Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jah. Pokaż wszystkie posty

12 stycznia 2011

Jah? Kimże jesteś? [Glola/Jah]

Muzyka:
http://www.youtube.com/watch?v=PtlemJ0BNQU&feature=related

||: Jeżeli dasz radę przeczytać do końca będę Cię wielbić. Prawda i historia Jah. I hope you like it.


Ta chwila utkwiła w pamięci już do końca. Nie końca życia, kruchego przecież jak leżąca na parapecie od lat porcelanowa lalka, a końca istnienia. Wokół nie było już prawie ludzi, noc zatopiła w swej posoce otoczenie po kres horyzontu. Trudno spamiętać numery rejestracyjne, czy pogodę.
Dwa obrzydliwe, żółte oczyska reflektorów łypiąc sprzed czarnej maski oślepiły smugami jasności. Oddech ugrzązł w piersi, na ten ułamek sekundy ciągnący się w nieskończoność serce przestało łomotać. Nie zdążyła wydusić z siebie nawet słowa, a słowem tym byłoby”dziękuję”.
Struga delikatnych krwistoczerwonych chabrów ozdobiła ulicę jednocześnie znacząc ją piętnem śmierci. Rdzawe smugi,niby wstęgi zawiązujące sojusz życia ze śmiercią. Dywan agonii coraz szczelniej pokrywał jezdnię naokoło jej ciała. Ktoś zasłonił usta dłonią, ktoś krzyknął, ktoś uciekł z miejsca wypadku. A Ona leżała, niemymi przeszklonymi oczyma wpatrując się w nieboskłon,starając się odnaleźć sens w konstelacjach gwiazd.
***
Ruda smukłymi łapkami stąpała po zamarzniętej tafli Storm Eden, niebo pełne gwiazd niemalże na wyciągnięcie dłoni było tak piękne. Od jakiegoś czasu wyczuwała tę woń niepewności, odór śmierci czy strachu. A sączył się on tylko do jednej postaci. Wraz z narastaniem zapachu narastała też niepewność w jej sercu. Ale tym razem nie był to omam.
Wielkie,masywne cielsko natarło od boku, pchnęło ją. Lód zaskrzypiał niepewnie,pękając pod naporem ciężaru potwora. Świat zawirował, tępy ból w okolicy żeber świadczył o upadku. Jeszcze raz coś potężnego szarpnęło ją i pozostawiło leżącą na ziemi, obolałą. Zaskomlała cicho, poczuła w pyszczku krew. Kto i za co…? Potrafiła odpowiedzieć na pierwsze pytanie. Otworzyła oczy i ujrzała wielką bestię. Żebra i kręgi wyraźnie rysowały się na jej wychudzonym cielsku. Wężowy język wynurzył się z jej uzębionej paszczy, by znów zniknąć w jej otchłani. Szła w kierunku lisicy. Poruszała się jak wąż. Ucieleśnienie strachu, z długim pyskiem wiecznie wykrzywionym w zawadiackim, nienaturalnie szerokim uśmiechu.Podeszła, sadzając wielkie łapsko na szyi rudej. Lisica starając się ją odepchnąć wiła się, nie bacząc na honor czy kpiarskie spojrzenie.Fukając cicho przekrzywiła pyszczek i zdołała zatopić kły w łapsku. Bez reakcji. Kiedy wielka spojrzała jej w oczy, ryże ciało zastygło. Przez chwilę tak spoglądały na siebie w milczeniu, uwięzione przez czas z gwałtu bestii. W jej ślepiach migotała frustracja. Rozbiegane, a jednocześnie tak spokojne. Błękitne jak gdyby obejmowało wszystko wąską źrenicą, pałało jasnością odcinając się kontrastem od czerni futra,ciemne zaś, zamglone było przerażająco spokojne. Strach szarpnął rudym ciałkiem. Ona wiedziała. Wydała z siebie barytonowy pomruk.
-Jestem Glola, królowa tych terenów, zostaw mnie. – Syknęła przez zęby lisica. Łapa nie dusiła jej, ale ograniczała ruchy. Szpetny,drażniący zmysły rechot potwora poniesiony echem nocy rozszedł się po polanie.
-TY?! – Zaczęła, unosząc wargi, ukazując żółć szeregu ostrych kłów. – Ty jesteś królową Ty jesteś królową! Wszystko zniszczyłaś! Wszystko! -Charczała. Buzująca w niej konsternacja zdawała się uchodzić. – Ja byłam kimś! Wszyscy mnie kochali! Byłam przyjacielem wszystkich! Byłam słodka, byłam zabawna, byłam piękna! – Z każdym słowem napierała naszyję lisicy coraz bardziej. Ruda zacharczała, a ślepia zaszły jej łzami. Otworzyła pyszczek nie mogąc odetchnąć.Przestała się miotać. -To wszystko Twoja wina! Wszystko zniszczyłaś! JA JESTEM POTWOREM! -Przepełniony frustracją krzyk powoli zamieniał się w lament. Wielkim cielskiem wstrząsnął dreszcz.
- Jak mnie zabijesz umrze ostatnia nadzieja dla Ciebie… – Wyszeptała ostatkiem życia.

