Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konkursowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konkursowe. Pokaż wszystkie posty

10 maja 2013

Czy to aby sen? [Baru Saya]

Czy to aby sen? - Konkurs

Dosyć wcześnie wyszedłem dziś z jaskini, nie mogłem spać, czułem jakiś taki wewnętrzny niepokój. Jak zwykle, w kwestii uczuć byłem słabo obeznany, a raczej praktycznie wcale, więc myśli zajęło mi tworzenie nazw dla mojego obecnego stanu. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia jak dużo czasu minęło, ale z zamyślenia wyrwał mnie przebiegający z ogromną prędkością osobnik, którego zapachu nie mogłem ani poznać, ani wyłapać. Zupełnie jakby się go pozbył. Jednak nie to mnie najbardziej zdziwiło, byłem w szoku, że nie usłyszałem tak rozpędzonej istoty. Do głowy wpadł mi tylko jeden pomysł - że to intruz. Prawdopodobnie z jakimiś maskującymi zdolnościami, więc aby nie zgubić tropu, ruszyłem pędem za nim. Ogarnął mnie lekki niepokój, kiedy ten po prostu zniknął mi z oczu. Nagle usłyszałem znajomy głos, zastrzygłem uchem i ruszyłem szybko w jego stronę, chciałem ostrzec panterę w razie czego. Kiedy ją zobaczyłem, rozmawiała z kimś, tylko że nikogo tam nie było. Odwróciła łeb w moją stronę.
- Rany, Baru, chyba jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam z naszego spotkania – powiedziała Raksha, wypuszczając ze świstem powietrze i uśmiechając się lekko do mnie. 
- W takim razie miło mi  – odpowiedziałem z uśmiechem, zaciekawiony rozejrzałem się i spojrzałem za rozmówczynię. – Możesz mi powiedzieć, z kim rozmawiałaś? – zapytałem, przenosząc na kocicę niepewny wzrok. Zmarszczyła zabawnie pysk, spoglądając na mnie podejrzliwe. 
- Z Kay, przecież siedzi… - Odwróciła się, wskazując puste miejsce - … tam – dokończyła, patrząc z niedowierzaniem na polanę. 
- Może miałaś na myśli siedziała? – zapytałem dla pewności, pokręciła pyskiem.
- Nie, przecież nie mogła zniknąć w kilka sekund i to nie zostawiając nawet wgięcia na trawie – mruknęła. Polana pozostała całkowicie nienaruszona, nie licząc lekkich śladów po łapach pantery.
- Jesteś pewna, że ją widziałaś? – wiem, że mogła odebrać to pytanie źle, ale chyba dobrze zrozumiała moje intencje, chciałem pomóc i zupełnie zapomniałem w jakim celu do niej przyszedłem.
- Tak – odparła poważnie, spoglądając na mnie. W jej wzroku wyczułem niepewność, chyba nie wiedziała czy biorę ją serio. – Spotkaj się potem ze mną w jaskini – poprosiła, patrząc na mnie błagalnie.
- Pewnie, skoro nalegasz. – posłałem panterze ciepły uśmiech.
Skinęła pyskiem w podzięce i już widziałem, że chce odchodzić, ale odwróciła się nagle.
- Baru. – usłyszałem i spojrzałem na nią. – Uważaj na siebie, mam wrażenie, że dzieje się tu coś dziwnego – dodała, skinąłem łbem, racja działo się coś dziwnego, nie zdążyłem jednak potwierdzić jej słów, gdyż ruszyła przed siebie. Westchnąłem lekko, teraz zacząłem się głowić co miało znaczyć jej ,,potem,, ale ten problem szybko został zastąpiony innym. Zza krzaków wyłonił się wilk, większy niż przeciętny, ale nie tak duży jak ja. 
- Baru, Baru, Baru Saya - powiedział to tak płynnie, w jego ,,ustach,, nie brzmiało to nawet jak imię. Stałem wryty jak kołek, wcale nie dlatego, że znał moje imię. To mój pasożyt... To on śnił mi się co noc, to jego wspomnienia siedziały w mojej głowie i to on przebiegł mi dzisiaj drogę.
- Jak? - nadal w szoku patrzyłem na niego, wyglądał jak żywy. Zaśmiał się, dobrze znałem ten śmiech, zawsze rozbrzmiewał w mojej głowie gdy traciłem cierpliwość, zawsze był powodem wybuchu mojej agresji. 
- Baru Saya... A może Hilarem? - przekręcał łeb na boki, zupełnie tak samo jak w humanoidalnej postaci, jedno oko miał zakryte grzywką, drugie, błękitne, wpatrzone we mnie.
- Chyba ja powinienem o to zapytać - znowu to uczucie, ta narastająca złość.
- O tak bracie, chodź do mnie, zbliż się do mnie, poczuj to, spraw to. - jego słowa, głos... Jak one irytowały, zacisnąłem zęby, nie dam mu się, przecież tego właśnie chce, chce mojej złości.
- Zamknij się. Niczego nie sprawie, nic dla ciebie nie zrobię, a tym bardziej się nie zbliżę i nie mów do mnie bracie - nie warczałem, nie szczerzyłem kłów, mówiłem spokojnie.
- Mówisz? - znów ten śmiech - W takim razie mam dla ciebie niespodziankę - na jego pysku namalował się taki uśmiech, że aż ciarki mnie przeszły - Skarbie, możesz? - zawołał, jednak nadal patrzył na mnie. Zza krzaków wyłoniła się śnieżnobiała wilczyca i spojrzała na mnie z politowaniem.
- Dalia? - ruszyłem w jej stronę, ale drogę zastawił mi On. - Dalia słyszysz mnie?! - spojrzałem za niego, wilczyca miała nieprzytomny wzrok.
- Słyszy - odpowiedział za nią i uśmiechnął się szyderczo. Warknąłem.
- Stada w to nie angażuj! To sprawa między nami!
- Stado, ah no tak... Kwiatuszki wy moje... - wilk zarzucił grzywkę bardziej na bok, odsłaniając drugie oko. Zostałem jakby sparaliżowany, oko było żółte, nie miało źrenicy, tylko białko i żółta tęczówka.
- Co jest?! - rozejrzałem się, ale nie mogłem ruszyć z miejsca. Z prawej strony wyłoniła się Raksha.
- Wiej! Raksha spadaj stąd, powiadom wszystkich! Serio coś się dzieje! - krzyknąłem w jej stronę, pantera obróciła się.
- Baru? - zaniepokojona spojrzała na mnie - Co tu się dzieje?!
- Baru? - usłyszałem kolejny głos, tym razem po lewej, odwróciłem łeb w jego stronę.
- Kay? - teraz już nic nie rozumiałem.
- Hej Baru - posłała mi smutny uśmiech - chciałam z tobą porozmawiać, ale widzę, że już masz swoje rozmówczynie.
- Co? Hej... Kay.. czekaj! Halo! Co wy? Serio go nie widzicie?! 
Śmiech...
Znowu śmiech...
Cały czas ten śmiech.
Aż można bólu głowy dostać.
- Ale kogo Baru? 
- Baru wszystko dobrze?
- Głupie z nas robisz czy jak?
Baru... Baru... Baru...
- Baru Saya - usłyszałem jego głos i wybuchłem, nagle mogłem się już ruszać, rzuciłem się prosto na niego szczerząc kły, przydusiłem do ziemi, już miałem wykonać zamach kiedy...
poczułem zapach...
- Odbiło Ci?! Chcesz mnie zabić?! - usłyszałem znajomy głos. Otworzyłem oczy i potrząsłem łbem, przygniatałem do ziemi Asmo. Z początku zesztywniałem. - Idę sobie spokojnie, idę a tu proszę, narwaniec normalnie! - cały Asmo, nie miał zamiaru skrywać emocji. Zszedłem z niego i rozejrzałem się dookoła, nikogo oprócz nas nie było. Zgłupiałem.
- Przepraszam - powiedziałem szybko nadal się rozglądając.
- To wszystko co masz do powiedzenia? - Kiwnąłem łbem i ruszyłem przed siebie.
- Spotkajmy się potem pod jaskinią! - krzyknąłem.
- Coś proponujesz?
- Asmo... - zatrzymałem się i odwróciłem do niego - Uważaj na siebie, dzieje się tu coś dziwnego - rzuciłem i ruszyłem dalej, chciałem konieczne znaleźć Rakshe i dziewczyny, zobaczyć czy nic im nie jest. 
Znalazłem wszystkie trzy, całe i zdrowe. Nie wiedząc co się dzieje ruszyłem w stronę jaskini.
__________
Sory jak komuś się nie spodobały ich wypowiedzi.

