Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tiffany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tiffany. Pokaż wszystkie posty

14 listopada 2013

Nic nie trwa wiecznie [Tiffany]

14 listopada 2013


Nic nie trwa wiecznie

Kłapnęłam pyskiem, próbując przyzwyczaić się do zwierzęcej postaci. Dawno nie rozczesywane futro na ogonie, wyglądało jak wielki kołtun. Brązowa sierść zmieniła barwę na szarą. Na pysku pojawiło się parę zmarszczek. Cóż, wieku nie dało się ukryć.
Powolnym krokiem skierowałam się ku bramie HOTN. Była moim celem od dawna, jednak nigdy nie mogłam się zebrać, by iść powspominać. Gdy dotarłam moim oczom ukazały się dwa splecione drzewa, które oplatał zielony bluszcz. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie, gdy zjawiłam się po raz pierwszy w okolicach stada. Dwumiesięczne szczenie błądzące od wielu dni po nieznajomych terenach, a także zachwyt gdy ujrzało owe przejście. Glola prowadząca je przez nie. Następnie dużo nauki i starań, by pomóc rozwijać się stadu. Organizowanie konkursów i innych ciekawych akcji. Poznawanie wielu osób, które później stały się ważne. Partner. Szczenięta. Dostanie się do Dumy, następnie do Zasłużonych i po raz kolejny do Zasłużonych, gdy stado podupadło. A potem głównie samotne wędrówki poza terenami stada. Od czasu do czasu pojawianie się na ogniskach, czy innych spotkaniach, organizowanych głównie z powodu najróżniejszych świąt. 
Podniosłam ciężkie powieki i raz jeszcze zerknęłam na konary. Prawie nic się nie zmieniły. Dałabym sobie głowę uciąć, że tak samo jak las, jaskinie, rzeka, czy jezioro. Nic się nie zmieniało, prócz członków. 
Położyłam się naprzeciwko bramy. Stare kości strzykały, gdy układam się na posłaniu z liści. Oplotłam łapy ogonem. Czułam jak świat zaczyna wirować. Przymknęłam ślepia i powoli odpłynęłam. 
[Tiffany się zestarzała już dawno temu, a nie jest żadnym nadzwyczajnym wilkiem i nieśmiertelna być nie może (co z tego, że ożywała już 3 razy?). Już dawno stwierdziłam, że muszę pożegnać się z tą postacią, bo ona się sypie. Najpewniej do HOTN wrócę za jakiś czas jako szczeniak, by móc znów spróbować z tą masą energii na czacie. Jednak na razie chce się z wami pożegnać. 
Mam nadzieję, że stado rozkwitnie na nowo, że za jakiś czas będziemy gościć tu coraz więcej stworów, które nas ożywią. Chciałabym by dawna świetność wróciła. Byłoby to coś niesamowitego. 
Chcę także was przeprosić, że nie miałam za dużo czasu na HOTN... Cóż, prawie w ogóle go nie miałam. Chcę was przeprosić, że znikam, gdy nastały najcichsze dni. Jednak pragnę wam również podziękować, że ukształtowaliście mój charakter. Pragnę wam podziękować za wszystkie łzy, za każdy śmiech do komputera. Cudownie było móc wyobrazić sobie wasze pyski, wasze futra, wtulać się w nie, jakby istniały. 
14.11.2008 - Dołączenie Tiffany do HOTN.
14.11.2013 - Tiffany Tara III umiera w rodzinnym stadzie.
M. Zanim zakończę ten post chciałabym głównie podziękować z osób, które są nadal w stadzie:
Gloli 
Dag
Aldieb
Arashi
Naomi
Syriuszowi. 
Strasznie się cieszę, że mogłam was poznać. Naprawdę. Jeszcze raz dziękuje i przepraszam. Postaram się wrócić, więc nie żegnajcie. ]
[Ps. *rzut i tul*]

5 października 2012

Czas wracać do domu. [Tiffany?]


Muzyka: 
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=i67ZXLPeg9s


Wystukałam palcami melodię, która od pewnego czasu siedziała mi w głowie. Ptaki siedzące na jednej ławce, czując drganie, poderwały się do lotu. Wymijając mnie parę z nich, musnęło moje ramię piórami. Pozostało tylko parę zadrapań po szponach i rozrzucone kawałki chleba, którymi jeszcze chwile temu się żywiły. Teraz siedziałam całkiem sama na starym placu. 
Zardzewiałe huśtawki były w tamtym momencie instrumentem. Tak samo jak i karuzela, na której parę lat temu bawiło się mnóstwo dzieci. Wtedy wyłącznie wiatr, jako jednoosobowa kapela wygrywał swoje piosenki na zabawkach z dzieciństwa. 
Wystająca łopatka i połamane wiaderko leżące w piaskownicy, pokazywały czas jaki minął od kiedy ktoś się tu bawił. Byłam jedyną osobą, która bywała tu na tyle często by to zauważyć. Niegdyś popularny plac dla dzieci, był wtedy jedynie miejscem na, którym wiele nastolatków pozbywało się trzeźwości. 
Powoli podniosłam się z ławki. Przysunęłam się powoli do piaskownicy. Ukucnęłam i wyciągnęłam dłoń w stronę piasku, który przesypał się między moimi palcami. Powtórzyłam tę czynność parę razy. Po pewnym czasie natknęłam się na coś ostrego. Rozbita butelka przecięła płytko moją skórę na palcu. Spojrzałam na czerwoną ciecz, która spływała na piasek. 
Westchnęłam cicho. Uśmiechnęłam się i wyprostowałam. I krzyczałam… krzyczałam na cały głos. Nikt i tak mnie nie słyszał. Wyłam najgłośniej jak mogłam. Pomieszałam wszystkie uczucia razem. W jednym ryknięciu zamieściłam tęsknotę, radość, smutek, pustkę, nadzieje, ulgę, szczęście, troskę, zaufanie, bezradność, lęk, niepewność, przerażenie, rozpacz i… wolność.
Czułam to wszystko na raz. Niszczyło mnie to od środka, budując przy okazji. Najdłuższy krzyk w moim życiu. W którym ukryłam między emocjami moje wspomnienia. Gdyby mnie ktoś wtedy zobaczył pewnie uznałby, że jestem chora psychicznie… Ale czy tak właśnie nie było? Każdy normalny… a raczej każdy bez wyobraźni człowiek uznałby, że coś jest ze mną nie tak. To, że nie bałam się być inną, że pozwalałam sobie żyć pełnią siebie, było całkiem nadzwyczajne dla nudnych i szarych ludzi.
***
Zamachnęłam lekko ogonem i przeciągnęłam się, ilustrując plac wzrokiem. Poprawiłam talizman na szyi, a następnie zawyłam nieco ciszej, niż poprzednio, po czym skierowałam się między drzewa. Koniec zabawy w real, czas wracać do rodziny. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Stęskniłam się za ogniskami, misjami i nic nie robieniem na polanie.
-Czas wracać do domu. – szepnęłam do siebie.

3 października 2012

Ja wam dam ‚This is the end’ -.- [Tiffany]

Nie ważne, że odeszłam.
Co z wami, HOTNowcy? Weźcie się obudźcie. 
To stado, ten blog, ta strona… to jest nasz dom. Nie pozwolę by Stado Śmierci upadło. Ale sama nie dam rady. 
Spędzam zdecydowanie mniej czasu ostatnim czasy przy komputerze, jednak zrobię wszystko co mogę by moja rodzina się nie rozpadła.
Tin…? Lu…? An…? Killer…? Jenn…? Padma…? Seth…? Arashi…?
Pomożecie odnowić HOTN?
  
   `Tiff


8 Komentarzy:

  1. Na mnie możesz liczyć *uśmiecha się* mogę zająć się jakimiś poważniejszymi sprawami HOTN, nie ma problemu, postaram się.
  2. Ja też pomogę. Fakt faktem, że mam w cholerę nauki, ale postaram się to nadrobić. Choć trochę. Ale chyba czas powoli godzić się z faktem, że blog.onet zostanie przeniesiony i nie będzie już tego bloga jakim jest teraz. Że wnoszą dużo innowacji, udziwnień i durnych zmian, które nie pomagają, a wiele niszczą. Czasem coś się kończy. Zauważyłam, że kiedyś było naprawdę dużo więcej ludzi na blogach RPG. To zanika. Przykre, ale niestety prawdziwe i na to naprawdę niewiele poradzimy. Chciałabym, żeby chociaż funkcjonował chat. To jest chyba najważniejsze. Bo flash i tak zostanie, bloga mogą usuwać, przenosić i robić z nim kij wie co, ale polana zostaje. A tam można siedzieć. Tylko się ludzie zepnijcie. Nic na siłę, kto nie chce, ten nie. Po co wywierać nacisk, skoro i tak potem nie ma dobrych skutków. Poczekaj na odzew, Tiff. Ile osób się zgłosi, czy ktokolwiek poza Padmą i mną to skomentuje. Na HOTN mamy przyjaciół, a raczej mieliśmy, na dobrą sprawę i trzeba jednak pamiętać, że życie realne ZAWSZE, ale to ZAWSZE będzie dla nas ważniejsze. Musi tak być.
    • Prawda, jednak nie można zapomnieć o tym co stworzyliśmy tutaj. Prócz Ciebie, mnie i Padmy, zgłosiła się do mnie jeszcze Arashi. Odnowienie stada jest jak najbardziej możliwe, mimo zmniejszenia się ludzi na blogach RPG, bo wystarczą chęci i czas, a tym którym zależy zrobią co mogą by uratować swój dom.

