Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lady Killer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lady Killer. Pokaż wszystkie posty

6 września 2011

Samotność... jest dobra. [LadyKiller]

05 września 2011

  Samotność jest dobra, ale do czasu, kiedy wiesz, że możesz liczyć na to, że ktoś ją przerwie. Ktoś, kogo obecność ukoi Twoje wyostrzone zmysły.
 Ciepło ciała siedzącej obok osoby, powoli gasiły obfite łzy szarych chmur. Podobnie jak gasiły całe ciepło zawarte w przyjemnym, gładkim milczeniu. Każda kropla spadająca na ciemną bluzę lub nagie ramiona, jak gdyby oddalała od siebie niegdyś bliskie osoby.
Samotność jest dobra, gdy to ona Cię wypełni pozwalając czuć się wolną, nie osaczoną, a zarazem nie opuszczoną.
 Ciemnowłosa drgnęła niezauważalnie kiedy dziewczyna w kapturze wstała z ławki i spojrzała w niebo. Z pozoru niezauważalnie. Już raz pokazała przyjaciółce swoją słabość. Już raz pokazała, że tak bardzo zależy jej na samopoczuciu osoby, która do pewnego czasu ją dopełniała. Nie miała siły i odwagi by pokazać to znów, mimo że jej serce tłukło się rozpaczliwie o żebra, jakby w rytmie wrzeszczącego szeptu; nie idź, nie idź, nie idź... Dlatego tylko przyglądała się dziewczynie spod rzęs, swoimi dzikimi oczami... Ta uniosła głowę wyżej, uśmiechając się. Delikatnie. Ślicznie. To wiatr współgrający z kroplami deszczu wywołał na jej twarzy ten uśmiech, zastępując nim niedawny grymas, który tylko utwierdził Lady w tym, że dziewczyna omija temat samotności celowo.
Nie jesteś samotna. Doszłaś tutaj ścieżką, którą dawno nikt nie szedł i trafiłaś na mnie. Ja też odkrywam takie ścieżki, i też trafiłam tutaj, gdzie znalazłaś mnie...Ty. To oznacza, że samotność ma nas już dość, nie sądzisz?
 Rozciągnęła ramiona na oparciu ławki, zrzucając z nich długie włosy. Znów się oszukiwała... przecież tak naprawdę chciała tylko poczuć skrawki ciepła jakie przyjęło drewno dotykające pleców przyjaciółki. Zamknęła powieki, odchylając głowę w tył. Przez moment czuła to, co zawsze. Przez moment znów chorobliwie chwyciła się nadziei, że będzie tak jak dawniej. Przecież Ona czuła ten sam zapach deszczu i ten sam wiatr bawiący się włosami. Przecież Ona była jedynym kluczem pasującym do furtki otwierającą duszę Lady.
A my jej nadal łakniemy. Czyż nie?
 Ktoś brutalnie odebrał jej tą nadzieję, sprawiając, że deszcz stał się tylko deszczem. Deszczem który był akurat taki tylko dla jednej osoby. Dla nikogo więcej.
Nie idź.
Nie idź.
Nie idź.
 Ale Ona poszła. Lady nie zrobiła nic, by Ją zatrzymać. By Jej pokazać, że tak bardzo chce, aby Ona została.
Przed Nią.
Obok Niej.
Z nią...
 Nie otworzyła oczu. Nie poruszyła się. Tylko tak mocno zacisnęła powieki, by nie pozwolić samotnym łzom stoczyć się po policzkach. Nie słyszała kroków oddalającej się dziewczyny. Przyjaciółki. Przed oczyma wciąż widziała radosne iskierki tańczące w złotych tęczówkach.
 Nagle gwałtownie zwinęła się na ławce, zagryzając wargi do krwi, by stłumić jęk. Docisnęła kolana do klatki piersiowej i  kołysała się w przód i w tył, wiedząc, że właśnie straciła coś, czego nikt nie będzie potrafił naprawić.
Nigdy.