7 maja 2013

"Crazy is my life" [Raksha Morte]

"Crazy is my life" ( na konkurs )

  Dzień był nadzwyczaj spokojny. Słońce pierwszy raz od kilku dniu postanowiło wychynąć zza zasłony chmur i obdarzyć wszystkich ciepłymi promykami. Wiatr niemal nie dawał znaku swej obecności, z rzadka poruszając zbłąkanym liściem czy płatkiem kwitnących drzew. Gdzieś w głębi lasu wolniutko płynął strumyk, nucąc własną melodię. Raksha kroczyła jedną z nieznanych ścieżek, jak to na kota przystało. Coś jej nie dawało spokoju. Dziwne uczucie, niepokój wymieszany z rozdrażnieniem. Lęk, który ściskał jej serce, chociaż nie widziała nie ani nie czuła niczego, co mogłoby być tego powodem. Przystanęła na chwilę, porażona niezwykłą myślą. Rozejrzała się, wciągnęła słodkie powietrze do płuc i postawiła uszy, nasłuchując. Nic, kompletna pustka. Oprócz lekkiego szumu strumyka, żaden inny dźwięk nie wybijał się ponad ciszę. Ptaki nie śpiewały, wiatr nie wygrywał swej ukochanej melodii, a leśne zwierzęta jakby nagle znikły, nie pozostawiając za sobą śladu. Las wydawał się mroczniejszy niż nocą, chociaż czuła ciepłe promienie na swoim grzbiecie, a lekki szum ciągle był słyszalny w tle. Tylko czy rzeczywiście był to strumyk?
   „Nie stój jak ten kołek”
  Irytujący głosik w jej umyśle postanowił jednak wyrwać kocice ze stanu bezgranicznego zamyślenia, kiedy próbowała rozstrzygnąć przyczynę nagłego opustoszenia lasu. Pokręciła łbem, strzeliła ogonem kilkakrotnie po bokach, po czym wznowiła spacer w sobie tylko znanym kierunku. Dziwaczne uczucie niepokoju towarzyszyło jej niemal przy każdym kroku, gdy nieświadomie zaczęła kierować się w stronę jaskini. Musiała zwalczyć wielką chęć na wyrwanie się do lotu, żeby uciec spośród drzew, które zawsze tak lubiła. Im dalej zagłębiała się w las, tym cichszy jej się wydawał, a jednak szum pozostał dokładnie taki sam. Miała wrażenie, że chociaż dopiero co wszystko zakwitło, to właśnie teraz umarło, a matka natura jakby wcale się tym nie przejęła.
  „Trochę jak zatrzymanie w czasie” zakpił nieznany głos.
    Po raz kolejny przystanęła, doznając nagłego olśnienia. Czyżby właśnie tego doświadczyła? Tylko dlaczego nigdzie nie widziała nieruchomych zwierząt, a liście mimo braku wiatru poruszały się na gałązkach?
  Nic dziwnego więc, że kiedy usłyszała nagły szelest po swojej lewej stronie, podskoczyła i ustawiła się w pozycji bojowej, szczerząc kły. Bezwiednie rozłożyła skrzydła, jeszcze dodając rozmiarów swojej umięśnionej sylwetce, a cichy warkot wyrwał się z jej gardła.
  - Wyluzuj Rokokosz – usłyszała rozbawiony głos dobrze jej znanego wilka.
  Gdyby mogła, pewnie zmarszczyłaby brwi. Podniosła się powoli, kiedy Asmo wyłonił się zza krzewu.
  - Jakim cudem cię nie usłyszałam? – mruknęła, mierząc go uważnie spojrzeniem, wyglądał dokładnie tak samo jak zawsze, a jednak coś wzbudziło w niej czujność. Czyżby chodziło o nagły wzrost głośności tego dziwnego szumu a może fakt, że nie wyczuła ciepłoty jego ciała?
  - Widocznie słuch już nie ten – odpowiedział wesoło, przechodząc na drugą stronę ścieżki i znów zagłębiając się w krzewach.
  - Czekaj – zawołała za nim, ale kiedy weszła pomiędzy gałęzie, wilka nigdzie nie było. Zupełnie, jakby rozpłynął się w powietrzu. Nieznośny szum wrócił do poziomu normy i znów tylko nieznacznie irytował, ciągle obecny gdzieś z tyłu podświadomości, na granicy zmysłów.
  Warknęła z irytacji, próbując nie podpalić najbliższego drzewa. Miała dziwne wrażenie, jakby ktoś zamknął ją w szklanej kulce i śmiał się do rozpuku z jej rozdrażnienia, bo nie miała pojęcia, że właśnie wpadła w niezłe tarapaty. Zabawne, doprawdy.
  „Lepiej poszukaj innych” zaproponował głosik, stając się nagle niebywale uprzejmy.
  Warknęła pod nosem coś całkowicie niezrozumiałego, po czym skierowała się prosto do jaskini, przyspieszając nieco kroku. Ciągle nie mogła pojąć, jakim cudem nie wyczuła ciepła od wilka, przecież każde żywe zwierzę mogła rozpoznać po temperaturze ciała, w dodatku sposób w jaki zniknął też wydawał jej się podejrzany, bo kto potrafi nagle rozpłynąć się w powietrzu? Pewnie rozmyślałaby o tym o wiele dłużej, gdyby nie szum, który nagle znów postanowił zagrać jej na nerwach. Stał się o wiele głośniejszy, a do tego doszło jeszcze nieprzyjemne dudnienie, przyprawiające o tępy ból w czaszce. Zwolniła kroku, próbując przeskanować otoczenie wzrokiem, ale niczego szczególnego nie dostrzegła. Las pogrążony w martwej ciszy, z lekka poruszające się liście, obrazek dokładnie ten sam co wcześniej. Dopiero, gdy stanęła na skraju niewielkiej polanki, a szum jeszcze wzmógł się, zaczęła coś podejrzewać.
  - Kay, jak dobrze cię… - zatrzymała się w pół słowa, gdy poczuła, a właściwie nie wyczuła żadnego ciepła, które ciało wilczycy powinno posiadać.
  Samica spojrzała na nią, przekrzywiając zabawnie pysk. Siedziała nad niewielką kałużą, w której jeszcze przed chwilę się przeglądała.
  - Cześć Raksh, dawno się nie widziałyśmy – powitała ją wesoło, jakby zupełnie nie dostrzegając konsternacji na pysku kocicy.
  - Też to słyszysz? – zapytała, prawie nie mogąc się skupić przez nieznośne dudnienie w czaszce, które skutecznie zakłócało wszelkie próby znalezienia rozwiązania dla tych przedziwnych zdarzeń.
  Wilczyca spojrzała na nią, jakby nie rozumiejąc.
  - Chodzi ci o ptaki? Rzeczywiście, ładnie śpiewają – stwierdziła, patrząc gdzieś w dal i uśmiechając się lekko, jakby do siebie.
  Teraz Raksha była pewna, że na jej pysku zagościł niezbyt piękny wyraz zdumienia pomieszanego z niedowierzaniem. Przecież ptaków w ogóle nie było widać, a tym bardziej słychać, chyba że nieprzyjemny ból nie pozwalał jej na usłyszenie śpiewu. Nie, to raczej nie możliwe z jej zmysłami. Tylko, w takim razie, dlaczego ponownie nie wyczuła charakterystycznego dla zwierząt ciepła?
  - Kay, chodzi mi o taki dziwny szum, jakby strumienia, ale trochę inny – wyjaśniła spokojnie, posyłając samicy nieco podejrzliwe, ostrożne spojrzenie.
  Tym razem to ona się zdziwiła, spoglądając na kotowatą z zaskoczeniem wymalowanym w ślepiach.
  - Nie. Dobrze się czujesz? – zapytała, jakby zaniepokojona stanem pantery.
 - Tak, tak, nie przejmuj się – odpowiedziała szybko, próbując wychwycić coś dziwnego w zachowaniu rozmówczyni.
  - To dobrze – mruknęła wilczyca, znów uśmiechając się błogo i tak jakby, nieobecnie? Ponownie zwróciła wzrok na kałużę i nie odezwała się już.
  Wmurowana w ziemię pantera przez dłuższą chwilę nie potrafiła się ruszyć, gapiąc się bezmyślnie w grzbiet samicy. Teraz już prawie nic nie rozumiała z tego, czego właśnie doświadczyła, czyżby był to wyjątkowo niezabawny żart ze strony członków stada? Jakoś nie mogła w to uwierzyć, tak pokręconego poczucia humoru to chyba nikt nie miał. A może był to tylko dziwny sen,  z tych które ostatnio często miewała? Tylko że ten był zupełnie inny i jakoś nie przypominał snu.
  Pokręciła pyskiem, odwracając się powoli, ale nie zaszła nawet kilku kroków, kiedy wreszcie poczuła znajome ciepło. Podniosła wzrok, a jej oczom ukazał się czarny basior. Przyglądał jej się uważnie. Przez chwilę nie wiedziała czy ma tylko zwidy, ale wyczuwalne ciepło dało jej jasno do zrozumienia, że wilk jest jak najbardziej prawdziwy, a kamień spadł z jej dręczonego niepokojem serca. Szum wyciszył się niemal całkowicie, a ulga stała się niemal natychmiastowa.
  - Rany, Baru, chyba jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam z naszego spotkania – powiedziała szczerze, wypuszczając ze świstem powietrze i uśmiechając się lekko do samca.
  - W takim razie miło mi  – odpowiedział, również unosząc kąciki pyska, ale zaraz potem jakby się zamyślił, spoglądając gdzieś w dal za jej grzbietem. – Możesz mi powiedzieć, z kim rozmawiałaś? – zapytał, przenosząc na kocicę niepewny wzrok.
  Zmarszczyła zabawnie pysk, spoglądając na niego podejrzliwe.
  - Z Kay, przecież siedzi… - Odwróciła się, chcąc wskazać mu miejsce, w którym powinna znajdować się wilczyca, ale jej już tam nie było. Zniknęła, zupełnie jakby się rozpłynęła. - … tam – dokończyła, patrząc z niedowierzaniem na polanę.
  - Może miałaś na myśli siedziała? – podsunął wilk.
  Pokręciła pyskiem.
  - Nie, przecież nie mogła zniknąć w kilka sekund i to nie zostawiając nawet wgięcia na trawie – mruknęła. Polana pozostała całkowicie nienaruszona, nie licząc lekkich śladów po łapach pantery. Wcześniej nie zwróciła uwagi na to, że na trawie nie było żadnych tropów, a przecież powinna była to zauważyć.
  - Jesteś pewna, że ją widziałaś? – Baru zwrócił się do niej, wcale nie mając na myśli niczego złego, ale chcąc pomóc kocicy w rozwiązaniu zagadki, z którą próbowała się uporać.
  - Tak – odparła poważnie, spoglądając na wilka. Nie wiedziała czy jej uwierzył, ale teraz miała coś ważniejszego do roboty. – Spotkaj się potem ze mną w jaskini – poprosiła, patrząc na niego błagalnie.
  - Pewnie, skoro nalegasz. – Uśmiechnął się lekko.
  Skinęła pyskiem w podzięce i już mieli się rozejść, kiedy nagle coś ją tknęło, by się odwrócić.
  - Baru. – Spojrzał na nią. – Uważaj na siebie, mam wrażenie, że dzieje się tu coś dziwnego – dodała, a kiedy skinął na znak, że zrozumiał, mogła wreszcie odejść w stronę wcześniej obranego celu.
  Teraz już nie kłopotała się spacerkiem, a przyspieszyła i gnała przez cichy las, nie przejmując się, że pewnie słychać ją na kilka metrów. Wspomagała się skrzydłami, jak tylko mogła, by jeszcze przyspieszyć i poruszać się możliwie jak najciszej. Szum ponownie dał o sobie znać, kiedy tylko oddaliła się od wilka. Stawał się coraz bardziej uciążliwy w miarę, gdy zbliżała się do obranego celu, a kiedy wreszcie wybiegła na polanę i zobaczyła wejście do jaskini, nieznośny ból pulsował już nie tylko w czaszce, a w całym ciele kocicy.
  „To ci się nie spodoba” mruknął głosik w jej głowie, brzmiąc zupełnie, jakby nagle obawiał się jej reakcji.
  Przez chwilę nie wiedziała, skąd taka myśl, jednak kiedy tylko podniosła wzrok, jej oczom ukazała się bardzo znajoma sylwetka. Czarna pantera zbliżała się do niej powoli, uśmiechając się drapieżnie, a w jej fiołkowych oczach widniało szaleństwo. Raksha patrzyła na siebie, ale ta wersja jej samej była tą najgorszą, jaką mogła spotkać. Morderca.
  - Czego chcesz? – warknęła, napinając wszystkie mięśnie. Czuła się całkowicie wypompowana, jakby ból wyssał z niej wszystkie siły, ale nie miała zamiaru okazać słabości.
  - Jak to czego? Ciebie, rzecz jasna – odmruknęła tamta, zniżając się na łapach i patrząc na kocicę z lubieżnym uśmieszkiem. Szykowała się do ataku, a cała sytuacja wydawała się ją bawić.
  Raksha zauważyła, że jej odbicie także nie posiadało tej charakterystycznej ciepłoty. Czyżby właśnie rozwiązała zagadkę, nad którą tak się głowiła cały dzień? Ugięła łapy, rozkładając skrzydła, których tamta nie posiadała, i odsłaniając kły.
  - Będziesz musiała obejść się smakiem – warknęła i rzuciła się na… samą siebie? Zdążyła jeszcze zobaczyć pobłażliwy uśmieszek na pysku kotki, a zaraz potem jej pazury rozpruły miękkie ciało, które zdołało jej się wyrwać.
  Wściekły charkot wyrwał się z jej gardła, ale kiedy obróciła się do napastniczki, napotkała pustkę. Stanęła w miejscu, nagle nieruchomiejąc i ponownie odczuwając szok, który tego dnia był już stałym gościem jej umysłu. Szum zmalał, a ból w ciele i czaszce zredukował się do nieprzyjemnego pulsowania. Na polanie znów panowała niczym niezmącona cisza, a las wydawał się tak samo martwy, jak wcześniej. Wszystko było takie same jak jeszcze chwilę temu.
  Spojrzała na swoją łapę, ale nie dostrzegła nawet śladu krwi, która przecież powinna się tam znajdować, jeśli udało jej się zranić tamtą. Tylko, czy aby rzeczywiście jej się udało?
  - No to są chyba jakieś żarty – stwierdziła sama do siebie, rozglądając się po polanie, ale nie dostrzegła już nikogo. Cisza, jaka wtedy zaległa wokół niej, wcale nie była przyjemna.
  Ptaki nie śpiewały, a wiatr nie wygrywał swej melodii.