  3. Kpina do cholery, kpina.Ja też Wam dam ‚this is the end’.Arr.Znajdźmy kogoś od dawania plusów i zasłużonych itede. Ogarnijmy to, bo to bardzo podnosi ludzi, a teraz przestało cokolwiek znaczyć. Zrobię konkurs, już zaraz. I nie komentuję, bo jestem za głupia na idiotyczny kod zabezpieczający. Arrrrrrrrrrrrr.

  4. Po 2, a może nawet 3 miesiącach nieodzywania się powracam ze stanowczym NIE. HOTN nie jest tylko blogiem. HOTN jest rodziną, HOTN składa się z Nas. Czy to ważne na jakim portalu będziemy? Myślę, że nie. Poza tym blogspot jest i tak o wiele lepszy niż onet. Nieważne. Powróćmy. Kiedyś powracaliśmy (a może raczej powracaliście, bo mnie przy tym niestety nie było) kilka razy, więc czemu nie mamy wrócić tym razem. Aby dosięgnąć szczytu, trzeba się odbić od dna.

  5. No ja nie rozumiem po co w ogóle stąd odchodzicie. Wiadomo, że HOTN to rodzina, mimo, że nie płynie w nas ta sama krew można tak przysłowiowo mówić.

15 września 2012

Odchodzę [Tiffany]

Odchodzę


Po przeczytaniu tego posta, zanim zaczniecie narzekać, że ‚tyle ludzi odchodzi’, pomyślcie, że będą następni, których pewnie nie będę miała okazji poznać, ale oni też w jakiś sposób będą tworzyć HOTN.
1036 dni.
Tyle minęło od mojego dołączenia do HOTN. 
Poznałam wiele ludzi, byłam na paru zlotach, parę razy odchodziłam i wracałam. 
Jednak tym razem zdałam sobie sprawę, że już nie czuje się częścią rodziny.
Gdy znajdę czas wejdę na flash’a, albo pojawię się na zlocie. Jednak nic nie obiecuje.
Za bardzo skupiam się teraz na realnym życiu, by siedzieć w wirtualnym. 
I podpisuje się pod prośbą Mleka: „Proszę tylko, żebyście dalej tworzyli Stado Nocy. I nie przejmowali się tym, że nie jest ono jak dawniej – wszystko się zmienia, My, tworzący Herd of the Night, także. Teraz już nie „My”, tylko „Wy”.”

Do zobaczenia… kiedyś tam.

Tiffany.

31 sierpnia 2012

Najwyższy szczyt HOTN [Tiffany]


Najwyższy szczyt HOTN




Zamknęła ślepia, wydychając powietrze. Biała para wyłoniła się z jej pyska. Zamachnęła delikatnie ogonem, odgarniając płatki śniegu, które przywarły delikatnie do futra. Podniosła lekko powieki i ogarnęła spojrzeniem okolicę. Kilka postaci znajdowało się na polanie rozmawiając. Nie rozumiała o czym mówią,także postanowiła milczeć. Przeciągnęła się. Drgnęła lekko uszami, gdy usłyszała znajome jej imiona, jednak starała się nie zwracać na to większej uwagi. Ziewnęła przeciągle, po czym szybkim ruchem zniknęła wśród iglastych drzew. Nie miała większej ochoty marznąć i słuchać rozmowy, która jej nie interesowała. Przedzierając się wśród zmarzniętych pni, nuciła melodię, którą usłyszała jakiś czas temu. Wydostając się na ścieżkę, przystąpiła z łapy na łapę i spojrzała w górę. Z nieba powoli opadały zimne płaty, moczące szarą. Ruszyła powolnym krokiem po wydeptanej przez członków stada ścieżce. Szła przed siebie. Nie obchodziło ją to czy zabłądzi, a było to dość realne. Wilczyca mimo, że należała do stada od trzech lat i tak nie znała wystarczająco terenów.Normalne było to, że mając dojść na polane, nie raz trafiała w góry. Właśnie tam się teraz kierowała. Mijany przez nią wodospad był idealnym punktem po którym rozpoznawała drogę. Nie zważając na porę roku czy temperaturę wodospad zawsze wyglądał tak samo, a mijanie go było czystą przyjemnością dla uszu.Odchodząc od niego, wsłuchiwała się w obijającą się o brzeg wodę. Zbliżała się do najwyższego szczytu na terenach jej domu. Rozpoczęła wspinaczkę. Wybrała dość dziwny dzień, by odwiedzić to miejsce, gdyż było na tyle zimno, że nikt przez całą drogę się jej nie pokazał. Sapała ze zmęczenia z wystawionym językiem, wspinając się. Stanęła u szczytu i spojrzała na pokryte śniegiem Stado Śmierci. Uwielbiała tu siedzieć i podziwiać. Śnieg przestał padać, a słońce które wyszło dopiero co zza chmur, lekko ją oślepiało, poprzez odbijanie się w białym puchu. Wyłożyła się, wpatrzona w dal. Zasnęła, podziwiając rodzinne tereny.

___
Nienawidzę mojej weny, bo w środku nocy powstaje coś takiego ._.

28 lutego 2012

Na swoim miejscu [Tiffany]