Zakazana HISTORIA JAH opowiedziana po raz pierwszy
Lairai od dziecka uzależniona była od leków uspokajających. Brała coraz to większe dawki. W końcu przestały na nią działać dawki śmiertelne valium, które brała codziennie. Stracona została z początku maja2010.Miało to ścisły związek z jej córką, która w rzeczywistości niebyła z nią spokrewniona i Lordem Deathem.
Glola umarła naturalnie w wieku czterech lat, przed majem 2010.
Ich dusze były połączone, jak mawiali Indianie najbliższe sobie serca ze wszystkich. Związane ze sobą magicznie.

Aspeney wskrzeszała do ciała Gloli. Robiła to wbrew naturalnemu przebiegowi,opierając się na własnych umiejętnościach. I dziwnym trafem do ciała lisicy trafiła dusza Lairai.

Ta szybko zauważyła, że aby żyć w spokoju musi podawać się za zwierzę. Mając odmienny charakter od rudej zmieniła jej… swoje w tej chwili życie. Przede wszystkim jako beta hotn odsunęła się od niego. Wprawiając wszystkich w osłupienie przestała zachowywać się jak głupie dziecko, a jak przystało na Lairai stała się poważniejsza i bardziej kobieca. Starała się by prawda nie wyszła na jaw, naśladując rudą jak mogła. Nikt jednak nawet nie wpadł myślą na tę zamianę. Pokochała Renoiego, odnajdując w Nim Margotha i ułożyła sobie zwierzęce życie.

Tym czasem Glola, czy raczej Jej duch, niematerialna dusza była już w drodze do realnego świata. Jednak poprzedzona przez kogoś wprowadziła w między świecie nutę chaosu. Kontaktowała się z szamanami, na czele z tymi których magia jest zakazana, bo tylko ci mogli jej pomóc. Czarnymi siłami ubrali duszę w ciało Lairai. Jako kobieta Glola chodziła po świecie 24godziny, podczas których magia szamana walczyła wewnątrz duszy Gloli z magią która zabiła wampirzycę. I magia która zabiła wampirzycę wygrała,ponownie przerzucając Glolę (już z uzależnieniem od Valium i lękiem przed samotnością – sposobności Lairai) do zaświatów.Tam coraz bardziej rozgoryczona zagłębiała zakazaną magię u najpotężniejszych szamanów, by tylko dostać się do świata żywych i odzyskać własne rude futro i czarne ślepka. Chciała znów żyć. Udało jej się zmaterializować,lecz tym samym ściągnęła na swój kark cienie mroku,gromadziła w swojej podświadomości złe moce. Zmaterializowana, niczym potwór, coraz bardziej z resztą zagorzały zmusiła bliskiego przyjaciel aby ten oddał jej swoje ciało, sam wcielając się w truchło jakim się zmaterializowała [ten fragment tu] .Dawczyni była samicą rasy syberian husky, błękitnooką o imieniu Allelujah. I tak powstała Jah. W momencie nieczystej zmiany ciał,nienawiść do osoby która ukradła jej lisią postać rozsadzała już Glolę.Ciemne dusze przyczepiły się na zawsze, szpecąc jej ciało. Czarne, prawe ślepie Gloli lewe, błękitne ślepie Allelujah. Schizofrenia spowodowana uzależnieniem od valium, nasilonym po stu kroć przez wszystkie zakazane obrządku rozsadzała jej umysł. Gloli nie udało się przejść do końca do realnego świata, a przynajmniej ten świat wygląda zupełnie inaczej w jej oczach. Błądziła zbyt długo między światami,gdzie iluzja idzie w parze z prawdą, a sen z rzeczywistością. Zbyt długo hodowała w sobie wściekłość i złość. Nie myśli już racjonalnie,jest agresywna i zabija dla własnej satysfakcji. Zaczęła to, by powrócić do ciała które zajęła Lairai, teraz nie wie już kim jest,dlaczego. Dlaczego. To pytanie zadaję sobie w kółko.

