Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie stadne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie stadne. Pokaż wszystkie posty

1 grudnia 2011

Opowiadanie Stadne cz. XIX - the end. [Anaid]

30 lipca 2011

 Nie wszystko zawsze idzie ponaszej myśli. Najgorzej jest, kiedy najczarniejszy scenariusz zostaje wcielonyw życie. Wtedy wszystko przepada.
Spada na dno, powoli tonąc..
I tylko od nas zależy, czy uda nam się to uratować.
~*~
Brakowało im czasu. Przynajmniej odkąd dostały telepatyczną wiadomość od Killer. Musiały przyspieszyć, jeśli miały zdążyć uratować Aldieb.
Anaid przeklinała się w duchu, za ten przedłużony postój. Nie wiedzieć czemu, opadała z sił szybciej, niż mogło się to wydawać.
- Przemieszczamy za wolno. – warczała co chwilę. Warczała,gdyż obydwie bohaterki były pod wilczymi postaciami. Ich węchy, czucie, słuch iwszystko inne były wyostrzone, silniejsze, dające większą przewagę i szansę na pomyślny tok wydarzeń. Chyba.
Natomiast biała wadera, Lu, zdawała się tego nie słyszeć. Jak gdyby była zbyt zamyślona i skoncentrowana na misji. Oczywiście, że zachowywała się dojrzalej. Nie marudziła tak mocno, jak jej przybrana siostra.
Wszystko im umykało. Udało im się wytropić mnóstwo śladów, acz błędnych. Szara nigdy nie miała takich problemów. Zawsze z łatwością potrafiła znaleźć odpowiedni trop. Coraz bardziej martwiła się o samą siebie, jakkolwiek egoistycznie mogłoby to zabrzmieć. Od paru dni czuła zawroty głowy, nie było jej najlepiej.
Mimo wszystko przyspieszyła, po chwili jednak tracąc równowagę, co spowodowało upadek. Upadek?
Lu pobiegła za Anaid, która stoczyła się z niewielkiego wzgórka, na sam dół, na szczęście nie doznawszy większych obrażeń. Pisnęła mimowolnie, dźwignąwszy się na równe łapy.
Wymamrotała  coś pod nosem, trzepnąwszy energicznie głową. Czuła na sobie zatroskany wzrok siostry.
- Nic mi nie jest. – zapewniła ją, ruszając dalej, zupełnie nie zrażona. Nie zamierzała robić z siebie ofiary losu. Prędzej, czy późniejwydobrzeje, wolała być dobrej myśli. Najważniejsze było odnalezienie Aldieb.
Czujne spojrzenie błękitnookiej dawało się we znaki, toprawda. Lu wiedziała, jak zdenerwować, całkiem skutecznie, swoją siostrę. Annie miała jednak ni chęci, ni siły na wytłumaczenie swoich obiekcji białejwaderze. Szara nieraz miała już wrażenie jakby zupełnie opadła z całej werwy, energii, którą włożyła w misję, by tylko uratować Alphę. Jakby straciłanadzieję. Z każdym dniem, z każdym nowo postawionym, bezszelestnym krokiem.Była mała ciałem, ale wielka duchem. Mimo to, stawała się przygnębiona, w jakiś sposób podupadła na zdrowiu psychicznym. Co w pewnym sensie sprawiało również jej zaniedbanie jeśli chodzio wygląd. Zdawać się mogło, że jest o wiele chudsza i wątlejsza, niż wcześniejbyła.
Gdyby nie Luna, z pewnością załamałaby się. Czy coś w tendeseń. Gdzieś jednak błąkał się mały, zupełnie malusieńki cień nadziei, że możejednak się uda.
Wszystko mogło się zdarzyć. Należało spodziewać sięnieoczekiwanego.
~*~
- ONA NIE MA PRAWA! – wrzask poniósł się po lesie. – Żadnego, nawet najmniejszego prawa, żeby nami rządzić. Odkąd .. ona nie żyje,to w żadnym wypadku nie powinniśmy dopuszczać do tego jej córki. – dopowiedział wreszcie owy tajemniczy osobnik, wskazując zniekształconą dłonią na niską, nieco przysadzistą osóbkę, o zielonych oczach i płomienno-rudych włosach. W przeciwieństwie do swojej matki nie była taka piękna. A raczej obrzydliwa. Wyglądała jak typowy naukowiec, mimo, iż mogła mieć jakieś.. dwanaście, czy trzynaście lat. Na jej nosie tkwiły okulary o podwójnych, grubych szkłach i mocnych, brązowych oprawkach. Przyglądała się cyborgowi z odrazą, ale coś w jej spojrzeniu mówiło, że musiała być jednak bardzo inteligentną osobą. To akurat musiała odziedziczyć po rodzicielce. Jak na nastolatkę, w której stronę perfidnie rzucano wyzwiskami, to zachowywała się nadzwyczaj spokojnie. Z wyższością i takiego rodzaju dojrzałością, jakiej rzadko można było się spodziewać po dziecku, szczególnie w tym wieku.
- Czy chcesz mi powiedzieć, Agoramusie, że córka Lei niemoże nami rządzić? – zapytała po pewnej chwili ciszy jedna ze zgromadzonych naukowców. Jak wszyscy miała biały fartuch, ciemne włosy związane w schludny koczek. – A czy to nie jej właśnie przysługuje teraz władza nami? –kontynuowała kobieta, zwracając się konkretnie do cyborga.
Ten zmierzył ją chłodnym spojrzeniem, po czym wycelował w nią swoją zniekształconą dłoń, wyglądającą jak u robota, z mnóstwem kabelków, skomplikowanych wyrzutni nabojów i laserów.
- Byłem jej współpracownikiem, Poud. – warknął prosto w twarz ciemnowłosej. Jego ludzka połowa twarzy widocznie kipiała furią.
- To nie zmienia faktu.. – zaczęła, ale nie pozwolono jej dokończyć. Padła, zupełnie zaskoczona, o czym mówił jej wyraz twarzy, a z jej czoła sączyła się krew, z średniej wielkości otworu, po naboju.
Sprawca rozejrzał się po wystraszonych naukowcach, krzywiąc swoją okropną twarz w grymasie triumfu.
- Zabierzcie ją do środka. – zarządził.
I z fałszywym uśmiechem spojrzał prosto w dzikie, przerażoneoczy zwierzęcia niesionego w klatce, przykutego do prętów łańcuchami.
Spojrzał w oczy wilczycy.
Wilczycy o złotych ślepiach.
Ślepiach Stada Nocy.
~*~

 Czasem trudno wpaść nawet na coś oczywistego. Jeśli ma się jakiś poważny problem, jest się w rozsypce, to tym bardziej. Anaid wcale, a wcale nie kojarzyła, co się wokół niej dzieje. Zupełnie, jakby zażyła jakieś prochy. Dodatkowo, oczy powoli zachodziły jej mgłą. A najgorszy był fakt, że nie wiedziały, w którą stronę iść.
- An? Siostra, dobrze się czujesz? – po chwili usłyszała głos Lu i jej dłoń na swoim ramieniu. Zdążyły już ponownie zmienić postać. Było to jedną z niewielu rzeczy, na które było stać Szarą w owym momencie. Nie miała pojęcia, co się działo, ale wiedziała, że musi wziąć się w garść i pomyśleć, jak im pomóc w odbiciu Al, jak pociągnąć tą sprawę, w jaki sposób wykorzystać swoje moce, by wpłynęło to na rozwój misji.
Sylfida przytknęła opuszki palców do swoich skroni, przymykając powieki i pomrukując coś pod nosem.
Apparere cursus.. Dare signum..
I nagle – uderzyło.
Bunkier.
Za lasem.
Ludzie w bieli.
Klatka.
Krzyki. Krew.
..I ciemność.
Gwałtownie otworzyła oczy, spoglądając z przerażeniem na Siostrę.
- Is suus caedo. Et nobis caedo. Caedo omnis!

~*~
Wykrzykiwała te słowa wciąż i wciąż, a jej drobnym ciałem wstrząsały dreszcze.
Lu, która wszystko rozumiała, patrzyła na nią, równie wystraszona. Musiała to być jedna z wizji Anaid. A jej wizje nigdy nie przewidywały niczego dobrego. Zwykle była to niedaleka, najbardziej prawdopodobna, niezbyt przyjemna przyszłość.
- Prowadź. – orzekła tylko blondynka do brunetki, kiedy obie dostatecznie się uspokoiły, kiwnąwszy do niej głową, na znak, że już wszystko rozumie i nie warto tracić czasu.

~*~
Zapadał zmierzch. Pora dnia, która zawsze przerażała Szarą najbardziej. Mocniej, niżeli noc. Nie miały możliwości zapalenia pochodni choćby z tego powodu, że mogłyby, zupełnie nieświadomie i zapewnie niechcianie, zwrócić na siebie uwagę. Pozostało im radzić sobie w inny sposób. Jako, że Lu, była kocicą, to jej wzrok nadal pozostawał bardzo dobry, mimo, iż była wpostaci ludzkiej. Prowadziła jednak Anaid, po dłuższych rozmyślaniach, jak będzie mogła prowadzić, skoro nie posiadała tak wyostrzonego spojrzenia, zmieniając postać na koto-podobną, co robiła doprawdy rzadko.
Były już u skraju lasu, mogłyby już wychodzić zza gęstwiny, lecz istniała pewna drobnostka, która skutecznie to uniemożliwiała. Jak narazie, wizja nie zawodziła i rzeczywiście była jakaś klapa w ziemi, tyle, że stało przy niej dwóch uzbrojonych mężczyzn. Niech to..
Obydwie poruszały się bezszelestnie. Byleby tylko nie.. trach! Pękła gałązka. Nie wiedzieć, podczyją stopą.  Zamarły. Jeden zestrażników szepnął coś do drugiego, który kiwnął tylko głową i ruszył wprost nanie. Szczęśliwy był fakt, że jeszcze ich nie widział. Zdążył jedynie podejść izaraz słyszeć można było głośny ryk, a mężczyzna został wciągnięty w zarośla.Kocica sprawnie skręciła mu kark. Drugi już chciał sięgać po krótkofalówkę, ale, ku (jego) nieszczęściu, w porę Lu poderżnęła mu gardło swoim sztyletem. Naiwniacy. Poszło łatwiej, niż mogło się wydawać. Anaid wyszła zza gęstwiny,już w postaci humanoidalnej, nieco podirytowana, ale za to z cynicznym uśmieszkiem wymalowanym na twarzy. Wytarła krew z kącika ust. Dziewczyny wymieniły triumfalne spojrzenia.
- Myślisz, że nie jest zaryglowana? – zapytała Lu, nachylając się nad wejściem i przyglądając się klapie.
- Od zewnątrz nie. – przyznała, z lekka zaskoczona, ale zaraz zadowolona. Czyli, że było to jeszcze łatwiejsze? Dobrze dla nich. Mosiężna płyta wyglądała dość solidnie. Miała dwa uchwyty.
- Ja z jednej, ty z drugiej. – zakomenderowała blondynka, kiwnąwszy głową w stronę Anaid, poniekąd, by ją pospieszyć. Brunetka wykonała polecenie i obie złapały za uchwyt po swojej stronie. – Trzy.. cztery! – na ostatnie słowa pociągnęły klapę w górę, która zaskrzypiała głośno, a zaraz potem zatrzeszczała. Byleby ci na dole nie usłyszeli..
[ MUZYKA ]
Kiedy spoglądało się w dół, miało się wrażenie, jakby patrzyło się w głębię studni. Tyle, że zejście do owego tajemniczego miejsca umożliwiała drabinka. Siostry nie musiały się komunikować, żeby zgodnie zadecydować, że schodzą. Pierwsza poszła Lu, za nią An, która, zupełnie przypadkiem, nie zamknęła klapy. Starsza dała znak, że mogę ruszać dalej, gdyż korytarz, z którego sączyło się niebieskozielone światło, był ‘ czysty ‘.  Musieli ją tu trzymać. Nie było innej możliwości. Wreszcie należało ją znaleźć i sprowadzić do stada.
Cichutko przemierzały korytarz, uzbrojone w sztylety. Po dwa na jedną. Wszystkie drzwi były pozamykane, na kłódki i zabezpieczone kratami. Tylko na nielicznych widniały tabliczki. Alfabetyczne. Od chimery i cerbera, przez hipogryfa i memrotki, po wilę, wilkołaka. Szary sufit, zimna posadzka dokuczliwie wprawiała Sylfidę w dreszcze pod naporem jej nagich stóp. Gdzieniegdzie widniały czerwonawe plamy na, także szarych, ścianach. Jednak panowała w tym miejscu wszechogarniająca cisza. Nawet najmniejszego szeptu rozmów pomiędzy naukowcami, świstów, szelestów, czegokolwiek. Jakby wszystko tam.. umarło. Czyżby mogły się spóźnić?
- Nie podoba mi się tutaj.. – szepnęła z odrazą, a także i jakiegoś rodzaju przestrachem Anaid.
- Mówisz? – odrzekła zdawkowo starsza siostra, zwalniając kroku. Rozwidlenie korytarza. – Rozdzielamy się.