[Jednak udało mi się dzisiaj naskrobać notkę ;P Nic specjalnego, ale mam nadzieję, że pomysł w miarę dobry i da się go ciekawie pociągnąć. Jeśli ktoś poczuł się urażony, że postać została wykorzystana w notce, przepraszam, mogę poprawić. ]

17 listopada 2012

"I tried so hard..." - Opowiadanie konkursowe [Raksha Morte]

"I tried so hard..."

 Mrok powoli brał w posiadanie świat, przykrywając wszystko smutną szarością wieczora. Ciemność dotąd kryjąca się tylko pod koronami drzew, teraz zaczęła wypełzać ze swego ukrycia i rozprzestrzeniać się, jakby chciała okryć sobą wszystko. W cieniu gęstych zarośli jarzyły się zielonkawe punkty, wpatrujące się w niewinne zwierzę, chcące tylko zaczerpnąć trochę wody z źródła. Gałęzie zdawały się pochylać nad niemal niewidoczną postacią ukrytą w mroku, by jeszcze lepiej ją zakryć. Postać ta czarna jak sama ciemność, postąpiła krok do przodu, by zaraz z cichym warknięciem wyskoczyć z zarośli. Korzystając z wyćwiczonych mięśni, dwoma długimi susami dopadła ofiary, która do końca nie zdawała sobie sprawy z tego, kto odebrał jej życie. Z większą niż zazwyczaj wściekłością jaguar wgryzł się w szyję zwierzęcia i warcząc szarpał się z umierającą łanią, nawet tuż po tym jak życie z niej uszło, nie zaprzestał rozszarpywania biednego stworzenia. Tu nie chodziło o upolowanie smacznego kąska, a tylko o wyładowanie wściekłości i żalu, które ostatnimi czasy narosły w panterze.
 W końcu okrutne szczęki puściły ofiarę, a ogromny czarny kot zdawał się zapaść w jakiś dziwny amok. Stał nad zmasakrowanym ciałem, nie ruszając się, a tylko tępo patrząc na konar potężnego drzewa. Gdyby ktoś teraz widział tego oto jaguara, mógłby zaobserwować jak jego umysł ucieka we wspomnienia, które za wszelką cenę chciał odegnać.