- Uspokój się.. coś wymyślimy Glolu…-

9 września 2010

HOTN metalowym łańcuchem wyrysowane. [Glola/Jah]

09 września 2010

Długi, mosiężny łańcuch.
Jedno ogniwo, zaczynające wszystko, zaczynające historię.
Po krótkim okresie czasu, dołączyło drugie. Później trzecie, czwarte, tak dalej.
Wszystkie razem coś tworzą, nawet bez jednego ogniwa, reszta upadnie.
Niezniszczalne, każde po kolei wkłada wysiłek w to, by cały łańcuch istniał.Tak ogniwa wymieniają się, niektóre rdzewieją i upadają, inne stają się ciężkie.
Kiedy któreś z nich upada, pierwsze podnosi swoją część, tak by reszta za umarłym mogła dołączyć.
Ogniwa wymieniają się. Łańcuch powiększa się, jednak nie pozwalają mu się zamknąć.
Ciągle dołączać mogą nowe części. Kiedy którekolwiek z nich rezygnuje - odchodzi. Poza pierwszym.
Pomaga innym ogniwom dołączyć, stara się wręcz, by łańcuch był mocny, by był w stanie przetrzymać wszystko.
Trwa to latami. Podczas kiedy ciągle dołączają świeżo wykute, zdolne trzymać za sobą, pierwsze jest już wypalone. Ulewy, śniegi, słońce, sam czas. Nowym nie sposób zrozumieć "Jak? Jak można być zmęczonym jedynie trzymaniem reszty ogniw?". Zardzewiałe, zmęczone wszystkim.
W końcu upada. Pierwsze ze stukotem zderza się z ziemią. Nie może dać sobie spokoju, jednocześnie pozostawiając resztę łańcucha za sobą. Tak więc reszta spada za nim.
Reszta tworzy jednak już na tyle mocny łańcuch, że jest w stanie trzymać się samym sobie. W większości właśnie świeżo wykute ogniwa, pewne zwycięstwa ponad wszystko, pewne swojego.
Jest on jednak już na tyle długi, że o wiele łatwiej go zamknąć. Wszystkie ogniwa łańcucha będą nawet zadowolone z odciążenia. Łatwiej będzie im się trzymać razem. Niektóre nawet nie świadomie, towarzyszą temu procesowi, nie mają jak tego zauważyć, będąc jednymi z wewnętrznych.
Tak więc łańcuch się zamyka, tworzy okrąg. Okrąg o idealnych rysach. Jednak okrąg.
Upadłe ogniwo patrzy z ziemi na resztę metalu i słyszy wciąż "sorry, swój łańcuch już straciłaś. Nie jesteś potrzebna, mamy siebie. Tworzymy już okrąg." Są to słowa wypowiadane głównie z ust jeszcze zupełnie czystych i nowych ogniw, które nie przeżyły nawet jednej trzeciej tego, związanego z całą masą, co pierwsze.
Które są tylko małym wycinkiem historii, które stworzyło pierwsze. Które są aż częścią łańcucha.

Jah (00:54)

10 sierpnia 2010

You do not want, do not understand. [Glola]

10 sierpnia 2010
You do not want, do not understand.

Proszę, wyobrażajcie sobie dokładnie co czytacie. Bądźcie obok postaci. Czujcie na sobie jej oddech. Patrzcie na nią. I czekajcie, co zrobi.

You do not want, do not understand.
Muzyka:
http://www.youtube.com/watch?v=3OkFLdPaoZQ&feature=related

