Nie chciałam teraz śpiewać, a wiedziałam, że bym się nie powstrzymała.
My gift of self is raped
My privacy is raked
And yet I find
And yet I find
Repeating in my head
If I can’t be my own
I’d feel better dead
Szkoła. Moje gimnazjum, a w nim znajomi ludzie. Jedni bardziej przyjaźni, inni mniej, ale prawie wszyscy znajomi. Klasa numer czternaście, w której to w piątki mamy godzinę wychowawczą. Skarpeta, moja wychowawczyni podeszła do Emi, która jak zwykle śmiała się z Pauliną, gdy mnie nie było.
 -Postanowiłam Ci powiedzieć, chyba przyjaźniłyście się.-zaczęła mówić kobieta. Wypowiedziała moje imię i słowo ‚umarła’ w tym samym zdaniu, aż przeszły mnie dreszcze. Emi uniosła brwi wyraźnie zdziwiona i wykrztusiła z siebie głośne:
-Że co…?
Westchnęłam cicho, niebo było coraz ciemniejsze, a piosenka powoli się kończyła. Nie byłam pewna czy dobrze oceniłam reakcję przyjaciółki, ale cóż. Może jednak nie znałam jej tak dobrze? Drzwi się otworzyły, nie ruszałam się w nadziei, że ktoś kto przyszedł (prawdopodobnie siostra) mnie nie zauważy, bo w pokoju było za ciemno. Osoba przyglądała mi się dłuższą chwilę i wreszcie spojrzałam w stronę wejścia. Światło z korytarza oświetlało szafę i jedną ze ścian pomarańczowym światłem, tak innym od tego, które wpadało przez okno. Ojciec zapalił światło jak zwykle, gdy tak siedziałam. Bał się, że płaczę, wiedziałam to. Nie miałam pojęcia czemu myślał, że gdy tak sobie jestem i nic nie robię to jestem smutna. Zupełnie jakbym cały czas tylko rozpaczała, a przecież tak nie było. Rzadko się zdarzało bym miała doła i nie wychodziła przez to z domu, z natury byłam raczej histeryczną optymistką. Zapytał o coś i wyszedł na szczęście zamykając drzwi i gasząc światło, które raziło moje oczy. Uśmiechnęłam się w duchu i powróciłam wzrokiem do lampy, która znów się zapaliła. Zaczęła się kolejna piosenka.
It’s been a long day at the bottom of the hill,
she died of a broken heart.
She told me i was living in the past,
drinking from a broken glass
I’m alone, I never wanna be alone
Now I, now I turn to face the cold.
Znów szkoła. Emi podeszła do Agi z tą samą zdziwioną miną i przekazała jej wieści. Czarnowłosa dziewczyna pokręciła głową nie dowierzając. Zadawałyśmy się od niedawna, ale lubiłam ją, było o czym gadać i stopniowo się zaprzyjaźniałyśmy. A wtedy, gdy nagle usłyszała wieść o mojej śmierci nieco się załamała. Nic dziwnego, nawet gdy znała kogoś zaledwie z widzenia była smutna przez kilka dni, rozbita. Zadzwonił dzwonek, wszyscy weszli do klasy, także Aga. Usiadła w ławce nie witając się z nauczycielką i oparła głowę na rękach rozmyślając. Skarpeta zapytała czy wszystko dobrze, czarnowłosa tylko kiwnęła głową nieświadomie nie wyrywając się z letargu.
Moje wyobrażenie o reakcji Agnieszki było nieco bardziej realne niż Emi, gdyż kiedyś opowiadała mi jak zareagowała na śmierć swojego znajomego, którego tak naprawdę prawie nie znała. Lampa za oknem znów zgasła. Z cichym westchnieniem zmieniłam piosenkę błagając, by już nikt nie wchodził do mojej własnej oazy spokoju, w której chyba miałam prawo od czasu do czasu sobie posiedzieć i porozmyślać nad sensem mojego istnienia. Nie martwiąc się o nic znów odpłynęłam. Bo jak mogłabym zapomnieć o Michale?
You don’t want me, no
You don’t need me
Like I want you, oh
Like I need you
And I want you in my life
And I need you in my life
Starówka w moim mieście, najbardziej uboga ze wszystkich, ale dla mnie i tak nie istniała piękniejsza. Kochałam ją bardzo, miałam dużo fajnych wspomnień związanych z tym miejscem. Ludzie często przychodzili tam z gitarami by dorobić sobie na swoim hobby, także brązowowłosy Michał. Stał ze swoim elekto-akustykiem i grał właśnie Oasis – Wonderwall, jedną z piękniejszych piosenek, którą podbił moje serce bez wzajemności oczywiście. Emi szła brukową ulicą i uśmiechnęła się lekko widząc go. Byłam prawie pewna, że najchętniej by go wyminęła, ale i tak się zatrzymała. Przywitali się i dziewczyna bez zastanowienia (tak jak zwykle zresztą) powiedziała mu co się stało. Jak zareagował chłopak, na którym tak mi zależało? Z którym dzieliłam tyle wspólnych zainteresowań, przez którego kiedyś płakałam, a mimo to go nie kochałam.
-Ostro.-powiedział tylko nieco zdziwiony i pożegnał się z moją przyjaciółką.
Jak zwykle jego reakcja w mojej wyobraźni była skutkiem niedowartościowywania siebie samej, a przynajmniej tak twierdziła Paula, dziewczyna, która jako jedyna mnie prawie wcale nie denerwowała sobą. Jej reakcji nie przemyślałam, bałam się, że będzie zbyt odmienna od realnej. Zamrugałam gwałtownie odrywając się od rozmyślań. Dosyć katowania się, pomyślałam i wbiłam pusty wzrok w lampę za oknem, która na moich oczach zaczęła się zapalać i gasnąć na zmianę. Wtedy właśnie zadałam sobie bardzo egoistyczne pytanie: Dlaczego nikt nie płakał?
——————————————————————–
Chyba pierwszy raz w życiu wyszło mi takie długie. Jak dla mnie neutralne, nie jest beznadziejne, ale świetne też nie. Sami oceńcie. No i oczywiście prawdziwe, bo właśnie przed chwilą to się działo.

3 lutego 2012

Wybór [Ai]

03 lutego 2012

.Muzyka.