28 lutego 2012
Muzyka: 
Z pochyloną głową, stąpałam po świeżo opadłym śniegu. Biały puch spadał mi na twarz, po czym zamieniał się w wodę i powoli spływał po policzkach. Podążając własnym rytmem, szłam przed siebie, omijając śpieszących się ludzi. Grupka wróbli zainteresowała się mną na chwilę, po czym swoje malutkie łebki skierowały na starszą panią, sypiącą im okruchy chleba. Przypatrzyłam się jej. Nie obchodziło ją co się działo dookoła. Była tylko ona, wróble i…
Zza drzewa wybiegła mała dziewczynka ubrana na różowo. Niosła siatkę z chlebem, który miał zaraz trafić na ziemie, by najmniejsi, również zjedli. Czerwone od zimna policzki, wcale nie przeszkadzały małej, przystanęła przy ptakach i zaczęła mówić. Zwyczajnie, powoli rozmawiała z nimi, udawała, że one odpowiadają. Westchnęłam. Nie wiedzieć czemu, nie mogłam oprzeć się pokusie. Ruszyłam powolnym krokiem do babci i dziewczynki. Mała spojrzała na mnie, po czym jej oczy stały się smutne. Poznała mnie? Co prawda wiele razy, pojawiałam się tu pod inną postacią, ale nikt nie wiedział, że kotka to ja. 
-Dzień dobry – uśmiechnęłam się do staruszki.
-Dzień dobry, kochanie – odwzajemniła uśmiech. – Tiffany podaj dziewczynce troszkę chleba. – zwróciła się do wnuczki.
-Już babciu. 
Niechętnie podała mi kromkę. Sama urwała kawałek i rzuciła na śnieg, podczas gdy uradowane wróble jadły mokry kawałek. 
Spojrzałam raz jeszcze na Tiffany.
-Tiffany, tak? 
-Tak. – zerknęła na mnie z ukosa. – Coś się stało?
-Znamy się? – odpowiedziałam serdecznie. 
-Wątpię, jedyną dobrze znaną mi osobą jest moja babcia.- najwyraźniej nie była zachwycona z pytania. 
-Mogę ci mówić Tiff? – zaśmiałam się, przypominając sobie, że nie tak dawno zasłużona HOTN Tiffany umarła.
-Nie – syknęła, jakbym zadała jej cios.
Zamyśliłam się. Małe ptaszki przeskakiwały po śniegu i podlatywały na swoich skrzydłach do rzucanych im kawałków, następnie łapały je w dzioby i uciekały. Całkiem jak złodzieje, mający swój łup. 
-Babciu, idę się przejść, dobrze? – Tiffany uśmiechnęła się uroczo do swojej babci. 
-Oczywiście, kochanie. 
Robiło mi się niedobrze na te ich czułości. Zebrałam się i ruszyłam w dalszą drogę.
Oddalona kilometr od dziwnej rodzinki, usiadłam na pobliskiej ławce. Rozejrzałam się dookoła. Coś mi nie pasowało. Odetchnęłam głęboko, kątem oka przyglądając się drodze. Różowa plama mignęła mi przed oczami. Spojrzałam na śnieg. Podążając za śladami, wyczuliłam wszystkie zmysły. Słysząc trzask gałęzi, szybko odwróciłam się w tamtą stronę. Mała Tiffany stała na naprawdę dużym drzewie, patrząc na mnie, swoimi małymi, czarnymi ślepkami. Za jej plecami delikatnie opadały i unosiły się masywne skrzydła.
-To jak znamy się? – zmrużyłam oczy.
-Może – wylądowała obok mnie. 
-Na pewno nie jesteś taka młoda, na jaką wyglądasz. 
-Może.
-Znasz może HOTN?
-Może.
Wnerwiała mnie. Skąd ona się tu wzięła? 
-Słuchaj – podniosłam ją za kurtkę, za co oberwałam kopniakiem w klatkę piersiową. 
-Nie dotykaj mnie, zdrajco. 
Zamurowało mnie. Nie dość, że taki „szkrab” potrafił nieźle przykopać, to jeszcze nazywał mnie zdrajcą.
-Skoro się nie znamy jak mogłam cię zdradzić? – uśmiechnęłam się najsłodziej jak umiałam.
-Już samej siebie nie poznajesz, Ai? A może raczej, Tiff? – odpowiedziała kpiącym uśmiechem. -Z twoją pamięcią, chyba nie najlepiej..? No nie mów, że nie pamiętasz swojego życia jako Tiffany? 
-Jesteś pewna, że wcześniej nie spadłaś z tego drzewa? – wskazałam pień, na którym przed chwilą stała. 
-Spadłam, lecz nie pod tą postacią.
-To może pokaż mi swoją prawdziwą postać..? – miałam dość tej gry. 
Dziewczynka zdjęła swoją różową kurtkę, po chwili przede mną stała wilczyca o beżowych skrzydłach. Poruszyła delikatnie ogonem, na którym znajdował się czarny pasek i spojrzała na mnie.
-No a teraz, poznajesz? 
Wadera wydawała mi się znajoma, choć nie wiedziałam dlaczego. Przenikała mnie czarnymi oczami, które były mi tak bliskie, choć jej nie znałam.
Pokiwałam przecząco głową. 
-Zapytałaś mnie o HOTN? A wiesz czemu trafiłaś tam zaraz po śmierci Tiffany?
Po raz kolejny zaprzeczyłam.
-Bo ty jesteś Tiff, idiotko – przewróciła oczami. – Jednak nie wiadomo czemu, ja dostałam twoje ciało po śmierci, a ty moje. – warknęła. – Przepraszam, ale muszę to zrobić.
Obudziłam się z bólem głowy. Otworzyłam powoli oczy, po czym przypomniałam sobie co się stało. Ogłuszyła mnie mała dziewczynka..Nie chwila, był to ktoś inny. Uderzono mnie od tyłu, podczas gdy próbowałam zrozumieć…
-Moje ciało! – zerwałam się z wrzaskiem. 
Przez moje kończyny przeszedł ból, moje zdrętwiałe nogi wskazywały, że leżałam już od dłuższego czasu. W ciemnym pomieszczeniu panował chłód. Widząc promień światła, podniosłam się całkowicie i ruszyłam ku „jasności”. 
Nim bardziej się zbliżałam, tym światło bardziej mnie oślepiało. Wyszłam przez dziurę w ścianie. Byłam przed jaskinią, najwyraźniej na terenach domu. Czyżbym była bezpieczna? 
Rozejrzałam się. Tereny jakby zmniejszyły się. Powolnym krokiem ruszyłam do najbliższego źródła wody by się napić. Wiatr delikatnie przewiewał moje futro, podczas gdy ja próbowałam odgadnąć co jest nie tak. Widząc wodopój podbiegłam, upijając łyk chłodnej wody, zerknęłam na odbijającą się w wodzie postać. W stadnym lustrze zobaczyłam Tiffany. Odruchowo cofnęłam się do tyłu. Próbując poukładać sobie wszystko w głowie, zobaczyłam wspomnienia, których jeszcze wczoraj nie było w mojej głowie. Przybycie Tiffany do stada, jej szacunek wobec Wandessy, Gloli i wiele nie będących już w HOTN osób. 
-Tiff wróciła – szepnęłam sama do siebie, niepewnie, po czym upiłam kolejny łyk.
___

11 listopada 2011

Smak Szczęścia [Tiffany]

11 listopada 2011

Oparłam się o ścianę szarego budynku. Patrzyłam na deszcz,znajdujący się centymetr przede mną. Cała mokra nie czułam łez, które bezkarnie spływały mi po twarzy. Szeptałam słowa piosenki.
 Mój głos, zagłuszony przez krople odbijające się od chodnika. Na tyle cichy bym wygłosiła moje uczucia.
- Dou ka boku dake wo mitsumeteite – wydukałam japoński tekst piosenki. – Dou ka kono te ga tokenu you.
Spojrzałam na niego. Delikatnie obejmował nieznaną mi brunetkę, o której odbywała się każda rozmowa ze znajomymi.  Powoli usiadłam na mokrej ulicy, szlochając. Zabolało mnie to. Zabolała zazdrość. Jak można być zazdrosną o chłopaka, którego zna się pół roku. Jak można dopuszczać myśl, że jest cudowny. Zawyłam, niemym krzykiem. Pocałował ją. Na moich oczach, choć może nie wiedział – robiłam wszystko by nie wiedział. Nie wiedział, że jestem przy nim, za każdym razem. Jestem w taki sposób, by nikt nie wiedział. Widuje go kiedy tylko mogę. Śledzę.  Poprawiłam pierścionek na ręce i zamknęłam oczy, próbując się uspokoić. Nie umiałam. Idealnie widziałam jak dobrze się z nią bawi, wiedziałam, że zrobiłby dużo by mnie nie poznać. Dlatego robiłam wszystko by widział mnie jak najmniej. Bym była dla niego nikim. Choć boli,wolę żebym ja cierpiała niż on.  Przecież nie miałam szans, ale to mnie uszczęśliwiało, najmniejsza rozmowa z nim. Choć krótka – zwykłe „cześć”.
Otworzyłam oczy, zdając sobie sprawę, że już go tam nie ma. Została tylko ona. 
-Nic ci nie jest? – usłyszałam znany mi głos.
- Nie. – burknęłam odwracając się w stronę pytającego.
Zamarłam. Patrzył na mnie, swoimi ufnymi oczami. Patrzył nic nie mówiąc. Złapał mnie za rękę, wywołując kolejną falę łez.  Łez szczęścia.
-Płaczesz?
Podciągnął mnie do siebie. Moje nogi jak z waty, odmówiły posłuszeństwa. Delikatnie przyłożył swoją dłoń do mojego czoła.
- Masz gorączkę.
Spojrzałam na niego, zdając sobie sprawę, że to była jedyna szansa. Zamknęłam oczy i zbliżyłam wargi do jego ust.
- Przepraszam – szepnęłam.
Złączyłam nasze usta. Ja i unieruchomiony chłopak, byliśmy połączeni. Nasz krótki moment.
Teraz możesz umrzeć. –Powiedział głos w głowie.
Moje szczęście, połączyło się z pustką. Mimowolnie traciłam kontrole nad ciałem. Patrzyłam na niego, na jego strach.
  Upadam.
Z mojej głowy, zaczęła płynąć krew. Chłopak uklęknął i starał się zatamować ranę.
  Po co to robisz? Chciałam tylko Ciebie.
Jego oczy były przepełnione strachem i niczym więcej. Nie odnajdowałam w nich smutku. Nic dla niego nie znaczyłam.
    Umieram byś był szczęśliwy.
   Odchodzę.
___
 Możliwe, że przesadziłam ze słuchaniem The GazettE. Jednakże.. Odchodzę. W opowiadaniu chodziło o Tiffany jako człowieka. Więc, nie przeciągając: Tiffany nie żyje.

Tiffany Tara III (19:56)

19 października 2011

~Przeszłość przyszłością.. [Tiffany]

19 października 2011


Szara szła przeskakując napotkane liście. Nie raz wędrowała sama, przez tereny swojego domu.
Oglądała się za setkami gatunków zwierząt i roślin. Każda z wędrówek przypominała poprzednią.
Po prostu szła, napajając się kolorowymi liśćmi. Dziećmi drzewa. Mimo tego, że zmiany nie bywały tu wielkie, czasami "nudno" było na polanach, gdyż każdy siedział w swoim świecie, zamyślony. Mimo to, kochała to miejsce. Tak, bardzo kochała..
Coś poruszyło się za krzakami. Wadera spojrzała ciekawie, gotowa do ucieczki, pamiętając liczne najazdy ludzi. Pamiętała, że ciągle jest człowiekiem, jest i wstydzi się tego.
Raz jeszcze przyjrzała się krzakom, gdy wynurzyła się z nich mała główka. 
Zając widząc wilczycę, zaczął uciekać. Rzuciła się za nim. 
Biegła, nie zważając na przeszkody, wyglądało to tak, jakby miesiące ćwiczyła parkour, ale tak nie było.To polowania z rodziną i ucieczki, nauczyły ją tego. Nauczyły jak przeżyć.
Zwolniła, by dać zającowi przewagę. Oddalony od niej na dwadzieścia metrów, czuł się bezpiecznie. Usiadł pod drzewem i zaczął jeść trawę, która niedługo miała zniknąć pod metrami śniegu. Teraz mogła znów zacząć biec, ścigać się z sobą. Leciała, a przynajmniej tak to wyglądało.
Szara widząc przed sobą rzekę, zatrzymała się gwałtownie, ślizgając na mokrym podłożu.
Wpadła do wody. Wynurzając się, zaczerpnęła powietrza i wyszła na brzeg. Spływające po jej futrze krople wody, delikatnie opadały na ziemię. Otrząsnęła się, pozbywając się cieczy ze skóry.
Nadchodzący podmuch wiatru, sprawił, że zaczęła drżeć z zimna. 
Nie mając co robić, ruszyła przed siebie. Nie wiedziała gdzie się znajduję, pewne było tylko to, że jest poza domem. 