***
Boli mnie. Niech boli inaczej. Proszę, pozwól. Nie, przestań! Przestań! Odejdź. Lub bądź. Przestań być złudzeniem. Bądź. Zobacz mnie. Usłysz mnie. Zrozum mnie... Proszę...
Jedna kropla padała za drugą. Obijały się o podłogę, pozostawiając rdzawe smugi. Większe skupiska przelewały do wgłębień, między białymi płytkami.
Zimno mi...
Podejdź. Przytul. Okaż się, być materialnym. Nie znam Cie. Ale kocham. Bo jesteś tu ze mną. Zostań, proszę. Swąd stęchlizny. W powietrzu woń cierpienia. Boli mnie. Tak długo biegłam. Nie wiem gdzie jestem. Nie możesz sprawić mi cierpienia. Chociaż Ty. Proszę. Zdajesz się mnie nie widzieć. Dlaczego?
 Tak bardzo zimno...
***
Stała nad małym, trzęsącym się stworzeniem. Wielkie cielsko poruszało się  rytm oddechu potwora. Łypała ogromnymi ślepiami, wprost w zielone oczka, jednak zdawała się ich nie zauważać. Przeszedł ją dreszcz. Nerwowym tikiem podniosła masywną łapę i zaorała deski czarnymi pazurami, pozostawiając szramę.
Postać przed nią znów zaniosła się szlochem i przysunęła do zagraconej ściany. Nie myślała. Z gardła zwierzęcia wydobywał się cichy charkot. Błękitna tęczówka emanowała jasną poświatą, ciemna zaś była zamglona. Machnęła ogonem, przypominającym szczurzy, zaczepiając jedno z pudeł i zrzucając je na ziemię.
Nagle kolejna kropla krwi, jedna z licznych, sączących się z ciętej przez metalową żyletkę rany kapnęła na podłogę. Rozprysnęła się, zderzając z posadzką. Dziewczyna wstrzymała oddech, widząc, że potwór znieruchomiał. Woń krwi.
 Bestia postawiła uszy. Jej spojrzenie stało się mniej mętne. Zwróciła wzrok ku dziewczynie, tym razem skupiając go na niej. Włosie na grzbiecie natychmiast stało się sztywne i najeżyło, odsłaniając srebrne kolce, wystające z ciała. Skuliła uszy, wykrzywiając z wolna pysk, w nienaturalnie szerokim uśmiechu. Uniosła czarne wargi, wydając z siebie warczenie.
Kły, z jakiegoś błyszczącego metalicznie kruszca odbiły smugę światła. Atramentowa maź spłynęła po brodzie skubba.
Czarna sierść wilka, wyraźnie przerzedzona, w połączeniu z blizną na karku, ciągnącą się po łopatkę, dodawały sytuacji grozy. Pudełko sturlało się, trzeszcząc jeszcze przez chwilę. Kruczoczarny, rozwidlony język wysunął się na ułamek sekundy, by znów zniknąć w uzębionej paszczy. Widzę Cię. Widzę. Mięśnie naprężyły się w jednej sekundzie.
Skoczyła, niczym cień...
***
W ciemności nie dało dostrzec się nic. Poza wielkimi, białymi kostkami domina.
Dudnienie. Część pada na drugą, powodując jej upadek. Tak kula toczy się bez przerwy.
Giną jedna po drugiej. Na końcu ich drogi ja. Śledzę każdą upadającą kostkę.
Wiem, że w końcu padnie i ta, pod którą ja stoję. Świadoma, że każda minuta, sekunda dzieli od końca.
To, co czuję, nie jest niepokojem.
Ostatni będzie strachem, jednak po nim nastąpi cisza.
Dudnienie. Niczym w zegarku.
***
Tylko częścią wszechświata. Małą, malutką. Nie pozostanie ślad. Nikt nie będzie pamiętał.
***
Wyszła z szopy. Blady księżyc oświetlił stopniowo masywną bestię. Ciemne futro nasączone było posoką, jako, że lubiła bawić się ludzkim ścierwem. Jak każdym.  Zatrzymała się na chwilę, zlustrowała otoczenie odległym spojrzeniem. Tak długo napawała się cierpieniem i strachem. Były to jej ulubione narkotyki. Oblizała długi pysk z rdzawej cieczy. Rześkie powietrze dotarło do jej płuc, co sprawiło przyjemność, chociaż wolała swąd krwi. Wytrzepała suche futro i ruszyła przed siebie wolnym krokiem, zupełnie nie płynnym. Prowadźcie łapy. Znacie przecież drogę.
Nie zjadła. Zmasakrowała.
***
Kostka spadła.
Nawet zgniłe deski, którymi ktoś zabarykadował okna, były zupełnie przesiąknięte krwią. W tle szczątków dziewczyny o bladej cerze leżała srebrna żyletka. Umoczona w rdzawej cieczy, wyróżniała się błyszcząc metalicznym blaskiem. Śmierć, która odwiedziła starą szopę krok w krok za cierpieniem była wyjątkowo brutalna. Wciąż słychać było uporczywe kapanie. Ten sam płyn, ta sama ofiara, inny napastnik.
 ***
Nie sprawiaj sobie bólu sam, bo ktoś inny zrobić może to inaczej.
Podoba ci się, gdy masz pod kontrolą.
Myślisz że cierpisz, nie widziałeś cierpienia.
Nie czułeś.
Okaleczasz się, bo czujesz ulgę.
Ale konsekwencje będą kroczyć za Tobą do końca.
Koniec, nieunikniony, może nastąpić wiele wcześniej.
Nie chcesz zabić, chcesz poczuć.
Poczujesz, innym razem zabijesz.
Bez sensu...
Wszystko bez sensu...
Jah(20:47)

9 sierpnia 2010

Opowiadanie stadne cz. 7 [Glola]