Spojrzałam na przyjaciółki. Obie stały tak blisko, wręcz na wyciągnięcie ręki. Wzięłam głęboki oddech i ze świstem wypuściłam powietrze. Kazano mi wybierać. Patrzyły na mnie pewne wygranej, a jednak.. Ja jedyna nie wiedziałam jak wybrać, którą wybrać i jak sprawić, by ta druga nie poczuła się dotknięta. Szkoda, że nie widziały tak jak ja, jakie były podobne. Oddaliłam się o krok do tyłu. Otworzyłam usta, by wypowiedzieć imię zwyciężczyni. Poczułam gule rosnącą w gardle. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Spojrzałam im w oczy.

Przepraszam.

Łzy pojawiły mi się w oczach. Nie byłam w stanie mrugnąć, co jeśli już nigdy nie zobaczę jednej z nich? Nie odrywając wzroku, pozwalałam by łzy moczyły mi bluzkę.

Nie chcę was skrzywdzić.

Odsunęłam się kolejny krok. Zacisnęłam powieki i powoli usiadłam na ziemi. Nie byłam w stanie znieść tego, że muszę wybrać.  Byłam słaba.  Wbiłam paznokcie w skórę.  To miało mnie uspokoić . Choć na chwilę, miałam zdać sobie sprawę, że ból psychiczny nie jest taki zły. Wmawiałam sobie.
Otworzyłam zapuchnięte oczy. Najbliższe mi osoby stały parę metrów dalej. Rękoma powędrowałam do tyłu licząc na oparcie. Nie czując nic, odwróciłam głowę. Za mną znajdowała się pustka.  Ciemna przestrzeń.

Kocham was.

Położyłam się, pozwalając by grawitacja, pociągnęła moje ciało na dół. Leciałam. Muskając dłońmi, różnorodne skały, wystające z mroku.  Chwila strachu. Upadłam. Ból przeszedł moje ciało i zniknął.

Umarłam?
___
Opowiadanie nie ma najmniejszego powiązania z HOTN.

Is it raining with you? [Acodine]

03 lutego 2012



Oparte… Zupełnie na faktach. Nie powinno zostać wspomniane. Wspomnienia przeplecione tą piosenką. Piszcie, jeżeli przeczytacie. I przepraszam Rozalia, wiesz, że naprawdę Cię lubię.

Ja pisałam „Here comes the rain again”

Ty „I want to walk in the open wind
I want to talk like the lovers do” 

Tak, to było słodkie. Słodkie, dawno i nieprawda.

Is it raining with you?
 https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=VND16EnLROs

- Tak właściwie tez bym zapalił ale nie mam czego. A Here Comes The Rain  tak mi się z tym wszystkim i Tobą kojarzy, ze to szok.-

To było… słodkie. I dawno temu. Właściwie było już zbyt późno,  by cokolwiek rozumieć. Nie padał deszcz, ale powietrze pachniało mokrą ziemią. Pamiętam doskonale trawę pod nami, delikatnie zroszoną i nieznośnie zimną. Pamiętam, że schowałam się przed tym chłodem właśnie w twoich ramionach. Kto by pomyślał? Ty i ja? Przytuleni?

Pamiętam tę ogromną polanę. Pamiętam wielkie drzewo tuż obok nas. Pamiętam, że była to dwunasta, o dwudziestej pierwszej mieliśmy ciszę nocną. Pensjonat był tuż obok, ale godzinę po ciszy nocnej mieliśmy być w łóżkach, zupełnie cicho. Szukali nas wszyscy. To był najgorszy przypał tej zielonej szkoły. Mało brakowało do dużych konsekwencji.

Obok nas leżała jeszcze trójka znajomych. Ich prymitywne dowcipy prowokowały uśmiechy na naszych twarzach. Oni leżeli we trójkę. Jeden na drugim, zaśmiewając się z powodu rzekomego wzwodu jedynej wśród nich dziewczyny. Tak, to było głupie, ale zimno zdaje się zamroczyło nas na tyle, że liczyła się sama obecność wszystkich.

Księżyc tej nocy był ogromny. Spoglądał ku nam ciężko z nieboskłonu. A przed nami, pamiętam to, niczym zdjęcie, rozciągały się ogromne połacie lasów. Góry, pokryte płachtą ciemności i te malutkie, jaskrawe światełka w oddali.

Tak, pamiętam, że to właśnie była nasza Czarna Perła. Ty byłeś Jackiem, a ja Elizabeth.
Porwali naszą piękną piracką łajbę i teraz świecili do nas, byśmy zauważyli, dawali nam znaki, byśmy odebrali statek. To była nasza własna historia, historia o której nie wiedział nikt, tylko nasza piękna… ‚ekypa’? ‚Gangsta’? Każde spotkanie i pierwsze upojenia alkoholem. My i nasza Czarna Perła.

Is it raining with you…?

Po raz pierwszy niepewnie przesunęłam opuszką palca po twojej skórze. Poczułam, jak się zmieszałeś. Nie pamiętam jak stało się to, że mnie objąłeś, pamiętam, że dopiero po chwili, zupełnie niepewnie, swoim jakby uroczo pokracznym ruchem również pociągnąłeś palcem po mojej dłoni. Zatrzymałeś się i wtedy nie byłam pewna, czy wymusiłeś ten ruch, żebym poczuła się lepiej, czy tak bardzo bałeś się tego, co.
Pociągnąłeś nas w tył. Nie słuchałam tego, co mówiła między sobą reszta, słuchałam słów wciąż powtarzających się w mojej głowie, słów piosenki. Leżeliśmy na plecach, opierając się głowami o nogi jednego z przyjaciół. Przyglądałam się gwiazdom, jakie to trywialne. Nie wiem dlaczego, ale wiedziałam, że ta chwila nigdy się nie powtórzy. Wiedziałam, że ten jedyny raz dzielisz się swoim ciepłem, spoglądając wraz ze mną na ogromne, ciemne niebo, w górach, na twojej ostatniej zielonej szkole.

***

Pierwszy ruch, zaciśnięte pięści i na raz rozłożone potężne, jasne skrzydła. Oblicze skierowane ku niebu i przeciągły, przepełniony boleścią skowyt.

Nie wiem dlaczego, ten riff, kiedy zaczyna się refren, zawsze wywołuje u mnie dziwny dreszcz.
Tudum tudum tudum tudum.

Tak. Wszystko się zmieniło. Ja się zmieniłem, Ty również. Jesteś kimś innym. Kochałam cię, kochałam innego ciebie. Wiesz dobrze, czego nie lubię, nie wiesz, czego chcę.

Jakby nagle w ten słodki obrazem ktoś z impetem pierdolną pięścią. Ekran potłukł się, nawet Nasza cudowna Czarna Perła utonęła gdzieś w oddali.Ty klęczałeś przed nią, zimną i uśmiechniętą… sztucznie uśmiechniętą, a przy mnie stał ktoś inny.