Czyż nie...
LadyKiller (18:38)

14 maja 2011

"Tancerze" - Wprowadzenie. [LadyKiller]

14 maja 2011

 Chłód skały na której leżała, przemykał między gęstym włosiem, muskając skórę. Patrzyła na dolinę rozciągającą się przed jej ulubionym punktem widokowym.
  Uwielbiała obserwować codzienny, a jednak za każdym razem piękniejszy taniec Dnia i Nocy. Aksamitny, czarny płaszcz powoli pełzł w górę, zbliżając się do niej z każdą sekundą. Zdarzało się, że ognista kula na moment posyłała jej porozumiewawcze, ostre promienie, nie przerywając ucieczki przed nocnym chłodem. Jak dwaj dręczący się nawzajem kochankowie, jak najdłużej odwlekający chwilę rozkoszy...
Jeszcze moment a gra się skończy. Jak zwykle serce pumy tłukło się o żebra pełne podziwu dla tej niesamowitej chwili. Cień musnął końcówki jej wysuniętych pazurów, światło zajaśniało cudownym, gorącym blaskiem, przemykając po aksamitnej sierści. Kocica zamknęła oczy. Niemal usłyszała trzask rozpadającej się jasności i poczuła chłodny powiew nocy. Drzewa zaszumiały, żegnając piękną kochankę, trawa zakołysała, dołączając się do pożegnalnej pieśni.
 Lady uniosła wysoko łeb, napawając się świeżym powietrzem. Otworzyła oczy, w których przez ułamek sekundy błyszczało zatrzymane wcześniej słońce, tylko po to, by spojrzeć wprost na wspinający się po kaskadzie gwiazd księżyc. Jej źrenice rozszerzyły się, wyłapując jak najwięcej srebrzystego blasku. Mimowolnie uniosła kąciki pyska w uśmiechu, pełnym tak niepodobnego do niej szacunku i podziwu.
 Coś szło w jej kierunku. Nie odwróciła się, choć wiedziała, że to żaden z Demonów. Nie chciała przerywać chwili uniesienia, a obecność zbliżającej się istoty czuła już od dawna. Podświadomie oczekiwała tego spotkania, wiedząc, że na zawsze zmieni jej życie.
-Księżyc jest z nami ściśle związany. Znika na pewien czas, jego wpływ na zmysły ucieka przed nimi zapamiętale, by pojawić się znów, z tą samą lub większą siłą.-Usłyszała. Kątem oka zobaczyła siadającą obok smukłą wilczycę o ciemnej sierści. Łzy na moment rozmazały wszystko wokół, jednak zaraz zmusiła je do wyschnięcia. Znała doskonale ten głos i te słowa. Jej słowa. Znała doskonale tę drobną samkę. Jednak nie spojrzała w jej stronę, nie chcąc pozbyć się uczucia, że ona naprawdę jest obok. Nie chcąc zobaczyć rany po postrzale na jej klatce piersiowej.
-Powiedziałaś mi kiedyś, że nigdy nie można przysięgać na Księżyc, bo on zmienia swój blask, który za dnia maleje. Ale ja przysięgałam, patrząc w Jego okrągłą tarczę po raz ostatni. Przysięgałam, że kiedyś odpłacę Ci się za wszystko, co dla mnie zrobiłaś.
-Nie jesteś mi nic winna.-Puma przymknęła powieki, oddychając równo i spokojnie.-Gdyby nie to, że się Tobą zaopiekowałam, mogłabyś tutaj być.
-Nie,kochana. Wszystkie ścieżki mojego życia, ozdobione srebrzystym pyłem, urywały się w jednym miejscu. Księżyc wziąłby mnie we swe objęcia, gdziekolwiek bym nie była. To do niego od zawsze przynależało moje życie i to jemu z radością je podarowałam. Ta radość była tym większa, że Ty odegrałaś w nim największą rolę.
Cisza jaka zapadła między dwoma tak bliskimi sobie niegdyś istotami, które teraz rozdzielała ogromna, niemożliwa do przeskoczenia przepaść, zmieszała się z szelestem liści.
-Zastanawiałaś się kiedykolwiek, dlaczego masz na imię tak, a nie inaczej?
-Nie musiałam się zastanawiać. Morduję z przyjemności.-Lady leniwie uderzała końcówką ogona w skałę, nadal mając przymknięte powieki. Rozkoszowała się 'obecnością' czarnej wilczycy.
-Nie pytałam o TO imię. Bo Ty się tak nie nazywasz.-Samka urwała, dla podkreślenia swoich słów. Serce pumy zabiło szybciej.-MoonDance. Tancerka Księżyca. Tak nazwała Cię Rege, Twoja matka. Wierzyła, że zrozumiesz, a Ty ciągle się go wypierasz. Dlaczego?
-Nie jestem go godna.
-Nie jesteś czy nie chcesz być?
 Zamilkła, gwałtowniej poruszając końcówką ogona. Zacisnęła zęby.
-Posłuchaj, kochana. Od setek lat wybierano Córy i Synów największych potęg świata. Wielu z nich rzeczywiście nie  było godnych swych imion, dlatego byli likwidowani podczas wielkich pojedynków. Zostało ich niewiele. Ty zaliczasz się do tej grupy. Przynależysz Księżycowi.
-Nie.
-Nie przerywaj mi, proszę. Wiem, że dojrzałaś do tego stanowiska. Twoja przeszłość była podległa Jego woli. Chciał, żebyś była taka, jaka jesteś.
Teraz musisz wyruszyć i zniszczyć Tych, którzy pozostali. Oczyścić miejsce dla innych, pięknych duchów. Bo Dawni Władcy są pochłonięci przez własną potęgę i nie wiedzą, jaką rolę mieli pełnić na Ziemi.
-Dlaczego ja mam ich oceniać? Jestem taka jak Oni.
-Uwierz mi, że nie. Zresztą, sama się przekonasz kiedy spotkasz chociażby Pierwszego z nich. Przygotuj się i podążaj za Jego wskazówkami.
 Lady dostrzegła, że wilczyca uniosła łeb ku okrągłej tarczy Księżyca. Sama zamknęła oczy, nieświadomie godząc się z jej słowami. Kiedy je otworzyła, obok niej nie było nikogo. Była tylko cisza z którą współgrał szum liści.
Podjęłam się tego. Naprawdę nie wiem, czy dam radę napisać ten zbiór opowiadań.
Dużo Nightwisha, dużo rąbanki. I dużo piękna.