08 sierpnia 2010
Opowiadanie stadne cz. 7
__
- Pobiegli! No poszli sami kura! - Warknęłam, kręcąc się w kółko, kiedy postacie stawały się coraz mniejsze,
a ich zarysy powoli znikały w blaszanym budynku.
A ja? To, że jestem mniejsza, że nie umiem walczyć, że jestem ciapą, że być może zepsuje im całą misję,
że nawet biegnąc potykam się o własny ogon i jestem beznadziejna dokładnie pod każdym względem, NIE oznacza, że nie mogę z nimi iść!
- Glo, spokojnie. Oni zaraz wrócą. Zaraz... uratują Aldieb i wrócą... - Birdlay uśmiechnęła się do mnie, chociaż widziałam, że wewnętrznie wie, co czuję. - Oni się o Ciebie martwią. - dodała, patrząc mi w ślepka.
Martwią. Jestem przecież dokładnie nikim. Nie znaczę również nic. [I internet mi nawala...]
Skuliłam uszy i ruszyłam w stronę budowli.
Znajdę ją. Znajdę ją sama i pokażę wszystkim, że nie jestem zwykłą lisicą.
Że jestem... bardzo pożyteczną lisicą.
Kiedy byłam już pewna, że Aspeney, Tee i reszta są we wnętrzu, zaczęłam rozglądać się za innymi drzwiami.
"Glolć, zostań, to niebezpieczne" mruknęłam cicho przedrzeźniając Szerę.
Zbyt niebezpieczne dla mnie? Prychnęłam cicho, jednak efekt naburmuszonej
super bohaterki zepsuł mi nieco korzeń, z winy którego to wyłożyłam się na trawie jak długa.
Wstałam szybko, rozglądając się, czy aby nikt tego nie widział. Pusto.
Podniosłam pyszczek z powrotem w górę. I wtedy zauważyłam dziwną rurę, wystającą z budynku.
Postawiłam uszy i podbiegłam do niej. Wsunęłam nos i pociągnęłam. Nie śmierdziało.
Dlaczego miałoby śmiedzieć...? Oo'' Tego nie przemyślałam.
Jak rura, to śmierdzi, oczywiste, prawda?
No ale. My tu gadu-gadu, a tam Aldieb czeka na ratunek.
Wskoczyłam do rury, wciągnęłam kitę i ruszyłam.
Kiedy tak szłam i zaczynałam się zastanawiać, gdzie mnie ta rura doprowadzi, jaki jest właściwie cel i jakie jest prawdopodobieństwo, że trafie ją do Aldieb, usłyszałam dziwny głos, jak gdyby szum fali.
Zatrzymałam się, starając się dociec z której strony rozlega się on, by w owym iść, ale zdałam sobie sprawę z tego, w ilu kierunkach iść mam możliwość.
Ruszyłam lekko pochylona, by nie zawadzać o górę rury, truchtem przed siebie.
Starając się poruszać bezszelestnie, sunęłam tak, kiedy znów usłyszałam szumiący odgłos, tym razem wyraźnie podemną i klęcie ludzkim głosem.
Zwolniłam, patrząc pod łapki.
- NO ZNOWU SIĘ ZATKAŁ DO CHOLERY! - Krzyk ludzkim głosem sprawił, że zatrzymałam się, jednocześnie dostrzegając dobrze zakamuflowaną kratkę wentylacyjną kilka kroków przedemną.
Była w kolorze podłoża, niemal zlewając się z nim. Była jednak też luźno położona, tak,
że z łatwością mogłam ją odsunąć.
Podbiegłam do niej i spojrzałam w dół. Znów szum.
Jak się okazało, byłam w rurze wentylacyjnej. I spokojnie mieściłam się w kratce. Jednak co zrobić, skoro podemną stoi... właśnie.
Zmrużyłam ślepka, by przyjrzeć się dwunogowi.
Miał żelazną łapę... woow, cyborg.
Ten stał w dziwnym, małym pokoju, przy... muszli klozetowej, całej zatkanej papierem i raz co raz
spuszczał wodę, powodując szum.
O kurde...
Faktycznie się zatkał.
Człowiek przeczesał włosy i znów bąknął jakieś przekleństwo, patrząc z niechęcią w muszlę.
Podszedł do umywalki, umył dłonie, szczerząc się do lustra i ruszył w kierunku drzwi.
Nie...
Nacisnął na klamkę i pchnął wrota.
NIE!
Odsunęłam kratkę łapą i już chciałam skakać, kiedy zdałam sobie sprawę z wysokości, na jakiej znajduje się
sufit, a w tych okolicznościach i ja.
Człowiek wyszedł i zgasił światło.
Co mam zrobić?
Kiedy tak zastanawiałam się nad wyjściem z sytuacji, doszłam też do niesamowitego wniosku,
że w takim razie nawet cyborgi srają. To może się później przydać.