~*~

Musiała być dwa razy czujniejsza. Samemu, w pojedynkę, przemierzać teren wroga, to nie jest zabawa. Tym bardziej, że Anaid nie opuszczały wspomnienia wizji. No i te zawroty głowy, nie najlepsze samopoczucie.. Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze z trzewi ze świstem. Bądź silna, Anaid. – wmawiała sobie, dla irracjonalnego podniesienia siebie na duchu. Trzęsła się calutka, jak osika. Wbrew sobie. Uszczypnęła się, jakby dla ocucenia. Przecież to nie sen. Nie trzęś się tak, idiotko! Nie szczękaj zębami! Co z tobą? Wymiękasz?
Nie była pewna, czy głos w jej głowie należał do niej samej, czy do kogoś innego. Już teraz niewiele wiedziała. Zachwiała się niebezpiecznie, w porę złapawszy się lodowatej ściany, podparłszy się na niej.
I raptowny wrzask. Z drugiej strony korytarza.
Lu. Aldieb.
Niebezpieczeństwo.
Postrzelone ciało.
Krew.
Kolejna wizja, szybka, sprawiająca, że Anaid nie zdążyła zapamiętać, kto leżał na posadzce.
Zebrała się w sobie i pognała w stronę coraz głośniejszych krzyków. W pewnym momencie pomyślała, że zaraz upadnie. Brakło jej sił. Natrafiła na otwarte drzwi i wbiegła do środka, nie zastanawiając się ani chwili i nie bacząc na konsekwencje. I widok był przerażający. Aldieb leżała w klatce, jakby nieżywa, jej grzywa opadała w nieładzie na pysk i oczy, Lu krzyczała w niebogłosy, będąc przyciśniętą do prętów przez jakiegoś wyrośniętego mutanta, a lufę pistoletu przytkniętą miała do skroni.
[ MUZYKA STOP - ~KLIKAMY NA TO~
I nagle brunetka poczuła się taka mała, bezbronna i bezradna. Kompletnie nie wiedziała co ma ze sobą zrobić, z tą całą sytuacją. Szukała jakiejś broni w pomieszczeniu, czegoś, czym mogłaby załatwić cyborga, który wprawiał ją w niejakie rozbawienie, jakkolwiek bezmyślnie i głupio by to zabrzmiało.
Kroki.
Ludzie na korytarzu.
Jak armia.
Musiała się pospieszyć. Wyjęła zza pasa sztylety. Chciała, żeby czarna wilczyca się obudziła. Wtedy mogłaby dać jakiś znak Lu, jakikolwiek..
- Och, daruj sobie. – zaczął nagle mutant, odwracając się, podirytowany. I wtedy wydawał się jeszcze większy, a Anaid wyglądała przy nim jak mróweczka, robak, którego mógł zdeptać z łatwością. Szarpnął blondynką, przyciskając ją tym razem do siebie, za szyję, ciągle przystawiając pistolet dojej głowy.
- Ona ma żyć? Chcesz, żeby zdechła? – zapytał, krzywiąc swą ludzką połowę twarzy w grymasie udawanej rozpaczy. Luna zamachała rękoma  ipokręciła przecząco głową, by jej siostra przypadkiem nie uległa. Byleby się nie poddała. Nie o to tutaj chodzi. Anaid zaciskała dłonie na sztyletach. Usta ścisnęła w wąską linię, z narastającą, histeryczną złością na niego patrząc. Bezradna, bezradna.. Nie mogła pozwolić na to, żeby znów ktoś zginął. Już za wiele bliskich osób straciła. Zdecydowanie za wiele. Ale.. żeby nie pozwolić, by ją zabił, musiała..
- Zabij ją. Jeśli chcesz, to zabij. Tylko wiedz, że ja potem tobie nie dam żyć. Przez całe swoje marne życie będzie dręczyć cię poczucie winy, że tyle niewinnych osób zginęło z tych rąk.
Powiedz, co chcesz osiągnąć? Powybijać wszystkich i rządzić światem? Mieć władzę? To do niczego nie prowadzi. – zaczęła monolog. Nie tyle, żeby go do czegoś przekonać, bo tego pewnie nie dało się zrobić, ale żeby go zakręcić w swoich słowach. Zachichotała cicho, zorientowawszy się, jak on.. poniekąd słucha.
- A może chciałbyś, żebyśmy przyprowadzili do ciebie wszystkich ze stada? Każdy z nas ma jakieś moce. Mógłbyś mieć armię, rządzić.. Byłbyś niepokonany, najmądrzejszy, najsilniejszy.. A taki z ciebie przystojniak.. stary.. Zawojowałbyś świat. – przeszła szybko z jednego tematu na drugi. Cyborg najwyraźniej był z lekka podenerwowany, ale miał jakiś taki.. dumny wyraz tej swej ludzkiej części twarzy. I co najważniejsze, luzował uścisk. Lu zorientowała się o co chodzi, ale milczała, gotowa, by sztylet wbić w jego słabą, normalną nogę. Bo jakimś cudem nie zauważył, że cały czas była uzbrojona.
- Mam wojsko. – rzekł nagle niskim barytonem cyborg, ręką, którą trzymał pistolet, pogładziwszy się po brodzie. I to był ten moment. Luna wbiła z całej siły, jak najgłębiej potrafiła, jeden ze sztyletów w udo dziwadła i wybiegła z pomieszczenia. Cyborg wrzasnął przeraźliwie głośno, aż An zatoczyła się, zakrywając uszy dłońmi. Zdążył wycelować w nogę blondynki i wystrzelić. Trafił. Starsza z sióstr zawyła, padając na ziemię. W tym momencie brunetka nabrała sił, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem, zaklęcie. Plectere invisibilis funis.
Po tych słowach mutant złapał się za szyję, rzężąc. Niewidzialna lina oplatała jego szyję, skutecznie go podduszając. Był wściekły, że dał się nabrać. Idiotą nie mógł być, ale patrzcie.. Dwie dziewczyny z lasu go wykiwały. Łapał za niewidzialne sploty, chcąc je rozerwać. Anaid przyglądałamu się spokojnie, z lekko przymrużonymi oczyma. Wewnętrznie wciąż kipiała złością. Długa, ciemna grzywka przysłaniała jej jasne oczy i opadała na twarz młodszej z sióstr. Udawała gotową do dalszej walki.
  
W tym samym czasie Lu natrafiła na naukowców, w którym była też córka Rudej. Nie byli uzbrojeni, ku jej uciesze, więc mogła ich śmiało zahipnotyzować, rzucić czar, mimo, iż ból w nodze był nie do zniesienia. Omamiła ich, stworzyła kukły. Jak na razie, musieli pozostać w takim, nieco podłamanym stanie psychicznym i fizycznym. Nie zdołała jednak doczołgać się do siostry. Za daleko. Noga wręcz paliła. Gotowa była jednak na następną ‘dostawę’ ludzi w białych fartuchach. Bo słychać było kroki. Szybsze i szybsze..  

Przypadki chodzą po ludziach.. a raczej cyborgach. A może.. Po wszystkich żywych istotach – ujmijmy to w ten sposób. An nie uwzględniła faktu, iż mutant będzie mógł się zorientować, że wystarczyło przestać walczyć z więzami, by rozplotły się. Tak też zrobił, z chrypliwym wrzaskiem, więc brunetka po raz kolejny stała się bezbronna. Znaczy.. Miała sztylety, ale.. Miała rzucić jednym z nich w cyborga? Było to niebezpieczne, bo gdyby chybiła, byłoby już po niej. Mutant dyszał, nabierając sił. Dziewczyna rozejrzała się, w gorączkowym poszukiwaniu pomocy. Przecież nie mogłaby się na niego bezmyślnie rzucić. Był w połowie robotem.Zaraz, zaraz. No właśnie. Był w połowie robotem,a roboty mają jakieś źródło zasilania. 
W tym samym czasie, kiedy brunetka miała zacząć działać, dwie kocie sylwetki mignęły jej przed oczami, z impetem powalając oniemiałego mutanta na ziemię.
Było to jej na rękę, bo należało wyjąć Aldieb z klatki. Rzuciła się więc na ratunek. Najgorszy był fakt, że ciało smukłej, czarnej wilczycy wyglądało paskudnie chudo, wystawały jej żebra, musiała być osłabiona.. albo, co najgorsze, martwa.
Mutant nie zamierzał ryzykować, więc spomiędzy wielkich, kocich ciał, drapiących i wyżerających jego skórę, wystawił zniekształconą dłoń z pistoletem.
- Nie pożyjesz za długo. – wycharczał tylko. – Na pewno nie dłużej ode mnie. – przepowiedział i wtedy Anaid jeszcze raz mignęła przedoczyma wizja.
Ciało.
Na posadzce.
Krew.
Ciemne włosy, opadające na twarz.
To była ona sama.
I strzał. Już nie w wizji.