LadyKiller (11:55)

9 maja 2011

Opowiadanie stadne XVIII [LadyKiller]

08 maja 2011


Podkład.
Było ich wielu. Zbyt wielu. Rozbawiony, ironiczny uśmiech jaki rzuciła przemieniającej się Szerze, powoli zmienił się w ostrzegawcze wyszczerzenie kłów. Zmrużyła płomienne oczy. Kątem oka widziała po lewej stronie Bakarę, a po prawej przyjaciółkę z Kiredem. Pochyliła łeb, a między pumą a wilczycą pojawił się Cináed. Stłumiła chichot, wbijając pazury w ziemię. Zmutowani ludzie zbliżali się do nich szykując różnorodne bronie.
-Kabaret.-Mruknął Cináed, przekrzywiając łeb. W następnej chwili, w pełnej synchronizacji z Bakarą i Kiredem rzucili się do ataku. Czarna, gładka sierść pumy zafalowała, mimo iż ich ruch nie wywołał nawet najlżejszego podmuchu.
 Przyjaciółki spojrzały po sobie. Obnażyły czubki kłów w uśmiechu, kiedy do ich uszu dobiegły metaliczne dźwięki i nieludzkie krzyki. Zwróciwszy łby w stronę maleńkiej rzeźni, wśród której jak mrówka uwijał się płomienny Cináed, Lady przypomniała sobie, co zaraz może się stać. Rozlany płyn...rozbita kapsuła...aż zatrzęsła się z paniki. Musieli działać o wiele szybciej.Jej myśli błyskawicznie dotarły do Demonów, ale tylko wzrok Cináed'a zwrócił się w stronę przysadzistej sylwetki.
-Ogień.- Wyszeptała. Jego białe ślepia rozbłysły. Skinął łbem.
-Ogień. Wypierdalać!-Wrzasnął wysokim, jazgotliwym głosem.
-Szera.-Lady zwróciła na wilczycę przerażony wzrok.-Bierz Luxię! Szybko!
Miodowe oczy w momencie zarejestrowały reakcje, jakie zachodziły w białym płynie. Rzuciła się w stronę nieprzytomnego gryfa i wbiła kły w jego kark. Pognała za pumą kilka metrów, ale jej uwagę przykuł krzyk Kireda. Jeden z mutantów właśnie zrywał mu skórę z grzbietu, wbiwszy w nią żelazny hak zakrzywiony na czubku. Istny mistrz skalpowania.
-Zostaw go! Zostaw!!-Puma szarpnęła ciałem wilczycy, która skoczyła w ich stronę. Wiedziała, jakie to będzie dla Szery trudne. Sama niemalże czuła ból jej Demona. Ale ona posłuchała, po kilku bardzo długich sekundach, zachłystając się szlochem. Razem, bark przy barku, jak za starych dobrych czasów, kiedy żyły wspólnymi wyścigami, rzuciły się w przeciwnym kierunku od obozu 3. Kątem oka, Lady widziała jak Cináed wybucha płomieniem.
-Aldieb...!-Krzyknął ktoś, ale huk, jaki wywołał ogień stukający się z białą cieczą zagłuszył całą resztę. Straszliwa temperatura i metalowe szczątki uderzyła w biegnące obok siebie postacie, rzucając nimi w przód.
Podkład.
 Puma zakrztusiła się pierwszym oddechem, jaki świadomie chwyciła. Czuła zaciskającą się na jej piersi obręcz, która paliła ciało i odbierała maleńkie cząsteczki życia. Powoli, wolniej niczym najgorszy psychopata...
 Wokoło było tak...cicho. Co chwilę rozlegał się cichy syk, po którym następowały jakby odległe wybuchy. Jak gdyby coś się gotowało...
 Słyszała coś jeszcze. Ciche piski? Krzyki?
 Dotarły do niej zmieszane setki zdań, jakie wypowiadały zabijane niegdyś szczenięta. Wrzasnęła dziko, czując ich ból i strach. Nagle zobaczyła wszystkie wytrzeszczone z nienormalnym przerażeniem oczy... Z paniką chwytała powietrze, które raniło jej gardło. Czyżby zawierało maleńkie odłamki szkła lub metalu? Nie wiedziała. Zaciskająca się obręcz była coraz mniejsza.
 Rozejrzyj się...
 Nie zdążyła.
 Nagle już stała na własnych, silnych łapach. Nie? Nie...! To nie były jej łapy. To były połamane, obleczone mięśniami kikuty, a cieknąca z nich krew wypalała w ziemi dziury, złowrogo sycząc. Jej biała barwa obudziła w umyśle Lady ogromną panikę. Panikę, jaką czuła tylko raz w życiu...
 Nie musiała się rozglądać.
 Widziała leżącą obok siebie kupę zakrwawionych, dymiących, skrawków ciała przykrytych gdzieniegdzie szarym i złotym futrem.
 Widziała nadzianego na powykrzywianą gałąź wilka, a z jego rozwartego pyska kapała powoli ta sama biała ciecz...ta sama biała, sycząca krew. Jego wnętrzności zwisały bezwładnie w stronę ziemi. Z pustych oczodołów wypływały jarzące się jakby białka. Jego ciało płonęło.
 Widziała zwęglone szczątki, które śmierdziały straszliwie. Kiedy na nie spojrzała poczuła dojmujący ból całego ciała. Poczuła ten sam ból, który odczuwała ta istota, płonąc żywcem.
 Widziała siebie, miotającą się z wrzaskiem między śladami, jakie zostawiła po sobie śmierć. Upadła na niewielkie, zmasakrowane ciało skrzydlatego stworzenia.
 I wtedy zrozumiała, że wszystkie te truchła, rozrzucone wokół niej to...to Ci, którzy byli dla niej ważni.
 Zrozumiała, że te dymiące szczątki wśród których zachowały się przebłyski dawnego piękna to Szera. Że tak brutalnie wciągnięty na gałąź wilk to Cináed. Że cuchnące dziwnie szczątki to Bakara. Że to jego ból był jej bólem. Że to małe stworzenie to Luxia, leżąca tak blisko...dawnej gepardzicy?
 Więc dlaczego...dlaczego ona była obok wszystkiego? Obok tych, którzy nadawali jej życiu jakikolwiek sens?
 Jakiś wrzask zaczął ranić jej uszy. Czuła, że zaraz pękną jej bębenki.
 Zrozumiała, że to był jej wrzask. Jej własny, psychiczny wrzask bólu i rozpaczy.

Podkład.