Pacnęłam się łapą w pysk. Chyba ze mną coraz gorzej.
Dobra, zeskoczę. Nie mogę tyle tu siedzieć.
***
Syknęłam cicho, wciąż jeszcze masując plecy, które chyba ucierpiały podczas owego skoku.
Westchnęłam cicho, wstałam i podeszłam do wielkich drzwi, przez które wyszedł człowiek. A raczej cyborg.
Stanęłam na tylnych łapkach, starając się przednimi dosięgnąć klamki. Za wysoko... za wysoko.
Podskoczyłam, jednak musnęłam ją tylko pazurkami.
Super, świetnie. Utknęłam w małym, ciemnym WC, na dodatek z zapchanym kiblem.
Myśl Glo, myśl.
Siedziałam przez chwilę zastanawiając się...
MAM!
Podeszłam do rolki papieru toaletowego i rozwinęłam go pyszczkiem.
Dobra, to musi wypalić. Przecież widziałam już, jak to działa.
Wskoczyłam na deskę z papierem, później wyżej, tak, że siedziałam obok sprzączki, służącej do spuszczania wody.
Rozwinęłam rolkę jeszcze bardziej i wrzuciłam ją do muszli.
Uśmiechnęłam się złowieszczo.
Spuściłam wodę.
***
- OLEAR! CO TO DO CHOLERY MA BYĆ!? - usłyszałam kobiecy krzyk, kiedy woda, z kawałkami papieru,
niczym statkami wypłynęła pod drzwiami, ukazując się lokatorom, wciąż siedzącym w drugim pokoju.
Facet przeklął. Co za niewychowana para... Tylko się drą i klną.
O ou... A ja? Zeskoczyłam z toalety, szybko wbiegając do jednej z niedomkniętych szafek.
Wyciszyłam oddech, kiedy światło w łazience się zapaliło, a ja usłyszałam zgrzyt drzwi. Zaraz po nim jakieś nogi, jedna bardzo owłosiona, druga żelazna mignęły mi przed oczami.
Znoowu powiedział słowo, które zastąpić powinno się cenzurą.
- Kochanie, zaraz to odetkam, dobrze? Dokończę pić. - Mruknął przymilnie w kierunku drugiego pokoju.
Powstrzymałam drżenie łapek.
- Nie, nic nie odetkasz. - Warknęła ta. - Ani się nie napijesz. Mamy intruzów. Chodź! Wołaj resztę!
Niech zostanie tylko Zolda! - Facet wyszedł z
łazienki i zniknął za drzwiami, zostawiając je otwarte. Nie zgasił nawet światła. Phi...
Kiedy odgłosy ucichły, ludzie wyraźnie się wynieśli, wysunęłam się z szafki i wyszłam z łazienki, kuląc się, by w razie czego pozostać niezauważoną.
Pusto. A woda pływa.
Eureka.
Oblizałam pyszczek zadowolona z wyzwolenia się z łazienki.
***
Dobra, teraz gdzie dalej w stronę Aldieb... Rozejrzyjmy się.
Wstałam, by móc się swobodnie obracać i zrobić panoramę |D
Na lewo. Wielkie, masywne, błyszczące i wyraźnie srebrne drzwi, przedemną wysoki stół, z porozwalanymi
kartkami, białe ściany, okien brak, jarząca się żarówka nademną, podemną woda z kibla,
za mną, przy ścianie pies. Pies? AA PIES! Syknęłam obracając się i chowając odruchowo za nogę stołu tak.
- Czyżbyś wreszcie mnie zauważyła, madame? - zapytał. Hum. Rozumiem go, nie jest źle. Stał tuż przy drzwiach
łazienki, musiał mnie obserwować od początku. Mruknęłam coś pod nosem i wyszłam zza nogi stołu przypominając sobie o swojej dumie, a raczej tym, że dumę tę miałam odzyskać właśnie dzięki tej misji.
A ten typ nie wygląda na głodnego krwi, a jakby chciał mi coś zrobić, już by to zrobił.
Wysiliłam się więc na pewny głos.
- Widziałam Cie od początku. I..
***
Pies okazał się być bardzo przyjaznym. Przypominający owczarka niemieckiego, o żelaznej łapie.
Opowiedziałam mu co mnie tu sprowadza i jak ze mną jest, jak jest z Aldieb.
On wydał, że na tych terenach jest więcej obozów, a w owym są jedynie gryzonie. Aldieb z tego, co wiem, do owych nie należy. Badają tutejsze zwierzęta, nawet owady.
Póki jest to zablokowane, nie może on poruszyć metalową częścią swojego ciała. Tak samo z resztą jak każdy z tutejszych ludzi.
- Jak możesz nie wiedzieć po co je badają, skoro jesteś tu od tak dawna? - Zapytałam w toku rozmowy.
