Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Membu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Membu. Pokaż wszystkie posty

22 stycznia 2018

Pożegnanie [Baru Saya]

Mroźny, styczniowy wieczór, członkowie stada zebrani przy palenisku, jest ich tam niewielu, ale przybywają coraz częściej, poza pewną dwójką... Wysokie basiory nie pojawiały się na terenach stada od dłuższego czasu, ich zapach powoli znikał, a trop urywał się w miejscu, które prowadziło donikąd. Ślady w śniegu przysypywała kolejna warstwa śniegu, a Baru i Membu po prostu przepadli...

~*~

Tak jak już niektórzy wiedzą, żegnam się z HOTN, teraz już oficjalnie. Głównym powodem mojego odejścia jest standardowo - brak czasu. Zaraz kończę studia i zacznie się prawdziwa dorosłość. Dochodzi do tego ogromny brak weny, od dłuższego czasu nie mam pomysłu na moje wilki, a gra nimi polegała przede wszystkim na wątkach rodzinnych, które w głównej mierze były urozmaicane przez Tristana czy Kwiotka. Jakby tego było mało to podczas "zastoju życiowego", jaki miał miejsce na HOTN, wraz z grupą znajomych, stworzyłam własnego bloga i szczerze mówiąc to on pochłania teraz mój czas i to z nim wiążę, pewnego rodzaju, przyszłość. Chciałabym zaznaczyć, że moja decyzja nie ma nic wspólnego z "nowymi-starymi", prawdę mówiąc powrót tych osób uświadomił mi, że HOTN jest wiecznie żywe i ułatwił podjęcie decyzji o opuszczeniu bloga. Nie przedłużając, bardzo wszystkim dziękuję za wszelkie rozegrane wątki, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, ubarwiły mi one rozgrywkę i nie żałuję żadnego z nich. ^^ Przepraszam za wszelkie moje wybuchy złości, czy niestosowne zachowania, ale jak to mówi pewna piosenka "Some days I'm nice, some days I can be a bitch", z czego czasem jestem dumna (tylko czasem). Sytuacja, która miała miejsce na czacie nie jest tego przykładem, więc jeszcze raz przepraszam. 
Pozostaje mi jedynie życzyć Wam wszystkim owocnych wątków i powodzenia w rozwoju bloga!

Dziękuję! ^^

30 lipca 2012

Synu mój [Membu]


Synu mój


Ojciec i syn.. Często słyszy się wspaniałe opowieści. Byli na rybach.. Pływali łódką.. Naprawiali samochody… Mmm.. super. Nie, nuda. Wsparcie? Ojciec podobno daje wsparcie.. Heh, zabawne. Powinienem dodać ,,dobry,,. Dobry ojciec owszem, daje wsparcie. Czy ja będę dobrym?
Nieurodzony synu mój,
mam być opoką z mięśni i ścięgien,
będę pustym sklepem i kwitem za węgiel.

Wychować. Ale jak?
- tak jak Ciebie wychowali- kilka razy to usłyszałem. To co? Mam się go wyprzeć i iść do przodu, niech sam sobie radzi. Nie.. Zresztą, zawsze miałby Tin. Tyle, że to nie rozwiązanie. Dobry ojciec jest… Hah to jak zabawa w dokończ zdanie. A gdyby tak były dwie odpowiedzi?
a) surowy,
b) uległy.
Co by odpowiedział? On, czy kto inny. Mój mnie nie kochał, nie wychował.. Ale wyrosłem na silnego i zaradnego wilka. Chamski czy nie, to teraz nie o to chodzi. Mogę powiedzieć, że mój był surowy. Uległy? Ja? … No nie wiem.
Skręcimy na prostej drodze w bok,
znaki wodne zamiast hartu ogniem,
to przecież do mnie tak niepodobne.

Zawsze wydawało mi się, że ulegli są słabi. W sumie.. dzieciaki wtedy zwykle wyrastają na rozpieszczone siusiumajtki. On taki nie będzie.. Ja za młodu byłem cichy, dorastając zacząłem się rozkręcać. Tyle, że mnie ktoś odnalazł i dotarł do mnie. Jak będzie u niego?
Jak tu za ciosem we własną twarz pójść,
im bardziej będziesz cichym chłopcem,
tym krzyczeć ze złości będziesz chciał głośniej.

-Syn. Chłopak, nastolatek, mężczyzna. Symbol siły. Musi być twardy, musi sobie radzić. A ojciec? Powinien być surowy, dążyć do jego samodzielności, ale i pomagać. Rozmawiać, nie karcić. Ale trzymać swoje zasady i tylko za złamanie ważniejszych ustalać surowszą karę.
To chyba najlepsza odpowiedz jaką usłyszałem. Moja odpowiedz. Nie zmienia to faktu, że podobno nie tak łatwo być surowym dla własnego dziecka.
Synu licz się z tym że byś był dziewczynką wolałbym,
byś był kobietą wolałbym,
byś był córeczką wolałbym.
Synu wybacz mi lecz byś mógł się załamać wolałbym,
byś mógł się rozpłakać wolałbym,
byś mógł się cofnąć wolałbym
.
Ale nie będziesz… i nie możesz.

12 kwietnia 2012

Zaprzepaszczone siły [Membu]

12 kwietnia 2012
[Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=33H5zM-ErlA&feature=related ]
 Stałem nad urwiskiem i patrzyłem przed siebie pustym, zimnym wzrokiem. Tak daleko od siebie, a jednak tak blisko. Coraz bliżej… Ręce tkwiły w kieszeniach. Przymknąłem oczy i wciągnąłem zimne powietrze, które rozwiewało białe włosy. Powieki podniosły się i spojrzałem na swoją dłoń.
I co? Mówiłem.. Tak łatwo się dała, tak szybko odeszła. Ja będę zawsze przy tobie.
Głos w głębi mnie zbliżał się coraz bardziej. Żądny krwi i jeszcze bardziej obojętny ja, schowany tak głęboko od długiego czasu, wychodził coraz bardziej na zewnątrz.
Mówiłem, że cię jej nie oddam.
Przyglądałem się nadal dłoni, zacisnąłem ją w pięść i spojrzałem przed siebie. Słuchałem co ma mi jeszcze do powiedzenia.. Coraz mniej się broniłem i coraz bardziej znowu mu ufałem.
Trudno to zrozumieć, lecz nic
Nie daje siły by żyć,
Jakaś misterna część
W konstrukcji zdarzeń
Pękła.
Schowałem dłoń z powrotem do kieszeni i zeskoczyłem prosto do urwiska. Rozkładając ręce na boki dałem ponieść się silnemu podmuchowi po czym wylądowałem na jednej ze skarp przykucając. Wstałem powoli i otrzepałem się z pyłów. Spojrzałem za siebie.
Nie patrz.. Przecież nawet nie walczyła. To nie ty tu się zmieniłeś.
Słuchałem, ale nadal stałem w miejscu z głową skierowaną w stronę polany. Jedno spotkanie, kilka słów zadecydowało. Tak musi być, po postu.
_________

- Naprawdę sądzisz, że to ty jesteś celem mojej zemsty? – zapytał z równie wrednym uśmiechem jak mój. Spojrzałem na niego obojętnie, nie do końca wiedziałem do czego dąży.
- To nie mnie chciałeś zabić? – odpowiedziałem pytaniem.
- Ona sprawi ci o wiele więcej bólu.. – zaśmiał się podle – Ona to najlepsza trucizna. – kpiący uśmieszek nie znikał z jego twarzy.
- Ona nie jest dla mnie ważna.. – łobuzerski uśmiech zagościł na mojej twarzy, kiedy domyśliłem się o co mu chodzi.
- Nieco inaczej to wygląda… – zbliżył się do mnie.
- To nic więcej jak tylko zabawa… – spojrzałem mu prosto w oczy z podłą minką.

_________
I niby wszystko jest
Tak jak powinno być,
Za chwilę zbudzi mnie
Szary świt,
Tylko, dlaczego ja
Z takim nieludzkim strachem
Nie potrafię.
Wystarczy. Stop. Usuwam się w cień. Pierwszy raz to poczułem i nie chcę więcej. Zeskoczyłem na samo dno urwiska i ruszyłem przed siebie.
Tak, idź, choć tu do mnie. Zostaw ją, niech zamilknie.
Zarzuciłem kaptur na głowę i oblizałem lekko wargi. Aktor.. Nie czuły.. Cham.. Ulokowałem spojrzenie w ciemnych chmurach, dawały jasno do zrozumienia, że niebo zacznie zaraz swój płacz. Chłodny wiatr rozgrzewał moje jeszcze zimniejsze ciało. Poczułem kroplę deszczu na nosie, a po chwili miliardy jej sióstr spadły na ziemię mocząc mnie od stóp do głowy.
Szeroka droga
Nie była moja.
Jasna siła
Utracona.
Oddalam się coraz bardziej od siebie. A może od mojego niby ja? Pozwalam by drugi ja przejął stery nad moim życiem. Szał nie do opanowania znowu wrócił.. Już czas, ostatnia brama stoi przede mną otworem. Czy wyjdę z niej cało? Tego nie wiem, ale wiem, że kiedy już wyjdę, mogę zostać jaki jestem albo się zmienić. To czy posłucham siebie czy siebie nie jest zależne już tylko ode mnie.
Tak! Zostaniemy sami, tylko ty i ja przyjacielu.
Wspiąłem się na urwisko i ruszyłem w stronę domu powolnym krokiem. Cały mokry wszedłem do środka i ruszyłem na górę. Otworzyłem szafę i zacząłem wyciągać swoje ciuchy. Powoli zapakowałem się i ruszyłem na dół. Położyłem klucze na stole i przysiadłem na kanapie spoglądając w okno.. Chyba czas zniknąć…

Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków,
Niepożądane myśli, klęska wiary, fale strachu,
Z nieodwracalnym skutkiem burzą trwały senny azyl
I oto trzeba będzie dumnym krokiem iść bez twarzy…
W kolejny dzień.

Membu (23:02)

18 marca 2012

Dzień jak co dzień [Membu]

18 marca 2012
Stado… Tak. Stoję oparty o mury domu i patrzę w głąb lasu. Zaczyna się kolejny dzień. Niedługo wyruszam na dłuższą wędrówkę, dlatego poświęcam więcej czasu na treningi. Spoglądam przez okno do wnętrza sypialni. Tin nadal śpi, znowu zrzuciła z siebie kołdrę. Uśmiecham się pod nosem. Dziś już jej pewnie nie zobaczę. Poprawiam koszulkę przylegającą do mojego torsu i ruszam wgłąb lasu. Wciągam głęboko powietrze, będzie dziś ciepło. W sumie.. Przecież i tak mi to nie robi. Zmiany temperatury nie należą do normalnych w moim życiu. Zakładam ręce za głowę i udaję się w stronę mojego toru przeszkód. Po drodze zatrzymuje się przy jeziorze, przykucam i zamaczam dłoń w wodzie. Na ustach pojawia się uśmiech, uśmiech który mówi sam za siebie.. Wejdź tam…  Głośny chlupot roznosi się po lesie, do lotu zrywa się chmara ptaków. Wynurzam głowę spod wody i zerkam na ciuchy pozostawione na brzegu. Czasami żałuję, że nie mogę poczuć kojącej temperatury wody, ale samo uczucie przebywania w niej, wynagradza mi to. To właśnie w takich miejscach przychodzi najwięcej pomysłów. Jak to się mówi? Są inspiracją? Nie wiem, chyba jakoś tak to leciało. Przed każdym treningiem urządzam sobie taką piętnasto minutową kąpiel. Czasem mam wrażenie, że jestem obserwowany, ale szczerze.. Lata mi to. Kolejnym krokiem jest wyjście z wody. Tak.. To zajmuje mi nieco dłużej niż wskoczenie do niej. Jest jednak jedynym momentem, w którym natura daje mi o sobie znać. Powiew wiatru. Nie wiem czemu, ale czuję go na swojej skórze, przechodzą mnie ciarki. Całkiem przyjemne uczucie. Przemoczony wychodzę z jeziora i ubieram koszulkę, spodnie chwytam w rękę i ruszam do lasu. Nie wiem czemu, ale odzież na mokrych nogach jakoś mi nie pasuje. Każdy ma swoje udziwnienia co nie?
Kiedy docieram do wyznaczonego celu, jestem już suchy. Nawet bielizna i koszulka zawsze zdąży wyschnąć. Tu następuje zmiana. Dolną część ciuchów ubieram, a górną zdejmuję. Nigdy się nie rozgrzewam, od razu zaczynam od konkretów. Cały trening dziele na kilka etapów.
1. Bieg z przeszkodami – jest dosyć normalny, biegnę i omijam wszystko co pod nogami.
2. Po drzewie – nazwa mówi sama za siebie, poruszam się wyłącznie po drzewach.
3. Siłowe – znajduję jakiś ciężki przedmiot tj. duży głaz czy coś w tym stylu i przechadzam się jakieś pięć kilometrów po lesie.
4. Bieg – ten etap polega na szybkim biegu w jakimś gęstym obszarze lasu i doznaniu jak najmniejszych ran, obtarć czy skaleczeń.
5. Zadanie – tak, na sam koniec wymyślam sobie zadanie. Zależy gdzie dojdę, np. jeżeli nad urwisko to zadaniem jest przeskoczenie na drugą stronę, albo zejście na sam dół i powrót. To już zależy od otoczenia i moich pomysłów.
Wszystko to zajmuje mi dosyć sporo czasu i nie powiem, jest męczące. Dlatego kolejnym krokiem jest zdobycie pokarmu. Następnie udaję się do domu na godzinną drzemkę po czym ruszam załatwiać ,,swoje sprawy,, albo pojawiam się na polanie. Dzień jak co dzień. Od czasu do czasu zdarzą się jakieś newsy. Na nudę na pewno nie narzekam. Pewnie kilka rzeczy bym pozmieniał, ale w sumie… Po co? Hah…
_______________________________________
Wiem, że mało ciekawe, ale postanowiłem tą obecność dziś zaliczyć. Powiem szczerze, że tego typu opowiadanka nie są moją dobrą stroną. Może trocę tajemnicze, ale chyba nie sądzicie, że naglę się otworzę i wszystko opiszę … *uśmiecha się pod nosem*