 Ból nagle zelżał. Jej kocie ciało wpadło w wir lodowatej wody. Gwałtownie rozwarła powieki, kiedy strumień wody rzucił ją na drzewo. Stęknęła, zdezorientowana i usłyszała dobiegające ją śmiechy. Jeden głos znała szczególnie. Z nadzieją podniosła mokry łeb i zobaczyła zbliżającą się wilczycę.
-Lady!-Przyjaciółka dopadła do pumy i mocno o nią otarła. Miodowe oczy błyszczały najczystszym złotem.
-Szera?-Kocica rozejrzała się, nic nie rozumiejąc. Na gałęzi nieopodal siedziała Luxia,wesoło machająca łebkiem. Gdzieś dalej słyszała jazgotliwy głos Cináed'a i Bakary, po prawej mignął jej Kired z długą blizną na grzbiecie.-Przecież Wy nie żyjecie.- Warknęła, przypatrując się miłej wizji.
-Żyjemy, idiotko!-Szera zaśmiała się ciepło.- Wszycy mieliśmy jakieś dziwne wizje, ale ten jaszczur- wskazała łbem wygrzewające się na słońcu niebieskie stworzenie- wytłumaczył nam, że to iluzja wywołana kontaktem tej białej cieczy z naszymi ciałami. Gdyby nie to, że szybko zadziałał, wykończyły by nas.
-Aldieb była w obozie.-Słowa pumy przeszyły powietrze, uciszając wszystko dookoła.- Zabiliśmy ją.
-Nie. Wasza Alpha żyje i prawdopodobnie ma się dobrze.-Jaszczur otworzył pokryte błoną oczy i spojrzał na mokrą pumę.- Nie wiem gdzie jest, ale komuś innemu przeznaczone jest znalezienie jej. Wy możecie wracać do reszty grupy...
-Heeeeej! Szera!
 Samki poderwały łby, patrząc na stojące na wzgórzu postacie. Przez chwilę słońce uniemożliwiało im rozpoznanie ich, ale po chwili zobaczyły biegnącego przodem stalowego wilka i nieco w tyle Tiffany z Jenną na grzbiecie. Tiara zakołowała nad ich głowami i wylądowała, z przyjemnym stukotem kopyt.
 Lady zerknęła na jaszczura, ale jego już nie było. Uśmiechnęła się kącikami pyska, wstając i podbiegając do reszty grupy. Kocie serce zabiło szybciej, kiedy wreszcie poczuła ich obecność wokół siebie. Razem z Szerą spojrzały na niebo, myśląc o tym samym. Wierzyły całymi sobą, że Luna i Anaid znajdą Aldieb. Już niebawem.
Szera naprężyła się i zawyła głośno, jak najgłośniej, mając nadzieję że jej głos dotrze do reszty.
Cináed, Bakara i Kired dołączyli się do niej, podobnie jak Tee.
Znajdźcie Aldieb! Znajdźcie ją jak najszybciej! Krzyknęła Ledy, wysyłając swe myśli na promienie wielu kilometrów.

Spieprzyłam. -.-

LadyKiller (17:07)

21 lutego 2011

Goodbye, My Lover. [LadyKiller]