Lisica biegła po ogromnym wzgórzu, nie zważając na tnący jej skórę deszcz. Zaciskała zęby, nie potrafiąc zrozumieć. Nie żałowała, nie mogła żałować, nie chciała żałować. Ale mogło być. Delikatne opuszki uderzały o twardą ziemię. Pędziła przed siebie, smagana przez bezlitosny wiatr, chcąc tylko uciec dalej.

Dlaczego odpowiadałeś na moje słowa w ten sposób? Dlaczego tak na mnie patrzyłeś? Dlaczego bawiłeś się? Nie.. to już złe słowo. Oznacza przyznanie się do bycia zabawką. Ale przecież to nie było tak. To ja bawiłam się Tobą. Tak, uwierz w to!

Kogo okłamujesz?

***

Widziałam nagrania w telefonie Rudej. Niczym biało-czarne filmy sprzed lat. Jak głuche echo tego, co już przecież nie wróci. Wiem, że te słowa są żenujące, ale jak bardzo prawdziwe?

Ja, siedząca ci na kolanach, zupełnie speszona, zerkająca ukradkiem w stronę wyjścia. Obraz raz po raz przesuwał się po przedziale tego pociągu, podążając za akcją, a my byliśmy tylko dwiema postaciami w tle, pogrążonymi w zupełnie własnym toku. Usiłowałeś zdjąć mi pieszczochę, ja walczyłam o Twoją bandanę. Jak zawsze warczeliśmy na siebie, jak dwa niepewne znajomości szczeniaki, bojące się ukąsić, nie chcące odejść z podkulonym ogonem.

I drugi. Siedzieliśmy na naszym, słodkim terenie. Owszem, cali mokrzy, po zdemolowaniu działki mojej ciotki, z której później mnie wydziedziczyła. Sam obraz. Ciepło, którym aż pała ten słodki obrazek. Zielona trawa, szary dym papierosów, twój wieczny, niemal dziecięcy uśmiech wymalowany na mordzie.

Jak szare klatki filmu. Porysowane, zupełnie nieaktualne.

W końcu ktoś do nas zadzwonił. „Gloria, Ralf dzwoni do Twoich rodziców, jeżeli nie będzie was za pięć minut to wzywają policję”.

Tak, wróciliśmy.

„Dlaczego nie złapałaś go za rękę?!” „Nie wiem. Wiem, że to nic nie znaczy. Że jutro znów będzie tylko patrzył.”

I wiesz, że czasem za tobą tęsknię? Chociaż czas ułożył wszystko zupełnie inaczej. (Tak, trudno mi powiedzieć, że to Ty ułożyłeś wszystko zupełnie inaczej, o wiele łatwiej jest nie przyznawać się do Twojej wyższości.)

A druga połowa poczeka na to, aż sam ją dokończysz.

Here comes the rain again.
Raining in my head like a tragedy.
Tearing me apart like a new emotion.

I want to breathe in the open wind.
I want to kiss like the lovers do.
I want to dive into your ocean.

Is it raining with you?

A teraz?

Jesteś przyjacielem.

Moim głupawym przyjacielem.

„tylko”?

2 lutego 2012

To nie księżyc. [Acodine]

01 lutego 2012

To nie księżyc, to latarnia, podnieś głowę.
http://www.youtube.com/watch?v=AbF2z5sXnRA
Latarnie kołysały się delikatnie po ciemnym niebie. Moje ciało poruszało się samo, bez woli, stąpając krok po kroku po martwej ziemi. Dusza pozostała daleko w tyle. Oczy wypatrywały sensu prze sobą, dłonie znalazły schronienie przed mrozem w kieszeniach. Ciepła ciemność oświetlała mi drogę, wciąż walcząc ze wrogimi smugami światła.
Zawsze tak było.Czy to ważne, że ktoś będzie mi wmawiał, że to światło jest po mojej stronie?
Zachłysnęłam się powietrzem. Po mojej brodzie pociekło cierpienie wykaszlane z głębi wnętrza. Nie mogłam przestać kasłać, coś chciało się ze mnie wydostać, walczyło o uwolnienie. Błagając o oddech, przerwę w pojedynku upadłam na kolana. Pochylona, rzucana spazmami, poczułam jak łzy spływają po moich policzkach. Czekałam na nie. Z moich ust strugami uciekał szkarłat.Zabroczyłam rdzawym atramentem martwą ziemię. Uniosłam dłoń, pokrytą rzężącym we mnie bólem. Światło latarni pociągnęło linię blasku po czerwieni, wzdłuż linii życia. Zacisnęłam pięść.
Przyciągnęłam ją do siebie, palcami odnalazłam źródło miarowego taktu, wciąż bijące mi w piersi. Wstrzymałam oddech i przebiłam skórę. Poczułam, jak łamią mi się żebra. Umoczyłam i tak już pokrytą rdzą dłoń we własnym wnętrzu. Nie mogłam krzyczeć z bólu, z moim ust wciąż toczył się atrament. Chwyciłam uderzający przedmiot i szarpnęłam z całej siły. Unosząc głowę, spoglądając na zamartwioną latarnię wyciągnęłam kłujący, niepotrzebny fragment mnie. Przeniosłam na niego spojrzenie. Wciąż bił, starając się uwolnić z mojego objęcia. Zamknęłam oczy i nie zważając na błagania o litość cisnęłam nim w dal. Upadło z łoskotem na śnieg, barwiąc go swym ulubionym kolorem.
1:01
Acodine (21:07)

30 stycznia 2012

Taki rodzaj smutku [Imloth]