~*~

Krwawiła tak obficie, że już po chwili leżała w czerwonej kałuży. Dwie kocice walczyły zażarcie z cyborgiem, którego ludzka połowa ledwiezipała. Kwiczał, niczym zarzynana świnia.
- Odłą..odłączcie zasilanie. – wycharczała brunetka, próbując podciągnąć się na rękach i wstać. Miała wrażenie, jakby jej cząstka już umarła. I, że to dopiero początek powolnej śmierci. Oczy powoli zamykały się jej, zupełnie mimowolnie.
To bez sensu. Jak dwa duże koty mogą odłączyć zasilanie? Jak to.. I jak.. uratują Al.?
I dopiero, jak dwie kotopodobne zmieniły postać na ludzką, poznała w nim członkinie stada.
Szera. I Killer. Szeptały coś między sobą. Lady zajęła się klatką i Aldieb, a medyczka podbiegła do Anaid, spoglądając na nią z przerażeniem. Brunetka czuła powoli zbierający się w jej ustach smak krwi. Splunęła czerwoną mazią, krztusząc się.
Szera przez dłuższy moment przyglądała jej się badawczo, a zaraz potem zerknęła na plamę krwi u nóg Sylfidy i jej pokrwawione uda.
- O mój Boże.. An, ty byłaś w ciąży.
Tylko te słowa, jak echo w uszach drobnej postaci, zakrwawionej, z długimi, czarnymi włosami opadającymi na twarz. A potem już nic. Ciemność.

~*~
[ TAMTA MUZYKA STOP - ~KLIKAMY NA TO~ (poczekajcie chwilę, aż się rozwinie, lub sami przewińcie do 1:10) ] 

Wszystko poszło tak, jak było zaplanowane. Cała reszta członków misji dołączyła potem. Aspeney i Lu wyczyściły naukowcom pamięć i przeteleportowały do ludzkiego miasta, daleko, daleko stamtąd.
Szera i Lady Killer wykończyły cyborga. Aldieb została uratowana. Faktycznie, okazało się, że była mocno wycieńczona, ale z tego wyjdzie. Anaid nieprzytomna była przez całą drogę powrotną, wieziono ją razem z Alphą. Nie dało uratować się dziecka, brunetkaporoniła. Kulę wyjęto z jej rany, oczyszczono i zabandażowano. Luny nogę opatrzono. Starszą z sióstr transportowano na klaczy Aspeney.


Mogli wracać.
W szczęściu i nieszczęściu. Wymieniając smutne uśmiechy i zmierzającku domowi.

To już jest koniec..
Nie ma już nic.
Jesteśmy wolni..
Możemy iść.




[ Zakończyłam opowiadanie, całą serię. Przepraszam, naprawdę przepraszam, że tyle zwlekałam. Biorę się w garść, szykuję zadania dla tych, dla których jest mi dane to zrobić. 
I tak, Anaid straciła dziecko. 
Dziękuję za uwagę. ] 

Anaid (22:19)

7 listopada 2011

Sama. [Glola]

[Fragment grupowego opowiadania, sam jeden wciąż jednak utrzymuje jakiś sens, nie trudno się domyślić do zaszło.]

Sama.

W małym pokoju o jasnych ścianach widniało tylko jedno, wąskie okno przez które czasem wpadały słabe promienie słońca, czasem smuga łuny księżyca. Zdarzało się że żar wylewał się przez nie, zdarzało i że deszcz spływał po białej ścianie. Deszcz spływał do małej, podłużnej rynienki która miała swój wylot w głębi jednej ze ścian. Owe srebrne naczynie zawsze napełnione było wodą.

I tylko dlatego ruda żyła.



Kafelki były jak zawsze nieprzyjemnie zimne i szorstkie. Leżała w kącie pedantycznie obrzydliwego pokoju. Leżała na boku a wystające żebra zdawały się nieomal przebijać skórę. Oddychała powoli, jakby w letargu. Raz po raz przechodziły ją dreszcze.

Wtedy powieki odsłoniły ciemne ślepia. Lisica zaczerpnęła powietrza, oddech zarzęził jej w piersi. Podniosła ciężko pysk by oprzeć go na łapach i wbić wzrok w drzwi zarysowane w śnieżnej ścianie jedynie pasmem szram. Nie było nawet klamki. Jak w domu dla psychicznie chorych… tak, to najlepsze porównanie.

Usłyszała jakiś szelest. Nie starała się nawet domyślić skąd. Jak zawsze zastrzygła uszami, nie mając siły się podnieść.

***

Nie, nie straciła nadziei. Wciąż wierzyła że moment kiedy przyjdą nastąpi, chociaż nawet ta wiara pokrywała się coraz większą warstwą kurzu.

Na początku starała się uciec, z całych sił. Próbowała doskoczyć do okienka, wcisnąć przez otwory w ścianach, jakkolwiek wydostać z pomieszczenia. Później jeszcze tygodnie siedziała tylko pod drzwiami przekonana że już lada moment ktoś po nią przyjdzie. Popijała zimną wodę z rynnny by zaciskając zęby zastanawiać się jak odwdzięczy się na ludziach za to co zrobili Aldieb i Jej. Wiele razy siadywała pod okienkiem skomląc cicho, błagając by już jakoś wydostali ją z tego okropnego pomieszczenia. I za każdym razem, za każdym razem kiedy słyszała jakiś odgłos, bez względu na okoliczności podnosiła się i nasłuchiwała, a jej małe serce przepełniało się na nowo nadzieją i radością.

Na początku rejestrowała momenty gdy rano traciła przytomność, by odzyskać ją dopiero południem, czuła się też wtedy najedzona i nie potrafiła sięgnąć w pamięć by ogarnąć co się z nią działo.

A teraz nie miała już siły. Wiele razy zastanawiała się, co się stało. Liczyła wschody słońca, lecz po dwóch miesiącach straciła rachubę czasu i przestała być w stanie.

Nie pamiętała już nawet zapachu wolności, widoku gwiazd, od miesięcy nie czuła pod łapami trawy ani promieni słońca na futrze. Nie widziała też nikogo.

Leżała tylko na boku, wiecznie pogrążona w dziwnym letargu, wciąż starając się wywołać sen, tak było jej wygodniej. Nie lubiła tych momentów w których otrząsała się z otępienia. W których uświadamiała sobie, że faktycznie… nikt nie przyszedł i nigdy nie przyjdzie.

Zapomnieli. Na początku wypluwała to słowo, przechodziły ją dreszcze. Jak mogli zapomnieć, przecież byli przyjaciółmi. A przynajmniej tak wielu z nich. Na pewno coś się wydarzyło, nie mogli. Nigdy wcześniej nie zapomnieli. Przecież lisica nie zapomniałaby o nich. Ale wtedy pojawiał się jakiś ciemny głos, który śmiejąc się zawadiacko powtarzał; Przecież pamiętali gdy byłaś kimś. Zaraz odsuwała go z przekąsem. Dla nich powinnam zostać tym samym, bliską osobą. Na pewno nie nikim. Jeżeli zapomnieli… przecież zauważą moją nieobecność, przecież nie zignorują jej. Przecież…

Przecież. Na tym zazwyczaj się kończyło.

- Ale nawet jeżeli naprawdę nie znaczę już nic, muszą przecież uwolnić Aldieb, prawda? – Szeptała sama do siebie starając się nie tracić nadziei. – Dlaczego mieliby mnie tu zostawić, dlaczego mieliby nie postarać się o to wyciągnięcie łapy jeżeli już tu będą? Nie muszą przecież robić całej akcji, to tylko jedne drzwi. – Szeptała wciąż nie zważając na łzy toczące się po jej futrze – łzy będące zaprzeczeniem każdego słowa.

Głos powtarzał; A dlaczego mieliby wyciągać? Nic nie znaczysz. Jesteś z własnej głupoty, wciąż chcesz zwrócić na siebie uwagę, nie musiałaś nigdzie wchodzić.

Chciałam pomóc. Chciałam tylko… pomóc.


Przekazałam gdzie jest Aldieb. Przekazałam Jah. Pomogłam. Chociaż troszeczkę.

Ja, wrzód na dupie która nieudolnie stara się skonać w białym pokoju.

***

I kiedy już na zaczerwienione od łez ślepia opadła kotara powiek, pysk bezwładnie lądował na posadzce a myśli odlatywały gdzieś daleko, świat stawał się bardziej miękki i bardziej kolorowy.

Ruda usłyszała szelest i podniosła się. Małe, ciemne serduszko zaczęło bić szybciej. Uniosła wzrok i dojrzała pyski wystające z małego okienka pod sufitem. Szczęście wypełniło rude ciałko po brzegi. Odbiła się od ziemi i bez problemu prześlizgnęła przez małe okienko. Kiedy uderzyła ją fala zimnego, rześkiego powietrza, ciemne ślepia wypełniły się łzami. Wylądowała na trawie poza swoją celą i obejrzała po przyjaciołach. Jak zawsze znajome twarze. Śmiała się, tak jak oni. Odczuwała taką euforię i szczęście że miała ochotę tylko biec przed siebie. I biegła, wszyscy biegli. Jej gęste, rude futro połyskiwało skąpane w świetle bijącym od księżyca. Żebra nie wystawały ani trochę, a kości nie przypominały kruchych patyków. Biegła przed siebie zachłystując się raz po raz smakiem wolności.

***

Leżała tylko na boku, wiecznie pogrążona w dziwnym letargu, tak było jej wygodniej. Nie lubiła tych momentów w których otrząsała się z otępienia. W których uświadamiała sobie, że faktycznie… nikt nie przyszedł i nigdy nie przyjdzie.

Kafelki były jak zawsze nieprzyjemnie zimne i szorstkie. Leżała w kącie pedantycznie obrzydliwego pokoju. Leżała na boku a wystające żebra zdawały się nieomal przebijać skórę. Oddychała powoli, jakby w letargu. Raz po raz przechodziły ją dreszcze.