20 lutego 2011

Goodbye, My Lover.
Goodbye, My Friend.
 Złote łzy rzucane przez słońce prześlizgnęły się po wilgotnych smugach na bladych policzkach, sprawiając, że stały się dziwnie radosne. Zieleń trawy kontrastowała z nienaturalną bielą skóry, niemal tak bardzo, jak szkarłatna rzeka spływająca po białej sukience. Wszystko było bardzo żywe. Czarne, rozsypane włosy tańczyły razem ze źdźbłami, a wiatr był ich orkiestrą. Nie zbrukane krwią skrawki materiału unosiły się i opadały, jakby nie pojmując ironii sytuacji. Szkarłat zbliżał się do nich nieubłaganie, przypominając posępnego węża. Obłoki nadal brały udział w niekończącym się wyścigu po błękitnej arenie nieba.
 Tylko jej oczy nie wyrażały żadnych uczuć. Pełne zimna wpatrywały się w przestrzeń, nie kalkulując już niczego.
 Oblizała wargi. Jej serce biło mocno, kiedy wpatrywała się w jego niewzruszoną twarz. Pragnęła, by drgnął chociaż jeden mięsień, by kąciki ust uniosły się chociażby o milimetr. Pragnęła nawet tego, ażeby zaczął krzyczeć, bić ją. Pragnęła by coś zrobił. Cokolwiek.
 Ale on stał w miejscu, patrząc. Stał bardzo długo. Stał całe wieki. Potem podszedł do niej, powoli. Jego ruchy były wyważone jak nigdy przedtem. Wyciągnął dłoń i położył ją na jej brzuchu. Przeszedł ją przyjemny dreszcz spowodowany dotykiem ukochanej osoby. Całe napięcie w jednej chwili stało się przeszłością. Jak mógłby ją odtrącić? Po tym wszystkim, co razem przeszli?
 I wtedy podniósł na nią wzrok, cofając dłoń, jak gdyby jej skóra go oparzyła.
-To nie jest moje dziecko.-Powiedział. Zachwiała się i podtrzymała ściany. Jej źrenice rozszerzyły się z przerażenia. Kilkakrotnie uchylała usta, ale nie potrafiła nic powiedzieć. Słowa i tak nie miały znaczenia. Mogły tylko ranić. To nie jest moje dziecko. To nie jest moje dziecko. To nie jest...
 Odwrócił się i wyszedł. Trzask zamykanych drzwi rozbrzmiał w całym mieszkaniu, w którym zapadła nieznośna cisza.

You touched my heart you touched my soul.
You changed my life and all my goals.
 Gorąca woda spływała po jej smukłym ciele, zmywając z policzków łzy. Położyła dłonie na brzuchu, zamykając oczy. Zabiję własne dziecko, pomyślała. Jednak już podjęła decyzję. Nic nie mogło tego zmienić. Zakręciła kurek z czerwonym krzyżykiem. Identycznym przekreśliła dwa istnienia. Lodowaty strumień sprawił, że mimowolnie się skuliła. Mrowienie na całym ciele przypomniało jej o tym, co zaraz zrobi.
 Założyła na siebie jego ulubioną, białą sukienkę. Przypomniała sobie pierwsze spotkanie... słony zapach morza unoszący się w powietrzu...
 odetchnęła, biorąc na ręce swojego kota. Wtuliła się w jego bure futro. Kto się Tobą zaopiekuje? Pomyślała. Przepraszam. Zwierzak w odpowiedzi przesunął językiem po jej policzku i zeskoczył na podłogę. Mądrymi oczami śledził jej ostatnią drogę do drzwi. Wiedział, co się stanie? Być może.
 Dość wahania. Uniosła nóż i zamknęła oczy. Jedno uderzenie, mówiła sobie. Jedno celne uderzenie, i będzie po wszystkim. Z dala od problemów. I z dala od miłości.
 Uderzyła, opadając w pustkę.

Goodbye my lover.
Goodbye my friend.
You have been the one.
You have been the one for me.
*
Słowa piosenki zapożyczone z utworu Goodbye My Lover.
LadyKiller (18:30)

20 grudnia 2010

Opowiadanie świąteczne II [LadyKiller]