3 marca 2012

1. Zdobyć informacje [ Membu]

03 marca 2012
[Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=Iy4iQvJo24U ]
 Stałem na skraju urwiska, nadal byłem na terenach stada. Uniosłem wysoko łeb i wciągnąłem świeże powietrze. O tej godzinie było bardzo wilgotne.
- Zabawę czas zacząć. – Klapnąłem pyskiem i z szyderczym uśmiechem zacząłem zeskakiwać na niższe półki skalne. Kiedy dotarłem na sam dół, ruszyłem biegiem w stronę naszych granic. Musiałem udać się do miasta, aby uzyskać potrzebne mi informacje. Jak zwykle w takich momentach do głowy wpadały różne pomysły, jak wyciągnąć to czego chcę. Podczas biegu wiatr rozwiewał moją sierść na różne strony. Promienie słońca, które dopiero co wyszły zza horyzontu rozjaśniły mi drogę. Łapy wybijały rytm do melodii, grającej teraz we mnie. Dawno tego nie robiłem, chęć zemsty była ogromna, przepełniała mnie, a ja wczuwałem się w nią coraz bardziej. Z kroku na krok przyspieszałem. Zaśmiałem się sam do siebie. Mój głos rozniósł się echem i dotarł do uszu z niejakim pogłosem.
Zatrzymałem się przy bramach miasta. Przybrałem postać ludzką i ruszyłem przed siebie. Czułem obce spojrzenia na sobie. Słyszałem niektórych szepty. Mówili coś o mnie, jednak wystarczyło spojrzeć w ich stronę, a automatycznie milki lub obracali wzrok. Zauważyłem kolejkę do jednego ze straganów. Stwierdziłem, że można zacząć od kupców, więc grzecznie się ustawiłem. Rozglądałem się powoli, moja uwagę zwróciła grupka dziewcząt stojąca nieopodal. Spoglądały w stronę kolejki i szczebiotały hihrając się pod nosem. Przewróciłem oczyma, kobiety i ich dyskrecja. Spojrzałem na czwórkę ludzi stojących przede mną, dziwnie się mi przyglądali, jednemu wypadł z dłoni worek owoców, które potoczyły się po ulicy. Kiedy spojrzałem na niego, szybko odwrócił wzrok i zaczął zbierać jabłka. Oparłem się o stragan i naglę poczułem, że ktoś puka mnie po plecach.
- Przepraszam.. – usłyszałem niski głos.
- No? – obróciłem głowę, stała za mną jedna z dziewczyn śmiejących się pod murem, obróciła głowę w stronę koleżanek i ponownie spojrzała na mnie. Przyglądałem się jej obojętnie.
- Widzisz bo… – spojrzała mi w oczy. Odgarnąłem grzywkę z czoła i z łobuzerskim uśmiechem przyglądałem się dziewczynie. W jej oczach pojawił się lekki strach ale zarazem fascynacja. Do mojej głowy wpłynęło pełno jej myśli. Nadal z tym samym uśmiechem położyłem rękę na jej ramieniu.
- Powiedź koleżance, że nie jestem zainteresowany. – Zadrżała lekko kiedy to powiedziałem, kiwnęła głową i wolnym krokiem ruszyła z powrotem do reszty dziewczyn. Całej sytuacji przyglądał się ten sam mężczyzna, który zgubił owoce. Spoglądał na mnie wyraźnie przestraszony. Chciał to ukryć, ale uwypuklał coraz bardziej.
- Kupuje pan?! – zapytał go sprzedawca najwyraźniej trochę poddenerwowany. Przyglądałem się mężczyźnie, a on mi. Szybko odwrócił głowę.
- Nie dziękuje.. – rzucił niewyraźnie i wyszedł z kolejki. Obejrzał się jeszcze za mną. Zmrużyłem oczy i podążałem za nim wzrokiem.
- Kolejny głuchy! – usłyszałem nagle nad uchem, spojrzałem na sprzedawce zimnym wzrokiem. – Przepraszam… – powiedział, najwyraźniej sam zdziwiony tym faktem.
- Jabłko … – wskazałem palcem owoc leżący w skrzynce.
Ruszyłem tą samą drogą co dziwny facet. Trzymałem kupno w ręce i podrzucałem od czasu do czasu. Droga prowadziła poza miasto, daleko dało się zauważyć niewielki domek. Człowiek był w trzech czwartych piaskowego chodnika, prowadzącego do chatki. Zatrzymałem się i spojrzałem na jabłko.
- Ty coś chyba wiesz… – Powiedziałem do siebie, podrzuciłem owoc i cisnąłem z całych sił w stronę człowieka oddalonego o jakiś kilometr. Jabłko roztrzaskało mu się na ramieniu, zachwiał się lekko i obejrzał za siebie. Z rąk powypadały mu wszystkie zakupy i ruszył pędem do domu. – Czyli wiesz.. – łobuzerski uśmiech ponownie zagościł na twarzy, ruszyłem błyskawicznie w stronę uciekającego. Wbiegł do domu i zatrzasnął drzwi, kiedy do nich dotarłem. Przywaliłem w grube drewno trzy razy. – Sary.. chyba zgubiłeś zakupy.. – zaśmiałem się.
- Odejdź! – krzyknął. Wystawiłem swoje wampirze kły, chęć wbicia je w czyjąś szyje zaczęła nade mną górować. Kopnąłem drzwi.
- Lepiej to otwórz dobrowolnie – z mojego gardła wydobyło się coś na styl syknięcia.
- Nie wejdziesz tu! Nie wpuszczę cię! Wampirom wstęp wzbroniony! – jego głos drżał.
- A niby jak chcesz mnie zatrzymać? – zaśmiałem się.
- Potrzebujesz mojego pozwolenia ! – otworzył drzwi i spojrzał na mnie. – Ostrzegł mnie przed takimi jak ty.
- Jest tylko mały szkopuł. – uśmiechnąłem się i przekręciłem głowę w prawo. – Nie jestem wampirem. – Chwyciłem go za szyję i wepchnąłem do środka domu, człowiek wylądował na krześle a ja zatopiłem kły w jego szyi pożywiając się tak, aby nie umarł. Towarzyszyły temu nie małe krzyki, ale szybko umilkły. Nieprzytomny leżał na krześle kiedy skończyłem pić.
[STOP]
[Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=bGF74I57F6A ]
Siedziałem z nogami na stole kiedy gospodarz zaczął się wybudzać. Spojrzałem w jego stronę i patrzyłem, tak długo puki nie zaczął orientować. Podniósł wzrok na mnie i przerażony zaczął się szamotać.
- PUŚĆ MNIE! – wydarł się.
- Naprawdę myślisz, że przylazłem tutaj po to, aby cię wypuścić? – Wstałem i nagle znalazłem się przed jego nosem. Człowiek był przywiązany do krzesła, obie nogi i ręce miał skrępowane.
- Czego chcesz?!
- Informacji, a czego innego? – Chodziłem po jego domu i oglądałem różne posążki, zdjęcia i takie duperele.
- Nie dotykaj tego brudasie… – Powiedział przez zaciśnięte zęby. Zatrzymałem się na chwilę.
- Brudasie? – zapytałem..
- Parszywy mieszaniec. Twoja matka musiała być niezłą zdzirą, żeby puścić się z wampirem. – Ponownie znalazłem się przed nim i wbiłem jeden z posążków w jego nogę, oblizałem wargi.
- Zabiłbym cię, ale potrzebuje tych informacji… – złapałem go za szyję kiedy chciał krzyknąć z bólu, zaczął się dławić, rozluźniłem chwyt i zająłem się dalszym oglądaniem domu. Poczekałem aż przestanie kaszleć. Podszedłem do niego z zdjęciem małej dziewczynki. – Ładna. Twoja córeczka? – zapytałem.
- Co cię to?! – spojrzał na mnie.
- Szkoda by było ją stracić co nie? – moja twarz była bardzo poważna i zarazem zimna. – To powiesz mi czemu moja osoba wzbudziła w tobie taką ciekawość i niedowierzanie? – Facet przełknął kilka razy ślinę. – Dobrze wiesz, że ją znajdę .. Daj mi 5 minut. – Powoli zacząłem drzeć zdjęcie w taki sposób, jakbym pozbawiał głowy dziewczynki. Nagle usłyszałem cieniutki głos gdzieś w oddali. Człowiek nadal milczał, do oczy napływały mu łzy, ale milczał. W jego nodze nadal tkwiła figurka. Spojrzałem przed okno i zobaczyłem małą postać idącą w podskokach chodnikiem. Zwróciłem się w stronę mężczyzny. – Daj mi minutę… – przestraszony spojrzał na zegarek, a potem na mnie. Uśmiechnąłem się podle.
- Nie zrobisz tego, to tylko nic niewinne dziecko. – Jego głos znowu drżał.
- Pewny jesteś? – przyglądałem się mu z tym samym uśmiechem. – To może mnie sprawdzimy?
- Nie mogę, nie mogę powiedzieć rozumiesz?! – wydarł się. Dziewczynka była coraz bliżej.
- Nie dajesz mi wyboru… – Po jego polikach płynęły łzy.
- Membu proszę.. – patrzył na mnie błagalnie.
- Znasz moje imię, musisz coś wiedzieć… – uchyliłem lekko drzwi.
- Hej ptaszki. – Dało się słyszeć cieniutki głos. – Co tam u was? – dziewczynka zaśmiała się. Mała rączka chwyciła brzeg drzwi i uchyliła je jeszcze bardziej. – Tatku wróciłam… – obróciła głowę w stronę pomieszczenia i zamarła bez ruchu.
- Uciekaj! – krzyknął jej ojciec, a mała jak na zawołanie wybiegła z domu, prosto w moje ręce. Wniosłem dziewczynkę do domu, szarpała się, chwyciłem ją za szyje i i włosy.
- Nie ruszaj się… – Spojrzałem na ojca, który próbował wyszarpać się ze swojego ,,więzienia,, – Będziesz gadać?! Lubisz wampiry? Lubisz czy nie?! – wydarłem się
- Nienawidzę! Wypuść ją! Natychmiast! – krzyczał.
- Będziesz gadać?! – mała nadal się szarpała.
- Tatoo! – po jej pliczkach płynęły łzy.
- Zostaw ją! – chwyciłem młodą za szczękę, wyjąłem z kieszeni małą fiolkę z czerwonym płynem i wlałem do jej gardła. Mała zaczęła pluć, ale nie za dużo jej to dało. Szarpnąłem ją za włosy tak, aby się uspokoiła, upadła na kolana i płakała.
- Będziesz gadać?!
- Coś ty jej zrobił?! – Chwyciłem dziewczynę za głowę i spojrzałem ostatni raz na jej ojca. – Nie nie rób tego! – Jeden ruch… Płacz dziewczynki ustał… zastąpił go zgrzyt łamanego karku. Ojciec zastygł w bezruchu patrząc jak ciało jego córki pada na ziemię. Wyprostowałem się i spojrzałem na niego.
- Lepiej? – zapytałem otrzepując kurtkę z jej włosów.
- Marcus… Znajdź go… a wszystkiego się dowiesz. – spojrzał na mnie zapłakany. – A teraz mnie zabij.
- Ona to zrobi, gdy tylko się obudzi. – Mężczyzna spojrzał na mnie dziwnie.
- Masz córkę, wampira. – uśmiechnąłem się podle. – Trzeba było szybciej gadać.
- Nie… Nie zrobiłeś tego. – Facet znowu zaczął się szarpać.

- Życz jej ode mnie smacznego… – Wyciągnąłem mały nożyk i rzuciłem, trafiając między żebra. Z rany zaczęła wydobywać się świeża krew. – Mmm.. nawet mnie kusi, a co dopiero nowo narodzoną. – Zaśmiałem się i wychodząc z domu, udałem się na polanę Stada Nocy. Kiedy wychodziłem z miasta, dało się słyszeć z daleka krzyk mężczyzny…
- Pobudka.. Mała… – na twarzy namalował się cyniczny uśmiech, a moja sylwetka zniknęła za drzewami.