30 stycznia 2012

     "Można się uzależnić od pewnego rodzaju smutku
     Jak pogodzenie się z końcem
     Zawsze końcem"
      ~ Gotye "Somebody That I Used To Know" (tłumaczenie)
     Jest taki rodzaj smutku, od którego można się uzależnić. Łykać kolejnymi dawkami twardego narkotyku, odetchnąć. Czujesz w ustach gorzki smak, a gdy już myślisz, że to następna dawka, okazuje się, że to jedynie smak porażki. Toniesz powoli, myśląc tylko o palącym bólu w twojej piersi, który nie pozwala ci opaść na dno, utopić się.
     Ten smutek to zapomnienie. Uczucie, że nic cię nie obchodzi, wszystko jest takie szare... obojętne. Przeszukując głębię swego umysłu, znajdujesz statek, który dawno temu zatonął. Nie jest ci potrzebny, ma podziurawione burty od armatnich kul. Czujesz, jak coś ciągnie cię ku górze, ku powierzchni. Płyniesz tam, nie chcesz pozostać dłużej, jest ci to obojętne, a mimo wszystko wciąż lśni przed oczami obraz zatopionego statku, który odpychasz od siebie. To rodzaj smutku, zwany zapomnieniem.
~~*~~
     Jest taki rodzaj smutku, który krąży wokół każdego z nas. Idziesz ulicą, mijasz wielu ludzi i choć często poświęcasz im jedno spojrzenie, nie będziesz ich pamiętać. To takie smutne, że każdego dnia niezliczona ilość osób myśli o nas, po czym zapomina i już nigdy sobie nie przypomni. Łykasz tabletkę za tabletką twardego, białego narkotyku, myśląc, że to ci pomaga. Mylisz się. Pozwalasz, by twój największy wróg tobą owładnął, by tobą kierował, niewolił cię. Z każdym dniem bierzesz coraz więcej, licząc, że zapomnisz. Nie wiesz jednak, że to, co łykasz, jest w rzeczywistości innym narkotykiem. To taki rodzaj smutku, zwany zapomnieniem.
     Co ci to da? - pytam po raz setny samą siebie. Co da ci zapomnienie? I tak wkrótce sobie przypomnisz, gdy obojętność odpłynie. Jesteś pewna, że chcesz, aby twój wróg tobą owładnął? Tego chcesz? Nic ci to nie da, łykasz narkotyk za narkotykiem, by zapomnieć, ale nie wiesz, że to inny rodzaj smutku, który zamiast koić, niszczy. Godzisz się z końcem.
~~*~~
     Stuk, stuk, stuk. Białe tabletki posypały się po podłodze, niemalże niezauważalne na lśniących, śnieżnych kafelkach marmuru. Z każdą kapsułką spłynęła po policzku jedna łza, jakbyś chciała wypłakać smutek, który w tobie tkwi. To one to zrobiły. Kusiły czasem zapomnienia, żeby potem cię oszukać, wrócił. Cały czas kłamały. A teraz ty stoisz i patrzysz na pedantycznie czystą podłogę, lśniącą od twoich własnych łez i jedynie mali wrogowie odznaczają się na niej, kusząc i prosząc, abyś wpuściła ich do siebie.
     Marzysz jedynie o chwili zapomnienia, bo uzależniłaś się od tego rodzaju smutku. Padasz na kolana, szukając dłońmi malutkich okrętów, które pomogą ci zatonąć. Znajdujesz, kładziesz na dłoni i połykasz, czując, jak ogarnia cię otępienie. Obojętność, to jedyne, co teraz czujesz. Znów czujesz się normalna, chociaż wiesz, że tak nie jest. Patrzysz dookoła, ale wszystko jest tak sucho szare, jakbyś nie znała innych odcieni.
     Przed tobą stoi ktoś w ciemnym, wyblakłym prochowcu i patrzy na ciebie z góry, przygląda, jak się stoczyłaś. Jego twarz skrywa cień kaptura, spod którego widnieją tylko te zimne, puste oczy. Wyciąga z kieszeni mały woreczek i potrząsa nim, słyszysz znajomy dźwięk. Przyniósł ci coś, czego tak bardzo potrzebujesz. Karmi cię, a ty jesteś skazana na jego łaskę. Próbujesz podejść na czworakach, nie podniesiona jeszcze, nie godna chodzenia o własnych nogach. Padasz na białą posadzkę, bo kołacze ci się w głowie, ślizgasz się, pełzniesz, jak wąż. Nie wiesz, jak bardzo jesteś żałosna, jak się ośmieszasz. Nie widzisz nic, poza tym jednym, małym woreczkiem. Mężczyzna stoi nad tobą, a jego usta rozciągają się w drwiącym uśmiechu, chwytasz go za nogi, rzuca ci twój eliksir życia przed twarz. Łapiesz go, niemalże rozszarpując. Wypadają z niego białe tabletki, które połykasz łapczywie. Tajemniczy gość w ciemnym prochowcu odwraca się i odchodzi.
     Jest taki rodzaj smutku, od którego można się uzależnić. Zwie się - zapomnienie...
~~*~~
     Znów stoisz, umysł odzyskał wyraźność. Patrzysz na śnieżną biel marmurowej toalety. Nawet woda, która ją zapełnia, wydaje się krystalicznie czysta. Ściskasz w dłoniach kilkanaście małych, białych statków, które niebawem popłyną, żeglując na nieznane wody. Daleko od ciebie. Już ich nie odzyskasz, ale będą następni. Wiesz, że tak. Po co to robisz? Czy tak bardzo potrzebujesz wrogów? Czy nie masz ich już wystarczająco dużo, potrzebni ci następni? Skończ z nimi. Ależ nie, nie wystarczy otworzyć dłoni. Musisz się uniezależnić od tego rodzaju smutku. Spróbuj.
     Niczym niezmąconą taflę czystej wody, otoczonej przez marmur, nagle zakłóca kilkanaście uderzeń. Wpadają jedna po drugiej, by pożeglować na nieznane wody. Ale to nie są twoi wrogowie, których trzymasz w dłoni. To łzy, które właśnie spłynęły ci po policzkach. Znów padasz na pedantyczną biel podłogi, a ogromny ogień w twoim sercu sprawia ci ból. Pali, jakby chciał, abyś spłonęła od środka, zamieniając się w kupkę popiołu. Siwego, delikatnego popiołu... Wszystko wokół jest takie szare, gdy znów wpuściłaś ich do siebie. Zniknęli, lecz wiesz, że będą następni...
     Można się uzależnić od pewnego rodzaju smutku, wiążącego się z końcem.
     Ten smutek zwie się Zapomnienie.
~~*~~
Takie beznadziejne .__________.' Kompletnie mi się nie podoba, uh, nie mam weny. I pewnie jeszcze mnóstwo błędów w nim jest. Dupa.
Imloth (18:33)

21 stycznia 2012

Gołębie [Tin]

21 stycznia 2012
Szłam pustą uliczką rozglądając się dookoła, chłonąc przyjemny widok kamienic o zmroku. Wszystko wydawało się takie spokojne, ale czegoś brakowało. Kogoś, kogokolwiek z kim mogłam porozmawiać. Na tym wypustoszałym placu, na który doszłam słychać było tylko moje kroki i trzepot skrzydeł odlatujących gołębi, lekceważących mnie.

Wiem, że ty do mnie mówisz, wiem i wszystko słyszę
Nie mogę odpowiedzieć, przy drodze drzewa liczę

Niby powietrze nie miało mnie dosyć, nadal dawało się wciągać, oddychać sobą, ale i tak sprawiało wrażenie zmęczonego moją obecnością w tym opuszczonym miasteczku, w którym od dawna nie musiało być wykorzystywane przez ludzi. Ono też nie zawracało sobie głowy moją obecnością, gdyby tak było smakowałoby lepiej.