 Małe kociątko z dziwnymi, jakby nietoperzowymi skrzydłami, upolowało właśnie swoją pierwszą zdobycz i z radości machało malutkimi skrzydełkami, które były jeszcze za słabe by je unieść. Dwa większe, czarne koty stały nieopodal, przyglądając się swojemu dziecku. 
 - Jest taka malutka, a już posiada co najmniej połowę z naszych umiejętności - mruknęła pantera, spoglądając na swoje maleństwo z rozczuleniem, ale także pewną obawą.
 - I ma skrzydła - dodał jakby w zamyśleniu jaguar, nie za bardzo był z tego zadowolony. - Wiesz, że to nie pozostanie długo w tajemnicy. - Spojrzał na swoją partnerkę z powagą.
Matka kociątka odwzajemniła spojrzenie, była niemal pewna, iż już ktoś doniósł innym o małej, ale nie chciała mówić tego na głos, jakby miała tym potwierdzić swoje przypuszczenia. Westchnęła i odwróciła pysk, by zobaczyć jak kocie o fiołkowych oczach wpatruje się w nich z ciekawością. Pantera uśmiechnęła się do małej i schyliła się, by liznąć kotkę po pyszczku.
 - Dobra robota, Raki - powiedziała z aprobatą, a skrzydlate kociątko miauknęło z zadowoleniem. 
Tę sielankę przerwało gniewne warknięcie, dobywające się z krzewów znajdujących się zaraz za szczęśliwą rodzinką. Pantery obróciły się szybko w tamtą stronę, czujne i pełne obaw co do tego, co ujrzą. Niestety ich przypuszczenia były słuszne. Już po chwili z zarośli wyszły trzy potężne jaguary, a za nimi jeden mniejszy, jakby jeszcze kocie, które nie dorosło do pełnych rozmiarów. Ich złota sierść mieniła się w blasku słońca przebijającego się przez liście. Skrzydlata kotka wychyliła łebek zza swych rodziców by lepiej przyjrzeć się przybyszom i z zaciekawieniem obserwowała niedorosłego osobnika. Jednak ten starał się nie patrzeć na niezwykłą czarną panterę. Za to inny, zdaje się że przywódca przybyłych, z zainteresowaniem przyglądał się jej.
 - No proszę, ktoś nas nie powiadomił o nowym członku stada i to takim... innym - odezwał się chłodno, a na jego pysku pojawił się złośliwy uśmiech. Spojrzał na dwa większe koty i jego uśmiech się powiększył.
 - Koniec uciekania Morte, wiedziałeś że przed nami się nie ukryjesz.
Ojciec kociaka, spojrzał na swą córkę wzrokiem mówiącym - "uciekaj", ale ona zdawała się nie rozumieć o co chodzi. Było już za późno.
 - Brać ich, dziecko jest moje - cicho wydał rozkaz jaguar, który odezwał się poprzednio i dwa pozostałe ruszyły na rodziców Raki. A ona tylko mogła się przyglądać jak jej rodzice walczą, próbując nie tyle ocalić siebie, a spróbować dać jej jakoś do zrozumienia, że musi uciekać. 
Złoty kot powoli zbliżał się do skrzydlatej z niemal fanatyzmem wymalowanym w złotych ślepiach. Jednak, słysząc żałosne miauknięcie ze strony jednego z przybyłych z nim jaguarów, odwrócił pysk w stronę walki. Morte pokonał swego przeciwnika i rzucił się w stronę złotego z wściekłością, zatrzymany jednak przez trzeciego kota. Warknął, widząc jak jego ukochana ginie, a rany które zadawał przeciwnikowi zrastają się w jakiś niezwykły sposób. W tej chwili zdał sobie sprawę z tego, że mu się nie uda, bez partnerki był bez szans. 
 - Uciekaj Raki, tak daleko jak potrafisz! - warknął do małej, która w końcu przerażona tym co zobaczyła, zaczęła pędzić przed siebie, byle jak najdalej od tamtego miejsca, byle jak najdalej od warknięć i odgłosów walki.
Po kilkunastu godzinach biegu, nawet przy wspomaganiu się skrzydłami, była tak wyczerpana, że potknąwszy się o korzeń. nie potrafiła się już podnieść. Czuła jak z głodu i zmęczenia zaczyna zapadać w sen i wiedziała, że umrze, bo nie miała już dla czego żyć. Rodziców już nie ma, a ona jest zbyt młoda, zbyt młoda by poradzić sobie z innymi, którzy ścigali jej rodzinę, umierała i już nic nie mogła z tym zrobić. Mrok przygarnął do siebie niewielkie kocię, jakby było jego własny dzieckiem, otulając je i pozwalając by zasnęło wiecznym snem.
 ***
 Ogromny, złoty jaguar przemierzał las, w poszukiwaniu jednego. Powarkiwał co chwila, wściekły że zamiast od razu gonić malca, musiał zająć się tym całym Morte, był lepszy niż się spodziewał. 
  Warknął ponownie, nieco tylko głośniej, przyśpieszając nieznacznie. Podążający za nim mniejszy kot podkulił ogon i położył uszy płasko na czaszce, wiedział że w pewnym sensie pan jest zły na niego. Już od kilku dobrych godzin podążali tropem małej pantery, dalej nie mogąc jej znaleźć. 
 W końcu wkroczyli na bardzo niewielką polanę, przy której brzegu leżało uskrzydlone kocie. Ciemność zdawała się otulać je kokonem, jakby opłakiwało stratę przyjaciela. Większy z przybyszy podszedł do nieruchomego ciałka i pochylił nad nim swój pysk, na którym można dostrzec było konsternację.
 - Lux*, spójrz na nią - mruknął do towarzysza, który wzdrygnął się na ton głosu przywódcy, ale posłusznie wykonał polecenie. 
Kiedy pochylił pysk nad kotką, poczuł jak życie z niej ucieka i to w zawrotnym tempie. Wypuścił powietrze zaskoczony. 
 - Umiera? - zapytał złotooki kot, chłód w jego słowach niemal sprawiał, że na skórze mniejszego pojawiały się dreszcze.
 - Tak.
 Wielki kot wyprostował się i uśmiechnął z zadowoleniem, przynajmniej nie musiał brudzić sobie pyska tym paskudnym wybrykiem natury. Odwrócił się, zostawiając za sobą niewielkie ciałko.
 - Możesz tu zostać, już cie nie potrzebujemy - dodał jeszcze na odchodnym do skulonej postaci i popędził w las, by powiadomić resztę towarzyszy.
 Niewielkie, niedorosłe jeszcze kocie, spoglądało teraz jak z ciałka innego szybko umyka całe życie. Po co mu to było? I tak wygnali go ze stada, nie miał gdzie się podziać, doprowadził do wybicia całej rodziny skrzydlatej kotki, a teraz patrzył na jej śmierć. Różne emocje przewijały się przez pysk jaguara, ale już po chwili można było zobaczyć na nim wyraz zdecydowania. Podjął decyzję.
 Położył się obok kociątka i skupiając się na całej naturze jaka go otaczała, przywołał do siebie resztkę magi, która mu została. Zielona energia zaczęła pulsować wokoło dwóch postaci, symbolizując wszystko co żywe. Jasne promyki poczęły przebijać się przez korony drzew. Wstawał nowy dzień, ale nie dla wszystkich. Złoto-zielona poświata błyszczała w świetle poranka, owijając się wokół dwóch postaci, jednej złotej i jednej czarnej, przebijając się przez kokon ciemności do nieruchomego ciałka. Młody jaguar, z którego owa energia wydawała się emanować, pochylił pysk nad skrzydlatym kotkiem i liznął panterę w policzek, by oddać jej to, co odebrał.