28 lutego 2012

Śmierć, cz. 4 [Membu]

28 lutego 2012
[Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=fOec3fFx294 ]
 - Hej.. Obudź się.. ! – słyszałem ciche głosy. Wyrywały mnie z zamyśleń.. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi. Chodziłem po mojej nowej czarnej krainie i co jakiś czas kogoś słyszałem, ale nikogo nie było. Chodziłem po niej już tak długo, że zdążyłem znaleźć granicę. Tak bynajmniej to nazwałem. Po drugiej stronie chodziły zagubione dusze, niektóre zauważały mnie, inne zlewały totalnie. Za każdym razem gdy chciałem wejść w ich świat, nie mogłem. Przejście blokowała mi jakaś bariera, niewidoczna nawet dla mojego oka. Tylko czasem, przy dotykaniu, widziałem jakby fale rozchodzące się od dłoni czy nogi. Po pewnym czasie obszedłem już cały czarny teren, nie był za duży. Nie znajdowało się tu nic oprócz czarnej przestrzeni, suchych drzew i popękanej ziemi. Usiadłem pod jednym z konarów i zamknąłem oczy.
- Trochę to jeszcze potrwa.. – usłyszałem i otworzyłem oczy. Co jakiś czas do uszu dochodziły głosy. Postanowiłem wsłuchać się, dowiedzieć o co chodzi. 
- Tak, tak.. – śmiech.
- Co ty gadasz? – jeszcze inny śmiech.
- Poczekaj chwilkę.. – Uhh.. Jak w jakimś serialu, odechciało mi się wsłuchiwania w .. sam nie wiem co. Znudzony podchodziłem często do granicy i przysiadałem przy niej. Obserwowałem dusze chodzące za barierą. Miały własne życie, a ja? Hm.. Ja miałem wrażenie, że tylko część może mnie dostrzec.
- Padma i… – nagle dotarł do mojego ucha znajomy głos i znajome imię. Podniosłem głowę wysoko. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że jestem zamknięty między światem żywych i umarłych. W jakiejś czarnej kulce mieszczącej się pomiędzy. Głosy moim znajomych, to ich słyszałem za każdym razem. Widok dusz, udowadniał, że się nie mylę. Wstałem naglę i zerwałem się do biegu. Wskoczyłem na pierwsze lepsze drzewo i wspiąłem się na jego czubek.
- Hai! – krzyknąłem. – Co ja robię? – zapytałem sam siebie. Odpowiedziałem już sobie w myślach. ,,Stoisz na czubku drzewa i drzesz się w stronę .. niczego, w stronę pustki, która cię otacza,,. Nie wiem czemu, ale napadła mnie nie jaka chęć krzyczenia w niebo głosy. Mimo wszystko przeszła dosyć szybko i zacząłem gadać sam do siebie. – Weźmie mnie ktoś z tond? Halo? .. – zeskoczyłem z drzewa i uderzyłem w jego pień, syknąłem… Pierwszy raz od pobytu tutaj poczułem ból.
- Membu? – usłyszałem znowu znajomy głos. Nagły szelest odwrócił moją uwagę i zwróciłem głowę w stronę hałasu. Zobaczyłem łóżko… Podszedłem bliżej i nie wiem czemu, ale położyłem się do środka. Przestałem słyszeć wyraźnie, do uszu dochodziły tylko niewyraźne szepty. Starałem się je zrozumieć, ale dosyć szybko zmęczyło mnie to i po prostu zasnąłem…
- Ruszył palcem ! Szybko wody ! … – usłyszałem nagły łomot i powoli otworzyłem oczy. Było tu zdecydowanie głośniej niż przed chwilą. Powieki odklejały się od siebie powoli i obraz był bardzo nie wyraźny… Naglę usłyszałem szybkie kroki, a do ust wpłynął płyn, który przyniósł niesamowitą ulgę wysuszonym wargą. Obraz nadal był mało widoczny.
- Co jest? – ledwo wybełkotałem.
- Membu cholero! Byłeś 9 dni w śpiączce! – usłyszałem głos…
- Padma? – zapytałem niepewnie i odetchnąłem głośno, jej słowa jeszcze nie bardzo do mnie dotarły.

The End.

19 lutego 2012

Śmierć, cz. 3 [Membu]

19 lutego 2012
[ Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=G-U4UBuvWms
Może być za długie]

Czwarty dzień…
I’m running out of time
I need a doctor, call me a doctor
I need a doctor, doctor
to bring me back to life.
Już nie tylko ból nogi.. Rozrywa mi całe ciało, nie mogę i nawet nie chcę się ruszyć. Zamykam oczy, wszystko się przypomina. Pomiatanie w stadzie, widzę to jak w filmie. Ucieczka… Chęć zemsty. Wszyscy dawni znajomi, których już nie ma. Których sam zabiłem. Oni nauczyli mnie tej obojętności, tego zimnego wzroku i egoizmu. Nie żałuję… Jestem jaki jestem i nawet nie chcę się zmieniać. Kolejna scena to to stado. Stado Nocy.. Zmiany, małe ale jednak. Chamski, wredny.. Tak to ja.. Brak uczuć.. Już nie. Mam wybrane osoby. Tin, kocham ją, za to jaka jest, nie odwróciła się ode mnie nigdy. Wspiera mnie i wierzy we mnie, nawet kiedy jestem tym chamem, który.. ,,do niej nie pasuje,,. A ja co? Leże, powieki opadają mi coraz bardziej i nic z tym nie mogę zrobić. Padma, czasem wkurzająca ale sympatyczna i pomocna. Luna, może nie bardzo z nią gadam, ale jestem wdzięczny za dawne udzielenie pomocy. Lista nie jest długa, ale jest.
I’m running out of time.
Ktoś wchodzi do pokoju i mówi coś do mnie, nie rozumiem i widzę zamazany obraz. Już nie raz byłem bliski śmierci, ale nigdy nie czułem się aż tak. Taki chyba był cel.. Umierać w męczarni. Najwięcej siły wkładam w to, aby nie zamknąć oczu, żeby chociaż trochę orientować. Nie dam się tak łatwo.. Nie ja. To nie w moim stylu. Czuję coś chłodnego na czole i przechodzą mnie dreszcze, jakaś ulga ale i ból. Trzymam się. Próbuję wstać, albo chociaż się ruszyć, nie jest to łatwe, jestem jak sparaliżowany. Udaje mi się zacisnąć pieść i mocniej otworzyć oczy, ale opadam z sił i już nie daje rady… Odpływam coraz bardziej, słyszę jakieś hałasy i głosy, ale nie odróżniam jednego od drugiego. Zaciskam zęby.. Dochodzi nowy wysiłek. Muszę regenerować swoją ranę, nie zostało mi tak dużo. Skupić się na tym, chociaż na tym. Powieki opadają całkowicie, a ja już nic nie słyszę. Leże bez ruchu, jak warzywo, kawałek ścierki, który każdy może wziąć i rzucić gdzie mu się podoba.
I need a doctor, call me a doctor.
Stoję w ciemnym miejscu. Wysuszony las, zaschła, popękana ziemia i tylko ja. Ruszyłem przed siebie i widzę pustkę, robi się coraz ciemniej. Taki słaby… Nie. Wcale nie jestem słaby, nikt nigdy mi tego nie wmówi. Mam w dupie innych zdanie, jestem silny i dam radę. Przyspieszam kroku i zaciskam pięści.
- Nie dam się! Nie wykończysz mnie jasne! – krzyczę nagle nie wiadomo do kogo. Nikogo tu nie ma. Łapię kamyki leżące pod moimi stopami i ciskam nimi w pustą przestrzeń. Zaczynam biec i trwa to długi czas. Nagle widzę jakiś błysk, dosłownie iskierka. Gwałtownie się zatrzymuje i przyglądam się jej ruchom. Powolnym krokiem idę w jej stronę, jest daleko, ale nie mogę już biec, coś mi nie pozwala. Zbliżam się coraz bardziej, w końcu dochodzę do maleńkiego światełka, wiszącego w powietrzy niczym świetlik. Wyciągam powoli dłoń w jego stronę i dotykam.
I need a doctor, doctor.
Otwieram oczy.
- Membu! … – słyszę swoje imię i jakiś bełkot. Nic więcej nie rozumiem. Poruszam lekko palcami. Zaczyna się ta sama walka. Nie zamykaj oczu. Wsłuchuj się w to co mówią, w to co słychać. Powieki ponownie opadają, ale zmuszam się i szybko je podnoszę. Wzdycham ciężko, jakby z wysiłku. Kolejny trening? Nie to raczej coś więcej. Chęć życia… Następna próba, stary no rusz się, chociaż trochę. Nie wychodzi. Nadal kieruję palcami, ale to jedyne co mogę zrobić. Oczy coraz bardziej odmawiają posłuszeństwa, tak jak i słuch. Trudno mi już się skupić. Czuję naglę lekkie ukłucie w miejscu zadanej rany, która zaczyna strasznie piec i szczypać. Już nawet nie mogę syknąć z bólu, nie zastanawiam się co to było, ani kto to zrobił, w głowie mam tylko uczucie, które zostało po ukłuciu. Czy ja już odchodzę? Przecież nawet się nie pożegnałem… Mieszane uczucia, złość, słabość, smutek, chęć walki. Co chwile myślę co innego, raz chcę się poddać, po chwili mam ochotę walnąć się w głowę i zapytać samego siebie czy mnie nie pojebało. Zaraz potem zasypuję się pytaniami typu ,,dlaczego?,, a jeszcze później mam w to wyjebane i wypełnia mnie przekonanie, że dam radę, bo w końcu to ja. Przypominam sobie słowa Tin ,,Wiem, że się nie dasz. Nigdy się nie dajesz,, i jej uśmiech, przekonywujący mnie, że naprawdę tak myśli. I Padma ,,Poradzisz sobie, jesteś silny, jeszcze tylko trochę,,. Nie mogę przecież tak po prostu sobie odejść. Wytrzymam to ,,jeszcze trochę,, i wszystko wróci do normy. Znowu będę wrednym, zimnym chamem. Już za tym tęsknie i gdybym tylko mógł obdarzył bym ten pokoik, w którym leżę, swoim cwanym uśmiechem. Ostatnia próba, znowu chcę się ruszyć i po raz który mi nie wychodzi.. Opadam z sił i to dużo szybciej niż wcześniej. Przez ten cały czas starałem się regenerować ranę, ale nawet nie wiem jak mi to poszło. Chcę walczyć, ale nie mogę, nie mam już skąd brać sił… Powieki znowu opadają, a ja odpływam i nie wiem co się dzieje…
I need a doctor, doctor
to bring me back to life.
CDN.

18 lutego 2012

Śmierć, cz. 2 [Membu]

18 lutego 2012
Leżałem w niewielkim pokoiku, należącym do Padmy. Leci trzeci dzień mojej ,,choroby,, … Rano próbowałem wstać, jednak jedna z nóg była wyjątkowo napuchnięta i zbuntowana. Już w nocy miałem z nią problemy. Próba podniesienia się miała swoją metę z powrotem na łóżku, gratisowo doszedł syk z mojej buzi, oznaczający cholerny ból. Dla niezorientowanych … W moim ciele znajduje się jakaś niezwykła trucizna, która z dnia na dzień zbliża mnie ku drugiej stronie. Zajebiście… W sumie nie mam zamiaru się tym przejmować, w końcu trzeba działać. Nie powiem, Padma działa i wie coraz więcej.
Leżałem i kombinowałem jak tu wstać i wyjść tak by ona nie zauważyła kiedy nagle Padma wlazła do pokoju z jakimiś pudełeczkami i pierdołkami.
- Hejka mistrzu.. – zaśmiała się. Zawsze mnie tak wita.
- Hai… – spojrzałem na nią ponuro.
- Jak się czujesz? – postawiła wszystko na łóżku i spojrzała na moją zażenowaną twarz.
- A jak do cholery mam się czuć… Skoro tu jestem to chyba znak, że jest źle.
- No w sumie nigdzie nie nawiałeś.. – podrapała się po głowie – więc chyba serio źle, coś poradzimy. – uśmiechnęła się do mnie.
- Zadziwia mnie twoje podejście, szkoda tylko, że to nie ty masz dziurę w boku i nie tobie odpada noga… – powiedziałem sarkastycznie.
- Ah te twoje żarciki… – podeszła i poklepała mnie po głowie. – Ale do rzeczy, nie przyszłam sobie pogawędzić.. Pamiętasz o czym gadaliśmy wczoraj? – spojrzała na mnie.
- O tym, żeee… Jakieś próbki potrzebujesz. – mruknąłem.
- Wow jak na pół godzinny wykład dużo zapamiętałeś. – uśmiechnęła się pod nosem.
- No więc skoro chcesz te próbki to je załatw… – patrzyłem na nią pytająco.
- Właśnie załatwiam… – postawiła na łóżku kilka pojemniczków. – To mają być twoje próbki… Mocz itp. – złapała w rękę jakieś przedmioty i walnęła przede mną – a tu masz wspomagacze – wyszczerzyła się. Zacząłem przeglądać owe rzeczy.
- Świerszczyk ?! Ouu.. Nawet tego potrzebujesz? – skrzywiłem się lekko i spojrzałem na gazetkę. Dziewczyna próbowała zachować powagę na twarzy, ale po chwili wybuchła śmiechem.
- Przepraszam Membu, ale twoja mina haha… Genialna.. Hahaha… Dobra ja idę, a ty działaj.. – wyszła uhahana zostawiając mnie samego.. w końcu ! Też se pielęgniarkę znalazłem.. Uhh. No ale dobra skoro to ma pomóc. Cała sprawa wygląda tak, że trucizna jest jakby przygotowana specjalnie dla mnie. Tylko na mnie działa i to dosyć brutalnie. Np. Rana którą tajemniczy ktoś mi zadał nie może być zaszyta, bo trutka zadziała szybciej, muszę sam się zregenerować. Kolejną sprawą jest to, że Padma potrzebuje mojej krwi, ale ta została zarażona, a taka być nie może, więc próbuje innych sposobów typu ślina, mocz… yyy… No i takie tam. Ma przy tym ubaw po pachy, nie powiem, zdarzają się śmieszne sytuacje, nawet dla mnie. Szkoda tylko, że zaraz potem coś zaczyna bardziej boleć.
 Ja pierdziele… Zobaczymy, tak szybko mnie do grobu nie wepchną.
Skończyłem napełnianie pojemników i czekałem.. A że trwało to jakieś 5min. złapałem jeden z twardszych przedmiotów i rzuciłem w drzwi. Automatycznie pojawiła się w nich Padma.
- Zamontuj mi tu jakiś dzwoneczek madam bo nie bd wiecznie czekał aż się namalujesz. – Padma uśmiechnęła się lekko, podniosła przedmiot leżący na ziemi i cisnęła we mnie.
- Tej dzwoneczku, ja tu pracuje a nie opierdalam się w łóżku. – nadal się uśmiechała, a ja ledwo unikając ciosu wystawiłem nos z pod kołdry.
- A ja umieram z tego co pamiętam. – mruknąłem.
- Jak na umierającego wyjątkowo marudny i ruchliwy jesteś. – zrobiła kilka kroków w pokoju i postawiła jakieś dwie tyczki przed łóżkiem. – Załatwiłam ci kule, na te twoje wędrówki, jak już masz chodzić to bynajmniej bezpiecznie. – Spojrzała na mnie przymrużonym wzrokiem. Moje oczy wyglądały jakby wyszły z orbity.
- Jaja se robisz co nie? – zapytałem.
- Haha .. Wiem, że prędzej słonie zaczną latać niż wyjdziesz z czymś takim, ale wydaje mi się, że nie masz wyboru. – uśmiechnęła się ponownie.
- Niech te słonie zaczną już naukę… – złapałem się za głowę nadal ,,podziwiając,, owe kule.
- Zostawiam cię z twoimi nowymi przyjaciółkami i zabieram twoje ,,wyroby,, – zabrała pudełeczka i wyszła z pokoju, po chwili jednak wróciła – A i to… Bo jeszcze Tin mnie zbeszta, że ci to zostawiłam. – Zabrała pornosa leżącego na pierzynie, a ja odprowadziłem ją do drzwi ponurym spojrzeniem, który utkwiłem ponownie w kulach.
- Ja pierdziele… Co tu się dzieje.. ?
CDN.