- Hh... Glolu, widzisz, nie wszystko jest takie proste. Proszę, pociągnij za to sprzęgło.
I przepraszam Cię.. muszę. Pamiętaj, Aldieb jest w obozie numer trzy. Ten ma numer jeden. - Wskazał nosem
pewną równoważnie, małą, metalową, wbudowaną w ścianę. Skinęłam pyszczkiem i z pełnym zaufaniem podeszłam do ściany, po krótce wykonując i prośbę.
Natychmiast zostałam przygwożdżona do ściany cielskiem wielkiego psa. Pisknęłam i stanęłam w płomieniach.
Ten odsunął się, splunął i złapał mnie za kark w zęby.
- Tak bardzo chcesz wiedzieć, co robią w tych obozach kochana? Dowiesz się. Nie ma problemu. -
Wyrywałam się, starałam podrapać go, jednak żelazne szczęki nieczułe były na nic.
***
Rzucił mną o ścianę. Dysząc ciężko zaskomlałam. Nie miałam siły już na nic. Tliłam się małym ogienkiem.
Bolała mnie już każda łapa. Bezwładnie opadłam na podłogę, znieruchomiałam.
- Zostaw mnie. Czego chcesz? - Zapytałam cicho, niepewna już niczego. W pokoju, do którego mnie zawlekł było
ciemno.
- Ja? Niczego. Słyszałem o Was. Słyszałem. Chcecie zabić moich właścicieli. Moich kochanych panów.
Nie obchodzi Was nauka. Nie obchodzi Was nic, oprócz waszych nędznych dup. - Warknął. Jego złote ślepia żarzyły się w ciemności. Piana kapała z pyska. Skąd ta nagła zmiana? Chyba już sama za tym wszystkim nie nadążam.
Usłyszałam głos Aspeney
"WYPROWADZAMY ICH NA ZEWNĄTRZ!'"
Tak! Zaraz skopią im tyłki, zaraz ktoś mnie uratuje...
zaraz...
Mruknęłam coś pod nosem, czując jak krew cieknie mi do pyszczka.
Nagle pokój oświetliła mała, żółta żarówka, wisząca łyso na suficie.
Do pomieszczenia weszła wysoka kobieta, tupiąc żelazną nogą.
Warknęłam, widząc tę postać. Spojrzała na mnie z wyższością. Pochwaliła psa, uśmiechając się sztucznie i mrucząc "co my tu mamy" wyjęła zza pazuchy z plakietką, na której krzyczało wręcz czerwonym pismem "ZOLDA" strzykawkę. Kiedy nacisnęła na spust owej, biała ciecz trysnęła w górę.
Za szybą zamajaczył cień.
Igła wbiła się w jedną z moich łap, nie byłam w pełni świadoma, wszystko działo się za mgłą, za pewne z powodu bólu, który był w stanie idealnie stłumić wszystkie bodźce.
Czego odemnie chcą...
Kiedy wstrzyknięta ciecz dostała się do krwi, wszystko stało się jeszcze bardziej rozmazane...
Między światami...
Czyli zaraz spotkam...
Jah. Siedziała ciągle w jednym z kątów pomieszczenia i patrzyła na mnie. Kobieta mówiła coś do psa.
Skubb uśmiechnął się nienaturalnie szeroko i podszedł do mnie chodem dziwnie nierównym, niepłynnym.
- Powiedz im... Powiedz, że Aldieb jest w obozie trzy... - wyszeptałam. Ta nie odzywając się kiwnęła głową
i odeszła, zostawiając za sobą ciemną poświatę.
Poczułam, że zimne dłonie kobiety podnoszą mnie za kark i wynoszą z pomieszczenia.
Ale wszystko było coraz ciszej...
Wszystko coraz ciszej...
***
Jah widziała ją. Ale ona nie widziała Jah. Jah wiedziała, że i Glola wyląduje w obozie numer trzy, jednak
nie potrafiła tego nikomu przekazać. Ona między światami. Niewidoczna dla śmiertelników, ani umarłych.
Killer, Killer. Szeptała jej niemal do ucha, chociaż pozostawała nieusłyszana.
Lady, zobacz mnie. Lady, usłysz. Prosiła niemal, by móc przekazać wiadomość.
Wilczyco, nie idź tam. Nie idź tam, gdzie złapią i Ty również przeznaczona będziesz na śmierć.
Killer, to nie ja śnię, a Ty. Lady, obudź się, zobacz mnie. Proszę...
Czarne ślepie mierzyło nerwowo wzrokiem wilczycę, błękitne emanowało jasną poświatą.
___
Jak w jednym opowiadaniu skomplikować wszystko? o_o''
Hum. Miało być krótkie? |D
No dobra, wytrwajcie. Jako,  że Szera mówiła coś o 18, teraz proponowałabym dać część Jennie, bo jak już wspominała ma pomysł. Zdąży przed Szercem. o3o
Jah (17:59)