 Ostatnie promyki słońca zniknęły za horyzontem. Ciemność już zdążyła opanować większość świata, otulając sobą wszystko co zdołała i przytulając do siebie znieruchomiałe ciało, które bardziej niż zwykle wydawało się spięte. Postać wpatrywała się w pień ogromnej, płaczącej wierzby. Pantera potrząsnęła łbem próbując odgonić od siebie natrętne myśli, nie chciała tego rozpamiętywać. Jarzące się zielonkawo oczy jakby przygasły, a cała postać zdawała się skurczyć pod natłokiem skrywanych emocji. Raksza zacisnęła powieki i rozluźniła wszystkie mięśnie, skupiając się na otaczających ją zewsząd odgłosach i zapachach, mogła przestać myśleć. Choć na chwilkę. Otwierając oczy była już tą samą co przedtem spokojną panterą, niemal wyzbytą wszystkich uczuć. Spojrzała na zwieszające się nad nią gałęzie ogromnego drzewa. Wzięła głęboki wdech, czując przyjemny zapach. Spięła mięśnie i w kilku susach opuściła polanę, wspinając się na wierzbę i z jej gałęzi przeskakując na kolejne, pozostawiając za sobą myśli, które nawiedziły ją dzisiejszego wieczoru i znikając w ciemnościach lasu.

______________________________
*Z łaciny Lux - Światłość
Wpierw przepraszam za długą nieobecność, ale nie miałam ostatnio czasu, żeby wejść na komputer.
Wiem, że opowiadanie długie i pewnie ciągnie się jak flaki z olejem, ale chciałam umieścić tu historię Rakshy. Pewnie dodam też link do tego opowiadania w Karcie Postaci. 
Mam nadzieję, że nie ma zbyt dużo błędów, nie jestem jakąś wybitną pisarką. 
No to tyle, mam nadzieję, że się podobało.

12 listopada 2012

Opowiadanie na konkurs. [Error Buen]

11 listopada 2012


Opowiadanie na konkurs.

Marsz to nie było dobre słowo. Sunęła, ciągnąc za sobą łapy. Nie miała siły, by iść dalej, nie zawiniły jednak mięśnie, a umysł, umysł po którym od lewej do prawej ścigały się myśli, tupiąc niemiłosiernie, powodując harmider jakiego dawno nie było. W końcu rozejrzała się, czy wokół nie ma aby żadnego śmiałka chętnego podbiec i wykrzyknąć "O BOŻE LISIE POMÓC CI?". Niewątpliwie śmiałek miałby później uraz do małych, futrzastych stworzonek, a ją kosztowałoby to energię. Teren był czysty. Padła jak długa, uderzając pyskiem o wilgotną glebę. Zmysły rozkrzyczały się piskliwie, zupełnie jakby dopiero teraz dotarła do nich temperatura otoczenia. I miały rację. Było potwornie zimno.
Nie ważne, nic nie ważne. Z ziemi wokół niej nagle buchnął ogień. Czerwone języki łapczywie trawiły poszycie, miały chrapkę na futro lisicy, ale ich stwórczyni nie podzielała entuzjazmu. Otoczyły ją kręgiem i drżącymi na wietrze wstęgami pognały w górę.
Splotły się nad jej ciałem, kumulując siły, raz po raz rozbłyskając jasnym światłem. Niby skrzydlate bestie iskrzyły się i walczyły ze sobą, tańcząc niczym oszalałe, aż nagle się spłoszyły. Każdy z płomieni pognał inną stronę. Każda gałąź potężnego, płonącego drzewa unosiła się wysoko nad lisicą i uspokajała karkołomny bieg, gdy napotykała jej spojrzenie. A ruda, leżąc wciąż na ziemi, tak szara w porównaniu do jaskrawych kaskad iskier wystrzelanych w górę, starała się zrozumieć, dlaczego każdy z konarów wielkiego tworu biegnie w innym kierunku.
Dlaczego jej myśli nawet w tak mobilnej, bez ustanku pędzącej formie nie są w stanie stworzyć stabilnej, zrozumiałej całości, którą byłaby w stanie przyjąć. Była pniem tej ogromnej rośliny i nie potrafiła zapanować nad bez przerwy rozrastającymi się palcami płomieni.
Pokręciła z rezygnacją rudym pyskiem. Chciała coś zmienić. To krótkie zwolnienie wszystkich blokad, pozwolenie jestestwu tworzyć bez jej ingerencji nie zdało się na wiele. Tylko tyle, że pozostawi odbicie swojego ciała, zabawne, zamiast kredą pozostanie oznaczona popiołem, inni zamiast zastanawiać się kto zginął, będą dumać nad losem jęczącej z bólu trawy.
Przymknęła ślepia, by poczuć, że płomienie wbijają się głęboko w ziemię, iskrzące się duszyczki rosną w siłę, ziemia pulsowała od ich wrzącego tańca, stanowiąc podstawę ogromnego tworu. Pozostało jej to. Upewnić się, że ramiona nie tworzące całości nie runą tak łatwo. Stworzyć fundamenty, rozżarzyć podziemia korzeniami tworu.
Podniosła się ciężko i westchnęła krótko unosząc mordkę, wiodąc wzrokiem za wiecznie przecinającymi niebo płonącymi ptakami jej własnego umysłu.
Może kiedyś nastanie lepszy czas i konary pokryją liście, może nawet kwiaty?
Zaśmiała się krótko, ironicznie, sama do siebie. Nigdy nie wiedziała, dlaczego to robi. Może czuła się samotna. Może czuła, że wreszcie komunikuje się z kimś z jej kasty.

10 listopada 2012

Wspomnienia - opowiadanie konkursowe [Padma]

Wspomnienia

>
Na konkurs !

Cichy spacer, tego właśnie chcę. Chwytam ciepłą bluzę wiszącą na wieszaku i wychodzę z domu. Sama. W końcu nie otaczają mnie inne budynki, nareszcie nie prześladuje mnie wzrok innych ludzi, dookoła rozciąga się gęsty las, a przy płocie rośnie moje ulubione drzewo.

Uśmiecham się delikatnie w jego stronę i przybierając wilczą postać ruszam powoli przed siebie. Spoglądam w tył, zupełnie jakbym patrzyła w przeszłość, przypomina mi się stary dom i stare życie, uśmiech nie znika, ale nie jest już tak szeroki. Zatrzymuję się na chwilę zamyślona, po chwili rzucam się szalonym pędem w stronę mojego ,,tajnego przejścia,,. Chcę go jeszcze raz zobaczyć. Zobaczyć ten drewniany, zniszczony, pełen wspomnień dom. Jesienne liście plątają się pomiędzy moimi łapami, fruwają nad głową przypominając kolorowe motyle, przypominając dzieciństwo i stare przygody.

Pierwszy krok w rodzinnej krainie był dosyć puszysty i mokry, tutaj o tej porze leży już sporo śniegu. Uśmiechnęłam się delikatnie, a przed oczyma pojawiły się postacie elfich dzieci goniących się i rzucających śnieżkami. Jedna grupka lepiła bałwana, inna budowała iglo, a z pobliskiego jeziora dało się słyszeć śmiech, zamrożona tafla wody była idealnym lodowiskiem. Wszystko co widziałam było jak mgła, niewyraźne sylwetki, które szybko się rozpłynęły, śmiech.. wytwór własnej wyobraźni. Westchnęłam cicho i rozejrzałam dookoła po wymarłym pustkowiu. Mój wzrok zatrzymał się na ośnieżonym pniu. Stawiając łapa za łapą ruszyłam w jego stronę. Pomimo mroźnego klimatu zrobiło mi się bardzo ciepło, a zarazem smutno. Wskoczyłam przednimi łapami na wystający wysoko korzeń i pyskiem odgarnęłam śnieg odsypując wyryty napis. Widząc go pokiwałam lekko łbem, wspominałam te wszystkie głupoty, które robiłam z braćmi. Zaśmiałam się.
- Jakie my wtedy mieliśmy durne problemy co nie? - Powiedziałam do drzewa, tak, jakbym rozmawiała z duchami rodzeństwa. W oku zakręciła się łza, żałowałam, że nie mogę usłyszeć odpowiedzi, nie z ich ust.

Nie wiem jak długo tam siedziałam, ale w pewnym momencie na moje ucho spadła kropla wody z roztopionego śniegu, wyrwało mnie to z zamyślenia i spojrzałam w górę. Nad moją głową rozrastała się gruba gałąź.
- Nadal tu jesteś? - zaśmiałam się patrząc na nią. - Nie złamałaś się mimo tak częstego użytku? - Uśmiechałam się sama do siebie. Na korze gałęzi były wyraźne ślady od sznurków, wisiała tu kiedyś niewielka huśtawka, ulubienica małych dziewczynek. Pamiętam jak oburzyłam się, kiedy to starszy brat rozsiadł się na niej i urwał cienkie linki, to dopiero był lament, ponownie pokręciłam głową na wspomnienie tego. - oj Chloe, tylko nie bądź jak mamusia. - zaśmiałam się i na wspomnienie o dziecku zrobiłam duże oczy, podniosłam zad, który nawet nie wiem kiedy posadziłam na zimowym puchu i ruszyłam w kierunku domu. Nie wiem czemu, ale czułam się lepiej, jakby spadł ze mnie jakiś ciężar. Wskoczyłam do tunelu i przeczołgałam się kawałek, wchodząc z powrotem na nasze tereny zostałam oślepiona przez blask księżyca, schowanego za konarami drzew. Dotarło do mnie, że musiałam spędzić tam sporo czasu, ale nie było mi z tym źle, nie żałowałam.. W końcu gdyby nie wspomnienia, nie uczylibyśmy się na błędach.
____________

Może troszkę nudne i wymuszone ale myślę, że nie jest złe.