14 lutego 2012

Śmierć, cz. 1 [Membu]

14 lutego 2012
[ Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=hbe3CQamF8k&ob=av2n ]
 Co się dzieje?
Przed oczyma miałem zamazany obraz, biały śnieg w kolorach prawie że bordowych. Wracałem właśnie z kilkugodzinnego treningu, gdy naglę poczułem straszny ból w boku.
Czy to dłoń?
Upadłem na ziemię i podparłem się lekko chwytając za bolące miejsce. Poczułem coś ciepłego, odpłynąłem na moment.. Dawno nie czułem ciepła. Przymknąłem oczy i powoli skierowałem rękę bliżej twarzy, aby zobaczyć, co się stało. Dłoń jednak szybko opadła na śnieg i pierwszy raz od dawna poczułem zmianę temperatury. Spojrzałem na rękę, która zanurzona powinna być w białym puchu. Ona jednak otaczała się czerwoną obwódką. Mrugnąłem kilka razy i podniosłem głowę, obraz nadal był zamazany, ale widziałem zarysy jakiś sylwetek, było ich pełno, jakby jedna na drugiej. Rozejrzałem się powoli i w tym samym tempie wstałem. Opierając się o drzewo przetarłem oczy.
Gdzie jestem?
Miałem wrażenie, jakby moja dusza na chwile została wyjęta z ciała. Otaczało mnie pełno umarlaków. Zagubione dusze. Nie zdziwiło mnie to aż tak bardzo, ponieważ już nie raz mogłem ich widzieć. Należało to do jednych z moich zdolności, ale umiałem już nad tym panować. Więc dlaczego teraz? …
- Membu… – usłyszałem delikatny głos za plecami i gwałtownie się odwróciłem…
- Kali?! – dawno się tak nie zdziwiłem. Stała przede mną i uśmiechała się, tak jak zwykle.
- Chodź do mnie. – spojrzała pustym, proszącym wzrokiem i wyciągnęła dłoń w moją stronę.
- Po co? – na chwilę jakby wyłączyłem się z realnego świata.
- Pokażę ci coś, coś pięknego… – nadal się uśmiechała i twardo trzymała dłoń przed moim nosem.
- Ale po co? – mój wzrok wrócił do normy i stał się znów obojętny.
- Zrób to dla mnie… Ja przecież dla ciebie coś zrobiłam. – te słowa jakby przekonały mnie do działania, nie lubiłem takich ,,pokazów,, ale w sumie… co mi szkodzi. Wyłączyłem się całkowicie, zapomniałem co mnie trzyma w realnym świecie, odleciałem. Powoli wyciągnąłem rękę w stronę jej dłoni i chwyciłem lekko. Poczułem coś dziwnego kiedy dziewczyna delikatnym ruchem pociągnęła rękę.
Love you, love you, love you, love you….
Obraz zanikał coraz bardziej, jedyne co widziałem to jak z mojej dłoni wychodzi… moja dłoń, tyle, że mniej kolorowa, praktycznie przezroczysta. Trwało to, na moje oko, dosyć długo.. Nie bardzo mogłem coś z tym zrobić, przyglądałem się uśmiechniętej twarzy dziewczyny i coraz bardziej się oddalałem od realiów.
- Zostaw ! – naglę ktoś rozdzielił gwałtownie nasze dłonie. Zobaczyłem kolejną postać, podeszła do mnie i chwyciła moją twarz. – Nie daj się Membu, zawsze byłeś silny, już ci ktoś pomaga, dasz radę synku, zawsze dawałeś. – poczułem dotyk na ręce, objęła moją dłoń swoimi. Zacząłem jakby się powoli budzić, obraz stał się bardziej wyraźny. Przezroczysta dłoń cofnęła się i wróciła do środka tej prawdziwej. – To nie twój czas… – Usłyszałem jeszcze, zanim obraz zupełnie wrócił do normy.
- Membu, Membu ! – słyszałem coraz głośniej. Dusze zaczęły znikać i wszystko ponownie nabrało kolorów. – Membu do cholery ! – poczułem coś na poliku i… otworzyłem oczy.
- Padma? – spojrzałem na dziewczynę przykucającą przy moim boku.
- Matko jak ty mnie wystraszyłeś! – krzyknęła.
- Co jest? – mój brzuch owinięty był czymś.. dziwnym i śmierdzącym.
- Membu… – spojrzała na mnie, pierwszy raz miała tak wystraszone oczy.
- Po co to? – zmarszczyłem brwi i spojrzałem na nią. Westchnęła lekko. Dookoła leżało pełno zakrwawionych rzeczy, jakieś fiolki, rośliny i butelki. – Padma? Co tu się dzieje? Zabiłaś kogoś? I dlaczego właściwie tu leże?
- Od kiedy ty tyle pytasz heh? – uśmiechnęła się sztucznie.
- Masz mi coś do powiedzenia? – zmroziłem ją wzrokiem. Milczała, spojrzała na mnie trochę przejęta.
- Membu… Chyba nie jesteś już taki bezpieczny.
- Co to ma znaczyć? – zmrużyłem oczy.
- Ty umierałeś… – wydusiła z siebie, a mnie przeszedł szybki dreszcz…

CDN.

22 stycznia 2012

Sen [Membu]

22 stycznia 2012

[muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=vU4Ze8etwq0&feature=related ]
Trzeba się odciąć.. Zapomnieć...
Otworzyłem oczy, melodia zaczęła napływać do moich uszu, a ja stałem, jakby w progu jakiegoś pałacu. Obróciłem głowę, ciepłe, wręcz gorące piaski rozciągały się za mną. Ludzie biegali po tak zwanym tu targu i krzyczeli, ale ja ich nie słyszałem. Jedyne co wpadało do ucha to melodia, coraz głośniejsza. Słyszę kobiecy śmiech i naglę przede mną pojawiają się 2 młode, skąpo ubrane dziewczyny. Odziane w prawie przezroczysty materiał, z gołymi brzuchami i wystrojone świecącymi błyskotkami, szeleszczącymi w tym muzyki. Spoglądam na nie z obojętnością i wzdycham ciężko. W moim kraju i jego okolicach bogacze zawsze byli nimi otoczeni. Naglę jedna z nich podskoczyła do mnie, zarzuciła chustę za moje plecy i zaczęła ciągnąć do środka, druga, roześmiana, podeszła do mnie od tyłu i lekko popychała w przód. Delikatnie wprowadzały mnie w środek pomieszczenia. Kiedy znalazłem się już na jego środku, drzwi za mną zamknęły się, a dziewczyny chwyciły się za dłonie i roześmiane pobiegły tanecznym krokiem do sali z największymi drzwiami.
Nie można... Nie wolno zapomnieć ci kim jesteś...

Stałem i rozglądałem się dookoła. Krzyk, słyszalny tylko dla słyszących lepiej, lekkie pojękiwania, jakby ktoś odpływał i męski cichy, cwany śmiech. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę wielkich drzwi i uchyliłem je, wchodząc do środka. Melodia tu była o wiele głośniejsza niż przedtem. Powoli przesuwałem wzrokiem ku końcowi sali. Zobaczyłem kilka dziewcząt ubranych tak samo jak te poprzednie, zresztą i one tutaj były. Owijały się wokół siebie wykonując różnego rodzaju tańce brzucha. Jedne były mniej gibkie, drugie bardziej, tak czy siak razem wyglądały kusząco i .. magicznie?
Podoba ci się co? ... No chodź...
Tańczyły tak dookoła podestu, na którym stał jakiś mężczyzna, odwrócony tyłem do mnie, w całej sali unosił się zapach krwi. Złapał jedną z nich, wcale nie musiał się wiele wysilać, podchodziły do niego jakby po kolei. Chwycił ją za szyję, lekko przekręcił głowę i zaczął wypijać, gęsty, czerwony sok życia. Oderwał się po chwili, dziewczyna wyglądała jak naćpana. Odeszła kawałek dalej i wiła się ponownie. On po chwili złapał kolejną i zrobił to samo. Podniósł głowę wysoko i westchnął z zadowolenia.
- Cześć Membu, chcesz trochę? - Odwrócił się w moją stronę. Zdziwiłem się trochę bo oczom ukazało się moje odbicie. Otarł wargi od krwi i rozłożył ręce na boki. - No chodźcie moje małe. - zwrócił się do dziewcząt, które błyskawicznie zaczęły tańczyć dookoła niego. Zbliżał się coraz bardziej do mnie. - Zapomniałeś o mnie co? - Zerknął w moją stronę z chytrym uśmiechem.
- Tak jakby.. - mruknąłem.
- Kłamiesz Ha! - wyskoczył z tłumu kobiet i podszedł do mnie, dotknął mojego czoła wskazującym palcem. - Cały czas tu jestem... - jego uśmiech nie znikał z twarzy. Spojrzałem na niego jak zwykle obojętnie.
- Nie powiedziałem, że cię nie ma.
- Stęskniłem się wiesz? Jak mogłeś zapomnieć o tym, jak się świetnie bawiliśmy? - zapytał z skwaszoną miną.
- Nie zapomniałem, cały czas do tego wracam.
- Wiem.. Ale równie szybko odchodzisz.
- Skoro pozwalasz.. - wzruszyłem ramionami.
- Nie pozwolę... Nie jej. - wskazał na niewielkie drzwi, które błyskawicznie się otworzyły, zobaczyłem w nich Tin, uśmiechnąłem się lekko. - Widzisz.. W tych momentach znikam.
- Przyzwyczaj się. - spojrzałem na niego.
- Sam siebie okłamujesz, czasami masz dosyć, odcinasz się, nie chcesz zapomnieć o mnie, o twoim drugim ja. - uśmiechnął się ponownie.
- Tak, mam. - rozejrzałem się dookoła. Do mojego towarzysza podeszły jego kompanki.
- Patrz, kiedyś tak wyglądałeś, byłeś jak władca, bali się ciebie... A teraz? - spojrzał na mnie z żalem w oczach.
- Nigdy nie chciałem, żeby się bali... Jestem jaki jestem, ty siedzisz głęboko, coraz bliżej, ale głęboko. Nie mam zamiaru siać strachu, ani otaczać się pół gołymi panienkami. To było kiedyś, zrozum. - poklepałem go po ramieniu.
- Jesteś silny, zobaczymy jak bardzo. - W tym momencie drugi ja rzuca się na mnie, a bójka zostaje zamazana, jak w popsutym telewizorze, nic nie jest jasne. Tylko pokój, w którym śpię.. Budzę się i przecieram oczy. To tylko sen, tak sen, który prześladuje mnie od ponad 2 tygodni i zawsze coś dochodzi lub się zmienia.
Będziesz mój... Zobaczysz...
I te szepty, krążące wciąż po mojej głowie. Podniosłem się i usiadłem na brzegu łóżka, przecieram oczy. Spoglądam na puste miejsce w łóżku. Jestem zawsze gdy jej nie ma. Coraz częściej czuje się zagubiony. Jakbym nie był w 100% sobą. Czy to tak powinno wyglądać? Kiedyś było łatwiej, miałem wszystko w dupie. Siedziałem i obserwowałem wszystkich, nie przejmowałem się niczym. Coraz częściej tęsknię za tymi momentami. Z drugiej strony nie chcę by jej nie było. Znikam... Mało kiedy jestem... Czasem na siłę szukam zajęcia... Bronię się? Przed uczuciem. Nie wiem.. Ta. Kiedyś nie przejmowałem się tym, że czegoś nie wiem. Wstałem, ubrałem się i wyszedłem z domu. Z dłońmi w kieszeni wędrowałem po lesie i myślałem. Tego też kiedyś nie robiłem, nie rozmyślałem. Wpatrzony w przestrzeń szedłem dalej, czując chłodny wiatr w nozdrzach. W pewnym momencie puch śnieżny uniósł się wysoko nade mną i ułożył w postać dziewczyny, praktycznie przypominającą Tin. Uśmiechnąłem się lekko, a puch jakby uciekał, przypomniałem sobie jej śmiech. Zatrzymałem się i spoglądałem za rozsypującą się ,,dziewczyną,,.
Nie pozwolę jej...
Zawszę słyszę te szepty, zawsze gdy w mojej głowie jest ona...
,,Czasami wolę być zupełnie sam
Niezdarnie tańczyć na granicy zła
I nawet stoczyć się na samo dno
Czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk
Posiadam wiarę w niemożliwą moc
Potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok
Mogę poruszyć was na kilka chwil
Tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu z sobą być,,
Membu (12:03)