Hej hej na pierwszy rzut oka
Hej hej nie widać, że kocham
W krainie nigdzie-nigdzie zaplątany sam w sobie
Trochę egoistycznie siedzę i nic nie robię
Ciało jest obecne, grzeczne i na kanapie
Duch wolny się wyrywa i hula razem z wiatrem

Czasami lepiej jest po prostu zostawić bez słowa i trzymać w niepewności, bawić się tym. Może te gołębie przyjdą, gdy wyciągnę suchy chleb, który tak lubią, a może jednak postanowią mnie dobić i odlecą razem z północnym wiatrem, by już nigdy nie wrócić? Bez zapowiedzi, bez pożegnania. Nie wiem.

Krzyczysz, że chowam się przed tobą i jestem skryty
Lub chcąc być blisko ze mną solidarnie milczysz
Kochając i się złoszcząc znosisz to cierpliwie
Ja też cię bardzo kocham, tylko trochę autystycznie

Stałam tam patrząc pusto na ptaki czekając na ich decyzję. Czy zostawią mnie samej sobie, czy powrócą? Nie chciałam im się narzucać, więc stałam. Na usta cisnęły mi się przeróżne słowa, że powinny być ze mną w tym opuszczonym miejscu, ale nie chciałam ich wystraszyć, nie chciałam nic robić. Chciałam cieszyć się chwilą, w której były. Póki jeszcze były.

Wiem o tym wszystkim, ty chyba też wiesz
I choć nie płaczę przy tobie, coś między nami jest
Uśmiecham się do siebie trochę tajemniczy
Znów pytasz o czym myślę, odpowiadam że o niczym
Nagle usłyszałam głośny trzepot skrzydeł i kolejna chmura ptaków wzbiła się do lotu widząc mnie. Wystraszyłam je, ale wiedzą, że tu dostaną jeść. Więc wrócą, wrócą i to niebawem. Albo znajdą inne gniazda, inny chleb, innych ludzi. I nigdy ich już nie zobaczę. Nie wiem, nie powiedziały mi.

Na pewno czułeś kiedyś wielki strach
Że oto mija twój najlepszy czas
Bezradność zniosła Cię na drugi plan
Czekanie sprawia ze gorzknieje cala słodycz w nas
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
Tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen
Słowa zlewają się w fałszywy ton
Gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedna stronę stąd
Okłamali mnie z nadzieją że
Uwierzyłem i przestanę chcieć
Muszę leczyć się na ból i strach
Gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak
Kto pokaże mi jak?
[Nawet nie sprawdziłam, wybaczcie. Piosenki: Luxtorpeda - Autystyczny, Coma - Leszek Żukowski.]
Tin (19:10)

16 stycznia 2012

Ding Dong. [Acodine]

16 stycznia 2012

Przeczytałeś? Skomentuj, będzie mi bardzo miło. Prooszę.

Gdzie światła?
Ogromna arena pogrążona w ciemności. Krystaliczna struktura ciszy. Dyrygent zastygł ze wzniesioną ręką.
Zebraliśmy się tutaj...
Postać na samym środku sceny. Wyprostowana, oczekująca. Cóż znaczy niebieska krew, jeżeli nie widać Jej przez skórę?
By w tym, tak ważnym dniu...
Zamknij się, zamknij. Donośny, mocny ton obijał się wraz z echem o kamienne ściany. Tak wzniosły, tak uroczysty, tak.. Zamknij się!
Oznajmić całemu światu...
***
Ogromna scena. Jedyna, gdzie gra nawet loża szyderców. Zacisnęła zęby, zacisnęła pięści. Syczała, a ciemne słowa ociekały frustracją. Uniosła głowę. Rozłożyła skrzydła. Ogromne i jasne. Okazałe ramiona puchu, najeżone lotkami. Rozpościerały się metrami wokół niej. Dlaczego wciąż nie odleciała? Pętle strachu były zbyt mocne. - To twoja zwrotka, graj! - Odbiła się i zawirowała. Tańczyła po padole łez, usłanym przegniłymi deskami. Tylko gdzie podział się dubler? Od kogo dowiedzieć się, gdzie kończy się komedia, a zaczyna dramat?
Graj!
***
Strzykawka. Na wyciągnięcie ręki. Po co? Uniesiona w górę wprawiła promienie słońca w szaleństwo, obijające się błyskiem po oczach. Spuszczona znów w dół, długą paszczą w stronę skóry wprawiła w szaleństwo i innych.
Złota tarcza oblała się rumieńcem, w odezwie cały świat zaginął w otchłani czerwieni.
Szkarłatu?
Krwi.
Rdzawego atramentu, wylanego przez winnych, rozmazanego przez pióra istnienia.
Pióra... khekhe.
Lubię pióra, są trochę jak masło.. khekhe..
Ciężkie spojrzenie, wymowne westchnienie i odebrana strzykawka. Ale.. ale...
Narkotyk nieświadomości.. ach..
Są tu. Uciekaj!

***
Oddech nie był posłuszny. Rzęził w piersi i nie pozwalał biec szybciej. Chcę szybciej! Glany uderzały ciężko o żarzącą się ziemię. Paznokcie wbijały się we wnętrze dłoni. Jakie paznokcie? Jakie glany? To tętent kopyt. To z chrap ulatywały kłęby pary.
Ktoś dorównywał mi tępa. Wpatrzona w dal przed sobą spieszyłam ku celu, mimo to go dojrzałam.
- Przed czym uciekasz?! - Zapytał, spoglądając na mnie przez mgłę.
Nie miałam siły na odpowiedź. Nie mogłam zgubić taktu. Nie mogłam zawieść.
To nie ja uciekam.