11 października 2012

Moje Miejsce "Dzień Drzewa" [?]


Moje Miejsce „Dzień Drzewa”


Spacerowałam po okolicach naszego terytorium w poszukiwaniu „Swojego Kawałka Miejsca” Chodziłam w lekkim zamyśleniu jak moje „sprawy” dalej się potoczą…
delikatnie stawiałam każdy swój krok na miękkiej trawie i spoglądałam co chwila w górę by dostrzec kawałek błękitnego nieba… które próbowało się przedostać przez gałęzie drzew. Dalej krążąc po Lesie przyglądałam się każdej napotkanej rzeczy, takie jak kamienie które były porośnięte mchem, czy też na mrówki które zbierały zapasy do swojego mrowiska.
I poszłam dalej, w oddali spostrzegłam spróchniały konar drzewa, nie wiedząc gdzie dalej pójść szukać „Mojego Miejsca” udałam się w jego kierunku. Położyłam na niego swoją łapę i lekko przycisnęłam ją do konaru i to wystarczyło żebym przedostałam się do jego środka, gdzie niezbyt to było mądre bo wyjęłam łapę całą w jego zgniłych wiórkach, szybko ją z nich otrzepałam bo niezbyt miłe były w dotyku i nieprzyjemne w zapachu. Przeskoczyłam nad nim i dalej co chwila otrzepując łapę szłam dalej spoglądając co chwila za siebie czy nadal jestem na terytorium stada.
Już byłam niezbyt zadowolona z efektów „Moich Poszukiwań”
okrążyłam kilka wysokich drzew i doszłam do małego strumienia…
nachyliłam się nad wodą i zaczerpnęłam łyk orzeźwiającej wody kiedy podnosiłam łeb patrzyłam się długo na swoje odbicie w kryształowej wodzie…
do czasu kiedy się nie rozmazało przez liść który spadł z drzewa prosto na moje lustrzane odbicie, popatrzyłam się na drugą stronę strumienia i płynące z prądem kolorowe liście
Zauważyłam w wodzie klika wystających kamieni bez namysłu wskoczyłam na jednego z nich
i na kolejne dzięki czemu znalazłam się na drugiej stronię brzegu…
Znów odwróciłam się by upewnić się gdzie jestem, i zaczęłam biec w szaleńczym tempie prosto przed siebie omijając drzewa sprzed drogi biegłam… biegłam i przeskakiwałam niektóre kamienie i pnie drzew…
Aż zatrzymałam się nagle, ponieważ zobaczyłam ogromne i fantastyczne drzewo
z jego pnia wyrastały miliony korzeni, wyglądały tak jakby chciały dostać się do strumienia…
jakby zaraz miało wstać… albo podnieść swoje korzenie i porwać stojącą przed sobą Wilczycę. Było przerażające ale właśnie tym mnie zaintrygowało, przyglądnęłam mu się bliżej i ostrożnie przeszłam po jego rozprzestrzenionych korzeniach, miałam wrażenie że zaraz się zapadnę pod nimi… doszłam do niego i zauważyłam dość sporą szczelinę w jego pniu.
Zarośniętą mchem i bluszczem, drapałam łapami by za wszelką cenę się tam dostać bo w końcu los się do mnie uśmiechnął i znalazłam to czego szukałam.
Drzewo było idealnym schronieniem, jego gałęzie tak jakby je uniosły tworząc coś w formie
jaskini w którą łatwo można było wejść wystarczyłoby jeszcze trochę wrzucić pod nie trochę tego mchu i liści, aby stworzyć miły kącik i nawet blisko do strumienia było.
Zmęczona tym całym dzisiejszym dniem zobaczyłam że powoli się ściemniało a do bliższych terenów stada już nie chciało mi się wracać… więc zrobiłam użytek z mojego nowego „domu”
i ułożyłam się wygodnie pod nim.
„hmm… moim nowym domem okazało się straszne drzewo…”
Zaśmiałam się w myślach z zadowoleniem, zamknęłam oczy i zasnęłam…

29 grudnia 2011

IV Rocznica Założenia Stada - Quiz.

28 grudnia 2011

Quiz na temat wiedzy o HOTN. c:

1. Przez kogo zostało założone stado?

Odpowiedź: Przez Glolę.
Anaid: Wandessa
Arashi: Wandessa
Granat: Aldieb
Syriusz: Wandessa/Glola
Tin: Glola

2. Jak nazywa się córka Luny i Teama?
Odpowiedź:Theliss Gesha
Anaid: Theliss Gesha
Arashi: Theliss Gesha
Granat: Theliss
Syriusz: Thellis Gesha
Tin: Theliss Gesha

3. Kto zapoczątkował cykl opowiadań "Podobni do nas, lecz bardziej okrutni."?
Odpowiedź: Arashi
Anaid: yyy..  Glola. NIE. INACZEJ MIAŁA NA IMIĘ OUO A chuj,nie wiem XD

Arashi: Arashi
Granat: Luna
Syriusz: Kitsune
Tin:
Arashi

4. Jaki przydomek ma Wandessa?
Odpowiedź: Pani Śmierci
Anaid: przydomka Wan nie znam.. Ale coś było ze śmiercią.. Córka śmierci, pani śmierci.. Czy coś z ciemnością.. wtf. - Córka Śmierci
Arashi: yyy...Glola? nie wiem. Chyba Glola
Granat: Strzelam:nie znam jej Vande? Mroczna?
Syriusz: Nodobra, to na to nie znam odpowiedzi x-x nie znałem Wandessy.
Tin: Pani Mroku

5. Kim są rodzice Fene i Tira?
Odpowiedź: Aldieb oraz jakaś nieznana roślina.
Anaid: Alu i drzewo, oto ci rodzice.. |D
Arashi: Al została zapylona xd I ma drzwi do Narnii w macicy
Granat: -
Syriusz: No toto są Twoje dzieci i pyłku O_O
Tin: Ty i jakiś kwiatek.

6. Jakiesłowo często pada na chacie, kiedy dwie lub więcej osób powie to samo w tymsamym momencie? c:
Odpowiedź: combo
Anaid: combo.
Arashi: combo?
Granat: fail
Syriusz: combo xD
Tin: Combo.

7. Ktobył pierwszym przywódcą stada?
Odpowiedź: Wandessa
Anaid: -
Arashi: -
Granat: Anaid
Syriusz: ale w sensie ? o_O
Tin: Glola?

[ Granat postanowił się wycofać. ]
8. Wjakim mieście odbył się pierwszy zlot HOTN?
Odpowiedź: Warszawa
Anaid: Warszawa o:
Arashi: Kraków
Syriusz: Warszawa
Tin: Warszawa...
9. Jakabyła pierwsza nazwa stada? Taka najpierwsiejsza. o:
Odpowiedź: Mrok Rządzi ( Tak, w nazwie jest pewien błąd ortograficzny. Cóż poradzić... )
Anaid: Stado Śmierci
Arashi: AAA! jakie jest rozwinięcie tego skrótu!? Mraśne Robaki?
Syriusz: Mrok Rządzi o-o gratuluję pomysłowości xD
(Al: PogratulujGloli. c:
Serek: Od zawsze wiedziałem, że mam genialną matkę o.o )
Tin: Stado Śmierci
[21:07:22]<Anaid> PRZERWA W QUIZIE
[21:07:23]<Anaid> XD
[21:07:23]<Aldieb> To czekamy.
[21:07:23]<Syriusz_> Jeść mi się chce o.o
[21:07:25]<Aldieb> XD
[21:07:30]<Aldieb> To cos zjedz. o_o'
[21:07:35]<Syriusz_> to chwila.
[21:07:37]<Aldieb> *Spojrzała za Toxi.*
[21:16:28]<Anaid> NO JUŻ PRZYJSZŁAM
[21:16:35]<Anaid> PRZYJSZŁAM, JASNE?!
[21:17:19]<Syriusz_> Tak o.o

10.  Kto przewodniczył grupie Wybrańców, którychmisją była obrona stada, a później uratowanie Wandessy?
Odpowiedź: Naysha
Anaid:
nie wiem..yyyy.. SZERA
Arashi:
Nie wiem. Uhhh... czytałam to. Zapomniałam. Krwiożerczy zając o imieniu Zbyszek.
Syriusz: [zw]
Tin:
Avonlea XD Strzelam XD

11.
Jakiegogatunku była wcześniej Szera?
Odpowiedź: Gepardem.
Anaid: Była..yy.. kotowatym. Puma. O ile dobrze myślę. Nevermind. Puma.
Arashi: -
Tin: Czekaj...gepard? albo lepard... nie, gepard.