2 grudnia 2011

Spotkanie cz.3 [Membu]

02 grudnia 2011

Powolnym krokiem zbliżałem się do swojego celu. Cisza i spokój wzbudzały moje podejrzenia co do tego miejsca. Lekki wiatr powoli docierał do moich płuc, głęboki wydech i biała para wydychana z ust. Liście dookoła mnie szalały, drzewa były prawie puste. Smród otaczający ten teren upewniał mnie, że dotarłem tam, gdzie chciałem. Rozejrzałem się i westchnąłem ciężko.
- Naprawdę sądzisz, że nie wiem o twojej obecności? - Zapytałem trochę zażenowanym tonem i obróciłem się w tył. Zza drzew wychyliła się Kali.
- Wiem, że wiesz... Ale byłam ciekawa reakcji. - Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.
- Zmiataj stąd, nie potrzebuję ciężarnej pod skrzydłem.
- Mem ale... - Ruszyła w moją stronę. Wysunąłem dłoń w przód na znak ,,stop,,.
- Stój. Pomyliłaś strony. W tył zwrot. Nie przeszkadzaj mi. - Wskazałem jej przeciwny kierunek, podciągnęła nosem.
- Chciałam cię tylko przeprosić i ...
- Cholera jasna Kali, spierdalaj - powiedziałem nad wyraźnie spokojnie - twoje przeprosiny są mi zbędne więc idź już, jasne? - Zacisnęła zęby i przymknęła oczy, wiedziałem, że łatwo sobie nie daruje. Kiedy je otworzyła mnie już nie było...
Siedziałem skulony pod krzakiem i obserwowałem 2 wilki. Bracia, oni byli moim celem. Znalezienie ich nie należało do łatwych, nigdzie nie siedzieli długo, właśnie teraz zbierali się do kolejnej wędrówki. Postanowiłem ich śledzić i zaatakować w odpowiednim momencie. Poszli spać, więc i ja się zdrzemnąłem. Obudziły mnie ich hałasy, ruszyli, a więc i ja ruszyłem.
Nigdy nie pomyślałbym, że stanie się to, co się stało. Ciekawe czy gdybym wiedział.. Czy bym poszedł? Kiedyś na pewno, teraz ... Sam nie wiem. Zamykam oczy i widzę ją, widzę tą scenę i jest dziwnie.
Śledziłem ich całą noc i dzień, dałem się wyspać, kiedy postanowiłem ruszyć do akcji zapadał wieczór. W błyskawicznym tempie wyprzedziłem ich o niecały kilometr i kiedy się zbliżali wyszedłem naprzeciwko. Cwany uśmiech zagościł na mojej twarzy i czekałem, czekałem aż podejdą wystarczająco blisko. Z metra na metr zwalniali, w końcu zatrzymali się i spojrzeli na mnie z pytającą miną.
- Przepraszam panowie, widzicie, zgubiłem się... Możecie mi pomóc? - uśmiechnąłem się cynicznie.
- A w czym problem? - zapytał jeden z nich, nadal dziwnie się mi przyglądając.
- Widzicie, szukam pewnego stada.
- Ta? A jakiego? - zapytał ten drugi.
- Wiecie może, w którą stronę do Indii? - Moje spojrzenie stało się lodowate i puste, ich oczy rozszerzyły się do sporych rozmiarów. Jeden pobiegł w prawo, drugi w lewo. Zaśmiałem się. - Rozumiem, że mi nie pomożecie.
- Membu... - powiedzieli jakby ćwiczyli to od lat, ten sam ton, sekunda w sekundę.
- Macie mi coś do powiedzenia? - z mojego rękawa powoli wypełzał czerwony, wysadzony kolcami bat.
- Musieliśmy, zmusili nas...
- Raczej wynagrodzili. - Ruszyłem w stronę jednego z nich. - Zawsze trzymaliśmy się razem.. Napady, rabunki, to na was trafiłem za młodu, miałem was za braci, byliśmy jak bracia... Dałem sobie radę ze stadem. Z wami sobie nie poradzę? Nie wpadliście na to? Wiedzieliście jaki mam plan, czego nienawidzę i za co się mszczę. Mimo wszystko wydaliście mnie, wydaliście gdzie jestem... - cały czas unikali mojego spojrzenia, a ja podchodziłem bliżej i bliżej. - Wiedzieliście tak!?! - Zatrzymałem się i spojrzałem raz na jednego, raz na drugiego.
- Membu.. lider, zawsze byłeś liderem, byłeś najstarszy, najbrutalniejszy... Wiesz mieliśmy to głupie uczucie, to że zawsze będziemy żyć w strachu, że coś spieprzymy, myśleliśmy, że oni sobie z tobą poradzą... - wypalił ten, do którego ponownie zacząłem się zbliżać.
- Co masz zamiar przez to powiedzieć? - przekrzywiłem głowę w prawo i zatrzymałem się 5 metrów przed nim.
-  Że uczeń z czasem przerośnie mistrza... - powiedział nagle ten drugi z jakąś nienawiścią w głosie. Spojrzałem na niego, wyciągnął miecz z pochwy.
- Nie będziemy żyć w twoim cieniu, nie chcemy już uciekać - powiedział drugi, jego ton jednak był spokojny. Narwany i rozważny, bracia, jak ogień i woda. Obaj ruszyli na mnie w tym samym czasie. Znałem ich umiejętności, oni znali moją tajemnicę, wiedziałem, że nie będzie łatwo. Zaczęła się walka na białe bronie. Dzięki tym przeciwieństwom, które ich dzieliły, świetnie walczyli, byli jak ciało z 4 rękoma. Kiedy jeden przerywał, drugi atakował. Opracowali swoja technikę bardzo dokładnie, ale każda technika ma swój minus. Machania mieczem nie należy do lekkich. Mój bat za to poruszał się w większości jakby sam. Jego ruchy były zwinniejsze i prawie zawsze udawało mi się zablokować atak lub wykonać unik. Starałem bronić się jak najdłużej, moim celem było rozszyfrowanie ich ataku. Zajęło to sporo czasu i miałem już kilka rozcięć na ciele. Mimo to udało się i w pewnym momencie wykonałem ślizg, tak, że ich bronie zetknęły się, a ja posłałem porządnego kopniaka jednemu z nich, prosto w brzuch. Automatycznie zgiął się w pół, zdążyłem wstać i przywalić mu jeszcze z kolana, zanim ten drugi wykonał kolejny ruch. Chłopak upadł na ziemię, stwierdziłem, że poszedł mu nos. Jego brat widocznie się zdezorientował obrotem sytuacji, jego ruchy nie były już tak skoordynowane jak przedtem. Narwany leżał, został jeszcze rozważny. Postanowiłem zakończyć sprawę szybko, zanim tamten da rade wrócić do walki, a ten obudzi się i na nowo zacznie wymiatać. Trwało to jeszcze trochę, ale w końcu przyparłem przeciwnika do drzewa i wyciągnąłem sztylet wymierzając prosto w jego serce. Uśmiechnąłem się cynicznie.
- Trzeba było domyśleć się, że i tak was znajdę... - Powiedziałem, Bijaksan, bo tak miał na imię uśmiechnął się pod nosem.
- Trzeba było nas docenić... - Dopiero wtedy dotarło do mnie, że wpadłem w ich zasadzkę, znaleźli mój słaby punkt, znali go i było za późno na unik. Menentu, drugi brat miał właśnie zadać mi śmiertelny cios. Odruchowo zamknąłem oczy, aby mniej bolało, ale naglę poczułem nacisk na swoich plecach i wcisnąłem się lekko w stojącego przede mną. Zesztywniałem... Nie żyję? Nie... Czułem, na moje ramię opadła czyjaś delikatna dłoń, a po koszulce ściekał ciepły płyn. Od razu wyczułem, że to krew. Spojrzałem na Bija, był równie sztywny co ja, tyle, że z nieco innego powodu. Sztylet wcześniej wymierzony w jego serce, pod wpływem ucisku wbił się i to bardzo głęboko. Głowa opadła mu na moje ramię i osunął się w dół, po pniu drzewa.
- Membu.. - usłyszałem cichy, kobiecy głos. Dopiero to pozwoliło mi się ruszyć. Złapałem dłoń, leżącą na moim ramieniu i powoli obróciłem się...
Widzę jej twarz, cały czas mnie prześladuje...
- Kali.. - z jej ust ściekał strumyk krwi, ostatkami sił położyła dłoń na moim poliku i uśmiechnęła się.
- Pożegnaj się z nami... - wydusiła z siebie. Dopiero wtedy zobaczyłem, że jest przebita na wylot, od pleców, przez brzuch i na zewnątrz... I ona i dziecko. Złapałem jej twarz w dłonie.
Sam, rób wszystko sam ...
Jej dłoń bezwładnie zjechała po moim poliku, zamknęła oczy, a ciało ześlizgnęło się w moje ramiona. Menentu siedział za nią wpatrzony w ciało swojego brata. Oboje byliśmy w szoku, nie docierało do nas co się właściwie stało. Wziąłem głęboki wdech i przymknąłem oczy. Położyłem Kali, delikatnie, na ziemi i zbliżyłem się do dawnego przyjaciela.
- Pojawiła się tak nagle, a on upadł, on po prostu upadł, blady.. martwy... - spojrzał na mnie, po poliku spłynęło mu kilka łez. - Nie chciałem tego, nie chciałem... - spojrzał na dwa ciała.
- Wiem stary, wiem.. - poklepałem go po ramieniu i wyprostowałem się, w dłoni trzymałem miecz, którym przebił Kali.
- Nie chcia... - W tym momencie broń w mojej ręce pozbawiła go głowy, poturlała się kawałek dalej. Przysunąłem miecz do siebie i obtarłem krwi.
- Wiem... Nie chciałeś.. - Spojrzałem w niebo i przymknąłem oczy.
Tej nocy pochowałem trzy osoby. 2 groby obok siebie, na polu naszej walki i jeden w specjalnym miejscu. Rosło tam sporo kwiatów, Kali lubiła tam przesiadywać. Siedziałem chwilę przy jej mogile i rozmyślałem po kolei co się właściwie stało. Jak do tego doszło?
Czy to ważne? Już teraz nie bardzo...
Podniosłem się powoli i ponownie spojrzałem w niebo. Pożegnałem ją cichym westchnięciem i powolnym krokiem oddaliłem się w stronę stada. Coś jest inaczej, zmieniło się, wiedziałem to już wtedy... Co? Tego nie wiem do dziś...
Koniec.

Membu (21:33)

11 listopada 2011

Spotkanie cz. 2 [Membu]