9 maja 2011

Opowiadanie stadne XVIII [LadyKiller]

08 maja 2011


Podkład.
Było ich wielu. Zbyt wielu. Rozbawiony, ironiczny uśmiech jaki rzuciła przemieniającej się Szerze, powoli zmienił się w ostrzegawcze wyszczerzenie kłów. Zmrużyła płomienne oczy. Kątem oka widziała po lewej stronie Bakarę, a po prawej przyjaciółkę z Kiredem. Pochyliła łeb, a między pumą a wilczycą pojawił się Cináed. Stłumiła chichot, wbijając pazury w ziemię. Zmutowani ludzie zbliżali się do nich szykując różnorodne bronie.
-Kabaret.-Mruknął Cináed, przekrzywiając łeb. W następnej chwili, w pełnej synchronizacji z Bakarą i Kiredem rzucili się do ataku. Czarna, gładka sierść pumy zafalowała, mimo iż ich ruch nie wywołał nawet najlżejszego podmuchu.
 Przyjaciółki spojrzały po sobie. Obnażyły czubki kłów w uśmiechu, kiedy do ich uszu dobiegły metaliczne dźwięki i nieludzkie krzyki. Zwróciwszy łby w stronę maleńkiej rzeźni, wśród której jak mrówka uwijał się płomienny Cináed, Lady przypomniała sobie, co zaraz może się stać. Rozlany płyn...rozbita kapsuła...aż zatrzęsła się z paniki. Musieli działać o wiele szybciej.Jej myśli błyskawicznie dotarły do Demonów, ale tylko wzrok Cináed'a zwrócił się w stronę przysadzistej sylwetki.
-Ogień.- Wyszeptała. Jego białe ślepia rozbłysły. Skinął łbem.
-Ogień. Wypierdalać!-Wrzasnął wysokim, jazgotliwym głosem.
-Szera.-Lady zwróciła na wilczycę przerażony wzrok.-Bierz Luxię! Szybko!
Miodowe oczy w momencie zarejestrowały reakcje, jakie zachodziły w białym płynie. Rzuciła się w stronę nieprzytomnego gryfa i wbiła kły w jego kark. Pognała za pumą kilka metrów, ale jej uwagę przykuł krzyk Kireda. Jeden z mutantów właśnie zrywał mu skórę z grzbietu, wbiwszy w nią żelazny hak zakrzywiony na czubku. Istny mistrz skalpowania.
-Zostaw go! Zostaw!!-Puma szarpnęła ciałem wilczycy, która skoczyła w ich stronę. Wiedziała, jakie to będzie dla Szery trudne. Sama niemalże czuła ból jej Demona. Ale ona posłuchała, po kilku bardzo długich sekundach, zachłystając się szlochem. Razem, bark przy barku, jak za starych dobrych czasów, kiedy żyły wspólnymi wyścigami, rzuciły się w przeciwnym kierunku od obozu 3. Kątem oka, Lady widziała jak Cináed wybucha płomieniem.
-Aldieb...!-Krzyknął ktoś, ale huk, jaki wywołał ogień stukający się z białą cieczą zagłuszył całą resztę. Straszliwa temperatura i metalowe szczątki uderzyła w biegnące obok siebie postacie, rzucając nimi w przód.
Podkład.
 Puma zakrztusiła się pierwszym oddechem, jaki świadomie chwyciła. Czuła zaciskającą się na jej piersi obręcz, która paliła ciało i odbierała maleńkie cząsteczki życia. Powoli, wolniej niczym najgorszy psychopata...
 Wokoło było tak...cicho. Co chwilę rozlegał się cichy syk, po którym następowały jakby odległe wybuchy. Jak gdyby coś się gotowało...
 Słyszała coś jeszcze. Ciche piski? Krzyki?
 Dotarły do niej zmieszane setki zdań, jakie wypowiadały zabijane niegdyś szczenięta. Wrzasnęła dziko, czując ich ból i strach. Nagle zobaczyła wszystkie wytrzeszczone z nienormalnym przerażeniem oczy... Z paniką chwytała powietrze, które raniło jej gardło. Czyżby zawierało maleńkie odłamki szkła lub metalu? Nie wiedziała. Zaciskająca się obręcz była coraz mniejsza.
 Rozejrzyj się...
 Nie zdążyła.
 Nagle już stała na własnych, silnych łapach. Nie? Nie...! To nie były jej łapy. To były połamane, obleczone mięśniami kikuty, a cieknąca z nich krew wypalała w ziemi dziury, złowrogo sycząc. Jej biała barwa obudziła w umyśle Lady ogromną panikę. Panikę, jaką czuła tylko raz w życiu...
 Nie musiała się rozglądać.
 Widziała leżącą obok siebie kupę zakrwawionych, dymiących, skrawków ciała przykrytych gdzieniegdzie szarym i złotym futrem.
 Widziała nadzianego na powykrzywianą gałąź wilka, a z jego rozwartego pyska kapała powoli ta sama biała ciecz...ta sama biała, sycząca krew. Jego wnętrzności zwisały bezwładnie w stronę ziemi. Z pustych oczodołów wypływały jarzące się jakby białka. Jego ciało płonęło.
 Widziała zwęglone szczątki, które śmierdziały straszliwie. Kiedy na nie spojrzała poczuła dojmujący ból całego ciała. Poczuła ten sam ból, który odczuwała ta istota, płonąc żywcem.
 Widziała siebie, miotającą się z wrzaskiem między śladami, jakie zostawiła po sobie śmierć. Upadła na niewielkie, zmasakrowane ciało skrzydlatego stworzenia.
 I wtedy zrozumiała, że wszystkie te truchła, rozrzucone wokół niej to...to Ci, którzy byli dla niej ważni.
 Zrozumiała, że te dymiące szczątki wśród których zachowały się przebłyski dawnego piękna to Szera. Że tak brutalnie wciągnięty na gałąź wilk to Cináed. Że cuchnące dziwnie szczątki to Bakara. Że to jego ból był jej bólem. Że to małe stworzenie to Luxia, leżąca tak blisko...dawnej gepardzicy?
 Więc dlaczego...dlaczego ona była obok wszystkiego? Obok tych, którzy nadawali jej życiu jakikolwiek sens?
 Jakiś wrzask zaczął ranić jej uszy. Czuła, że zaraz pękną jej bębenki.
 Zrozumiała, że to był jej wrzask. Jej własny, psychiczny wrzask bólu i rozpaczy.

Podkład.

 Ból nagle zelżał. Jej kocie ciało wpadło w wir lodowatej wody. Gwałtownie rozwarła powieki, kiedy strumień wody rzucił ją na drzewo. Stęknęła, zdezorientowana i usłyszała dobiegające ją śmiechy. Jeden głos znała szczególnie. Z nadzieją podniosła mokry łeb i zobaczyła zbliżającą się wilczycę.
-Lady!-Przyjaciółka dopadła do pumy i mocno o nią otarła. Miodowe oczy błyszczały najczystszym złotem.
-Szera?-Kocica rozejrzała się, nic nie rozumiejąc. Na gałęzi nieopodal siedziała Luxia,wesoło machająca łebkiem. Gdzieś dalej słyszała jazgotliwy głos Cináed'a i Bakary, po prawej mignął jej Kired z długą blizną na grzbiecie.-Przecież Wy nie żyjecie.- Warknęła, przypatrując się miłej wizji.
-Żyjemy, idiotko!-Szera zaśmiała się ciepło.- Wszycy mieliśmy jakieś dziwne wizje, ale ten jaszczur- wskazała łbem wygrzewające się na słońcu niebieskie stworzenie- wytłumaczył nam, że to iluzja wywołana kontaktem tej białej cieczy z naszymi ciałami. Gdyby nie to, że szybko zadziałał, wykończyły by nas.
-Aldieb była w obozie.-Słowa pumy przeszyły powietrze, uciszając wszystko dookoła.- Zabiliśmy ją.
-Nie. Wasza Alpha żyje i prawdopodobnie ma się dobrze.-Jaszczur otworzył pokryte błoną oczy i spojrzał na mokrą pumę.- Nie wiem gdzie jest, ale komuś innemu przeznaczone jest znalezienie jej. Wy możecie wracać do reszty grupy...
-Heeeeej! Szera!
 Samki poderwały łby, patrząc na stojące na wzgórzu postacie. Przez chwilę słońce uniemożliwiało im rozpoznanie ich, ale po chwili zobaczyły biegnącego przodem stalowego wilka i nieco w tyle Tiffany z Jenną na grzbiecie. Tiara zakołowała nad ich głowami i wylądowała, z przyjemnym stukotem kopyt.
 Lady zerknęła na jaszczura, ale jego już nie było. Uśmiechnęła się kącikami pyska, wstając i podbiegając do reszty grupy. Kocie serce zabiło szybciej, kiedy wreszcie poczuła ich obecność wokół siebie. Razem z Szerą spojrzały na niebo, myśląc o tym samym. Wierzyły całymi sobą, że Luna i Anaid znajdą Aldieb. Już niebawem.
Szera naprężyła się i zawyła głośno, jak najgłośniej, mając nadzieję że jej głos dotrze do reszty.
Cináed, Bakara i Kired dołączyli się do niej, podobnie jak Tee.
Znajdźcie Aldieb! Znajdźcie ją jak najszybciej! Krzyknęła Ledy, wysyłając swe myśli na promienie wielu kilometrów.

Spieprzyłam. -.-

LadyKiller (17:07)

22 kwietnia 2011

Opowiadanie stadne cz. XVI [Szera]

22 kwietnia 2011

<PODKŁAD>
[ten podkład niekoniecznie jest dobry, jeżeli chce się go słuchać trzeba to czytać razem z rytmem muzyki, jeżeli nie to nie radzę go puszczać]

Siedziałam przyczajona z zaciśniętymi ślepiami. Powietrze stało w miejscu. W ułamku sekundy do moich oczu dotarło jasne, oślepiające światło. Otworzyłam ślepia unosząc gwałtownie łeb. Nadstawiłam uszy z uwagą przyglądając się otoczeniu. Wnętrze kapsuły wyglądało naprawdę intrygująco i tak spokojnie... Ze wszystkich stron otaczała mnie oślepiająca biel. Nigdzie nie widać było wlotu, którym się tutaj dostałam. Powoli i ostrożnie uniosłam się. Spojrzałam pod swoje łapy. Podłoże wydawało się być płynne niczym woda, ale w ogóle jej nie przypominało. Było białego koloru z iskrzącymi się srebrnymi połyskami. Delikatnie uniosłam przednią łapę i uderzyłam nią. Podłoże nawet nie drgnęło. Przekrzywiłam delikatnie łeb. Lekko przejechałam pazurami po tafli, ale nie powstał żaden zarys.
-Na co patrzysz? - Spłoszona przyjęłam pozycję do ataku. Rozejrzałam się zaskoczona. Nikogo nie widziałam. - Tutaj. - Usłyszałam wesoły śmiech. Przede mną zmaterializowała się mała postać. Szare skrzydełka zatrzepotały cichutko. Cztery łapy poruszały się niespokojnie z czego dwie przednie zakończone były szponami natomiast pozostałe kopytami. Ogon niczym u konia zafalował delikatnie. W końcu dostrzegłam pysk niczym u sokoła lecz z malutkimi uszkami niczym przedłużonymi piórkami i bystrą parą miodowych oczu wpatrujących się we mnie z ciekawością. Szara postać podeszła bliżej kłapiąc cicho dziobkiem. - Żyjesz?
Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie spodziewałam się kogokolwiek tutaj spotkać. Wyprostowałam się unosząc łeb i nadstawiając uszy.
-Witaj. Zwą mnie Szera. - Skinęłam delikatnie łbem. Ona z rozbawieniem w oczkach ustawiła się tak jak ja i kiwnęła łebkiem.
-Witaj. Mnie zwą Luxia. - Cichy chichot wydarł się z jej gardziołka, ale opanowała się robiąc poważną minę. Wyglądała teraz dumnie niczym orzeł szybujący po niebiosach, które są jego królestwem. Na moim pysku mimowolnie pojawił się delikatny uśmiech. - Jestem gryfem. Ty za pewne gepardem. Ale jest coś w Tobie jakby z domieszki innego stworzenia... - Zamilkła na chwilkę przeszywając mnie swoim bystrym spojrzeniem. - Jak się tu dostałaś? Już ta...