9 czerwca 2010

AlleluJah... tylko gdzie ona...? [Glola]

Muzyka:
http://www.youtube.com/watch?v=Ih61MJ72v1Y

[Głównie sprawy stadne, by dobrze zrozumieć to opowiadanie, trzeba znać, lub wiedzieć cokolwiek o trzech postaciach - Gloli, Jah i Alleluja, oraz ich historii.]

Ton masywnego dzwonu słychać było z daleka. I choć w najbliższej okolicy nie było owego, wszyscy mieli wrażenie świadomości, skąd pochodzi dźwięk. Leniwy, jakby z każdym uderzeniem wyrażający coraz więcej niechęci do świata.
***
Nie… Jeszcze nie… Proszę, daj mi jeszcze czas odpoczynku…

Leżała na boku, okalana ciemnością nocy. Szklane ślepia wciąż otwarte,wypatrujące jakby czegoś. Jednak nieruchome, wbite w jeden punkt.Zastygła jakby w akcie rozpaczy, leżąc na swej ukochanej ziemi. Nie oddychała. Czy świadoma? W pół świecie. Coś, niepozwalającego oderwać się mimo wszystko. Świadoma jedynie próżni. Nagle z jednej z jej łap wysunęły się białe pazury. Wciąż pozostała bez ruchu.
Źrenice w jednej chwili rozszerzyły się, reagując na ciemność. Zacisnęła kły,jednocześnie orając szponami trawę. Poczuła zimną ziemię między opuszkami. Zamknęła ślepia. Podniosła ociężałe ciało. Wiatr muskał jej pozlepiane futro, nie wiedzieć czemu sprawiając tym samym ból.
***
Kroczyła pewnie przed siebie, kulejąc, znacząc drogę strugami rdzawej cieczy,która ciekła z futra na jej podbrzuszu, piersi i ogonie.Zastanawiałam się, czy faktycznie kiedykolwiek była rudo-białą.Wyglądała jak przemieszczające się nieszczęście, w barwach czarno,brązowo, czerwonych. Jej wzrok był zupełnie bez wyrazu. Spokojny, jakby nieobecny. Oddychała przez otwarty pysk, z którego ciekła posoka. W miejscu, w którym postawiła łapę, młoda trawa umierała, opadała na ziemię, brązowiejąc. Ja siedziałam i parzyłam na nią.
***
- Nie pozwól im, proszę… – Wyszeptała. – Mam już dosyć… zgódź się na mnie… – Gdy przemawiała, z jej gardła wydobywał się również cichy charkot. Ja byłam wciąż spokojna. Jak mam się nie zgodzić? To jedyny sposób. Chociaż jej stan, w połączeniu z moim ciałem, nie może dać dobrego wyniku… Spojrzałam w Jej czarne, zmęczone ślepia. Widać było,że oddycha z trudem. Widać było, że utrzymuje się przy resztkach sił.Odejście w światłość… świetny sposób na delikatne opowiedzenie o swojej śmierci. Szkoda, że prawda jest odmienna. Nie ma światłości.Jedynie cierpienie.
***
Dziecię śmierci…

Syknęłam z bólu, cofając się o kilka kroków.
Syknęła z bólu, cofając się o kilka kroków.
- Żałuję… nie… przestań… – Krzyknęłam, chcąc odrzucić od siebie tę piekącą moc.
Starała się zatrzymać mój głos. Przejąć kontrolę. Ogień jej żywiołem.
Wciąż idąc do tyłu na oślep. Rzucało mną na boki. Poczułam, jak jedno z ślepi przestaje się mnie słuchać.
Starała się utrzymać równowagę. Widziała już.
Była moją przyjaciółką. Była mną. Jednak nie w ten sposób…
Byłam jej przyjaciółką. Byłam nią. Ona tego chciała.
***
Oblizała długi pysk. Przeszedł ją nerwowy dreszcz. Wciąż czułam jednostkę siebie. Nie kontrolując swych łap, wysunęła ostre szpony i zaorała nimi ziemię. Jej pysk wykrzywił nerwowy grymas, jednak tylko na ułamek sekundy. Oddech wyrównał się.
Jedno z ślepi pozostało moje, błękitne. Drugie zaś, stało się brązowe. Wstała i zrobiła kilka kroków przed siebie. Kolejnym nerwowym tikiem, wytrzepała się z wody, choć była zupełnie sucha.
Nie, to nie miało być tak… ja sobą, Ty sobą.
Ja psem, Ty lisicą.
Ja Allelujah, Ty Glola.
Teraz…
Teraz jesteśmy potworem…
***

…wstała, wciąż łapczywie oddychając, chcąc wciągnąć do klatki piersiowej jak najwięcej powietrza. Oniemiała zaśmiała się nerwowo. Spojrzała na swoje łapy. Czarne. Wysunęła małe, jasne pazurki. Żadnych tików.Żadnych problemów. Sobą…
***

Tylko gdzie Ona?
Gdzie ta, dzięki której mogłam wrócić?
Gdzie druga połowa Jah…?

Na trawie. Okalana ciemnością. O szklanym wzroku, wypatrującym jakby czegoś. Nieruchome. Pozostaje tylko jedno pytanie… Czy świadoma…?