19 grudnia 2010


-Dobra, dobra. Zaginął mikołaj, tyle że ja jakoś nie specjalnie obchodzę coroczne święta.- Mina a'la Scrooge z Opowieści Wigilijnej.- Poza tym, nikt z nas nie jest pasterzem. Skąd weźmiemy milion krów dla tego porywacza? I jakim cudem niby przywrócimy Tiarę do żywych? Nie idziemy.-Złożyłam ręce na piersi.- Kto jest przeciw?
Gały mi wyszły. Wszyscy, cała siódemka zaprotestowała.
-Jesteś przegłosowana.-Syknęła oskarżycielsko Tiff. Zmroziłam ją wzrokiem czując się jak ostatnia debilka. Cóż mi się uwidziało? Misja: RATUJMY MIKOŁAJA! LECIMY GZIĆ SIĘ Z KROWAMI!?
-Dobraaa...-odpowiedziałam powoli cofając się.- Nie wykonujcie gwałtownych ruchów...
Wszyscy jak jeden rzucili się na mnie, wgniatając w śnieg. Zipiąc, sapiąc, jęcząc i wydając różne nieartykułowane dźwięki dotarliśmy na ogromniaste wzgórze, około 500 m.p.p.m . [W sieci sklepów Biedronka można nabyć zdjęcie tegoż widoku za 199,99! *Czerwono-żółta migawka* !Koniec reklamy!] Teraz to wszystkim wyszły gały, bo biedne dzieci kopalni nigdy nie widziały takiego dużego morza oświetlanego przez słońce, którego promyki wdzięcznie przemykały po falach. Wspólnie doszliśmy do wniosku że udamy się na wyspę bez zbędnego szukania miliona krów, gdyż wystarczy nam jedna, upasiona Krowa Czempionka w którą zmieniła się Luna, i teraz truchtała za nami odganiając ogonem pieprzone komary. A w zamian za uwolnienie, mikołaj pomoże nam ucieleśnić Ti. Nie był to zbyt inteligentny plan, bo porywacz mógłby chcieć wziąć Krowę Czempionkę ze sobą, kimkolwiek był, a mikołaj mógłby się okazać strasznym chamem [Cham! Cham! Sklep Jysk oferuje kilogram Szynki Babuni za jedyne 29,99!  !Koniec reklamy!], i odmówić nam tego maleńkiego szczęścia.
Tiff zaczęła skakać i wyć z radości.
-Morze! Ile wody! W życiu nie widziałam tyleee wody!
-O wiele więcej niż w mojej wannie!-Dołączyła się do niej Anaid. Po chwili wzgórze zaczęło trząść się pod nami, więc dziewczyny przestały podskakiwać, sądząc, że to ich wina. Jednak atak padaczki nie ustępował, a po chwili usłyszeliśmy skrzypienie gałązek i dźwięk tłuczonego szkła.
Nagle wyskoczyły na nas...choinki! Z zębami! Takimi naprawdę wielkimi, zaostrzonymi na końcu. Bombki zaczęły lecieć w naszą stronę, więc w popłochu rzuciliśmy się w kierunku wielkiej wody, wcale nie wypoczęci po tak wyczerpującym marszu. Hecate popędziła przodem, mówiąc, że zbada teren, choć powód chyba był inny. Ona miała po prostu na czterech łapach super buty z Decathlona, a reszta japonki lub klapki. Pomijając mnie- skręciłam sobie łapę.