Przestałam słyszeć jej głos. Pojawił się we mnie niepokój. To ciche miejsce kryło coś w sobie... Z uwagą rozglądałam się starając się dostrzec cokolwiek, ale ta siła była ukryta przed mym wzrokiem. W tym miejscu z pozoru łagodnym czaiło się coś mrocznego obserwując swoje ofiary, czekając na ich najmniejszy błąd. Poczułam ukłucie na przedniej łapie. - Słuchasz Ty mnie?
-Wybacz. Zagapiłam się. - Spojrzałam w górę. - Da się stąd wyjść?
-A myślisz, że gdyby się dało siedziałabym tutaj? - Spojrzała na mnie z ironią.
-Masz rację... Wybacz... - Wstałam i ruszyłam spokojnie przed siebie.
Luxia została z tyłu obserwując mnie.
-Stąd nie znajdziesz wyjścia. - Nie zatrzymałam się idąc uparcie dalej przed siebie. Musiałam sama sprawdzić. - Wszyscy już próbowali... To tylko pogorszy Twój stan. A nie możesz się załamać. Już i tak masz ciemny kolor. - Zatrzymałam się gwałtownie. - Spójrz na siebie!
Nie chciałam tego robić. Wiedziałam, że jej z pozoru bezsensowne słowa kryją w sobie złowrogie przesłanie. Z oporem spojrzałam w dół. Moje łapy miały odcień ciemnej szarości, która powoli zdawała się przechodzić w czerń.
-Co jest grane? - Mruknęłam cicho kładąc uszy.
-Jesteś kolejną duszą oddaną na pożarcie temu miejscu. - Wyszeptała. Odwróciłam się, aby na nią spojrzeć. Stała skulona patrząc w ziemię. Jej odcienie stały się jakby płynne mieszając się i wydobywając głęboką czerń. - Pomóż mi... - Spojrzała na mnie, gdy jej pióra zafalowały jakby posyłając falę czerni przez jej ciało. Szept coś zagłuszyło. Podłoże przy niej stało się płynne. Jakby zaczęło żyć własnym życiem i pochłaniać ją do swego wnętrza.
-Rozłóż skrzydła i leć! - Wrzasnęłam odbijając się i ruszając w jej stronę.
-Nie potrafię... - Zaczęła chaotycznie machać skrzydłami, które po zetknięciu z podłożem jakby przylepiły się do niego. Znalazłam się przy niej. Moje ciało mimowolnie przybrało postać wilka. Rozwarłam szczęki zaciskając je na karku Luxi.
-Dasz radę! - Wycharczałam przez zaciśnięte kły.
-Z tego nie ma powrotu...
Szera... Szera... Gdzie jesteś?
Tutaj... - Odparłam płaczliwie w myślach.
Daj jakiś znak!
Ale nie miałam jak. Nie mogłam puścić karku gryfa z uścisku szczęk.
Nie mogę...
-Szera! - Ten znany głos. Nie gryfa, ani głosu w głowie. Lady...
I nagle dwie smugi spłynęły znikąd. Sunęły po ziemi, która jakby starała się przed nimi uciec. Przyspieszyły docierając do mnie. Oplotły mi łapy i wniknęły poprzez znak na łopatce. Poczułam jak się zmieniam, a na łopatkach wyrastają długie kości, które porastają piórami. Sierść na karku wydłużyła się razem z całym mym ciałem. Dzikie oczy zabłysły, ostre pazury wbiły się w płynne podłoże. Nie wiedziałam jak do końca teraz wygląda moja wilcza postać. Nie miałam czasu się sobie przyjrzeć. Musiałam działać. Dwie siły niczym dwie smugi zostawiały zarys na moim ciele. Serce zakołatało szybciej kiedy poczułam obecność dwóch znajomych postaci. Uśmiechnęłam się dziko.

-Idę... - Warknęłam i nie puszczając Luxi odbiłam się z całych sił w górę uderzając potężnymi smolistymi skrzydłami. Poczułam jak powietrze naokoło mnie stało się gorące. Jeszcze raz uderzyłam skrzydłami i zderzyłam się z czymś. Napotkałam lekki opór, który po chwili ustąpił. Światło rozlało się kiedy wylądowałam przed klatkami. Po prawej stronie znajdowała się kapsuła z rozbitą szklaną powłoką. Słyszałam za sobą ciche szmery. Koło mnie usłyszałam ciche mlaśnięcie i chichot, który tak uwielbiałam. Położyłam delikatnie na boku omdlałą Luxię, której oczy były zamknięte, a sierść przybrała rudy odcień. Słyszałam ciche bicie jej serca. Żyła. Uśmiechnęłam się sama do siebie, a słysząc przed sobą ruch odwróciłam się gwałtownie kładąc uszy. Najeżona sierść zafalowała lekko kiedy kłapnęłam ostrymi zębami w stronę zgromadzonych ludzi-mutantów.
-Ani drgnij... - Syknęłam w stronę pół robotów.
-Nie popisuj się. - Usłyszałam rozbawiony głos. Lady stanęła obok mnie. Jej pysk przybrał rozbawiony wyraz, gdy wystawiła pazury patrząc na ludzi. Nie było czasu na zadawanie pytań jak się tutaj dostała i jak mi pomogli. Uniosłam łeb i zawyłam głośno. Poczułam jak jedna siła mnie opuszcza. Lekka fala rozeszła się, a pióra oderwały się wirując wokół nas, aby powoli opaść na ziemię przesłaniając widok każdemu. Kości jakby zaczęły pękać się i kruszyć aż opadły na ziemię jako lekki pył. Płonąca postać pojawiła się u boku Lady warcząc głucho. Mój wygląd zbyt wiele się nie zmienił. Nadal czułam w sobie przeważającą moc. Ponownie uniosłam łeb, aby z mojego gardła wydobyło się wycie mając nadzieję, że dotrze ono do reszty stada, która z nami wyruszyła...
_________________________________
Do mnie osobiście to opowiadanie, ani te podkłady do końca nie przemawiają, ale cóż. Obiecałam, że w końcu opublikuję więc jest.
Szera (22:06)

22 lutego 2011

Opowiadanie Stadne cz. XVI [Tee Saatus]