***

Wadera spojrzała przed siebie. Brakowało jej przyjaciół. Drugi dzień wędrówki, pokazał jej, że nie umie nic sama zdziałać. Spod jej futra, lekko wystawały żebra. Coraz bardziej brakowało jej sił, nie miała nic w pysku od czasu opuszczenia HOTN. Spójrz tam. Rozejrzała się w poszukiwaniu "tam". Skierowanie głowy na zachód, był jednym z lepszych pomysłów, na które wpadłam poza terenami. Małe jezioro, nienaruszone przez wiatr, po prostu było. Podbiegła do niego. Nic nie umiesz.. Zacisnęła powieki. Jej głowa, starała się z nią porozumiewać. Nie zachowuj się jak dorosła, skoro tak nie umiesz..
-Umiem! - krzyknęła.
Tak ci się wydaję. To dlaczego jesteś taka słaba..? Czemu nie spojrzysz na świat oczami szczeniaka? Zignorowała wypowiedzi podświadomości, zerkając w taflę wody.
W odbiciu pojawiła się jej dawna postać, postać dziecka. 
Weź łyk, a znów będzie łatwo.
Zaśmiała się, próbując odwrócić. Próba okazała się być nieudaną. Tiffany stała, tylko tyle mogła zrobić. Nagle poczuła ukłucie. Została wepchnięta. Mimo wymuszonego skoku do jeziora, nie była mokra. Coś ją otaczało, nie dając dostępu do wody. Wycieńczona zasnęła w "kuli". 

***
Zerwała się. Fala wspomnień rozbudziła ją całkowicie. Rozejrzała się. Widząc dookoła rodzinę, zrozumiała, że jest bezpieczna. Spokojnie usadowiła się pod jednym z drzew. Dopiero zdała sobie sprawę, że wszystko stało się większe, a ona się zmieniła.

_____________
Takie nijakie. Wena opuściła mnie w połowie. 
O co chodziło?
Stało się tak, że Tiff zabłądziła i znalazła tak zwane "źródło młodości".
Coś ją tam wepchnęło i obudziła się jako szczeniak na polanie.
Także zmieniam zdjęcie.
*szczenię uśmiechnęło się do obecnych* 
Takim o to sposobem proszę o wypisanie mnie z hierarchii jako opiekuna młodych, a także jako DJ'a.
Tiffany Tara III (22:18)

3 października 2011

Nyks, cz. 1 [Tiffany]

03 października 2011


Złote ślepia odbijały się w tafli wody. Pędząca wadera przeskakiwała przez następne niebezpieczeństwa – biegła bez celu. Uciekała przed samą sobą.  Ostatnie wydarzenia nie omylnie niszczyły jej psychikę, niszczyły ją.
Przeskakiwała góry śniegu, zostawiając odciski łap. Trucht przemienił się w szaleńczy bieg.
Odbijając się od drzewa, podświadomie wykonała unik, zza drzew wyłonił się dwunożny.
Ten sam co miesiąc temu, próbował przerobić ją na futro. Ucieczka tym razem nie miała sensu.
Mimo swoich zadawalających umiejętności w ucieczce i walce, znała swojego wroga i wiedziała, że nic nie zdziała. Przyjrzała mu się dokładnie. Na pomarszczonej twarzy było widać, jak bardzo chce ją dorwać. Na krótko ściętych siwych włosach, jawił się żel. Pełno blizn na całym ciele. Metalowa ręka i noga, czyniły go szybszym i sprawniejszym. Do czarnej bluzki przymocowano pas z bronią, do tego czarne dżinsy i conversy. Ten strój nadawał mu tajemniczość i podkreślał ciemną skórę. Możliwe, że bez niego wyglądałby jak każdy starzec.
Stanęła naprzeciwko niego, śledząc każdy jego ruch.
-Już maleńka, przecież wiemy, że wygram. Już ścigam cię od czterech lat, po co mamy dalej bawić się w kotka i myszkę?
Wbiła pazury w śnieg. Nienawidziła kotów, uważała, że są to podludki, jednak twierdzenie, że jest on dla niej jak kot, było trafne, ale ona ciągle była wilkiem. Jedną z psowatych.
-Stary, złapałeś Szarą? Odbiór. – do jej uszu dobiegł dźwięk z komórki łowcy.
Słysząc nadane sobie imię przez ludzi, warknęła. Nie obchodziło ją jak ją nazywają, czy ich obchodzi, ale pod żadnym pozorem nie wolno było jej zmieniać imienia. Przy porodzie nadano jej imię Nyks.
Nie było to byle jakie imię, pochodziło ono od jej prapraprapraprababki  Nyks, bogini nocy i ciemności.
-Prawie ją mam. Bez odbioru.
Figlarny uśmieszek pojawił się na jej pysku.
„Prawie mnie masz?” – pomyślała.
Szybko jednak zdała sobie sprawę, że mogła uciekać do miasta, ale jak?
Dopóki on ją śledzi, nie ma szans na przemiane. Warknęła, dając do zrozumienia, że nie ma humoru.
Zaśmiał się i splunął na nią.
- Wiesz, że nim szybciej dasz się złapać, tym szybciej nie będziesz mnie widzieć?
Zastanowiła się.
„Co mi odbiło. Nie ma mowy.”
Odwróciła się i zaczęła uciekać zygzakiem, gdy tamten strzelał, dość nietrafnie.
Jej czułe zmysły, kazały zwolnić – 50 metrów przed nią znajdował się klif.
„Idealnie”
Przyśpieszyła tempo. Biegła na wprost, w ostatniej chwili wyskoczyła.
Wylądowała na żebrach, 200 metrów niżej. Zaczęła kląć pod nosem.
Teraz niech pomyśli, że nie żyje. Będzie miała chwilę.
Wiedziała, że on ją znajdzie, że odkryje, ale nie miała teraz na to czasu, a pilnie go potrzebowała.
Leżała, ignorując złamane żebra. Miała ochotę zawyć z bólu – nie mogła.
To by tylko skróciło jej życie. Kątem oka obserwowała go, czekając, aż odejdzie.
Zapadł zmierzch. Miała pewność, że nikt jej nie zauważy. W paru miejscach miała zamarźnięte futro.
Kiedy oddychała, z jej nozdrzy wylatywała para.
Była gotowa. Nie była pewna, czy przemiana się uda, w ciągu ostatnich 4 lat, wykonała ją trzy razy.
Nastała chwila ciszy. Jej ciało przeszył ból, oznaczał on iż DNA powoli zmienia się w ludzkie.
Po chwili na miejscu wadery, pojawiła się ciemnooka czternastoletnia dziewczyna.
Nastolatka, która nie raz minęła się ze śmiercią. Spróbowała się podnieść. Syknęła z powodu żeber o których zapomniała. Nocny wiatr przeczesywał jej brązowe włosy do ramion. Spróbowała jeszcze raz. Trzymając się za bok, ruszyła ku miastu.
-To tylko 2 mile. – westchnęła.
Zagryzając wargi, szła przez zimowy pejzaż. Wiedziała, że da radę. Miała w sobie siłę babci.
Każdy krok przybliżał ją do miasta, w którym miała nadzieje, zatrzymać się w jakimś całodobowym barze, zjeść coś taniego i nabrać siły. Jeżeli będzie mieć szczęście, nikt nie przyczepi się do jej obrażeń.
Po co? W Uks codziennie na ulicach się bito, a jej podbite oko, strupy na twarzy i siniaki na całym ciele, nie zapominając o złamaniach, nie były aż tak straszne. Oczywiście, jeżeli przez dwa lata nic się nie zmieniło, miała mieć spokój.
Zatrzymała się na chwilę aby odpocząć, niestety z powodu obrażeń, chwila trwała godzinę.
Zaczął się wschód słońca. Trzeba było się pośpieszyć, w każdej chwili mógł się ktoś pojawić, a za nocną włóczęgę trafiłaby do więzienia i musieliby dzwonić do jej starych. Do rodziców którzy jej nie chcieli, a oddali obcym ludziom, którzy zostawiali ją przy psie całymi dniami. Ha! Nie miała ani matki, ani ojca. Nie miała rodziny, żyła jak chciała. Stanęła. To co zobaczyła, ani trochę nie przypominało miejsca, w którym się narodziła.
________________________________
Bohaterka nie ma nic wspólnego z HOTNową Nyks.
Tiffany Tara III (16:27)