I nie sama. Byli wszyscy. Ciągnąc za sobą szare wstęgi, materialne ogony ich dusz. Pęd bawił się popielatymi szarfami. Nie liczyło się nic, tylko cel. Szybciej!
Ja gonię.
***
Oznajmić całemu światu...
Kapłan? Sprawiedliwość? W snach miała inną twarz. Uniosła wysoko dłonie, sztylet który dzierżyła zdawał się nie pasować do ciemnego nieba w tle.
Dziś...
Poprawiła jakby uchwyt, jej palce zatańczyły. Wpatrywała się w ostrze, zupełnie jak ja. Ja patrzyłam jednak z dołu.
Teraz...
Na samym środku areny. Otoczona cierpkim zapachem zachwytu. Leżąc na okrągłym, kamiennym blacie. Pod wzniesionym sztyletem.
Już...
Szybki, krótki ruch. Ostry ból, ciało wygięte w łuk, krzyk uciekający między wargami. Uśmiech na ustach widowni. Strugi krwi cieknące po bladej skórze, kapiące z kamiennego blatu, kapiące po schodach. Szkarłat zasychający na dłoniach oprawczyni.
Nie! Nie byłam gotowa!
Wtedy wszystko stało się cichsze. Jedynie dudnienie nie ustało. Moja głowa opadła na bok, chyba po to, bym zobaczyła. Oni uciekli, nie poczekali na mnie. Dlaczego się zatrzymałam...? Miałam się nie zatrzymywać! Szarość spowiła arenę, widziałam już tylko ich. Coraz dalej. Pędzący w karkołomnym wyścigu, po przegniłych deskach sceny życia.


                      Życie : Ja
                       1 : 0









Acodine (00:06)

5 stycznia 2012

'They're screaming out my name!' [Imloth]

05 stycznia 2012

     "So now I know I'm crazy, I feel there's no more pain.
     The voices call out to me, they're screaming out my name!"
     ~ Brokencyde "Schizophrenia"
     W ich ustach rozbrzmiewa me psychodeliczne imię. Bawią się mną, plugawiąc jego wydźwięk swą czarną krwią. Jest cicho, powietrze drga niespokojnie, w sercu nikły lęk. Chciałabym zapomnieć... Niewykonalne.
     Odejdźcie, zostawcie mnie w spokoju. Czego chcecie?! Kulę się w kącie obrzydliwego, czystego pokoju. Pedantycznie lśniącego w laboratoryjnych lampach. Ich nieustające, przeciągłe warkotanie brzmi jak warczenie psa, albo brzęczenie os. Obcy ludzie krążą wokół mnie każdego dnia, potem znikają, a ja znów zostaję sama w tym więzieniu z gładkich płytek. Nie ma okien, nie ma drzwi... Nie, są tylko jedne. Bez klamki.
     Odrzuca mnie ta obrzydliwa czystość ścian psychiatrycznego pokoju. Dlaczego zawsze są białe, nie czarne? Ciemność uspokaja. Oni myślą, że ta kująca w oczy biel odstraszy Je. Głosy. Mylą się.
     Ich szepty, słowa, krzyki... Przeraźliwy potępieńczy wrzask i skrzek, skwierczenie niematerialnych ciał, jakby stanęły w ogniu. On je pochłania od środka, karmią się moim strachem i bólem, raz za razem uderzając moim sercem o nicość, pustkę. Czuję, że zaraz zwariuję! Ale to się nie stanie. Ja już jestem szalona.
     Niczym obłok czarnego dymu, wirują nade mną, skrzecząc me psychodeliczne imię. Bawią się mną, oblewają czarną krwią. Z moich ust wydarł się przeraźliwy wrzask. Chcę stąd uciec! Otwórzcie drzwi!
     Na kolanach, z włosami opadającymi na twarz, ubrana w biały, psychiatryczny kaftan, idę do drzwi. Ale One łapią mnie za nogi, za ręce, wyszarpują mi włosy. Krzyczę, a mój głos przypomina potępieńcze wycie. Upadam, lecz nie mogę wstać, nie pozwalają mi. Raz za razem ranią mnie, unosząc się nad mym ciałem. Ich puste, czerwone ślepia z pionowymi źrenicami i kły, ociekające mą szkarłatną krwią.
     Czołgam się, choć moje ciało mocno krwawi, krzyczę: pomocy! Ale nikt się nie zjawia, nikt nie otwiera białych drzwi. Uderzam w nie, błagam, aby mnie uwolniono. Na darmo. Opieram się o ścianę z idealnych kafelków, zsuwam się po niej, a one przypływają do mnie, by zadawać kolejny ból. Zaraz zwariuję! Ale to się nie stanie.
     Ja już jestem szalona.
     Nagle otworzyły się wysokie drzwi, jaskrawe światło wpadło do pedantycznie obrzydliwego pokoju psychiatrycznego. Uciekły, odleciały, wsiąkły w ściany, które są przepełnione ich wrzaskiem, ich krzykiem. Słyszę głos i sama krzyczę. Niech zostawią mnie w spokoju!
     - Siostro! Trzeba podać pacjentce kolejną dawkę leku. Numer trzydzieści sześć. Tak, to ta z zaawansowaną schizofrenią.
     Znów przyszli, by podać mi te obrzydliwe kapsułki z trucizną. Myślą, że mi pomogą. Mylą się. Znów są ludzie wokół mnie, nie potrafię zrozumieć żadnego słowa, patrzą na mnie. Potem wyszli, zamykając za sobą białe drzwi i gasząc światło. Pozostaję sama w ciemności, w powietrzu unosi się tylko cisza. Jestem sama, dopóki lek działa.
     Ale potem one wrócą. Wiem, że wrócą...
     Będą chłeptać moją krew, wymawiać me psychodeliczne imię. Plugawiąc je swą czarną krwią. Ludzie mówią, że jestem chora. Ale to nieprawda. Przecież nie jestem szalona...
Imloth (15:53)

Między wieżowcami [Imloth]

     "I będę stąpał po wodzie
     a ty mnie złapiesz jeśli upadnę
     i zagubię się w twoich oczach
     i wszystko będzie dobrze
     i wszystko będzie dobrze"
     ~ Lifehouse "Storm" (tłumaczenie)

     W oddali słyszę dźwięk. Symfonię dźwięków. Próbują przebić się przez barierę wokół mnie. Czuję, jak o nią uderzają, ale są zbyt dalekie. Wszystko tak szybko sunie. Światła rozpływają się, tworząc plamę, nie mogę ich rozpoznać, są zbyt dalekie...
     Słyszę tylko ciszę. Coś o nią uderza, próbuje się przebić. Nie wiem, co się stało. Najpierw światła, smugi, plamy... potem bolesne zimno. Nie wiem skąd się wzięło, ale nie przeszkadza mi, nie boję się go. Już po chwili to ja jestem odległa, setki kilometrów stąd. Lecę gdzieś po niebie, razem z gwiazdami. I już o nic się nie martwię.
     Tylko ten odgłos piszczących opon samochodu...