21 lutego 2011


Stalowy wilk wpatrywał się tępo w miejsce zniknięcia towarzyszek. Przepełniała go irytacja, złość i bezradność. Najgorsze co mogli zrobić w tym momencie to rozdzielić się. Miał ochotę pobiec i je zatrzymać. Przestał trzeźwo myśleć. Wbijał pazury w ziemię, warcząc cicho. Już miał zerwać się, ale powstrzymał go zaniepokojony głos.
-Tee?
Odwrócił się i spojrzenie jego onyksowych oczu natrafiło na wielkie i ciemnie, zaniepokojone oczy. Ujrzał w nich siebie. Wściekłego i najeżonego idiotę. Poczuł się głupio. Rozluźnił się. Widział w oczach pegazicy ,jak jego własne spojrzenie łagodnieje. Powiódł wzrokiem po jej sylwetce. Jak zwykle poraziły go jej żywe i neonowe kolory. Otrzeźwiło go to. Spojrzał na Tiffany i leżącą obok, nieprzytomną Jennę. Poczuł jak wnętrzności skręcają mu się na jej widok. To twoja wina. Twoja wina... Tak gdyby tylko nie pozwolił jej odciągać cerberów... gdyby poszedł z nią... Natrafił na spojrzenie srebrnej wilczycy. Patrzyła na niego z troską, ale i stanowczością. Zacisnął zęby. To nie czas na rozklejanie się, i gdybanie. Czas działać.
-Tiara weź na grzbiet Jennę. -Poczuł się dziwnie rozkazując. Zdumiał go jednak jego własny głos. Spokojny i stanowczy. - Musimy się gdzieś ukryć. Najlepiej gdzieś, gdzie będzie widać tą polanę.
Tu spojrzał na Tiffany, licząc ,że ona coś zauważyła. Nie zawiodła go.
-Tam. -Wskazała zachód.- Jest wzgórze, w nim powinny być jaskinie. Nie mam lepszego pomysłu.
Stalowy pokiwał łbem. Spojrzał we wskazanym kierunku. Skaliste wzgórze. Oby Tiffany miała rację, jednak to lepsze rozwiązanie niż sterczenie na widoku.
-Dobrze, idziemy. Mam prośbę Tiff, znasz się na medycynie? -Wilczyca skrzywiła się lekko- Musisz znać choć podstawy! -W jego głosie zabrzmiała nuta paniki.
-Trochę, ale ...
-Musisz pomóc Jennie- Przerwał jej.- Biegnij do lasu i znajdź jakieś zioła, cokolwiek. My będziemy czekać w jaskini.
Srebrna patrzała na niego przez chwilę. Skinęła jednak łbem i pomknęła do lasu. On i Tiara ruszyli w kierunku zbocza. Oboje milczeli. Szary wilk, czuł jednak na sobie jej przenikliwe spojrzenie. Przyśpieszył trochę, rozpaczliwie próbując o tym wszystkim nie myśleć. Wiedział jednak ,że niebawem będzie musiał. Wskoczył na pierwszy kamień i spojrzał za siebie. Kara wzbiła się w powietrze i ,przeleciawszy nad nim wylądowała na szczycie. Podążył za nią, rozglądając się za jakąś jaskinią. Nagle zauważył jakiś otwór, podszedł bliżej i zajrzał do środka. Była to obszerna jama. W kilku miejscach wpadało do niej słońce.
-Tiara, tutaj! -krzyknął. Pegazica podeszła do niego uważając na zdradzieckich kamieniach. Weszli do groty. Położyli Jennę pod ścianą. Kara również położyła się. Grota chociaż duża, robiła się ciasna dla niej i jej skrzydeł. Wcisnęła się w jedną ścianę ,a Stalowy usiadł naprzeciw niej. Milczeli tak, do przyjścia Tiffany. Kiedy ona zaczęła opatrywać Jennę, Tiara, zadała pytanie ,którego Tee tak bardzo nie chciał usłyszeć.
-Co teraz? - Stalowy zacisnąwszy zęby zaczął intensywnie myśleć. Po długiej chwili przemówił ,lekko zachrypniętym głosem.
-Czekamy aż Jennie się polepszy. Będziemy też czuwać przy wejściu do jaskini i pilnować polany, na wypadek gdyby ktoś wrócił. To na razie wszystko...
I tak się stało. Na zmianę czuwali u wejścia do groty. Co jakiś czas któreś wymykało się po jedzenie i lekarstwa. Tiffany opiekowała się Jenną ,a Tee podtrzymywał ognisko. Głównie milczeli, każdy pogrążony w ponurych myślach. Ich misja stała się beznadziejna. Nie mieli pojęcia co się dzieje z pozostałymi. Nie robili nic, aby przybliżyć się do odnalezienia Aldieb. Równie dobrze mogła już nie żyć i mogli wracać na tereny HOTN. Ta myśl zmroziła wilka w nocy drugiego dnia, podczas czuwania u wlotu jaskini. Jeśli się spóźnili? Jeśli już za późno i ich Przywódczyni leży gdzieś martwa i zimna? Bez życia w oczach. Tak jak niegdyś ona... Potrząsnął gwałtownie głową. Nie chciał tego widzieć. Chciał zapomnieć. Westchnął głęboko, a zimne powietrze wypełniło mu płuca. Skupił wzrok na polanie i zabudowaniach. Czuł rozpacz i bezradność. Tak bardzo chciał, żeby coś się w końcu wydarzyło. Cokolwiek. Jednak polana pozostawała pusta ,a Jenna nieprzytomna. Warknął , dając upust swojej złości. Czuł się bezużyteczny ,ukrywając się w tej jaskini. Cały czas nawiedzały go ponure myśli, a widok martwych ciał innych towarzyszy nie dawał mu spokoju. Przeciął ogonem powietrze i usłyszał towarzyszący temu świst. Wsłuchał się w niego i nagle zdał sobie sprawę ,że słyszy szelest. Wbił wzrok w polanę i zobaczył postać. Sylwetka była typowo ludzka, jednak w ruchach tej istoty było coś zwierzęcego. Stalowy nie myśląc zbyt wiele zerwał się ze swojego stanowiska i przeskakując na kamienie zbiegł z wzniesienia. Podkradł się bliżej postaci i ukrył przy budynku. Światło księżyca padło na sylwetkę intruza i wilk ledwo zdołał powstrzymać syk zaskoczenia. Owa postać wyglądała jak człowiek. Jednak byłą pokryta niebieską łuską i miała kocie, żółte oczy. Jednak nie to go tak oszołomiło. W ramionach trzymał Lady. Lady Killer, prawdziwą Lady Killer. Poczuł jak wypełnia go nadzieja, jednak jaszczur nadal ją miał. Wyskoczył z ukrycia i warcząc głucho zbliżył się nieco do intruza.
-Czego chcesz? -Warknął. Jaszczur jednak nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w niego, przenikliwie.
-Musicie się śpieszyć. To się już zaczęło. Jeśli nic nie zrobicie stracicie więcej niż jedno życie. Alea iacta est.
Położył pumę przed zdezorientowanym wilkiem, odwrócił się i zaczął odchodzić.
-Co? Nie! Poczekaj! -Stalowy skoczył za nim.- Co się zaczęło? Co to znaczy? O co tu chodzi? Skąd tu się wzięła Lady?
Wyrzucał z siebie pytania podążając za jaszczurem. Ten jednak jakby go nie słyszał. Nagle zatrzymał się i zaczął rozpływać się w powietrzu. Tak jakby ktoś zmącił lustro wody. Po prostu znikał.
-NIE! ZOSTAŃ! -Wilk skoczył na jaszczura, ale spóźnił się. Przeleciał tylko przez niebieskawy obłoczek i wylądował kawałek dalej. Odwrócił się. Pusto. Zacisnął zęby i podbiegł do pumy. Zaczął szukać, jakiś ran, spuchnięć czy czegokolwiek ,ale nic nie znalazł. Wyglądała jakby spała. Potrząsnął nią lekko.
-Lady? Lady! -Puma zamrugała niemrawo i uniosła łeb.
-Tee? Gdzie ja jestem? Co się tutaj dzieje? -Zapytała podnosząc się i obrzucając okolicę czujnym spojrzeniem.
-Też chciałbym wiedzieć. Jak się czujesz? I co się działo? -Zapytał prowadząc ją ku jaskini.
-Zaskakująco dobrze. Pamiętam ,że leciałam..Widziałam Aldieb.
Nic, co wydarzyło się dzisiejszej nocy nie oszołomiło wilka jak to wyznanie. Otwierał pysk kilka razy, ale nie był zdolny wydobyć z siebie głosu.
-Ona żyje. Wtedy przynajmniej żyła. Kapsuła... To co tutaj się dzieje nie jest znacznie poważniejsze niż myśleliśmy -Pokręciła łbem. Wilk chciał o coś zapytać,ale przerwały mu krzyki. Od strony wzgórza biegły Jenna i Tiffany, a nad nimi szybowała Tiara. Krzyczały.
-Co..? -Zdążył wydusić ,ale wpadły na niego wrzeszcząc:
-Tee! TEE! Lady?! LADY!! AS!
Odwrócił się i ujrzał As galopującą ku nim na swej klaczy. Otworzył pysk ze zdziwienia. Kiedy podjechała do nich wszyscy znów zaczęli krzyczeć. Stalowy rozumiał tylko pojedyncze wyrazy. Ruda najwidoczniej też, bo uniosła rękę na znak ciszy. Wszyscy zamilkli.
-Mamy sobie dużo do opowiedzenia. Jest tu jakaś kryjówka?
Stalowy kiwnął łbem i poprowadził ich ku skalistemu wzgórzu. 
 
---
Nawet mi się podoba. Koniec trochę zepsuty,ale ogólnie nie jest źle. Próbowałem jakoś ogarnąć to wszystko co się dzieje. Nie było to łatwe. Uwierzcie. Pewnie pokrzyżowałem plany As i Lady, wybaczcie. Jednak trzeba to jakoś zespoić. Wykorzystałem kilka starych elementów. Wszystko po to żeby tą historię jakoś zespoić, bo czytając wszystkie opowiadania odnosiłem wrażenie ,że to kilka historii, zupełnie ze sobą niezwiązanych. Mam nadzieję ,że mi się udało. Do następnej części proponuje As albo Killer ,ale to tylko propozycja. Wiecie ,że na miejscu Lady miała być Szera Jednak z jej części wynika ,że zamieniła się z Lady miejscami więc... ja też je zamieniłem. Strasznie to się skomplikowało. No i wiecie ,że opowiadanie zaczęło się latem? A mamy zimę? Nie mam pojęcia jaka ma być tam pora roku ,więc ominąłem wszystkie wzmianki o pogodzie. To chyba wszystko co chciałem powiedzieć.Tee Saatus (19:32)

7 lutego 2011

Opowiadanie stadne cz. XV [Anaid]