25 kwietnia 2011

Flight with the wind. [Tiffany]

25 kwietnia 2011

Takt obijanego pociągu o tory, wlatywał przez okna. Wtulona w siedzenia, obserwowała. Puch dmuchawców wlatywał jej do oczu. Delikatny wiatr muskał jej skórę i przeczesywał włosy. Jej cichy oddech łączył się z odgłosami, panującymi dookoła. Razem tworzyli muzykę.Była częścią pięknej pieśni. Promienie słońca otuliły ją, niczym swe dziecię.Porwały.
Poddała się. Ta delikatność, ta cudowna chwila, była niczym sen. Stąpała po brudnym pociągu swą bosą stopą. Biała suknia falowała przy jej tańcu. Ciepły deszcz wtapiał się w jej skórę, błyszczał z nią. Wyglądała niczym Calineczka w rosie. Partnerem jej był wiatr. Uniósł ją. Leciała, swymi palcami muskając chmury. „Jeżeli to śmierć– chcę umierać wiecznie” – myślała. Niewidzialne kajdany rozpięła. Była niczym ptak. Tak się nazwała. Była ptakiem. Leciała, z pomocą w górę. Co jakiś czas zniżała swój lot, by przyjrzeć się. Kochała tą wolność. Mogła iść gdzie chciała, nie czuła głodu. Była szczęśliwa. Ptak bez skrzydeł zleciał na tyle nisko, by zasiąść przy ludziach. Pojawiły się czarny skrzydlak, a za nim reszta kluczu. Patrzyli w jej oczy. Partner ją opuścił. Stała z nimi. Wrony śmiały się z jej inności. Czyżby tym że była inna,zrobiła coś źle? Upadła. Nie pamiętała jak się chodzi. Czołgała się. Ucieczka była zbędna. Promyki słońca powoli przeistoczyły się w żar. Piekące ją ciało,rozrywały one. Jej płacz, małe kropelki lecące po twarzy i kapiące z brody. Nie ruszały nikogo. Cierpiała, gdyż zabrakło skrzydeł i dla niej. Była białą plamą wśród czerni. Z jej ran wydobywała się ciecz, na którą z radością patrzyły.Chciały cierpienia innych, by móc się nacieszyć. Niczym gladiatorzy wielbili,strach w oczach. Jej jasna skóra pokryta czerwienią. Spojrzała na kapitana. Na byłą przyjaciółkę, cóż zrobiła, by ją stracić. Teraz ona ja zabijała. Patrzyła z uśmiechem na płacz. Z anioła w wronę zmieniła się. Z nieba zleciał grad, dobijający jej ciało.
Tiffany Tara III (19:09)

18 kwietnia 2011

Idę po Ciebie,Yuuv cz.3 [Tiffany]

18 kwietnia 2011

Zgodnie z instrukcjami ochotnicy zebrali się nad ranem na polanie. Kits wyszła na środek, przedstawiając nam "regulamin".
- Tym razem, wszyscy mamy wrócić żywi. Nie rozdzielamy się. Będzie ciężko, nie jest to krótka droga i w każdej chwili możemy nie mieć co jeść. Mam nadzieje, że jesteście na to przygotowane.
Parę osób kiwnęło głową.
 ***
Szły bez ustawienia, obok siebie. Słychać było świst wiatru, przeczesujący sierść. Żadna z nich nic nie jadła od paru godzin. Zbliżała się ósma, gdy słońce oślepiło je po długim marszu w cieniu.
Milczały. Było to pierwsze grupowe opuszczenie terenów HOTN w tym roku. Destroy zatrzymała się. Spojrzała kontem oka, na pobliskie ptaki zajadające się robakami. Szybkim ruchem udusiła je, zostawiając plamy krwi na trawie. Zjadła je i dołączyła do grupy. Było gorąco - jak na tę porę roku, postanowiły znaleźć wodę i cień. Nim dalej szły, tym mniej było roślinności, pożywienia.
___
Nie było to nic wielkiego ale coś się w końcu stało x.x
Wena mnie opuściła i wrócić nie chce..

Tiffany Tara III (18:07)

13 marca 2011

Opowiadanie Bez Nazwy... [Tiffany]

13 marca 2011


~|~
Biały puch, lekko skrzypiał pod łapami, ociężałej i krwawiącej bestii.
Wiał silny wiatr. Nie było widać żadnych dróg. Bestia zbłądziła po środku mrocznego lasu.
-Kimże jesteś? – Bestia, spojrzała na Brązowego, wyłaniającego się zza krzaków.
-Nie powinno Cię to obchodzić – wilk zadrwił sobie z przybysza – ale jak musisz wiedzieć, zwą mnie Lenny.
-Roz – mruknął, od niechcenia.
-Widzę, że jesteś ranny, a po twoich oczach wnioskuje, że jesteśmy tej samej rasy…
-To znaczy? – Biały zawarczał.
-Pół człowiek-pół wilk. – patrząc mu w oczy, cofnął się. Wyciągnął szyje, a znikająca sierść zadała mu ból. Szpony zmniejszyły się, ukazując brudne i  zaniedbane paznokcie. Nos powoli zaczął wsuwać się w twarz. Usta zmieniły kolor. A sylwetka przybrała postać ludzką.
- Najwidoczniej, jesteśmy  tacy sami. – przyjrzał się dokładniej wysokiemu, ciemnookiemu chłopakowi, z włosami sięgającymi ramion.
 Ich rozmowę przerwał, głośny huk, wydobywający się z niedaleka. Białemu przed oczami stanęła plama krwi. Syknął z bólu.
-Ty zdrajco! – ryknął.
Kulejąc, uciekał na północ. Za nim słychać było, pociski wydobywające się z luftu strzelby, samochody i ujadające psy.
Zignorował ból i przyśpieszył szaleńczy bieg. Wyglądało to tak, jakby unosił się nad ziemią. Parę centymetrów od drzewa, wykręcił trafiając tylnymi łapami na lód. Złapał równowagę, wbijając pazury w lód. Stanął i rozejrzał się. Serce biło mu jak szalone. Ze wszystkich stron, nadjechały dżipy pełne broni i ludzi. Ostatkiem sił wspiął się na drzewo, zostawiając delikatne ślady na korze. Wskoczył, na mocniejszą gałąź.
-Zaraz mnie znajdą – szepnął i spojrzał na oderwany kawałek skóry z boku.
Po drewnie spływała krew, jakby chciała mu udowodnić, że tym razem nie on wygra.  
Położył głowę na śniegu, zmywając z siebie brud. Przymknął ślepia, dając sobie chwilę na odpoczynek, po dniu pełnym bólem i walką o życie. Przypomniały mu się szczenięce lata, gdy problemem było, którym kolejnym potomkiem matki ma się zająć, lub zabranie największego kawałka mięsa. Poczuł woń zapachu, który świadczył o powróceniu ojca do jamy. Usłyszał ciche głosy rodziny. Wspomnienia zaczęły się oddalać, a on zerwał się słysząc łamane patyki. Miał dość ucieczek, był jednak za słaby by zabijać. Dobrze pamiętał, jak brzydził się krwi, teraz była to jego kompanka. Spojrzał w dół, a małe kropki, będące ludźmi zaczęły mu się zamazywać. Poczuł lekkie ukłucie w zdrową łapę.
-Co do…- nie dokończył i runął na ziemie z wysokości 3 metrów.
***
-…jeżeli się obudzi, dajcie mu wody, jeżeli nie obudzi się za 2 godziny… -osoba w białym fartuchu, zawiesiła się, jakby rozmyślając -…zakopcie.
Żelazne kraty, powitały Roz’a.
-O jak miło, o jak przyjemnie, złapali w końcu..Mnie! Mnie! Mnie! – zaśpiewał w myślach znaną mu piosenkę..
Otworzył żółtawe ślepia. W oczy rzuciła mu się postać którą, niedawno poznał – Lenny.
Napiął mięśnie. Zauważając, iż się zregenerował, wyskoczył na kraty, które zamierzał rozerwać. Jego plan zniszczyła obroża, na jego szyi. Był łańcuchem przywiązany do ściany. Nie, to nie był zwykły łańcuch, inaczej by go już tu nie było. Postraszyłby zabójstwem parę osób i po sprawię. Teraz jednak siedział w ciasnej klatce, uwiązany do ściany.
Łysy człowiek zauważył otwarte oczy zwierzęcia.
-Jednak żyje – oznajmił. – Jak mówiła szefowa, dajcie mu wody.
Słychać było otwierane kłódki. Otworzyli drzwi więzienia i położyli miskę z wodą. Klapa szybko została zamknięta. Najwidoczniej ludzie się go bali. Przybliżył się do naczynia i zanurzył swój długi jęzor w napoju. Zwilżając swe podniebienie, rozciągnął się. Spojrzał na Lenny’ego, który przysiadł i patrzył na niego równie uważnie.
-Uwolnię cię jeśli, zrobisz coś dla mnie..-odezwał się.
-Sam sobie poradzę…- mruknął.
Roz obszedł klatkę i położył się z boku.  Mógł tylko leżeć i czekać na szansę ucieczki.
***
Szepty z klatki obok, obudziły bestie. Skierował wzrok na sąsiadów. Były to dwie nastolatki.
Blondynka i Ruda. Obie ubrane były w czarno białe stroje, a włosy mocno ściśnięte w kucyk.
 Na szyi miały zielony kwadracik, gdy jedna z nich wyprostowała rękę, która powoli przedostała się pomiędzy prętami, poraził ją prąd i upadła.
Idealnie pasowały do szarego pokoju.
~|~
Tiffany Tara III (20:19)