12. Ostatniepytanie: Kto jest aktualną alphą stada?
Odpowiedź: Aldieb
Anaid: ALDIEBINKA
Arashi: Ty, Alu
Tin: Aldieb.

[21:34:35] <Anaid> JAKIE PYTANIE XDD
[21:34:57] O NIE! ALU, nie mam pojęciaaa!
[21:35:33] An, żeby każdy miał chociaż jeden punkt. XD


Podsumowanie:

Anaid:
1. - 2. + 3. - 4. - 5. + 6. + 7. - 8. + 9. - 10. - 11. - 12. +
5/12 punktów.

Arashi:
1. - 2. + 3. + 4. - 5. + 6. + 7. - 8. - 9. - 10. - 11. - 12. +
5/12 punktów.

Granat:
1. - 2. +/- 3. - 4. - 5. - 6. - 7. - 8. - 9. - 10. - 11. - 12. -
1/12 punktów. (Jest nowy, więc można powiedzieć, że i tak dobrze poszło, no a potem się wycofał... )

Syriusz:
1. +/- 2. +/- 3. - 4. - 5. + 6. + 7. - 8. + 9. + 10. - 11. - 12. -
5/12 punktów.

Tin:
1. + 2. + 3. + 4. - 5. + 6. + 7. - 8. + 9. - 10. - 11. + 12. +
8/12 punktów.

Najwięcej punktów miała Tin, gratuluję. C:

`Aldieb
Rada HOTN (23:11)

20 lutego 2011

Wyniki Konkursu "Niespodzianka".

20 lutego 2011

Waszym zadaniembędzienarysować tą osobę. Jednak stawiam pewien wymóg. Obrazekmusiprzedstawiać daną osobę i więź, jaka łączy ją z tym stadem.npszczęście.. etc.

Liczy się wasz pomysł :3
Oceniane będzie:
pomysł,
oryginalność,
staranność,
wygląd ogółu,
przekaz.
Technika: dowolna
Rozalia - Tee
Szera - Tiffany
Midnight - Anaid
Tiffany - Midnight
Ireth - Alethia
Alethia - Rozalia
Tee - Ireth
Anaid - Szera

" Ci których mamy narysować"
" Ci którzy rysują "

~*~*~*~*~*~
Wkażdej z kategorii mieliście po 12 pkt do zdobycia. Ja oceniałam od 1-6, Al tak samo. Później dodałyśmy wyniki i oto wszystko jest czarnena białym. Kolejność osób na razie przypadkowa:

Szera  --> ..::Klik::..
Rysunek:
Pomysł: 8/12
Oryginalność: 9/12
Staranność: 10/12
Wygląd ogółu: 10/12
Przekaz: 10/12
Wiersz:
Pomysł: 7/12
Orginalność: 6/12
Spełnione warunki:
*rymy: 0
*o stadzie: 1
*7 wersów: 1
*zawiera słowa: zew, ślady, wolność, przyjaciel, niebo: 5
Przekaz: 8/12
Razem:  75/104

Tee --> ..::Klik::..
Pomysł: 8/12
Oryginalność: 5/12
Staranność: 6/12
Wygląd ogółu: 7/12
Przekaz: 11/12
Wiersz:
Pomysł: 8/12
Orginalność: 6/12
Spełnione warunki:
*rymy: 0
*o stadzie: 1
*7 wersów: 1
*zawiera słowa: zew, ślady, wolność, przyjaciel, niebo: 5
Przekaz: 10/12
Razem: 68/104

Tiffany --> ..::Klik::..
Pomysł: 7/12
Oryginalność: 9/12
Staranność:5/12
Wygląd ogółu: 4/12
Przekaz: 6/12
Wiersz:
Pomysł: 8/12
Oryginalność: 6/12
Spełnione warunki:
*rymy: 0
*o stadzie: 1
*7 wersów: 1
*zawiera słowa: zew, ślady, wolność, przyjaciel, niebo: 5
Przekaz: 10/12
Razem:  62/104

Ireth -->..::Klik::..
Pomysł: 11/12
Oryginalność: 10/12
Staranność: 10/12
Wygląd ogółu: 10/12
Przekaz: 4/12
Wiersz:
Pomysł: 11/12
Oryginalność: 7/12
 Spełnione warunki:
*rymy: 1
*o stadzie: 1
*7 wersów: 1
*zawiera słowa: zew, ślady, wolność, przyjaciel, niebo: 5
Przekaz: 8/12
Razem:  79/104

Anaid --> ..::Klik::..
Pomysł: 6/12
Oryginalność: 8/12
Staranność: 5/12
Wygląd ogółu:6/12
Przekaz: 6/12
Wiersz:
Pomysł: 9/12
Oryginalność: 8/12
Spełnione warunki:
*rymy: 1
*o stadzie: 1
*7 wersów: 1
*zawiera słowa: zew, ślady, wolność, przyjaciel, niebo: 5
Przekaz: 11/12
Razem:  67/104

Rozalia --> ..::Klik::..
Pomysł: 7/12
Oryginalność: 5/12
Staranność: 8/12
Wygląd ogółu: 10/12
Przekaz: 10/12
Wiersz:
Pomysł: 7/12
Oryginalność: 6/12
Spełnione warunki:
*rymy: 0
*o stadzie: 1
*7 wersów: 1
*zawiera słowa: zew, ślady, wolność, przyjaciel, niebo: 5
Przekaz: 8/12
Przekaz: Razem:  68/104

Jeślim dobrze policzyła to wygrał Ireth.
Drugie miejsce Zajmuje: Szera
Trzecie zajmuje: Rozalia vs Tee Saatus.

Reszcie dziękujemy za udział i wszelkie starania :3
Nagrody zostaną rozdane w najbliższym czasie ^^'
Gratulacje!

PS:Al zdecydowałam że nie warto liczyć średnich, gdyż to zbyt czasochłonnea ja nie mam już dziś czasu żeby się w to bawić :o Myślę że jest dobrze tak jak jest ^^"
PS2: Miał być jeszcze 3 Etap, lecz a braku czasu z mojej strony oraz czasu który poświęciliśmy temu konkursowi do tej pory nie mogłam postąpić inaczej jak zakończyć zabawę.
Jenna (20:58)

21 stycznia 2011

Konkurs Niespodzianka - Etap II

21 stycznia 2011
A więc tak.
Pod numerkami które wybieraliście poprzednio kryły się imiona innych osób biorących udział w konkursie. ( Na szczęście nikt nie wybrał siebie :3)

Do rzeczy.
Waszym zadaniem będzie narysować tą osobę. Jednak stawiam pewien wymóg. Obrazek musi przedstawiać daną osobę i więź, jaka łączy ją z tym stadem. np szczęście.. etc.
( możliwości od grona )
Liczy się wasz pomysł :3

Oceniane będzie:
pomysł,
oryginalność,
staranność,
wygląd ogółu,
przekaz.
(może coś jeszcze wymyślę)
Technika: dowolna

A teraz dowiecie się kto kogo wybrał :
Rozalia - Tee
Szera - Tiffany
Midnight - Anaid
Tiffany - Midnight
Ireth - Alethia
Alethia - Rozalia
Tee - Ireth
Anaid - Szera

" Ci których mamy narysować"
" Ci którzy rysują "

Mam nadzieję że wszystko zrozumiałe.