06 lutego 2011


Kobieta bez słowa, ani żadnego komentarza, odwróciła się od szamanek i skierowała wzrok w stronę widoku za oknem. Przez jakiś czas chatkę zajmowała tylko cisza. Obydwie dziewczyny spoglądały po sobie co chwila, wymieniając spojrzenia. Nie wiedziały, co zrobić. Coś stosownego. Staruszka wyglądała bardzo sędziwie, jakby wiele przeżyła i wiedziała praktycznie wszystko. Może dlatego hiena nakierowała An i Lu właśnie na nią.
- Proszę pani.. – zaczęła Sylfida ostrożnie. Kobieta uniosła dłoń, nakazując dziewczynie tym gestem, aby zamilkła.
Minuty wlekły się jak godziny. Obydwie szamanki padały z nóg, a starsza niewzruszenie wpatrywała się w widok za oknem.
- Słońce zbliża się ku zachodowi. Niebezpieczny jest las po zmroku. – odezwała się w końcu. – Potwory na żer wychodzą, a padlinożercy ostatnie tchnienie i strzępy ciała z ofiary wysysają. – dodała, nie odwracając się. Ani brunetka, ani blondynka nie miały nic do powiedzenia. Stały jak wryte, słuchając kobiety. Ta zastukała długimi paznokciami, wyglądającymi jak szpony, w parapet okna. – Czas płynie, a maszyny pracują. Niszczą.. – świszczący i ostry głos kobiety odbijał się echem od ścian izby. Zrobiła krótką przerwę, a następnie znów zaczęła mówić.
- ..i zabijają. Mordują. Łapią i już nie wypuszczają. Ten, kto tam trafił, nie wracał. Ginął po nim słuch. – powiedziała, każde zdanie oddzielając stuknięciem szpona w parapet. – Czarną wilczycę porwano. Czy jesteście aż tak dumne i głupie, by podejmować próbę jej ratowania? Zginie, jak każde inne żywe stworzenie. Prędzej, czy później. – kontynuowała monolog. –  Niemądre ludzkie istoty nie potrafią tego zrozumieć i same zabijają, by zakamuflować ból. Nie macie pojęcia, jak ciężko im jest. – staruszka przejechała pazurem po szybie. To spowodowało, że po chatce poniósł się zgrzyt. Obydwie dziewczyny odruchowo zasłoniły uszy. Anaid zacisnęła szczękę. Jej uszy były wyjątkowo wrażliwe na tak dużej wysokości dźwięki.
Obydwie młode dziewczyny traciły cierpliwość.
I kobieta także.
- Sądzicie, że tego nie czuję? Nic nie widzę, nic nie słyszę? Źle wam się wydaje. Nie jestem pomiotem ludzkim. – dodała, odwracając się. Źrenice starej znacznie się powiększyły, a tęczówki powoli przybierały czarny kolor. Brunetka przełknęła ślinę. Dostrzegła, że jej towarzyszka powoli wyciąga zza pasa sztylet. Sama dyskretnie złapała za swój. – Nikt. N i k t nie powinien naruszać spokoju w mojej izbie. Tym bardziej dwie zadufane dziewczyny, chcące bezmyślnie stawić czoła takiej potędze. – nie przerywała mowy. Jej ton głosu był podniesiony, coraz bardziej przeszkadzający Sylfidzie, która znosiła go gorzej niż blondynka. Starucha podeszła o kilka kroków bliżej, jednak nadal zachowywała dystans między nimi.
- Jesteście niczym. – jej głos coraz bardziej podnosił ton, sprawiając, że brunetka ukucnęła, próbując szczelnie zakryć uszy dłońmi. Uczucie, że bębenki uszne zaraz jej pękną, nie mijało. Za wysokie tony, słyszała je jako piski. Dokuczliwe, jakby wrzeszczało wprost do ucha Anaid tysiące chochlików, chcących, aby ogłuchła.
Sylfida powoli zaczynała rozumieć słowa hieny. Skierowała spojrzenie na Lu. Widziała zacięty wyraz twarzy blondynki i jarzące się złością oczy.
Siwe, wręcz białe włosy kobiety, spięte w zgrabny, wysoki koczek, momentalnie się rozwiązały,  ‘’zawisnąwszy ‘’ w powietrzu i okalając pomarszczoną twarz starej.  Wyglądała coraz groźniej, szykując się do ataku. Długie szpony wycelowała wprost w Lunę, nie zwracając uwagi na brunetkę, kulącą się w kącie i zupełnie bezradną.
Blondynka, nie zwlekając, zaatakowała, rzucając się na staruszkę, która upadła na ziemię.
Stara najwyraźniej nie była taka słaba. Podniosła się wręcz błyskawicznie, zrzucając z siebie Lu i pędząc w stronę ogłuszonej An.
Sylfida dźwignęła się z ziemi. Drżała. Wyjęła zza pasa sztylet, kierując go w stronę kobiety.
- Ani. Kroku. Dalej. – wycedziła, czując jak po jej czole spływa strużka potu. Luna nie próżnowała. Szła tuż za starą, której pomarszczoną twarz wykrzywiał złośliwy, niedowierzający uśmiech. Blondynka zamachnęła się, uderzając siwowłosą w głowę. Ta padła na drewnianą podłogę izby.
- Szukaj w szufladach. – poleciła Lu brunetka, powoli słysząc coraz lepiej.
Sama rzuciła się do tego samego. Stara nie długo będzie nieprzytomna, więc musiały się pospieszyć.
Anaid zaglądnęła pod stare, skrzypiące łóżko mieszkanki chaty. Nic ciekawego, oprócz paru koszyków z ziołami, brudu, śmieci, pająków i mnóstwa kurzu. Sylfida bała się, że stara nie miała na papierze drogi do obozu. A gdyby wszystko miała ją w głowie? Możliwość ta budziła niemałe wątpliwości w jakąkolwiek szansę na znalezienie wskazówki.
- Mam coś! – wykrzyknęła Lu, rozwijając stary, pożółkły papier listowy i notes z mapą. – Wynosimy się stąd. – zakomenderowała jeszcze.
W tym momencie, kiedy obydwie siostry skierowały się w stronę drzwi, starucha uniosła głowę. Na jej twarzy wymalowany był pewien triumfalny grymas.
- Alea iacta est. – wymamrotała, znów opuszczając głowę, by jej lico zakryły siwe, cienkie włosy.
Towarzyszki po mozolnej i wyczerpującej ucieczce, a potem dalszej wędrówce przez las, legły wymęczone przed ogniskiem, otoczone płaszczem nocy. Po posiłku, który je nieco zregenerował, rozpoczęły przegląd papierów znalezionych w chacie. List był ciekawy, mówiący o jakiejś przepowiedni, coś na kształt tego, co opowiadała stara.
Notes miał w sobie mapę, która powinna im pomóc w dotarciu do obozu trzeciego. Na uratowanie Aldieb miały coraz mniej czasu. Piasek w klepsydrze przesypywał się z wolna, ale czas sprawiał, że to wszystko znacznie przyspieszało obrót sprawy.
Anaid westchnęła, opierając się o Lu i ostrząc na nowo swój sztylet, gdyż stwierdziła, że nie jest on wystarczająco ostry.
- Damy sobie radę? – zapytała, jakby nie do końca była tego pewna. Blondynka kiwnęła głową, ścisnąwszy jej dłoń w geście otuchy. Wymieniły uśmiechy, przepełnione ulgą.
- Co ona wtedy powiedziała? To alea iacta est. – zapytała tym razem Lu, marszcząc nieznacznie brwi i spoglądając kątem oka na An.
- I to mnie właśnie zmartwiło. Kości zostały rzucone.                                                     
_________________________________________
Bez komentarza. Pisałam to bardzo długo. Trochę z braku czasu, trochę z braku weny. Najmocniej za to przepraszam, to moja wina, wybaczcie. W ten sposób opóźniłam moment zakończenia opowiadania. Nie wiem, kto tam zechce pisać po mnie, jak już chcecie.                                                                                                                 
Jeszcze raz przepraszam. Mam nadzieję, że nic Wam się nie stało podczas czytania tego.. czegoś. (Wiecie.. skutki uboczne takie jak epilepsja, padaczka, paraliż, drgawki.)
Anaid (18:45)

20 grudnia 2010

Opowiadanie stadne cz. XIV [Luna]

19 grudnia 2010


Wyciągnęłam zza paska zaciśniętego na udzie sztylet i rzuciłam nim prosto w czarny łeb wielkiego psa.  Głowa zwierzęcia  zalała się krwią, po czym cielsko upadło na ziemię wijąc się, w końcu wydało z siebie ostatnie tchnienie.  Spojrzałam przez ramię na swoje zdezorientowane towarzyszki. Nie czekając dłużej zagwizdałam cicho, a po chwili w zaroślach pojawiła się ciemna klacz.
-  Chodźcie –powiedziałam cicho i przywitałam się ze swoim demonem. – An wskakuj, Mi powinna nadążyć. -  wskoczyłam zgrabnie na Chandrę, po czym wciągnęłam na jej grzbiet Anaid, dodałam łydek i ruszyłyśmy galopem przed siebie.  Wilczyca biegła raźno obok, dotrzymywała nam kroku.  Starałam się przypomnieć  sobie słowa hieny.  Wyszeptałam do ucha klaczy miejsce, do którego zmierzałyśmy. 
Przemieszczałyśmy się bardzo szybko.  Anaid odwróciła się i zauważyła, że Mi-Chan zniknęła. Cała nadzieja nagle prysła.  Nie słyszałam żadnego krzyku, wycia, nic. Mi jakby się po prostu rozpłynęła.  Jednak obydwie stwierdziłyśmy, że trzeba znaleźć starą kobietę, potem zajmiemy się resztą.  Biegłyśmy wzdłuż rzeki, po ok. 2 godzinach zauważyłyśmy, że ta zaczęła się zwężać . Ucieszyłam się, a Chandra przyśpieszyła jeszcze bardziej.  An rozglądała się, wyglądała jednak na zaniepokojoną.  W końcu zatrzymały się,obydwie równo zeskoczyłyśmy z klaczy, podziękowałam i przytuliłam się do jej szyi, po czym ta odbiegła i zniknęła.
- Wiesz, że nadal nie wybaczyłam Ci tego głównego szamana? –Uśmiechnęłam się figlarnie i trąciłam An ramieniem, po czym uklęknęłam na ziemii spojrzałam przed siebie. Nic nie było widać, jednak skoro Chandra zatrzymała się właśnie tu, to WŁAŚNIE TU, powinnyśmy być. Zastanowiłam się przez moment, po czym narysowałam przed sobą palcem półkole, a nad nim różnorodne znaki.
- Pomysłowe. – wtrąciła An przyglądając się moim poczynaniom.  Uśmiechnęłam się pod nosem,po czym wyszeptałam najciszej jak umiałam:
- Paschae ad altera mundus. – Przede mną nie było już zielonego lasu, widziałam czarno-biały świat. Inny.  Tylko Anaid nadal miała ‘swoje kolory’, wkońcu jest główną szamanką.  Kilka metrów przed nami rysowała się nie duża chatka.
- Reditum. -  Kiedy poraz kolejny otworzyłam oczy, znów wszystko było takie jak wcześniej. – Chodź,An, już wiem. – żwawo ruszyłam w stronę chatki, której teraz nie było widać.  Tym razem moja towarzyszka zaczęła działać.  Chodziła w tą i z powrotem szeptając pod nosem.
- Illustro…Ostensum… Non clan… - wtem zatrzymała się i spojrzała z dumą przed siebie. Ja też to zobaczyłam. Chatka, pojawiła się.  Podeszłam do ciemnowłosej i przybiłam z nią piątkę.  Bez wahania weszłyśmy dośrodka.  Była to mała izba, drewniana podłoga, drewniane ściany.  Na boku stało małe łóżko, kawałek dalej stolik nakryty ładnym obrusikiem.  Koło okna stała przygarbiona, staruszka. Miała siwe włosy i była bardzo niska, widać było po niej, że dużo przeżyła.
- Jesteście zdolne. Wiem po co przybywacie. – do naszych uszu dobiegł jej głos. Był świszczący, ostry.
- To dla nas bardzo ważne… - odezwałam się niepewnie.
- Nic nie mów. – kobieta skarciła mnie, poczułam się tym bardzo dotknięta, spuściłam głowę i już nic nie mówiłam.
- Pomogę wam, ale musicie mi odpowiedzieć na pytanie.   – kiwnęłyśmy głowami  zgadzając się na jej warunek.  – Czy nie zostawiłyście swoich towarzyszy poto, żeby laury za uratowanie Alphy zostały przyznane wam? – Zaskoczone tymi słowami skrzywiłyśmy się mimowolnie. Owszem, lubiłam kiedy mnie chwalono, chyba każdy to lubi, ale tutaj ważniejsza była Aldieb, niż jakaś tam chwała.
- Nie. – odparłyśmy równo.
- Oczywiście, że nie. – dodała jakby urażona tym pytaniem,Anaid.  Przez chwile zastanowiłam się,dlaczego hiena ostrzegała nas, żebyśmy ‘nie pozwoliły jej krzyczeć’.

_________
Poszło mi szybciej niż myślałam. Nie umiem sama stwierdzić, czy mi się podoba, czy nie, ale to wy ocenicie. Za wszelkie błędy przepraszam. No i przepraszam, że takie krótkie.  Nie wiem kto napisze dalej.   