11 lutego 2011

Uwierzyć... [Tiffany]

11 lutego 2011

      ***
Spływające krople deszczu, rozpryskiwały się, uderzając o podłoże jaskiń.
Tiffany obudzona głuchymi uderzeniami, podniosła się i wyszła na zewnątrz.
Rozejrzała się, po uśpionej krainie i ziewnęła cicho. Przeszła po zwilżonej od rozstopionego śniegu trawie, trafiając na jeziorko. Zanurzyła łapę, nie wyczuła większego chłodu. Powoli zanurzyła się w zbiorniku. Zanurkowała, biorąc głęboki wdech. Jej łapom stawiała opór woda. Płynęła coraz szybciej, coraz spokojniej. Ciało przyzwyczajone do zimna już nie drgało. Wynurzyła się, zstrząsając z siebie kropelki cieczy. Postała chwilę na wietrze. Oddech natury osuszył końcówki jej futra. Przeciągnęła się, nucąc coś pod nosem.
                 ***
Szepty dochodziły do jej uszu od początku drogi. Była już poza terenami HOTN. Sierść wyschła, podczas polowania. Często miała takie wyprawy. Lubiła je, zwłaszcza kiedy nie wiedziała, gdzie ma iść. Szła tam gdzie kazała jej podświadomość. Nigdy, by nie przesiedziała dnia w jaskini. Nie umiała tak. Musiała czuć tą adrenaline, gdy idzie w nieznane. Poduszki łap stawiała ostrożnie na runie leśnym. Co prawda, jakiś czas temu pozbyła się paru półapek z okolicy. Jednak już dawno minęła wioskę ludzi.
     ***
Usłyszała cichy świst. Przyzwyczajenie nakazało jej zrobić unik. Podczołgała się do pobliskiego krzaku i wstrzymała oddech. Adrenalina wróciła. Spojrzała co się dzieje.
-Znowu ci debile - warknęła do siebie.
Wyszła z kryjówki. Lekko zdziwiona przyjrzała się dwóm lisom. One nie spodziewały się jej tak samo jak ona ich.
-Co robisz na naszych terenach? - piskliwy głosik wydarł się z jednego z nieprzyjaciół.
-To tylko nasze tereny. - Dopowiedział drugi.
- Z tego co wiem stoje..- Tiff odpowiedziała im równie nie przyjemnie.
Mniejszy lisek ukrył się za ogonem drugiego. Tiffany westchnęła.
-To może z tąd idź? Nie chcemy kłopotów...Ani wojny...
-To czego chcecie?
-Spokoju...- ledwo słyszalnie coś pisnęło zza ogona.
-To może dacie mi iść? - przekręciła oczyma
-A gdzie się tak śpieszysz?
Zawróciła, mając jak największą ochotę opuścić tereny wariatów. Większy lis zasłonił jej drogę.
-Nie twój interes...-syknęła.
-Na prawde tego chcesz?
Skoczył jej do gardła, mając nadzieje przeciąć jakąś żyłę. W ostatniej chwili odskoczyła na bok. Jego kły wtopiły się w szyjkę malca. Po pewnym czasie zorientował się co zrobił. Jak każdy na tym świecie, zaczął obwiniać kogo kolwiek, byle nie siebie.
-Zabiłaś go!
-Nawet się nie zbliżyłam...-westchnęła po raz kolejny.
-Ale się odsunęłaś! To tak jakbyś to ty go zabiła!
-Nie to wcale nie tak...
Lis spojrzał na nią z odrazą i wtulił się w młodszego. Wilczyca w końcu wypuszczona, ruszyła przed siebie, nie rozumiejąc co się przed chwilą stało.
 ***
Szła znowu w spokoju. Nigdy nie zabiłaby kogoś, jakby nie musiała. To było dla niej jasne, tego się trzymała. Miała swą Anty Wojenną Pieśń. Zamyślona szła przed siebie, nie zauważyła, że jej łapy zanurzone są w piachu. Lekko przemieszczanym przez wiatr. Zmierzała po schodach. Schodach zrobionych z piachu. Spragniona szła, niżej i niżej. Obudzona z własnych myśli po chwili. Wyciągnęła szyję i nastroszyła sierść. Mrok panował dookoła wraz z odczuwaną wilgocią. Zeszła niżej. Już dawno by z tamtąd uciekła, jednak nie mogła. Łapy odmówiły posłuszeństwa, gdy chciała wracać. Zniżyła głowę, próbując wyczuć jakiś zapach przez nozdrza. Dotknęła czegoś nadzwyczajnego, co po odczuciu ciepła wydmuchiwanego powietrza, zaświeciło. Niebieskie światło pojawiło się przed jej nosem. Zrobiła lekkiego zeza, by się przyjrzeć. Zgasło. Łapą przejechała wokół miejsca światła. Każde miejsce, odczuwające choć kawałek jej ciała świeciło. Niebieski raził po oczach. Zgasło. Weszła w to. Głębokość nie była wielka. To coś kończyło się wraz z jej łapami. Wyjęła jedną z nich. Nicość. Nie zastała swej kończyny. Warknęła. Odwróciła się. Tajemnicze miejsce zostało oświetlone. Przy piaskowych schodach stały dwa kościotrupy, w rękach trzymały włócznie. Oczy świeciły się im na czerwono. Bez problemu mogłaby je strącić. Jednak coś ciągnęło ją na przód. Postanowiła zobaczyć co się stanie. Szła dalej, nie rozglądała się już, nie patrzyła za siebie. Zagłębiała się. Zanurkowała. Otworzyła oczy. Była pod niebieską cieczą. Wypuściła powietrze. Nic się jej nie stało. Szła dalej, po ścieżce, którą teraz widziała. Wyszła na zewnątrz. Znowu była w jeziorku na polanie HOTN. Przełknęła ślinę i wyszła na trawę. Zawróciła w stronę jaskini i położyła się, jakby nic się nie stało.
_________________________________________________________
Tiffany Tara III (17:36)

6 lutego 2011

. . . [Tiffany]

6 lutego 2011

Schowała srebne ostrze do plecaka i przeciągnęła się. W krainie drzew wyczuć można było lekki chłód. Założyła plecak na plecy. Wiatr roztargał jej włosy. Ruszyła do najbliższego klubu. Otworzyła drewniane drzwi i weszła do przyciemnionego pomieszczenia. Wybrała najmniej widoczne miejsce. Odsunęła krzesło z zamiarem, usadowienia się na nim. Wyprzedził ją wysoki chłopak.
- Mała, nie idziesz na parkiet? - usłyszała znajomy ton.
-Jacob..- uśmiechnęła się i przytuliła go od tyłu.
Usiadła z drugiej strony stołu i spojrzała na kolege.
-To jak, pokażesz tym amatorom?
Podała mu plecak. Chowając amulet zasłużonej HOTN pod bluzkę, związała włosy w kucyk i podeszła do tańczących. Wytworzyła ciałem falę, a ludzie rozsunęli się.
Taniec Uliczny zawładnął jej ciałem._________________________________
Miał być to początek opowiadania, jednak go nie skończyłam i nie skończę.
Czemu? Bo zaczęłam pisać to z nudów, nie miałam weny i pisałam, przy 2-latku, 5-latce i 8-latku. Miałam brak czasu by dokończyć. Na prośbę Roz daje.
Tiffany Tara III (21:08)

20 stycznia 2011

Pustka [Tiffany]

20 stycznia 2011
Szła. Szła prosto przed siebie. W pustkę.
Jednak ciągle szła, więc czy pustka jest niczym.
Stanęła. Dotknęła ramienia, czując mokrą ciecz, zawróciło jej się w głowie. Wciągnęła powietrze przez nozdrza i westchnęła.
Teraz mogła zawrócić. Więdząc, że to ostatnia decyzja w życiu.
Pewna być nie mogła. Spotkać mogło ją wszystko. Ale czy miała nad czymś panowanie? Czy ktoś był gotowy by jej pomóc? Nie chciała wiedzieć.
Nie chciała znać prawdy. Otworzyła oczy. Stała na przeciwko lustra.
Jej postać. Ta pod drugiej stronie. Stała, ona stała. Za nią widziała ukochanego. On w tym życiu był dla niej wszystkim. Spojrzała na nich jeszcze raz. Chłopak wyjął nóż i przyłążył do gardła sobowtóra.
Poczuła lekkie ukłucie. Czerwona "farba" zleciała. Zleciała po szyi bliźniaczki. Odbijające obraz szkło, rozpadło się. A ona poczuła, że ściska ją ten sam chłopak. Ten sam co przed chwilą, pragnął zabić ją za jej plecami. Odwróciła się, on musnął jej usta swymi. Zacisnęła pięści.
Po raz kolejny. Po raz kolejny poczuła pustkę. Choć znajdowało się wokół niej tak wiele postaci. Ona czuła się sama. Nie była w stanie się poruszyć. Tylko stała i patrzyła w otchłań.
__________________________
To tak..,nie wiem skąd!
Tiffany Tara III (21:26)