Termin: Do 10 Lutego, chyba że wszyscy oddadzą prace wcześniej.
Ołówki, myszki, kredki lub co tam chcecie w dłoń i do roboty! 8D

Prace oddane:
Midnight -->
Anaid -->
Tee_Saatus -->
Alethia -->
Szera -->
Ireth -->
Tiffany -->
Rozalia -->
Jenna (18:46)

15 stycznia 2011

Dzieło konkursowe. [Ireth&Alethia]

14 stycznia 2011

Oto dzieło liryczne autorstwa mojego i Alethii.
__________________________
Akt1
Pieśń wprowadzająca.
"Autobiografia tygodni ostatnich."
Siekiera, motyka, dawno temu,
Ogierowi samotnemu,
Siekiera, motyka, przyszła myśl,
"Idź, do stada dołącz dziś!"
Siekiera, motyka, lecz myślimy,
Skąd wziąć stado w środku zimy?
Siekiera, motyka,w śniegu ziemia,
Ciężki orzech do zgryzienia.
Siekiera, motyka,nasz bohater,
Mocno się zacukał zatem,
Siekiera, motyka, w zimnej głuszy,
Ogier w podróż wnet wyruszył.
Siekiera, motyka, ciężka dola,
Uszy marzną, nogi bolą.
Siekiera, motyka, nagle rady,
zauważył w śniegu ślady.
Siekiera, motyka, śladów wiele,
Tu mieszkają przyjaciele,
Siekiera, motyka, koń nasz miły,
Galopuje co ma siły.
Siekiera, motyka, nosem węszy,
Zasięg śladów coraz większy,
Siekiera, motyka, widzi coś,
W dużej bramie stoi ktoś
Siekiera, motyka, podszedł blisko,
Czujce dziennej skłonił nisko,
Siekiera, motyka, w owym czasie,
Ujrzał stado w pełnej krasie
Siekiera, motyka, konie, koty
Wilki, hieny, kaszaloty,
Siekiera, motyka, goryl też,
W naszym zacnym stadzie jest.
Siekiera, motyka, idzie dalej
Nie jest zawstydzony wcale,
Siekiera, motyka, jak wypada,
Poszedł szukać alphy stada.
Siekiera, motyka, gdy odnalazł,
Witał zacną Aldieb zaraz.
Siekiera, motyka, gdy się skłonił,
Tymi słowy rzecze do niej.
"Siekiera, motyka, panna goła
Zew wolności mnie przywołał,
Siekiera, motyka, proszę ciebie,
Tutaj będzie mi jak w niebie.
Siekiera, motyka, Aldieb miła,
Na przyjęcie się zgodziła,
Siekiera, motyka, przyzwoliła,
Bo to dobra dama była.
Siekiera, motyka,mądra Ala
Cną mentorkę mu przyznała
Siekiera, motyka, a babunia
Owa zwie się wdzięcznie - Luna.
Siekiera, motyka,dnia pewnego
Skądinąd dość pogodnego
Siekiera, motyka,pusta wanna.
Spotkała go piękna panna.
Akt pierwszy.
Scena pierwsza.
Ireth
Witaj,o cna dziewico.
Alethia
Witaj,zaiste, zacny mężu
Ireth
Och,jakże gładkie twe lico.
Alethia

Dziękuję,tak, zacne kremy na zmarszczki nabywam, bo starość prędzej czy później przybędzie, nie łatwo się z nią uporać będzie, tak więc kremy w ruch idą.
Ireth
Zmarszczki?W twym przypadku są nierealną zwidą!
Alethia

Mimo żem młoda waćpanna jeszcze, pielęgnować swe lico trzeba. Bo basior jaki mnie w zmarszczkach obaczy, i nie wychynie nosa zza drzewa
Ireth
Och,już bym kości porachował, gdyby się który odważył złe słowo na waćpanny liczko powiedział. Z murawy zeby by swe zbierał -siekacze z prawej, trzonowce z lewa.
Alethia

Dziękuję,Ci bardzo, o zacny mężu, lecz starość i tak przybędzie. Mimo, iż jestem młoda wilczyca, tego uniknąć się nie da. Starość, nie radość, o zacny mężu, lecz miłość swą trzeba kiedyś znaleźć.Wpatrywać się w niebo, jak gwiazdy migoczą, a tarcza Księżyca się śmieje.
Ireth
Z partnerem?
Alethia

O,tak, zacny mężu.
Ireth
Nicdziwnego, o pani. Te marzenia są udziałem każdej damy, nie ważnywiek i status. Każda chce rycerza, co by ją kochał najmocniej zewszystkich rzeczy, drugą najkochańszą zaraz po swym wiernym orężu.
Alethia

Otak, mi się marzy, o zacny mężu, jednak wszystko jeszcze przede mną. Ja żem jeszcze za młoda na dzieci, jeszcze na to czas przyjdzie. Na razie wolność mi świta w głowie, szelma jest zemnie jak nikt. Nikogo nie słucha, włóczy się wszędzie, żadna zemnie dama. Jednak partnera kiedyś znaleźć trzeba, takie jest dam przeznaczenie. Czas szybko leci a młodość przemija, nic na to nie poradzimy.
Ireth
Powiadam ci, nie spiesz się do ołtarza. Los mężatki w czepcu białym wcale nie jest zacny, tak jak się wydaje. Niewola to, zaprawdę, niewola,tym gorsza bo dobrowolnie brana, więc skarżyć się na nią niemożna. Posłuchaj waść mężatek jakich, każda jedna powie : "Po cóż nam to było, mąż pijanisko, a my w domu dzień cały pierzemy, gotujemy i dzieci rodzimy!"
Alethia

Właśnie dlatego śpieszyć się nie chcę, bo kiełbie we łbie mym siedzą,jednak za nim uroda przeminie, trzeba kogoś tam zaciągnąć.
Ireth
Och,pewien jestem, że mężowie muszą do panienki zewsządlgnąć.
Alethia

Świruski jak Aleth nigdzie nie znajdą, więc dbać o nią muszą ciągle.Taki już ich los, a szelmy Alethii utracić nie chcą, bo optymisty takiego nie znajdą...
Ireth
Zapewne , panienko,zapewne. Zgłodniał żem podczas tej dysputy. Czy poczestuje sie panienka chleba pajdą?
Alethia
Wilkichleba nie spożywają, za to łase na zające i sarny, wybierzmy sięna polowanie.
Ireth
Jestem na każde panienki  wezwanie!
Aczkolwiek nie ma we mnie drapieżnika natury, mimo że różne przybieram postury. Jam łagodny, mięsa nie jadam, ale panience chętnie potowarzyszę.
Alethia
Więcchodźmy do lasu, krokiem powolnym, wstąpmy w dzikie szeregi drzew pięknych i starych jak te ziemie, domem dla zająców, wilków,saren i innej zwierzyny.
Ireth
Mimo,że mięsa nie jadam, chętnie pójdę z tobą, o pani. Wieczór piękny, i jest ta tarcza księżyca, i spacer w towarzystwie pięknej dziewczyny.


Scena druga.
Alethia
Więc wywęszę trop smacznej zwierzyny, co na kolacje ją zawsze jadam. Są to zające, o zacny mężu, mój ulubiony przysmak
Ireth
Słyszałem,że te panny, co zające lubią, mają charakterek zadziorny. Czy u panny się to sprawdza, czy to tylko przypadkowy smak?
Alethia
O,tak, sprawdza się i to jak! Temperament mam ognisty, zawsze mi to mawiano.
Ireth
O,panienko. Podobno w takich mężczyźni się lubują najbardziej.Twarz ładna i temperament, każdy bierze, nawet jeśli skromne jej wiano.
A najczęściej na własną zgubę te diabliki biorą...
Alethia
A waćpan by nie brał takiego diabełka?
Ireth
Brałbym zaraz.
Alethia,śmiejąc się.
Żeby waćpana nabił na widełka?
Ireth.
A choćby i tak. Byleby te widełka ładne. Jak ta panna.
Waćpanno?
Alethia
Słucham,panie.
Ireth.
 Ja na żonę waćpannę wezmę.
Alethia.
Waćpan krotochwile prawi.
Ireth
Wezmę!
Będziesz waćpanna moją. Niech się panienka zgodzi, bo się z miejsca nie ruszę, aż sczeznę.
Alethia

Nie mów pan od razu "wezmę!".
Najpierw sprawdzić się trzeba.Będę pana damą serca, lecz nie żoną jeszcze.
Co nagle to po diable.
Ireth
Najwyżej diabełku małym.
Tak jak ty pani, pięknym całym.
Koniec sceny drugiej.
Koniec aktu pierwszego, i ostatniego.
Autorstwa Alethii i Iretha.
_______________________________

Okej, to by było na tyle.
Jeszcze małe ogłoszenie. Tak jak w naszym dziele lirycznym, zapałaliśmy wraz z Alethią chęcią zostania parą, także proszę nas wpisać do ramki par.

Ireth (15:35)