Luna, Córka Księżyca (18:44)

18 grudnia 2010

Opowiadanie stadne cz. XIII [Szera]

17 grudnia 2010


Ciche szepty...
Nieustannie towarzyszyły mi w tych ciemnościach...
Znane głosy...
Co ja tu robię? Nie mogę się ruszyć. Wisiałam bezwładnie w tym mroku.
Nie...
<PODKŁAD>
To nie do końca była ciemność. Widziałam obrazy, ale były dla mnie niejasne, rozmyte. Zmrużyłam oczy czując ból pulsujący w moich skroniach. Czułam narastający niepokój. Nie wiedziałam dlaczego. Obrazy nagle nabrały ostrości. Widziałam postać biegnącą przez las.
As?
Nie byłam pewne dopóki nie ujrzałam Jej twarzy. Oczy były pełne niepokoju i bólu. Poczułam, że coś jest nie tak, ale nie miałam czasu nic zrobić. Obraz już się zmienił. Widziałam innych siedzących pod chatą. Tam też nie było najlepiej. Ale zaraz... Nie było wszystkich. Obraz się zmienił. Byłam w lesie. Widziałam ich. Reszta grupy zmierzała w tylko sobie znanym kierunku. I znowu obraz się zmienił. Ale już nie dawałam rady rozpoznać co się dzieje. Obrazy zaczęły zbyt szybko przeskakiwać. Uderzenie łap i stóp o trawę. Szelest. Jęk. Szmer. Uderzenie łap. Szelest. Jęk. Szmer. I tak w kółko aż w końcu wszystko się rozmyło i dał się słyszeć szelest. I w tedy się tam znalazłam. Czułam Jej obecność. Patrzyłam Jej oczami. Nie. Ja na ułamek sekundy stałam się Nią. Lady.. Nie.. Tylko to zdołałam pomyśleć. Nagle poczułam się jakbym wróciła do żywych. Wiedziałam co muszę robić choć nie wiedziałam jak. Na obolałych łapach biegłam przed siebie. Słyszałam jak mnie gonią. A więc cały czas byli gdzieś obok. Ale nie mogłam dać im iść ze mną. Widziałam ślady zostawione przez As. Biegłam po Jej tropie. Ale to nie było to samo miejsce co chwilę temu. Na świat wokół mnie zaczęła spływać mgła. Czułam, że to moja sprawka, ale nie zastanawiałam się jak to robię. Poczułam mrowienie na łapie, na której znajdował się symbol wody - pamiątka po dawnej misji. Blizna z boku również zaczęła piec. Mrowienie zaczęło się przesuwać. Rozciągało się to w kierunku mojego znaku na łopatce. Czerwony połysk zaczął delikatnie oświecać mgłę. Znaki jakby dążyły do połączenia się. I w tedy ujrzałam ciało leżące na trawie. Znaki zaczęły piec. Poczułam tą siłę.Wyprężyłam grzbiet i odbiłam się w stronę ciała. Kiedy znalazłam się nad nim powietrze jakby zasyczało, a znaki połączyły się. Stały się jednym symbolem, który został na moim ciele. Nagle znalazłam się zupełnie gdzie indziej. Zawisłam w powietrzu, które zafalowało delikatnie. Otoczenie zaczęło się zmieniać, ale coś było nie tak. Czułam obecność obydwu Demonów. Dla mnie byli to Aniołowie Stróże, ale coś mówiło mi, że nie powinnam czuć ich częściowej obecności. Coś musiało pójść nie tak. I znowu stałam się Nią. Widziałam otoczenie w jakim się znalazła. Była bezpieczna... Nagle wróciłam do swojego ciała. Znalazłam się w miejscu gdzie przed chwilą była przyjaciółka. Obróciłam łeb kątem oka widząc Aldieb. Widząc Ją całą uśmiechnęłam się w Jej stronę. I w tedy zobaczyłam gdzie lecę. Była to wnętrze połyskującej kapsuły. Ale już nie miałam szans się zatrzymać... Zbyt blisko...
________________________________________
Opowiadani nie jest najlepsze, ale żeby już nie przeciągać...
1. Naprawili mi neta.
2. Przepraszam za nieobecność.
3. Witam wszystkich.
Szera (15:24)

20 listopada 2010

Opowiadanie stadne cz. XII [Aspeney]

19 listopada 2010



Nieustanny bieg. Przed oczyma, kilkanaście metrów przede mną,falowały rude włosy prawdziwego cyborga. Wieczór już dawno skalał Nas swą obecnością. Noc była po mojej stronie. Gwiazdy usypywały mi jasną, podniebną ścieżkę, wskazując drogę. Uśmiechnęłam się kącikiem ust, pewna wygranej.
-Dziś skończysz swój żywot. – Wymruczałam w pełnym biegu.Rudowłosa, co chwilę odwracała się, sprawdzając, gdzie jestem. Wiedziała, że starcie wisi w powietrzu. Z potężnym rykiem zmieniłam się w irbisią postać.Moje przewody głosowe zadrżały potężnie, a masywne łapy dodały tempa, nie pozwalając kobiecej sylwetce się oddalić. Zmarszczyłam skórę ponad nosem,robiąc ostrzegawczą, skorą do ataku minę. Ugięłam stawy i wyskoczyłam z impetem, wysuwając długie pazury w locie. Dopadłam ją. Odbiłam się od niej, a ta przeryła twarzą ziemię. Nie czekając, ponownie zmieniłam postać na dhampirzą. Przemoczone ubrania już nie robiły różnicy. Teraz liczyła się tylko ta chwila. Schowałam obłąkany, żądny mordu wzrok za rdzawą grzywką. Me blade ciało lekko emanowało w aurze nocy, a z gardzieli wydobył się szaleńczy charkot.Wyjęłam sztylet z pochwy i rzuciłam go pod nogi cyborga.
-Wstań i walcz. – Mój głos był głęboki, wyraźny i donośny.Nic teraz nie mogło nam przeszkodzić. Gniew wręcz przelewał się na mimikę twarzy, oraz mięśnie rąk, które co chwilę napinały się odruchowo. – Wstań mówię! – Uniosłam głos, nie widząc reakcji. Po chwili jednak mieszanka robota i człowieka, wstała na trzęsących się kolanach. Mimo wszystko ukryła słabość za twardą skorupą grymasu. Widząc, iż stoi, ruszyłam powolnie w Jej kierunku.Byłam pewna swoich czynów. Zrobiłam gwałtowny zwód w lewo, po czym szybko ugięłam się na kolanach i zaatakowałam ją pięścią od dołu, prosto w żebra.Słysząc kilkukrotne chrupnięcie, krwawy uśmiech namalował mi się na twarzy mimowolnie. Nie pozostała mi jednak dłużna. Jej ruchy były znacznie szybsze od moich. Wyskoczyła i obróciła się o 360 stopni w bok, zamachnąwszy przy tym nogą. Z całej siły uderzyła mnie w ramię. Chciałam zatamować kopnięcie,niestety nie zdążyłam i odleciałam na dwa metry, przewracając się na plecy.Wstałam bez krzywienia się. "W końcu jestem dhampirem, ja także potrafię być szybka” - dodałam sobie otuchy. Rzuciłam się w jej stronę ze złowrogim wyrazem twarzy. Złapałam ją za ramiona, podskoczyłam i skupiłam całą siłę na tym, by pewnie wylądować na nogach. Wyprostowałam się w pionie, głową ku dole.Ta uniosła zaskoczone spojrzenie. Odchyliłam kark do tyłu i zsunęłam łokcie energicznie pod jej pachy. Moje ciało, ściągane siłą przyciągania, w końcu dotarło do podłoża. Ugięłam nogi, powodując wymach cyborga przed siebie, gdzie stało drzewo. Wszystko trwało zaledwie trzy sekundy. Napawałam się muzyką łamanych kości. Tym razem byłam jak maszyna, zdolna jedynie zabijać.
-Wstań i broń się. – Powiedziałam z powagą, wyczekując ruchu.–Już! Nie pozwolę sobie bić leżącego. – Chodziłam poirytowana, krzycząc na cierpiącą kobietę. Postanowiłam podnieść sztylet i podejść do niej. Uklęknęłam na połamanych żebrach, przysparzając dodatkowego bólu. – Mów, gdzie jest Aldieb? Gdzie jest reszta? Kim jest cerber i ten niebieski jaszczur? Gdzie moi przyjaciele?! – Uniosłam głos pod presją rozłąki i bojaźni o bliskich. Nie mogłam pozwolić, by coś im się stało.
-Nie żyją. Wszyscy nie żyją…! – Odparła, radując się widokiem mojej wściekłości. – A Ty wkrótce do nich dołączysz. – Dodała, dławiąc się krwią.
Nic nie mówiąc, uchyliłam kark i przejechałam powolnie ostrzem po szyi kobiety, przecinając tętnicę. Krew trysnęła gromkimi strumieniami we wszystkich kierunkach, plamiąc wszystko, co znalazło się na ich drodze, w tym mnie. Uniosłam się powolnie z kolan i splunęłam na truchło, nie pozostawiając jej nawet godności.
Jedna chwila. Jednak sekunda. Jeden krzyk. Padłam na ziemię,otępiona bólem. Kolejne krzyki, przepełnione przerażeniem, niewiedzą.
-Co się dzieje…? – Zdołałam jedynie pomyśleć, spoglądając z trudem w górę. Odrzuciło mnie na plecy, a całym ciałem zawładnęły drgawki.Waniliowe oczy zmieniły odcień na śnieżnobiały. Odchodziłam. Z minuty na minutę z coraz większym cierpieniem. Dziesięć sekund było wiecznością. Czułam, jak bymoje ciało było rozrywane od wewnątrz. Krzyki innych. Killer, Aldieb.Przebłyski ich cierpienia przemknęły z szybkością błyskawicy przez moje myśli.
-Saklavi! – Wydałam z siebie głośny jęk resztami sił,przekręcając się na przód. Oczy zaszkliły się od bólu. Szukałam wzrokiem klaczy.
Nie wiedziałam, dlaczego. Do tej pory szło mi dobrze. Ręce odmówiły posłuszeństwa. Padłam ponownie, tym razem mój oddech się zatrzymał.
Cisza. Otaczała mnie kojąca czerń. Mimo wszystko rozglądałam się, chcąc dojrzeć czegokolwiek. Zrozumiałam, poddałam się, chociaż wcale tego nie chciałam. Nie, zaraz…! Aldieb, Killer! – krzyknęłam, mając przed sobą widok przyjaciółek, które znajdowały się w zamszonym, brudnym pomieszczeniu. Jedna z nich wskoczyła do kopuły, ratując drugą. Gniew, jaki rodził się w sercu był nie do pohamowania.
Głuche rżenie z olbrzymią mocą dobijało do mych uszu.Traciłam obraz, rozmywał się.
Leżąc płasko, przejechałam po wilgotnej trawie, wracając w świat zupełnie materialny. Mara musnęła mnie miękkimi chrapami po policzku.Ocknęłam się, czując przelewającą się energię, wypełniającą wybrakowane i wyprute miejsca.
-Długo czekałaś? – Odparła ze złośliwym uśmiechem na pysku.
-Musimy tam dotrzeć. Obóz trzeci, nie ma czasu do stracenia.– Wskoczyłam klaczy na grzbiet i pognałam w stronę wzgórza, za którym znajdowało się kilka budynków. „Killer, trzymaj się…” – miałam jedynie nadzieję, że puma mnie usłyszy.
Nie wiem, co się z Nimi dzieje. Nie wiem, gdzie są pozostali.Nie tak miało to wyglądać.
Wiem jedynie, że jestem gotowa się poświęć.

Ja pieprzę, ale bezsens. 1. Nie podoba mi się. 2. Miało to wyglądać nieco inaczej, ale jak widać – nie wyszło. Miałam napisać, gdzie są pozostali, co się dzieje, chciałam jakoś to spleść, ale po prostu się pogubiłam. Nie jestem w stanie sobie tego uzmysłowić, także napisałam własną wersję, co w tym czasie robię. Tak, rudowłosa pokonana, a ja sobie galopuję do obozu nr 3.     3.Cholernie krótkie. 4. Pewnie mało z tego zrozumiecie. 5. Jeżeli coś się poskleja, to sory, kopiowałam z worda. 6. Kto następny? 7. Wybaczcie, że tak mało kreatywne.

Aspeney. (22:46)