Tee zaczął walić we wściekłe choinki piorunami, ale to nie działało. Kilka z nich zjarało się, ale pomimo to biegły dalej za nami.
Kiedy zapach dymu dobiegł do nas, Tiff zatrzymała się i zaciągnęła.
-Zioło!-Krzyknęła, całkowicie otumaniona, a kiedy zaczęłam ją ciągnąć, protestowała.-Killer, ale przecież to zioło!
Wreszcie zaszyliśmy się w nadmorskim lesie i odpoczywaliśmy, dysząc. Rozejrzałam się, nigdzie nie widząc Jenny i Hec, badającej teren.
-A gdzie się podziała Jen?-Spytałam, Tee spojrzał na mnie i uchylił pysk żeby coś powiedzieć, ale przerwał mu przerażający pisk dobiegający gdzieś z głębi puszczy. Mimo skrajnego wyczerpania w kilka sekund zjawiliśmy się obok Zguby.
Stała oparta o drzewo, a włosy opadały jej na oczy.Wokół jej szyi zalotnie zawiązany był różowy łańcuch choinkowy. Jedna ze wściekłych choinek, taka z pluszowymi kajdanami w na gałęzi i uszami króliczka playboya na czubku [Oba gadżety dostępne we wszystkich Sex Shop'ah, już od 299,99!  !Koniec reklamy!], bezczelnie ją obmacywała, a biedna nic nie mogła na to poradzić, bo ostre zęby wisiały tuż nad jej szyją. Kiedy Tee zobaczył, że choinka zaczyna oporządzać swoje rzeczy, wstąpiła w niego furia. Z rykiem skoczył na plecy drzewca i zaczął szarpać je kłami tak zawzięcie, że gałęzie i ozdoby świąteczne fruwały wszędzie wokół. Zoltan zaczął siarczyście kląć kiedy jedna z bombek rozbiła się na jego łbie.
Wściekła choinka zrzuciła z siebie obrońcę obiektu jej pożądania (który obecnie trząsł się z gniewu i doprowadzał swoje ubranie do ładu) i wtedy...
-MUUUU!-Zawyła, wrzasnęła,krzyknęła - nie wiem co zrobiła Luna i zaszarżowała na choinkę. Wzięła ją na rogi i zaczęła szarpać.
- Czempionka! Czempionka!-Wiwatowała Tiffany, ze ślepym zauroczeniem patrząc na naszą nową maskotkę.
Luna nabiła drzewca na drzewo, przez przypadek klinując w nim rogi. Choinka kilka razy dychnęła, otwierając zębatą paszczę i klapnęła. Przepełnieni euforią związaną z wygraną, zaczęliśmy wlec Lunę za tylne kończyny i ogon w celu uwolnienia jej rogów.
Nagle z lasu wyskoczyła...[Czerwony Kapturek i Wilk! Dostępne w sklepach H&M oraz Cropp Town na Blue Ray już za 99,99!  !Koniec reklamy!]...Hecate.
-Orki!Orki idą!-Zawodziła, wskazując łapą odzianą w niebiesko-białe buty w kierunku morza.
- - - - - -
Dalej miała pisać chyba Hec. x"D Puściły mi trochę wodze fantazji, ale i tak miało wyjść fajnie, a nie wyszło. Przepraszam jeśli namieszałam.
LadyKiller (18:25)