11 listopada 2011

[ Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=mGOfBPIKHvQ&feature=related ]
__________________
Właśnie zrobiliśmy przerwę. Siedziałem przy ognisku, wpatrzony w gwiazdy i uśmiechałem się pod nosem. Rozmyślałem, coraz częściej mi się to zdarzało. O niej, co robi, gdzie jest. Westchnąłem ciężko, byłem zmęczony. Codzienne zemsty, pogadanki, treningi, wszystko leciało tak szybko. Przy niej czas zwalnia, a za razem leci strasznie szybko, czasem mam ochotę go zatrzymać, ale się nie da. Innym razem chcę siedzieć sam, taki już jestem... Naglę czuję dotyk dłoni na moim ramieniu, automatycznie odwracam głowę i widzę Kali, uśmiecha się lekko i trzyma kilka gałęzi w dłoniach.
- Mówiłem ci, że nie masz chodzić po drewno. - spojrzałem na nią ,,z pod byka,,
- Nie chciałam ci przeszkadzać... - powiedziała cicho i dosyć ponuro.
- Niby w czym?
- Znów o niej myślałeś.. Co nie? - spojrzała na mnie, zmrużyłem lekko brwi. - O Tin. - patrzyła na mnie.
- I co z tego? - nie bardzo rozumiałem, w odpowiedzi usłyszałem westchnięcie. Rzuciła gałęzie przy ognisku i patrzyła na płomień, odbijał się w jej oczach. Przyglądałem się jej w milczeniu.
- Nie rób tak. - powiedziała i spojrzała ponownie na mnie szklanymi oczyma. Zerknąłem na nią pytająco. Wzruszyłem ramionami i przyglądałem się płomieniom. Siedzieliśmy tak w milczeniu, znaczy, ona stała, założyła ręce i... nic, to było dziwne, zwykle rozgadana, uśmiechnięta.
- Co ci? - zapytałem nadal patrząc w płomienie.
- A obchodzi cię to w ogóle!? - ponownie spojrzała w moją stronę, ale szybko odwróciła wzrok i podciągnęła mocno nosem. Zdziwiłem się, wstałem powoli i podszedłem do niej.
- Kali? - zapytałem wysuwając dłoń w kierunku jej ramienia, uderzyła ją i cofnęła się łapiąc za brzuch. Odwróciła twarz w moją stronę, dopiero wtedy zobaczyłem, że płacze. Nigdy tak na mnie nie patrzyła, w jej oczach było widać smutek i żal, ogromny żal. Mógłbym zwalić jej zachowanie na ciążę, ale wiedziałem, że tu chodzi o co innego, szkoda, że nie wiedziałem o co.
Patrzyłem na nią z pytająca miną, podciągnęła nosem, wytarła twarz i powoli podeszła do mnie, kładąc dłoń na moim poliku.
- Niedługo stąd znikam. - spojrzała na ziemię, jej wypowiedz zdziwiła mnie jeszcze bardziej.
- Przecież chciałaś... - nie zdążyłem dokończyć.
- Tak wiem! Zostać! Ale nie zostanę... - spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się lekko.
- Skoro tak chcesz... - wzruszyłem ramionami, jej mina automatycznie się skrzywiła, popchnęła mnie w tył i ruszyła w stronę lasu. Zachwiałem się lekko i spojrzałem za nią... Co znowu? Ruszyłem za nią powoli, włożyłem ręce w kieszeń.
- Sam ich szukaj! Sam ich znajdź! Sam podróżuj! Sam ich zabijaj! - wydzierała się kopiąc wszystko co napotka po drodze, nadal spokojnie szedłem za nią. Zatrzymała się naglę i odwróciła w moja stronę. - Sam! Rób wszystko sam! - ruszyła w moja stronę i kiedy stała już przede mną uderzała pięściami w mój korpus. - Sam, sam, sam, sam! - Stałem i patrzyłem na jej dziwne zachowanie. W pewnym momencie złapałem jej dłonie jedna ręką, a drugą skierowałem jej zapłakaną twarz ku swojej. Momentalnie uspokoiła się i spojrzała na mnie.
- Uspokój się. - Mój wzrok był obojętny. - Nie prosiłem cię o pomoc. - puściłem jej dłonie i twarz. Wyrwała się lekko i ponownie mnie odepchnęła. - Kali... - Zatrzymała się i stała tyłem do mnie. - Twoje życie i rób z nim co chcesz, ja nie będę ci w nim mieszał. - Prychnęła lekko śmiechem.
- Trochę na to za późno... - odwróciła głowę w moją stronę i pokręciła ją. - Membu... Nie pokazuj mi się na oczy, przynajmniej dopóki tu zostanę. - Patrzyła na mnie.
- Dobra.. - powiedziałem i westchnąłem, po jej polikach spłynęły małe strumyki łez, odwróciła się i stała tak przez chwilę. Chciała coś jeszcze dodać i ponownie obróciła głowę w tym celu, ale mnie już tam nie było...
Siedziałem już przy ognisku i wciągałem świeże powietrze, przymykając oczy. Położyłem się wygodnie na trawie, zakładając ręce za szyję i spojrzałem na gwiazdy z lekkim uśmiechem na twarzy. ,,Życie,, pomyślałem. Nie przejmowałem się, poczułem wręcz ulgę.
- Sam, sam, sam, rób wszystko sam... - wyszeptałem i uśmiechnąłem się cynicznie. Taki właśnie miałem zamiar. Spotkam się z nimi sam i zrobię to, co dawno powinienem zrobić. Bez zbędnego ciężaru, będę zwracał uwagę to na siebie. Nie wiem, co ją ugryzło, może i lepiej. Westchnąłem ciężko i podniosłem się... Pora ruszać dalej... Sam... Rób wszystko sam.
CDN.
__________________
Membu (15:02)

25 października 2011

Spotkanie cz.1 [Membu]

25 października 2011

[MUZYKA: http://www.youtube.com/watch?v=yftOy8kz7aE&feature=BFa&list=FLVNmfLFZ9tJHmLVd4HFeuNQ&lf=mh_lolz] może być za długie.
__________________________
Wdech, wydech... Nabieram powietrza do płuc, znowu się zaczyna, już prawie zapomniałem jaką sprawia mi to przyjemność. Na twarzy pojawia się cyniczny uśmiech, najwyższa pora wyjaśnić swoje sprawy. Zamykam oczy... raz, dwa, trzy... czuję bicie swojego serca i wiatr, wiatr rozwiewający krótkie włosy na różne strony. Dumny stawiam pierwszy krok przed siebie i znikam w błyskawicznym tępię za drzewami. Biegnę, nie czując praktycznie zmęczenia, ekscytacja, roznosi mnie.. jestem coraz bliżej celu. ,,Mam was!,, myślę i zaczynam śmiać się sam do siebie. Czuje się jak w filmie, czas zwalnia, a ja biegnę przed siebie, nie ma nikogo, nie ma nic, w mojej głowie pustka, coś w stylu radości. Tej radości nie pojmuje nikt, tylko ja. Nic nowego, co nie ? Nie jestem już sam, nie w stadzie.. Jak zwykle myśli zostały tylko moje. Czy się cieszę? Oo tak.. Zwalniam trochę i rozkładam ręce na boki, zcinając przy tym kilka mniejszych krzewów i drzew. Stop! ... Raz, dwa, trzy... Pora otworzyć oczy. ,,Słyszę was!,, myślę i ruszam powoli przed siebie, nie jestem już na terenach stada. Jestem nigdzie... Zatrzymuję się i zerkam w niebo, odwracam głowę, stoi za mną, uśmiecha się. Na mojej twarzy gości cwany uśmiech, odwracam się w jej stronę, podchodzi powoli do mnie i kładzie dłoń na poliku, lekko dotykając go opuszkami palców. Z uśmiechem na twarzy wypowiada moje imię.
- Do dzieła - szepcze, nachylając się do mojego ucha, kiwam jej głową i ruszamy, ruszamy dalej przed siebie, ramię przy ramieniu, w ciszy. Ona się uśmiecha, a ja się przyglądam otoczeniu, co chwilę czując jej wzrok na swoim ciele. Za każdym razem, gdy kieruję twarz w jej stronę, odwraca się jak oparzona i uśmiecha pod nosem. Zatrzymuję się, ona robi to samo... Coś kieruje moją ręką i kładę ją na jej brzuchu.
- Jesteś pewna ? - Patrzę pytająco, czuję jej dłoń na swojej i przyciągam rękę z powrotem do siebie. Spogląda na mnie ze spokojem w oczach, jest aż za spokojna.
- Tak Membu, gdybym nie była pewna... - chciała dokończyć, ale zrobiłem to za nią.
- To by cię tu nie było.. Tak, tak.. Ale w twoim stanie zmiany zdania to normalna rzecz - mruknąłem.
- Nie w tym wypadku - powiedziała z uśmiechem i ruszyła dalej, a ja za nią. Szliśmy tak w milczeniu, niby nic się nie działo, a jednak coś. Różne myśli przychodziły mi do głowy. Ponownie spoglądam w jej stronę, patrzy na mnie i uśmiecha się, znowu.. cały czas, mimo wszystkiego co się stało, uśmiecha się do mnie. Dziwne uczucie, ale pamiętam jej słowa. Może i lepiej, myślę, myślę o czym zupełnie innym niż przy ruszaniu w tą trasę. Chcę przestać, pomyśleć o tym co teraz ważne, ale nie mogę, nie teraz.. Chwilowo jest inaczej, jakbym był w innym świecie, swoim świecie. Coś w tym jest, w tej więzi, w sumie została tylko ona. Może to też ma jakieś znaczenie?
- Kali... - chcę coś powiedzieć. Sam nie wiem co, nie pamiętam. Zamiast tego czuję dotyk, czuję jej dłonie zaciśnięte na moim przedramieniu, odwraca mnie w swoja stronę.
- Dam radę ! - zmarszczyła brwi, a ja.. ja uśmiechnąłem się lekko i położyłem dłoń na jej ramieniu.
- Tak wiem, dasz... - klepię jej ramię, czuję, że ucisk jej dłoni maleje, więc ruszam dalej przed siebie, a ona idzie obok.
- Fajnie, że jesteś Membu - słyszę naglę i spoglądam na dziewczynę z lekkim uśmiechem, nie mówię nic, idę dalej i myślę. Tym razem o tym, jak dorwać konfidentów, odcinam się.. Teraz wiem, że naprawdę jestem w swoim świecie.. Kombinowanie, knucie, to jest to. W końcu! Myślę i przyspieszam trochę kroku, nie zapominając o Kali, która podbiegła kawałek, aby mnie dogonić. - Pouczysz mnie trochę co nie ? - spogląda na mnie..
- Nie wiem, musiałbym poświęcić ci wtedy dużo więcej czasu - westchnąłem
- A co to za problem - zapytała.
- Cicho... - Spiorunowałem ją wzrokiem - Pogadamy o tym jak będziemy wracać.
- Ok - powiedziała zadowolona i zawiesiła się na moim ramieniu - Nadrobimy zaległości - uśmiechnęła się i puściła mnie, widząc moją minę, oboje schowaliśmy dłonie w kieszenie i szliśmy dalej myśląc każdy o swoich sprawach - Pogadamy - powiedziała cicho i spojrzała w niebo...
CDN.
________________
Tak dla wiadomości, postać Kali nie jest wymysłem mojej wyobraźni.
Membu (22:38)

16 października 2011

Zemsta cz.3 [Membu]