~~*~~

     Dźwięki powoli docierają do mnie, wreszcie przedarły barierę. Ogarnęła mnie kakofonia pisknięć, szumu, warkotu... Plamy stają się światłami, reflektorami samochodów, błyskami świateł sygnalizacyjnych. Słyszę stukot, wciąż rozlega się wokół mnie. Tępo patrzę przed siebie, jakby nie widząc migających mi przed twarzą aut, nie czując lodowatego powietrza, które igłami wbija mi się w policzki, dłonie... Jedynie patrzę i nie widzę, bo jestem myślami daleko stąd. Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że gdy znów je otworzę, będę miała pewność, że to tylko sen. Nie budzę się, wciąż stoję na tym brudnym chodniku miasta, które tętni życiem, będąc jednocześnie martwym.
     Odwracam twarz. Przed oczami migają mi sylwetki ludzi, rozmywają się w moich oczach. Wsuwam ręce do kieszeni czarnego płaszcza, by przestały drżeć, i idę, jak po szkle, po wodzie, jakbym się bała, że zaraz spadnę w otchłań. Stawiam każdy krok z mechanicznym wysiłkiem. Nie wiem po co idę, ale jestem świadoma, że gdy się zatrzymam, będę się zastanawiać, czemu stoję.
     Ludzie mijają mnie, a ja jedynie się zastanawiam - czemu się tak spieszą? Do kogo, do czego? Może mają powód, jakiś cel. Jestem ciekawa, co myślą i czego teraz pragną, ale wiem, że to zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą i nigdy się tego nie dowiem. Za chwilę miną mnie i znikną za najbliższym zakrętem. I już nigdy się nie dowiem... Dla nich nie istnieję, bo mnie nie widzą. Jestem jedynie cieniem. Nawet mnie nie zauważą, a ja wkrótce o nich zapomnę, ale nadal będę pytać samą siebie - a czego ty teraz pragniesz? Będę odpowiadać "nie wiem"...
     Widzę plamy, ledwie zarysy, wszystko znika pod moimi łzami. Przecież jeszcze przed chwilą nie miałam siły, żeby płakać. Czemu to robię? Przecież nie jest mi smutno. Tylko tak strasznie pusto... Jakby mi coś wydarto, jakbym ja sama coś sobie wydarła. Masochistka z ciebie; wciąż powtarzam w swoich myślach. Gdybym tylko wiedziała, co oni myślą.
     Nie zauważyłam, kiedy znalazłam się na środku olbrzymiego placu, oświetlonego tysiącami żarzących się lamp, ustawionych na tej brudnej ulicy. Zimno mi, więc okrywam się płaszczem, jak gdyby mnie to w ogóle obchodziło. Policzki bolą od zamarzniętych łez, nie dbam o to. Stoję jedynie pośrodku tego pustego placu. Po co? - będę się pytać w myślach, choć wiem, że i tak nie odpowiem. Rozglądam się dookoła. Nieliczni ludzie się gdzieś spieszą, pędzą, ale są i tacy, którzy tylko przysiedli na murku lub na ławce. Ot tak, po prostu. Słyszę jakiś dźwięk, oddalony ode mnie, nie rozumiem, co chce mi przekazać. Odwracam głowę, choć moje oczy już od dawna nie widzą. Ktoś do mnie podszedł, jakiś człowiek. Jego usta się poruszają, wydobywa się z nich pytanie, które brzmi jak "Kim jesteś?".
     Kim jestem? Nie wiem - chcę odpowiedzieć, ale moje usta są zmarznięte, nie wydobywa się z nich nawet najmniejszy dźwięk. Odchodzę, ze wzrokiem wbitym w ziemię, tym razem pełnym żalu i bólu. Kim jestem? - pytam samą siebie. Jestem nikim...; brzmi odpowiedź.
     Zimno uderza mnie swymi czarnymi, nieprzeniknionymi skrzydłami, jakby chciało stopić się z nocą, z czernią nieba nade mną. Światła żarzą się wokół mnie, kłując w oczy, jakby chciały mnie zaatakować. Już po chwili są jedynie jednobarwnymi plamami, wszędzie panuje cisza. Nie słyszę dalekich dźwięków, które próbują przebić się przez barierę mojego umysłu. Nie docierają do mnie, są za daleko. Są... za słabe.
     Idę, nie wiedząc czemu. Wiem jedynie, że jeśli się zatrzymam, będę pytała samą siebie, dlaczego stoję. Widzę jedynie brud niewyraźnego chodnika, a gdy unoszę głowę - tylko plamy, układające się w konstelacje gwiazd, na ciemnej płachcie nieba. Nie wiem czym są światła przede mną. Są tylko pojedynczymi iskrami, znikającymi pod taflą moich łez, które nie wiem, czemu płyną. Już nie czuję żalu, ani bólu. Tylko to przerażające zimno...

~~*~~

     Upadam. Z niebios, prosto na twardy, oblodzony beton. Lodowaty wiatr uderza swymi smugami w moją twarz, dłonie. Czuję jego chłodne języki na ciele. Tak bardzo mi zimno... Widzę tylko dwa, zamazane światła reflektorów samochodu. Ktoś krzyczy, ktoś płacze. To nie jestem ja, moje łzy zamarzły w oczach, które już nie widzą. Od dawna nie widziały.
     Leżę, nie martwiąc się, nie wierząc już w nic, i tylko zastanawiam się, czego teraz pragną ludzie wokół mnie, czego ja pragnę. Stąpać po niebie, jak po kruchym lodzie, jak po tafli wody, ale nie bać się, że spadnę w przepaść.
     Są wokół mnie, są ze mną, widzę ich twarze. Patrzą w moje puste, niewidzące oczy i pytają, kim jestem. I choć moje usta są zmarznięte, nie mogę nimi poruszyć, nie wydobywa się z nich żaden dźwięk, odpowiadam tą jedną myślą, wiedząc, że i tak nigdy jej nie poznają.
     Kim jestem? Patrzę w niebo, szukając odpowiedzi w konstelacjach gwiazd i tej smukłej smugi wiatru, która krąży nade mną. Jednak milczą, ale ja znam odpowiedź.
     Jestem nikim.
     Znów lecę, unoszę się setki kilometrów nad ziemią. Leżąc tak naprawdę na brudnej, mokrej ulicy wielkiego miasta, między wieżowcami. Już o niczym nie myślę, o nic się nie boję. Moje puste oczy nie wyrażają już niczego, w umyśle nie rozbrzmiewa żadne pytanie, jakakolwiek myśl... I jedynym, co widzę, są światła, lśniące na czarnej płachcie nieba. Są jednobarwnymi plamami migoczących gwiazd...