15 grudnia 2010

Opowiadanie Świąteczne I [Tiffany]

15 grudnia 2010

Ośnieżone tereny HOTN, cudowne miejsce.
Szłam po woli po wielkim lesie iglastym, omijając małe górki zasp.
Był wieczór. Ciemno było, lecz nikomu to nie przeszkadzało. W końcu HOTNowcy to zwierzęta z Stada Nocy. Znudzona zatrzymałam się i spojrzałam w górę.
-Spadająca gwiazda! - krzyknęłam najgłośniej jak umiem, wskazując jasne coś.
Wyszczerzyłam się do nieba i zaczęłam uciekać przed lecącym na mnie cosiem.
-Aaaaa....coś mnie goni! UFO! Nie zdezynfekowany obiekt latający! Ma zarazki z kosmosu pomocy! - wrzeszczałam może na całe HOTN - Ej...Czy ja czasem nie mam skrzydeł?
Stanęłam i zaczęłam się zastanawiać...
- Masz idiotko! Leć!
-Mango, ja cię proszę nie obrażaj siebie...
Wzbiłam się z trudem w górę, ślizgając na cienkiej warstwie odbijającego się od gwiazd lodem. W ostatniej chwili znalazłam się w powietrzu, unikając bliższego zbliżenia z niezdezynfekowanym, brudnym UFO. Usiadłam i popatrzyłam na brudne coś. Teraz mogłam to opisać. Hmm...
-Gdzieś już to widziałam...
Czerwone wielkie i połamane sanie, leżały przede mną. Tuż obok znajdowało się coś na kształt konia. Z czerwonym nosem i...rogami.
-Idiotko! To jest...
-Ciicho - syknęłam do swojej podświadomości.
Podeszłam cicho, jak to szpieg, do sań. Zaglądając do środka wyczytałam:
Si enim caderet in vobis, dicit pereas.Sed et si diutius vivere, scito esse Patrem natalem et tollebant XXIV Decembris anno iam occidit. Possunt indagari vobis spero. Est autem inconveniens. Ipsaque sidera erunt parati ... mundi dona triste nunquam donec accipiam million boves.
-Co to być? - spojrzałam na dziwne napisy i wyciągnęłam słownik. - Słownik Polsko - Zwierzęco - Łaciński! Kup teraz za 9.99 zł!
Zaczęłam tłumaczyć sobie napisy wyszło z tego:
Jeżeli spadło to na ciebie, znaczy że nie żyjesz.Jednak jeśli przeżyjesz choć chwile dłużej wiedz, że Święty Mikołaj porwany został a w dzień 24 grudnia, zginie już tego roku. Możesz go szukać możesz nadzieje mieć. To jest jednak bez sensu. Gwiazdki nie będzie... Przygotuj się na ponury świat i nigdy prezentów, aż dostane milion krów.
-To ma sens...
Podeszłam do renifera i tyknęłam go.
-Nicolás capturado una gran cosa! Ah ... el final de las vacas en el mundo y presenta ...
-"Co on pieprzy do cholery?" - pomyślałam zbita z tropu...
Złapałam niechcianego gościa i zabrałam do Aspeney. Niech medyk się nim zajmie.
Okazało się, że gadał po Hiszpańsku. W obecności 2/5 stada objaśniłam co wyczytałam z wyciętego drewna. Pojawiły się szepty.
-Z tego co zrozumiałam, nie będzie gwiazdki jak nie ma mikołajów ani żadnych z krów... -Nie wierząc w swoje słowa przymknęłam oczy - Trzeba dowiedzieć się czegoś więcej...
Wzrokiem odszukałam szpiegów. Na polanie znajdowało się ich dwóch.
- Allamaris, Midnight? Mam dla was zadanie, musicie się czegoś dowiedzieć o porywaczu.
Szpiedzy wyruszyli natychmiast.
-Może niech ci co chcą idą na jakąś wyprawę potem i tak dalej? - usłyszałam nie znany mi głos.
Zająkałam się. Bez niczyjej odpowiedzi, wyszła Lady Killer, za nią Hecate, powoli z ociąganiem wyszła Anaid i Jenna, tuż za nimi Tee i Zoltan.
-eee.dobrze..podczas wyprawy spróbujemy ożywić naszą Ti...-zakończyłam.
Nazajutrz szpiedzy wrócili.
Informacje były proste:
Za terenami HOTN, na morzu, znajduje się maleńka wyspa. Na której są przetrzymywane zwierzęta i św. Mikołaj.
_________________
Huh...radzimy sobie...i ta da udało się napisać...było by wczoraj ale szłam spać...
O następną część proszę Lady Killer :D

Tiffunek <3 (14:40)

4 grudnia 2010

Wiersz na konkurs. [Tee Saatus & Tiffany]

04 grudnia 2010

Oto w końcu oddajemy wiersz. Przepraszamy, że tak długo i tak tragicznie to wyszło.
Ani ja ani Tiff wierszy pisać nie umiemy, więc prosimy o wyrozumiałość. Naprawdę się staraliśmy.



Stoję na rozstaju dróg, gdzie mam iść wie tylko Bóg.
Me łapy idą same przed siebie, ciągnąc mnie do raju.
Choć nie wiem...jak mam dowiedzieć się jasno, szybko
Jak tu tylko pisze HOTNowisko...

Przechodzę przez bramę, tocząc wzrokiem dookoła. 

Nieziemsko nocne pejzaże rozlewają się niczym smoła

Przede mną widzę płomyk, rozświetla me drogi.
W niebo patrzę wielkie, koty cicho nucą:
Czy wolność ta jest moja czy tylko twą katuszą?

Ruszam śladami, stąpam ostrożnie. 

Strach karze zawrócić. Zawrócę?

Czy ruszę w noc, czyżby bledszą?

Mój umysł rozprasza strach i niszczy barierę,

teraz już wszystko widzę.

Przyjaciel stoi twarzą w twarz moją.

Patrzy się na mnie czekając, oczy jego świecą.

Wtem na niebie brzask.

Słońce rozpuszcza nocy mrok.

Czuję zew, odrzucam łeb.

Wilcza pieśń rozbrzmiewa wnet.

Już się nie boję, chcę zostać.

Gdy Aldieb do mnie podchodzi i pyta.

Ma odpowiedź jest jasna.

Zostaje, czując tu siłę,

która mnie będzie chronić

nawet przed mroczną nocą.
...

Tee Saatus (00:11)

21 listopada 2010

Lata zmieniają ludzi nie tylko z wyglądu. [Tiffany]

21 listopada 2010

Miodowe ślepia patrzyły na nią, tak teraz były miodowe. Słońce wyszło po raz pierwszy od paru tygodnii i odbijało się we wszystkim co się da. Jezioro nie mal oślepiało wychodzących z ciemnych jaskiń i grot.
Spuściła głowę. Obróciła się i ruszyła do swojego "pokoju". Kamienie służące HOTN, jako schronienie, również lśniło na wszystkie strony.
Ruszyła ku nim. Przyzwyczajony wzrok mówił, gdzie ma iść. I szła.
Stanęła przy granicy. Granicy trawy z kamieniem. Stała tak.
W końcu się odwarzyła.
Postawiła łapę na zimnym podłożu, a jej ciało przeszedł niemiły wstrząs.
Po woli stawiała następne łapy, za każdym razem, jej "poduszeczki" na łapach reagowały co raz słabiej.
Teraz znajdowała się w piekielnie zimnej jaskini.
Tu nie była materialna. Tu była duchem.
Tu nikt nie mógł jej przytulić.
Lekko zatrzepotała skrzydłami dając znak pochodniom na ścianach by się zapaliły.
Postąpiły zgodnie z rozkazem.
Ku jej oczom objawiły się w delikatnym świetle: dwa krzesła, mały stolik, pułka z książkami i karimata na, której znajdował się koc.
Nie zwróciła uwagi na to, że czegoś brak, że nie ma tam czegoś co powinno być, że nie ma tam jej ciała. Ciała które leży zawsze tuż obok wejścia.
Z którego wychodzi za każdym razem, przechodząc przez linie, narysowaną przez jej przyjaciółkę..., przyjaciółkę? Czy tak powinna o Niej mówić? Nie, nie powinna.
Jednak nie umiała przestać...
Spojrzała czarnymi ślepiami na obraz wiszący tuż nad kominkiem nie dającym ciepła.
To nie był zwykły obraz. Znajdowała się tam Ona i jej przyjaciółka. Uśmiechnięte i całe w śniegu przytulały się. Miały wtedy bowiem 10 lat. Ech....4 ludzkie lata w wstecz. Łza spłynęła lekko, dając więcej cierpienia właścicielce.
Machnęła ogonem, a cichy podmuch wiatru uniósł jedną z pochodni.
Punkt światła szedł tuż przed nią.
Zchodzili po schodach. Po ceglanych schodach.
Pajęczyny walały się na każdym z stopnii.
Po parunastu minutach było widać jasne płomienie dochodzące z dołu.
Pochodnia czując ciepło zamieniła się w pył, który zaczął po woli wsiąkać w cegłe nadając jej chwilowy blask.
Zeszła na dół, mając nadzieje na materialność stała tak i patrzyła w otchłań.
Po 10 minutach zorientowała się, że nic się nie dzieje.
Znajdowała się w korytarzu prowadzącego  do jej domu. Do ludzkiego domu.
Teraz musiała przejść przez żelazną bramę, na której od wieków wisiał papier.
Czytała już go z milion razy był po francusku.
Zacytowała jeszcze raz znany jej tekst:
-La mort attend l'homme.Tout le monde a peur d'elle.L'homme, qu'il a adopté,Dwoi et Troy.Je ne sais pas ce que c'est terrible.Cet homme a peur d'elle.Tenter d'apaiser son. Je m'agenouille sur nos genoux.Je n'ai pas peur de la mort,Je suis sérieux.Je me tiens devant elle et. Je regarde dans les yeux avec audace.
Tekst znaczył:
Śmierć czeka człowieka,
Każdy się jej boi.
Człowiek, by ją ominąć,
Dwoi się i troi.
Nie wiem, co w tym strasznego,
Że człowiek się jej lęka.
Próbuje ją przebłagać
I na kolanach klęka.
Ja się śmierci nie boję,
Mówię poważnie.
Stanę przed nią i
Spojrzę jej w oczy odważnie.