16 października 2011

Wiem, że trochę to trwało, ale jakoś brakowało mi weny na tą część. Zaczynajmy...
__________________________________
Stado Nocy, tak, na jego terenie dawno mnie już nie ma. Sama podróż nie była męcząca, nie dla mnie. Jedynym problemem był ból oka no i w sumie myśli krzątające mi głowę, pierwszy raz chyba aż tyle myślałem. O czym ? Może ktoś się domyśli, a może nie, najważniejsze, że ja wiem. Indie, niby tak daleko, a jednak tak blisko. Stoję przy granicy mojego rodzinnego stada, krew spływa po poliku, oko boli jak cholera. Obrazy, mnóstwo obrazów z przeszłości, przymykam drugą powiekę. Co widzę ? Właśnie ten moment, patrzy na niego, ale ja widzę jakby patrzyła na mnie, mówi coś, o mnie, ale on nie słucha... Zabija ją w męczarniach, a ja to wszystko widzę. Otwieram oczy, puste i zimne, pragnące tylko jednego, zemsty. Obraz zapulsował, raz, ale mocno, łapię się za skronie... ,,Już niedługo,, pomyślałem i ruszyłem, mimo bólu, trzeba było się pospieszyć. Coraz głośniej, robi się coraz głośniej, widzę ciemne sylwetki, wilki, ludzie, idę spokojnie, ręce schowane mam w kieszeni. Pojawiam się na niewielkiej polanie, głosy ustają, jeden po drugim, patrzę po wszystkich, kamienna twarz nie opuszcza mnie ani na sekundę, oni patrzą na mnie. Naglę zawiał wiatr, włosy rozwiały się na różne strony. Z pomiędzy zgromadzonych wyszedł wysoki doberman i patrzył na mnie wyczekująco, przekrzywiłem głowę w prawo i uśmiechnąłem się cynicznie.
- Tatuś ? - zapytałem z tym samym wyrazem twarzy. W stadzie dało się słyszeć poruszenie, sam doberman stał zbity z tropu. Po chwili jednak odwrócił się do stada i warknął głośniej, aby się uspokoili. Cisza... Wszyscy milczą, widzę nieprzyjemny grymas na twarzach zebranych, mój wzrok spotyka się z jego.
- Zmieniłeś się. - powiedział naglę i przełknął ślinę.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - splujnąłem w jego stronę.
- Jak śmiesz ty brudasie ! - ze stada wyleciał jakiś chłystek i ruszył na mnie, zaczęła wypełniać mnie nie ograniczona radość.
- Malcolm stój ! - krzyknął doberman, lecz było już za późno... Chłopak obejrzał się na niego, a z jego ust wypływały strumyki krwi, spojrzał przed siebie i zobaczył mnie, następnie utkwił wzrok w sztylecie znajdującym się w jego brzuchu. Podniosłem jego twarz i otarłem palcem krew spływającą po brodzie, wyciągnąłem sztylet, ledwo żywy padł na ziemię i umierał. Wykonałem kilka kroków w przód i oblizałem palec.
- Mmm... dobra. - spojrzałem po wszystkich, w ich oczach było widać strach i zdziwienie, tylko on stał opanowany.
- Przeceniasz swoje siły Membu, zobacz ilu nas jest. - powiedział do mnie.
- Ooo... to już zapomniałeś o przepowiedni ? Jakim prawem ... - powiedziałem z udawanym przerażeniem i zaśmiałem się.
- Nie kpij sobie ! - krzyknął, mój śmiech umilkł i wróciło puste spojrzenie.
- Uwierz mi, że nie kpie. - znowu nasze spojrzenia się spotkały. Nagle złapałem się za oko, obraz zapulsował dużo mocniej niż zwykle, upadłem na kolana i oparłem się o ziemię jedną ręką.
Usłyszałem śmiech ojca.
- Hahahaha... Przyszedłeś nas zniszczyć będąc chory ? - śmiał się dalej, a w jego ślady po chwili poszło całe stado.
- Uuuu... boimy się, straszny Membu przyszedł obalić nasze stado ! - śmiali się do rozpuku, a obraz w moich oczach... cofnąłem się o te kilka lat. Ktoś podszedł do mnie i złapał za włosy.
- Patrzcie na tą panienkę, jeszcze nam się udławisz tym kasłaniem. - podchodziło coraz więcej osób, w tym on, tyle, że już jako człowiek. Poczułem kopnięcie w okolic żeber, potem kolejne, naglę ktoś po prostu zaczął szarpać mnie za włosy, nie rozumiałem już co mówią, śmiali się a ja byłem daleko, było tak samo jak kiedyś, obraz kolejny raz zapulsował i zobaczyłem kępy swoich włosów leżące przy mnie.
- Może to tak dla honoru ? - zaśmiał się ktoś.
- Jakiego honoru ? On nie ma o nim pojęcia ! - usłyszałem dialog, moja ręka jakby automatycznie złapała czyjąś nogę...
- Tak - naglę zaśmiałem się psychicznie. - Tak jestem chory ! - krzyknąłem i zacisnąłem dłoń na nodze tak, że usłyszałem tylko krzyk i pękające kości... Wtedy nastąpiła moja furia.. Rzecz jasna nie wiem co robiłem i jak. Kolejne co pamiętam to obraz z przeszłości. Mała wilczyca, za wszelką cenę chce do mnie podejść, przywitać się, pobawić, nie pozwalają jej. Kiedy jest starsza uśmiecha się do mnie, nie podchodzi, bo gdy raz spróbowała, strasznie mnie pobito. Widziałem, że jest inna, ale po czasie zniknęła mi z oczu, już nikt się nie uśmiechał. Otwieram oczy i widzę dziewczynę, leży przede mną i zasłania twarz, jakby chroniąc się przed ciosem.
- Membu... - płacze, ona płacze. Rozglądam się dookoła i widzę pełno ciał, rozszarpane, powbijane na jakieś pale, czy do drzew i wiem, wiem że to ja zrobiłem ... Jestem z tego dumny... Patrzę ponownie na dziewczynę, która odsłoniła już twarz.
- Kali - mówię cicho i spoglądam na jej brzuch, jest ciężarna, uśmiecha się do mnie. To ona, ta mała wilczyca, najwyraźniej na wspomnienie odrobiny ciepła z jej strony furia ustała. Zapłakana dziewczyna wstaje i przytula mnie.
- Membu... Dziękuję, zatrzymałeś się, dziękuję. - bierze moją twarz w dłonie i całuje w polik. Dotykam lekko jej brzucha.
- Nic mu nie jest... Zmykaj stąd, byle szybko. - mówię do niej spokojnie, kiwa głową na znak, że rozumie i podnosi się.
- Nie mam ci tego za złe... - powiedziała naglę - moje dziecko wychowa się bez ojca, ale nie mam ci tego za złe... oni sami do tego doprowadzili. - nadal płakała, uśmiechnąłem się do niej lekko i wskazałem las, pobiegła w jego stronę i zniknęła mi z oczu. Zabiłem ojca nienarodzonego dziecka, trudno, pomyślałem i usłyszałem klaskanie. Odwróciłem głowę, stał tam mój ojciec.
- Brawo ! - klaskał - Czyli masz jednak trochę uczuć, to pewnie po mamusi. - powiedział kpiącym głosem i zaśmiał się.
- Nie dla ciebie - podniosłem się i spojrzałem mu w oczy.
- Powiem ci, że jestem pełen podziwu... pozabijałeś ich jak kaczki, jeden, drugi, trzeci... - zaczął udawać, że strzela z palców, podchodził coraz bliżej. Nie powiem, byłem zmęczony, stałem i patrzyłem cały czas w jego oczy.
- Jak mogłeś... - spojrzałem na niego z nienawiścią. Stał teraz przede mną.
- Okłamała mnie, była zagrożeniem dla stada i moją szansą na wybicie się, zniszczyłem potwora i stałem się Alphą, spełniłem marzenie... - chciał coś powiedzieć, ale przerwałem.
- Zabiłeś mi matkę i pozwoliłeś na cierpienie syna tylko po to żeby zostać Alphą ? spytałem nad wyraz spokojnie.
- Tak Membu... a ty zniszczyłeś moje marzenie, więc teraz zabiję i ciebie ! - wykrzyknął naglę i wbił coś w moje ramię, zaczął przekręcać, krzyknąłem z bólu. - Coś specjalnie dla ciebie ! Będziesz zdychał tak jak ona ! - zaśmiał się, złapałem za przedmiot i wyszarpałem go z mojego ciała, złapałem jego szyję i spojrzałem ponownie w oczy z ironicznym uśmiechem.
- Zobaczymy kto tu zdechnie. - zaśmiałem się i wlazłem do jego umysłu tworząc w nim niezły burdel, wyobraźnia zaczęła platać mu nie figle, wyglądał zabawnie kiedy jego kości łamały się, jedna po drugiej, niby od uderzenia młota, po chwili zaczął się szarpać i krzyczeć, na twarzy pojawiły się oparzenia, przy oczach, które po chwili zostały wydłubane, a teraz rozcięcia na całym ciele, jak od noża, kolejne pomysły napływały mi do głowy, a jego ciało było jak tester... - Masz swojego potwora, tatku - zaśmiałem się i bawiłem dalej. Skończyłem na posiekaniu ciała i pozbyciu się go.
Kiedy posprzątałem po rozrubie, spojrzałem na swoja ranę, nie wyglądała ciekawie. Pożywiłem się jeszcze krwią kilku trupów i ruszyłem do stada...
- Zemsta dokonana -  poczułem się wolny - w końcu ! - krzyknąłem podjarany i zniknąłem z terenów byłego stada.
Membu (13:26)

1 października 2011

Zemsta, cz. II [Membu]

01 października 2011

Drzewa, lasy, pola... Wsie i miasta, biegnę, biegnę przed siebie, czuje się wolny...
_________________________
Stoję nad stromym klifem i patrze jak fale rozbijają jego brzegi, tam w dole. Kamienna twarz towarzyszy mi jak zwykle. Ręce wiszą bezwładnie wzdłuż mojego ciała, kropla po kropli spada z palców prosto do małej kałuży krwi. Obdarte ciuchy, urwany jeden rękaw i głęboka rana w ramieniu. Chwieję się lekko i upadam wypluwając krew z buzi, kaszlę chwilę i patrze w dół, na te fale, obraz zamazuje się lekko, przymykam oczy. Kiedy je otwieram jest lepiej, wstaję więc powoli i idę w stronę stada, które jest już coraz bliżej.
- Udało się... - mruczę cicho, ostatkami sił wyduszam z siebie ten psychiczny śmiech i idę dalej. Zwracam wzrok ku niebu i oglądam je, idąc powoli, obraz zamazuje się coraz bardziej, mój krok staje się bardziej chwiejny, coraz częściej się potykam i... jest, widzę ją, uśmiecham się lekko. Polana, a na niej jakieś postacie, a może mam omamy ? Pewnie wcale tam nikogo nie ma, nie o tej porze.. Ale idę dalej, docieram do granicy polany z lasem i stoję, ledwo, ale jednak stoję, kolana co chwilę uginają mi się, staram się je wyprostować i stać normalnie. Zmieniło się, coś się zmieniło i tu i we mnie, nowe zapachy, czuję je, mamy nowych w stadzie... A ja, w sumie niewiele, prócz krótkich włosów i wyrazu twarzy nic się nie zmieniło. Nagły ból oka i obraz zamazuje się całkowicie, wyciągam rękę w stronę polany.
- Tin ? - upadam jak kawałek drewna na trawę i leże, sam nie wiedząc czy jestem jeszcze przytomny.
________________________
Mój nowy wygląd, jak możesz Aldieb to zmień : http://heise.deviantart.com/gallery/?offset=72#/d1bw84t
(Jak wyglądała moja zemsta opiszę w kolejnej części, kiedy znajdę więcej czasu)
Membu (14:58)

24 września 2011

Zemsta, cz. I [Membu]

24 września 2011

[Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=zt9XrmQ9Fls&feature=related]
Siedzę na wilgotnej trawie i patrzę w las, wiatr rozwiewa moją sierść na różne strony. Zaczyna się...
_________________________________________________________________________
Ciepło, jest mi ciepło... Chcą mnie stąd zabrać, buntuje się jak każdy, ale co z tego ? Za słaby by móc coś na to poradzić. Teraz czuję zimno, chłód, słyszę coś, ale nie wiem co. O tak... Znowu, od razu lepiej, lepiej niż przedtem, coś miękkiego, ciepłego, grzeje moje małe ciało i nagle mokre liźnięcie, czuje je na całym ciele... Narodziny, pamiętać je z takimi szczegółami, dziwne, ja pamiętam. Czemu ? Może dlatego, że to jedne z najcieplejszych dni mojego życia ? Może przez to, że posiadam moce, jakie posiadam. Nie wiem... Otwieram oczy, pierwszy raz otwieram oczy i co widzę? Pysk, długi pysk i oczy wpatrzone we mnie, ogromny nos styka się z moim, malutkim. Merdanie ogonem i znowu to liźnięcie. Potem hmm.. Potem zaczynam się przyzwyczajać, zaczynam chodzić i biegać, wychodzić z jaskini, poznawać świat. Czemu poznałem akurat ten zły świat ? Tego też nie wiem... Moje stado, kiedy tylko pierwszy raz je zobaczyłem chciałem wrócić to tej ciepłej sierści i dużego nosa, patrzyli na mnie dziwnie, spojrzałem na wilczycę stojącą przy mnie, patrzyła na nich dosyć zimno, wrogo, przysłoniła mnie łapami i ruszyliśmy dalej. Zwiedzać świat, a raczej niewielki jego kawałek, wtedy tak ogromny dla mnie. Uśmiechała się do mnie i goniła, zaczepiała.. Było tak codziennie, nauczyła wielu rzeczy. Nie byłem jedynym szczeniakiem, ale kiedy chciałem podejść do jakiegoś, słyszałem warki i ostrzeżenia tych większych, myślałem, że to normalne, ale nie. W wieku 2 miesięcy pierwszy raz zobaczyłem ojca, cieszył się, matka też, chociaż nie tak bardzo, czułem, że coś jest nie tak. Rozmawiali, długo, siedziałem i przyglądałem się wszystkim przechodnim, w ich oczach widziałem nienawiść, byłem mały, nie wiedziałem co się dzieje. Niedaleko mnie siedziała mała wilczyca, spoglądając w moją stronę merdała ogonem. Podniosłem się lekko i ruszyłem w jej stronę lekkim truchtem, chciałem się bawić, kiedy byłem już naprawdę blisko, poczułem straszny ból, zaskomlałem, nie widziałem co się dzieje, ale kiedy ledwo otworzyłem oczy zobaczyłem, że wilczątko jest daleko, stoi przed nią ktoś
- zostaw ją potworze ! - usłyszałem tylko, nie mogłem się ruszyć... Co ja zrobiłem ? Nie wiedziałem nic, do oczy napłynęły mi łzy, tak bardzo bolało... Pojawiła się ona, szybko przybiegła do mnie i z łzami w oczach lizała mój ranny bok, ojciec stał i przypatrywał się tylko, ona co chwile krzyczała coś w stronę stada. Podniosła mnie delikatnie i zaprowadziła do jaskini, nie chciałem z niej wychodzić, nawet kiedy już byłem zdrowy, chyba, że przy boku była ona. Mijało tak parę miesięcy, miałem już ich niecałe 5. Szybko się uczyłem. Matka dostarczyła mi podstawowe informacje, kim jestem jak się nazywam. Ojciec, czasami się namalował. Źle nie było.. Do czasu.
- Ona nie żyje - ojciec stał nade mną z poważną miną, otaczało mnie kilka wilków... Pazury wbiły mi się w ziemię, oczy zrobiły się mokre... Wbiegłem w las, biegłem jak opętany, potykałem się, raniłem i haczyłem o krzaki, furia, pierwszy raz wtedy jej dostałem... Co było potem, czułem się jak wyrzutek, popychany, podgryzany, przewracany przez starszych.. Coś takiego jak miłość zaczęło tracić dla mnie sens. Nie zwracałem uwagi na zaczepki innych, nawet te brutalne, byłem sam. Siedziałem i patrzyłem w niebo. Jednak pewnego dnia, jeden z wilków, mojego wieku.. Nie obrażał mnie, lecz ją, chodził za mną, doszło do bójki, z której nie wyszedł cało, prawdę mówiąc wcale z niej nie wyszedł. Spojrzałem na niego, umierał, patrzyłem mu w oczy, zszokowany tym, co zrobiłem, poczułem wtedy ulgę, zrobiło mi się lepiej, młody, nie mający przy boku nikogo.. Kto miał mnie odwieść od takiego pomysłu? Nie miał kto.. 6 miesięcy, różne metody walki, trenowałem z rówieśnikami, podczas ich zaczepek, nikogo już wtedy nie zabiłem, zwykle to ja wychodziłem cało z takich pojedynków, chociaż nie jeden raz oberwałem i to mocno. Zabijanie, w ten brutalny sposób trenowałem na zwierzynie leśnej, wyżywałem się w ten sposób. Zrobiłem się obojętny, stado już mnie nie obchodziło, ani ja ich. Jednego dnia obudziłem się z strasznym bólem oka, po pewnym czasie zaczęło krwawić, trwało to z 2 tygodnie, byłem wtedy strasznie agresywny, w stadzie młodsi i rówieśnicy przestali mnie zaczepiać, nie jeden straszy dostawał łomot podczas pojedynków, oko bolało strasznie. Nie wiedziałem skąd, ale znałem każdy ruch swojego przeciwnika, pokonanie ich stało się łatwością, przez co nienawidzili mnie jeszcze bardziej. Kiedy oko przestało krwawić uspokoiłem się trochę. 8 Miesiąc, dopiero wtedy znaleźli szczątki zabitego przeze mnie członka stada. Obudzono mnie, 4 wilki rzuciły się na mnie, były dużo starsze, zadałem im kilka ran, ale ich w porównaniu do moich były niewidoczne, straciłem przytomność, obudziłem się po 2 dniach, leżałem za jakimiś kratami. Co chwile ktoś mnie odwiedzał i rzucał obraźliwe teksty, opowiadał co o mnie wie i o mojej matce, rzucałem się, chciałem ich rozszarpać, byłem wściekły, oko ponownie zaczęło krwawić, bolało o wiele mocniej, dostawałem strasznych napadów gniewu, z łatwością dało się mnie wyprowadzić z równowagi. Na dokładkę tego, mało kiedy coś jadłem czy piłem, nie mogłem się wydostać zza tych krat. Po kolejnych 2 tygodniach, oko ponownie przestało boleć. Nadal do mnie przychodzono i obrzucano obelgami, wtedy nie reagowałem już tak agresywnie, często miałem to gdzieś. W 3 tygodniu siedzenia za kratami jeden z wilków podszedł do nich i przyglądał się mi z obrzydzeniem i nienawiścią w oczach, wkurzyłem się, podbiegłem do niego i patrząc w oczy wydarłem się ,,Czego chcesz?!,, Wtedy to zobaczyłem, jakbym cofał się w czasie. Widziałem jego życie, wszystko co zrobił złego, cały jego ból przeszedł jakby na mnie, uczucie jakbym to ja przeżył to co on, odsunąłem się gwałtownie i przewróciłem, zamykając oczy. ,,Co to było?!,, spojrzałem w miskę wody, która leżała pod moimi łapami... Moje oko, oko nabierało dziwnego wyglądu, wpatrywałem się w odbicie mając nadzieje, że tylko mi się wydaje, że mam omamy, zmęczenie, ale to nie znikało, nadal je widziałem... Podniosłem się przestraszony i zerknąłem na wilka stojącego przy kratach, teraz w oczach miał strach, odskoczył od krat i pobiegł w stronę reszty stada. Po chwili pojawiło się zgromadzenie, rada starszych, w tym mój ojciec. Spoglądali na mnie, szeptali coś, ja leżałem. Wpatrywałem się w nich z zaciekawieniem, nienawidziłem ich coraz bardziej, cały czas coś do mnie mieli, a ja nie wiedziałem co i dlaczego.. No właśnie dlaczego ? Ponownie zerwałem się i podbiegłem do krat, spojrzeli na mnie, łapałem ich wzrok, każdego po kolei i.. Wtedy dowiedziałem się wszystkiego, o sobie, właśnie wtedy dowiedziałem się dlaczego mnie tak nienawidzą:
[muzykę przełączcie z 7.08min]
Przepowiednia. Przed narodzinami, każda wilczyca szła do szamana, aby dowiedzieć się czegoś o swoim dziecku, strasznie staroświeckie, ale trwało to już od pokoleń. Nie dowiedziałem się dokładnie jaka była o mnie. Wiem tyle, że po tej przepowiedni, często wybierano imię dla szczeniaka bądź szczeniaków. Membu... Tak, moje imię, w języku mojego stada znaczy ,,zabić,,. Szok, bo co innego... Przepowiednia mówiła mniej więcej o tym, że będę inny, że wniosę do stada ciemne dni, a w końcu, pozabijam tak wielu, że stado będzie tylko wspomnieniem. Wszyscy uwierzyli w to, dlatego tak mnie traktowano, z góry przypisano mi rolę czarnej owcy.
Odsunąłem się od krat, nadmiar tych informacji spowodował osłabienie, za dużo na raz. Zajrzałem w kilka umysłów, teraz już sam o tym wiedziałem. Ale jak ? Rada zauważyła moje dziwne zachowanie, ponownie spojrzałem w ich stronę i napotkałem wzrok ojca... :
,,Ona nie żyje,, .. Gówno prawda ! Zobaczyłem.. widziałem to ! Widziałem jak ją zabija, jak znęca się, krzyczy. Nie powiedziała mu nic, nic o przepowiedni, myślał, że spłodził normalne szczenie, a tym czasem dał życie ,,potworowi,, .. Zabił ją, zabił z powodu przepowiedni... Ale nie tylko, nie wiedział, że miała swoją tajemnicę, że ona też miała dziwne moce, co w połączeniu z jego, dały... Tak ich moce skupiły się w moim oku, dziedziczne... Zabił ją z powodu takich rzeczy i.. I dzięki temu stał się przywódcą stada. Alphą, właśnie o tym marzył.
Cofnąłem się, wbiłem wzrok w ziemię, obraz jakby zapulsował w moich oczach.
- Skurwysynu ! - rzuciłem się do krat - Zabiłeś ją ! Ty, a oni ci za to wiwatują ! - Wykrzyczałem warcząc i obnażając kły, obraz ponownie zapulsował i... Nie wiem.
Obudziłem się gdzieś, nie do końca wiedziałem gdzie... Uczucie miłości całkowicie straciło już dla mnie sens, nie istniało, nie było dobra i zła. Wyobrażałem sobie jak zabijam wszystkich, każdego po kolei, a jego zostawiam na koniec. Na sam koniec... Wiedziałem też, że na razie jestem za słaby by ruszyć na całe stado. W głowie rodziła się tylko jedna myśl.. Zemsta. Wiedziałem jak tam wrócić, postanowiłem jednak ruszyć dalej, przed siebie, trenować, stać się jeszcze bardziej obojętnym, tak, by nie mogli złamać mnie ani fizycznie, ani psychicznie. Dokonałem tego i teraz jestem tu... Zmieniło się trochę, mam inne wartości, minimalnie zmieniły się, ale jednak. Nie okazuję tego i na razie nie chcę, najpierw zemsta, potem... Zobaczymy co dalej.
__________________________________________________________________________
... Lewe oko obwiązane mam przepaską, patrzę nadal w las i wciągam chłodne powietrze.
- Pora ruszać - mówię sam do siebie i zerkam w tył, na polanę, gdzie z daleka widzę paru członków stada. Odrywam łapy od powierzchni i ruszam w drogę...
Membu (11:11)