Imloth

2 stycznia 2012

Baby, don't go. [Acodine]

01 stycznia 2012

„Wiesz, że nie musiało tak być?”
Dziewczyna otworzyła oczy. Wraz z pierwszymi promieniami słońca, wpadającymi przez jedyne okno w małym pomieszczeniu, uderzyła ją fala bólu głowy. Zaspana podniosła się na łokcie, unosząc brwi i rozglądając. Dostrzegła czwórkę martwych ludzi, ludzi leżących na deskach podłogi w bezruchu. Martwych? Dotknęła dłonią głowy, mając nadzieję, że zmniejszy w ten sposób ból. Jej myśli przelewały się gęstą papką,nie pozwalając połączyć faktów. Na pewno nie martwych. Zamknęła oczy, by móc się skupić i odpowiedzieć na proste, acz zamglone pytania; gdzie jest, z kim i dlaczego. Wzięła głęboki oddech, a kiedy większość wątpliwości została rozwiana, dziewczyna podniosła się ciężko. Wytrzepała obdarte jeansy i pochyliła się, sięgając po płaszcz, na którym spała. Starając się ominąć wszystkie leżące na podłodze butelki, ubrania, strzykawki i opakowania po pożywieniu, przekonana, że najmniejszy dźwięk wpłynie na prędkość odliczania do eksplozji jej głowy (które notabene rozpoczęło bieg, kiedy tylko się obudziła.). W końcu odgarnęła nogą kilka szklanych naczyń przy głowie odzianego w brudną, długą bluzę chłopaka i pochyliła się nad nim.
- Jack? - Rzuciła cicho, lecz śpiący nawet nie zareagował. Powtórzyła to imię,potrząsając delikatnie jego ramieniem. Usłyszała w odzewie kilka leniwych pomruków. Dopiero kiedy zimną dłonią dotknęła jego wtulonego w deski oblicza i uderzyła z wyczuciem, Morfeusz zdecydował się wypuścić śpiącego ze swoich objęć. Kiedy chłopak podniósł się i spojrzał spod przybrudzonej czapki,przymkniętymi oczyma, w twarz swojej oprawczyni, już chcąc pytać, gdzie się pali i dlaczego, ta położyła mu palec wskazujący na wargach.
- Gdzie jest Shisha? - Zapytała półgłosem. Chłopak krótko wskazał na drzwi tarasu i ułożył się z powrotem wśród szklanych, zielonych butelek. Dziewczyna podniosła się i przez chwilę balansując jeszcze między butelkami dostała się do wyjścia.
                Kiedy nacisnęła na klamkę, a drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem, poczuła słodki zapach rześkiego powietrza. Wzięła głęboki wdech i delektując się nim zamknęła za sobą drzwi.Spojrzała w dal, starając się ogarnąć wzrokiem ogromne połacie szarych bloków, oblane żółtawym światłem, przedzierającym się pomiędzy budynkami.Gdzieś w oddali po błękicie ktoś pociągnął różowym pędzlem. Cała ta piękna scena odbijała się miliony razy w każdym z okien betonowych klocków, raz po raz rażąc ostrym światłem.
- Piękne, prawda? -  Usłyszała słaby głos dochodzący z boku. Spojrzała na przyjaciółkę, opierającą się plecami o ścianę ich tymczasowego mieszkania i uśmiechnęła się. Shisha, siedemnastolatka z włosami pofarbowanymi na różowo, w szóstym miesiącu ciąży. Zachowywała się, jakby to nic nie znaczyło i była bardzo niezadowolona, kiedy ktokolwiek poruszał ten temat. Znajomi często śmieli się, że do ostatniej chwili będzie miała nadzieję, na poronienie. Nie nadawała się na rodzica. To był wypadek.
- Piękne. - Odparła. Różowowłosa odpaliła papierosa i wyciągnęła w stronę drugiej dziewczyny, ta jednak pokręciła głową. - Co z nami, nazywamy opakowania,z poszufladkowanymi ludźmi wewnątrz,  pięknymi. - Burknęła. Zapadła cisza.Cisza, podczas której obydwie trawiły te słowa.
- Hope, wiesz, że nie musiało tak być? - Siedemnastolatka zwróciła się do młodszej. W jej oczach błyszczały łzy. - Wiesz, że albo znajdą nas i będziemy mieć problemy, albo zginiemy? - Przerwała i zamknęła oczy. Wzięła głęboki wdech. - Nie ma już drogi odwrotu. Wszyscy przegraliśmy naszą grę. -Zacisnęła zęby i otworzyła oczy, by ich spojrzenia się spotkały. Wypowiedziała to, o czym wiedzieli wszyscy, ale nikt nie chciał wypowiadać.
Młodsza zmarszczyła tylko brwi i wpatrywała się w przyjaciółkę bez słowa. Nie miała pojęcia, dlaczego akurat teraz przyszło jej poruszać temat tabu.
- Udało mi się zadzwonić do brata. - Odezwała się Shisha, jakby rozumiejąc pytanie zawarte w spojrzeniu drugiej. - Rodzice przestali mnie szukać miesiąc temu. Nie chcą mieszać w sprawy policji, boją się konsekwencji. - Po tych słowach uniosła butelkę jakiegoś alkoholu, który dzień wcześniej został zdyskwalifikowane ze względu na smak i wyniesiony na taras. Pociągnęła kilka łyków.
Jej rozmówczyni nie odezwała się słowem, wzięła ją za rękę i splotła ich palce.Nie mogła jej pocieszyć. Nie mogła powiedzieć nic.
- Kiedy usłyszałam jego głos, Chciałam tylko cofnąć czas i wrócić. -Ciągnęła dziewczyna. - Nie wiem, nie rozumiałam, co robię, uciekając z domu, wciąż nie rozumiem. Nie mam nic Hope, mam tylko was. - Siedemnastolatka pachniała alkoholem. Była prawie trzeźwa, co zdarzało jej się rzadko.
- Już zmarnowałyśmy życie? Jeżeli tak uważasz, na pewno je zmarnujesz.Podniesiemy się Shi, zobaczysz. Podniesiemy się i świat jeszcze nas zapamięta. -Odpowiedziała jej przyjaciółka, nie wierząc do końca we własne słowa, mając jednak nadzieję, że doda drugiej otuchy, czy nadziei.   Podniosła nieprzyjemnie pachnący trunek i przechyliła go, by wlać sobie znaczną ilość do gardła i zapomnieć. Wpatrzyła się w piękny, betonowy las. Ona, jak każdy z nich, nie wiedziała jak potoczy się dalszy los, żyła z dnia na dzień, rzuciwszy wszystko, ze świadomością, jak naiwne jest myślenie,że wszystko ułoży się samo. A wszystko było konsekwencją jednej nietrafnej decyzji. Uciec od bólu i rzucić wszystko.

Acodine (20:05)