Ukłoniła się. Brama uniosła się ku górze.
Pojawiając czarny tunel. Przez który miała przejść.
Zmieniła się w "człowieka".
I lekkim podmuchem, leciała tuż nad ziemią.
Idąc w głąb, bardzo tęskniła za Nią. Chciała z nią porozmawiać.
-Wiesz, że jesteś kretynką?
-Naprawdę? - syknęła.
-Tak tylko, kretynka i idiotka mogłaby iść po 4 latach, by odwiedzić przyjaciółkę. Zostawiając przyjaciół.
-Zostawisz mnie?
-Nie. Czemu miałbym to zrobić?
Poddając się wysłuchiwała krytyki od swojej podświadomości.
-Mango*! Zamknij się do cholery! - niewytrzymała po 20 minutach gadania, że jest kretynką.
-Oczywiście.
Po minucie spokoju obok niej pojawił się wilk szary, idący przy niej.
-Nie pozbędziesz się mnie...
-Ja to wiem.
                                       ***
-Tu jest! - krzyknęła i wpłynęła w ciało.
Była materialna i szczęśliwa.
Postawiła nogi na drabinie i zaczęła się wspinać. Otworzyła klapę i wydostała się na zewnątrz. Świerze powietrze dobiegło jej nozdrzy po raz pierwszy od godziny.
Odchyliła głowę. Znajdowała się w swoim pokoju. Poniszczone plakaty wiły się na wietrze od otwartego okna.
Wyjęła kurtkę z drewnianej szafy i nałożyła na złożone skrzydła.
Wybiegła na zewnątrz. Znajdowała się w granatowym salonie z wielką plazmą na ścianie.
-Wróciłam!
Dobiegł ją tupot szpilek mamy, która biegła z góry.
-Wydawało mi się, że słyszę Alessie! - wykrzykiwała.
Alessia - takie przybrała imię jej ludzka forma.
-Niemożliwe - usłyszała chrypiącego ojca.
Zaśmiała się cicho, gdy jej młodszy braciszek zaczął coś seplenić z rąk matki.
-Charlie! Ona nie wygląda jak Alessia! - krzyknęła jej rodzicielka.
-Dziwisz się? Minęły cztery lata!
-Cześć mamo - szpnęła do pani ok. 40 schodzącej po schodach.
Uważając na maluszka, zbiegła po schodach i przytuliła córkę.
-Kochanie, masz zlepione włosy. Co ty robiłaś przez te 4 lata?
-Byłam zwierzęciem...
-Nie czas na twoje bajeczki idź się umyj!
Dziewczyna ruszyła po drewnianych schodach i w połowie zrozumiała, po co tu jest.
Zeskoczyła z 6 stopni i wybiegła przez drzwi.
Dobrze pamiętała dom przyjaciółki.
Nie czuła zimna. Biegła do niej, a łzy szczęścia obmywały jej twarz.
Przymknęła oczy, które ją piekły przez śnieg, który wpadał na jej twarz.
Poczuła czyjąś kurtkę, lecz po chwili leżała na zimnym śniegu.
Otworzyła swoje oczy i widziała go.
Był to On. Ten, który od 4 lat jej się podobał.
Tak długo go nie widziała.
-Uważaj, idioto! - wrzasnął.
Obrócił się i spojrzał w jej oczy. Wydawało się jakby czas zwolnił ona na niego patrzyła jak na największy cud świata.
-Alessia? Skąd się wzięłaś?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie wiem jak wyszło ale będzie CD.
:D
Tiffunek <3 (14:07)

1 listopada 2010

Wyścig do piekła i... cz.2 [Tiffany]

01 listopada 2010
Szłyśmy obok siebie. Słońce wychodzące zza chmur, co chwile nas oślepiało.
Zauważyłam łanie. Ściągnęłam torbę i ruszyłam do ataku.
Przyglądałam się przyszłej zdobyczy.
Kulała. Wyciszyłam oddech i skoczyłam na nią, zabijając szybkim ruchem łapy.
Złapałam martwe ciało w zęby i ruszyłam na polane. Położyłam obok drzewa, i postawiłam kartkę z napisem: "Należy do Tiff".
Uśmiechnęłam się i wróciłam do Naomi.
Ta w tak krótkim czasie upolowała 2 zające.
Co było trudne ponieważ na zachodnich terenach HOTN rzadko one występują.
Oczy zwierzęcia mówiły do mnie. Przymknęłam czarnawe ślepia i odwróciłam łeb.
Otworzyłam po raz kolejny. 
-Dostałam wiadomość że na północy pojawiło się dużo jeleni. - spojrzała na mnie.
-To idziemy rzuciłam.
W mojej torbie znalazły się dwa trupy. Szłyśmy powoli i ostrożnie. Agnes ciągle rozstawiała półapki. Nie wolno było tracić czujności.
Nadeszłyśmy  nad rzekę.
Woda była zimna.
Przerzuciłam torbę i złapała Mleko. Rozłożyłam skrzydła i... po chwili (dokładnie 11 sekund) byłyśmy po drugiej stronie.
Patrzyłyśmy na siebie z powagą. Nagle ni z tond ni z owąd wybuchnęłyśmy śmiechem.
Rozmawiając, szłyśmy na północ.
Wychodziłyśmy po woli z zachodnich terenów.
Zimny wiatr zawiał wprost na nas. Odpowiedział mu ciepły wiatr który ogrzał nas po zimnym podmuchu.
Nastał chłodny wieczór.
Nie doszłyśmy na północ.  Rozejrzałam się szukając miejsca na posłanie. 
-Tam - powiedziałam wskazując małą opuszczoną jaskinie.
Naomi zebrała liście i zaniosła do jaskini. Ja pozbierałam badyle by wytworzyć nam ognisko.
Przybyłam pierwsza. Wstałam i zaczęłam się przemieniać.
Moja sierść zaczęła wnikać i zamieniać w ludzką skórę.
kończyny wydłużyły się. Pysk zamienił się w twarz.
A skrzydła stały się 3 razy dłuższe.
Wyjęłam zapałki i podpaliłam wyschłe igliwie, które rozprzestrzeniły płomienia.
Moja kompanka wróciła po chwili po tym jak ogień się rozpalił.
Ułożyłam nam posłania.
Mleko powyrzucała różne części których nie zjemy.
Nadziałyśmy po kawałku mięsa na ostre patyki.
Trzymałam je nad ogniem, gdy Naomi wybierała się by poszukać wody.
Wyszła trzymając butelkę, zdobytą przeze mnie na ostatniej wyprawie do wioski ludzi.
Obok jaskini płynął strumień. Mięso nie zdążyło do końca się upiec jak zabójczyni królików wróciła.
Teraz zrobiło się przytulnie.
Brakowało tylko ładnego dywanu. 
Zsunęłyśmy mięso na dwa wielkie liście, które miały nam posłużyć jako talerze.
Zaczęłyśmy sobie urywać po kawałku i zjadać.
Gdy byłyśmy napełnione. Każda napiła się troche wody. Wyłożyłyśmy się na liściach.
Nie dużo czasu upłynęło, gdy zapadłyśmy w sen.
Obudziło mnie...
CDN
~~~~~~~~
:P 
[Edit] + się należy :D