18 września 2011

Wspomnienia. [Membu]

18 września 2011

Muzyka: http://www.youtube.com/watch?v=gIuotFZnBtk&feature=related
Tak, pamiętam to bardzo dobrze... Leże teraz na trawie i patrze w las, tym samym pustym wzrokiem co on wtedy, chcę biec, znaleźć go, dorwać i rozszarpać. Właśnie kiedy zamierzam już wstać i zrobić to co planuje od tak dawna, pojawia się ona. Wiatr rozwiewa jej długie włosie, uśmiecha się do mnie, pamiętam jej grubą, ciepłą sierść, pamiętam jak na mnie patrzyła. Gniew znika i pojawia się zażenowanie... ,,Czemu wtedy nie byłem starszy, czemu ich nie powstrzymałem,, te i podobne pytania chodzą mi po głowie. Tak, jestem chamem, ale nie dlatego, że chce czy chciałem. Gdyby żyła pewnie byłbym inny, ale nie żyje... I to góruje nad wszystkim, nad słowami Tin, że zemsta nic nie da, nad uczuciem, które właśnie opisuje, znajdę ich i powybijam. Wiem, że ona tego nie chce, ale ja chcę, żeby ją upamiętnić, żeby wiedzieli, że nie będą żyć dalej, jakby nic się nie stało. Nie do puki żyję ja. Teraz podnoszę głowę i zerkam w tył, to Tin, siada obok mnie, a ja się jej przyglądam. Leże w milczeniu, nadal myślę o tym samym, do głowy wchodzi kolejna myśl, czy znaleźli już ciało. Spoglądam ponownie w las, a na twarzy maluje mi się cwany uśmiech. Tin zaczyna coś nucić, a ja nie mogę doczekać się rozwikłania mojej zagadki.
-Będzie dobrze. - Mówię cicho i dalej patrze w las, wciągam głęboko powietrze, uśmiech nie znika mi z pyska.
- W kwestii ciebie ? - Zapytała nagle Tin. Spojrzałem na nią.
- Saya dendam - Patrzę na nią z lekka ironicznym uśmiechem. Ponownie zerkam w las i widzę wilczycę o identycznej barwie sierści co moja, biegnie gdzieś dalej, a za nią mały szczeniak. Tak to ja i ona, my... Nie oni, my, ci odmienni . Zupełnie inni niż cała reszta, jedna rzecz... Tak nas od reszty wyróżnia, tak nas nienawidzą, zazrość czy lęk ? Nie wiem i nie chcę już wiedzieć, chcę widzieć ich martwe ciała i ją uśmiechającą się do mnie nadal tak samo, chcę to pamiętać i będę, tylko ja. Tylko moje i nikogo więcej, najważniejsze, najlepsze co miałem i co mi tak szybko zabrano... Zabiję, zabiję za to i nic mnie nie powstrzyma, ani nikt, nie chcę współczucia, ani pomocy, zrobię wszystko sam, jak zawsze... Sam, no właśnie. Na zawsze, sam. A może i nie... Kto wie. Ja na pewno nie. Znowu ona i ten uśmiech.. To spojrzenie i ciepło jakie mi śle. Jest tak daleko ale jednak blisko, pocieszające, chociaż nie do końca. Będzie dobrze... myślę i przymykam lekko oczy.
Membu (21:22)

14 września 2011

Pamiętasz mnie? [Membu]

14 września 2011

Chłodny, wietrzny wieczór, właśnie wszedłem do lasu, ręce w kieszeni, słuchawki na uszach i ta cisza. Wciągnąłem trochę świeżego powietrza, a na twarzy namalował mi się kpiący uśmiech. ,,Łatwo poszło,, pomyślałem i powolnym krokiem ruszyłem w głąb lasu. Po pewnej chwili odwróciłem się i spojrzałem w krzaki za moimi plecami, wiatr zawiał mocniej, rozwiał moje włosy, każdy w innym kierunku. Moja twarz stała się kamienna, a oczy przepełniło zimno i obojętność.
- Wychodź. - Powiedziałem w stronę zarośli, w odpowiedzi usłyszałem chwilę milczenia, a po chwili odgłos przeładowywanej broni. Z krzaków wyszła postać, mniej więcej mojej postury, z pistoletem wyciągniętym w moim kierunku. Uśmiechnąłem się ironicznie.
- Pamiętasz mnie ?! - Z jego ust wyleciały słowa, bardziej brzmiące jak stwierdzenie niż pytanie. Przyglądałem mu się z tym samym wyrazem twarzy. Trzęsły mu się ręce, oprócz tego wyglądał na opanowanego. - Pytałem czy mnie pamiętasz ?! - Krzyknął i przygotował się, jakby do strzału. Milczałem, chłopak mrugnął, a kiedy otworzył ponownie oczy, stałem przed nim, chwyciłem za broń i wykręcając rękę powaliłem na ziemię. Teraz ja trzymałem pistolet i mierzyłem prosto w głowę, spojrzał na mnie ze strachem w oczach.
- Pamiętam. Tylko co to teraz za różnica ?
- Membu.. Nie ! Nie rób tego ! - Zasłonił się dłonią. Wystrzeliłem... Trafiając w kolano. Ranny zacisnął zęby i zaczął zwijać się z bólu.
- Nigdy więcej, nie mów mi co mam robić. - Powiedziałem opanowanym tonem i przeładowałem broń. - Gadaj, czego tu szukasz ? - Zapytałem przyglądając się jego ,,tańcom,,
- Tyy szmatoo... - Wysyczał. Przewróciłem oczyma i zacmokałem cicho.
- Nie ociągaj się.
- Wystrzeliłeś, a teraz myślisz, że ci powiem ?! - Splunął w moją stronę, opluł się przy tym bardziej niż ziemię przy moim bucie. Podszedłem i posłałem mu jedną, solidną sztukę, prosto w nos.
- Nie chcę mi się bawić w to, kto zaczął, nie jesteśmy już w przedszkolu więc gadaj.. Kto cie tu wysłał ?
- A jak myślisz ?! - Powiedział trzymając się za nos.
- Stado ?
- Nie miś Gogo wiesz ?! - Krzyknął. Strzeliłem, tym razem obok.
- Nie szczekaj mi tu. - W końcu do niego dotarło. - Po co ? - Zapytałem.
- Miałem cię śledzić i przekazać im jak się trzymasz, z tego co widzę nic się nie zmieniłeś. - Puścił w końcu nos i otarł się ze krwi, chciał coś dodać, ale przerwał mu mój śmiech.
- Ciebie ? Wysłali ciebie ? To widzę, że już całkowicie schodzą na psy. - Syknąłem. Podszedłem do niego, nachyliłem się. - Zmieniłem się, nawet nie wiecie jak bardzo. - Na twarzy pojawił się cwany uśmiech, podniosłem się  i spojrzałem na niego. W jego oczach było widać strach.
- W takim razie, właśnie to im przekażę. - Powiedział i głośno przełknął ślinę.
- Nie. Ty im już nic nie przekażesz. - Mój ton jak zwykle był opanowany, ponownie przeładowałem broń.
- Membu nie !
- Taki przekaż, dotrze do nich o wiele szybciej. - Dodałem i wystrzeliłem po raz 3, prosto w głowę. Jego krew trysła na moje ciuchy i twarz, otarłem się i zlizałem płyn z dłoni. Nachyliłem się ponownie i zatopiłem kły w zwłokach. Kiedy tylko się pożywiłem, wziąłem jego ciało na plecy i wyniosłem poza tereny stada. ,,Już niedługo,, pomyślałem siedząc już nad jednym z klifów na terenie stada i spojrzałem z tym samym, ironicznym uśmiechem w niebo.
Membu (23:07)