20 listopada 2010

Opowiadanie stadne cz. XI [LadyKiller]

19 listopada 2010


  Killer miała już serdecznie dość tego niskiego tunelu. Od przeciskania się nim bolało ją całe ciało, nie mogła skontaktować się z Bakarą, na dodatek dawno straciła rachubę gdzie jest. Na początku starała się liczyć zakręty, jednak pogubiła się podczas walki z tym małym gównem które było gdzieś nieopodal niej. Czuła go, mimo że nie widziała.
Bakara. Kired. Powtarzała wciąż w myślach, ale żaden z Demonów nie odpowiadał. Zastanawiało ją tylko , kto próbował się z nią skontaktować. Bo ktoś próbował na pewno. Czuła mrowienie w czaszce i rzygała krwią. Dlatego była pewna że to nie był ani Demon Jej, ani Szery. Ponadto czuła namiastkę bólu przyjaciółki, więc coś było z nią nie tak.
 Zmęczenie jakie nagle poczuła spowodowało, że upadła. Jej pysk bezwładnie uderzył o kamienną posadzkę tunelu. Przez ułamek sekundy, opuszczając powieki, umierała. Bakara był gdzieś tam, gdzieś daleko. Była sama, jej dusza była wolna. To, że gaśnie uświadomiła sobie równie nagle jak usłyszała cichuteńki warkot silniczka. Gwałtownie otworzyła oczy i z rykiem uderzyła coś łapą. O przeciwległą ścianę uderzył żelazny ptak wielkości wróbla. Dopadła do niego, czując że coraz bardziej oblewa ją fala drętwoty. To zaczęło się kiedy to małe gówno zadrasnęło ją w bok. Ranka była niemal niewidoczna, schowana w gęstym futrze, ale wbrew pozorom bolała jak cholera i wydzielała się z niej dziwna, biała ciecz.
 Dopadła do ptaka i przycisnęła go do posadzki. Usłyszała trzask i głośny warkot, dlatego szybko cofnęła łapę nie chcąc jej zranić. W tym samym momencie ptak rozpadł się na maleńkie kawałeczki które rozsypały się dookoła . Doszedł ją cichy świergot obok ucha i kłapnęła zębami w tamtą stronę. Jednak nie zauważyła nic. W całym tunelu zapadła nieznośna cisza.
-No,no. Robi się coraz ciekawiej. Killer zaczyna mieć schizy.-Mruknęła do siebie i pokonując drętwotę ruszyła dalej. Zatrzymawszy się zmierzyła wzrokiem trzy korytarze. Prosto, w lewo i w prawo. Zamknęła oczy i wstrzymała oddech. Przez ułamek sekundy widziała siebie i wszystkie drogi.Przez ułamek sekundy czuła unoszący się w tunelu zapach strachu i bólu. Przez ułamek sekundy widziała wokół siebie umęczone dusze zwierząt.Jedna z dróg, prowadząca w lewo jarzyła się czerwienią. Otworzyła oczy. Nie zaczynała rozumieć co się działo, ale miała coraz gorsze wyobrażenie o tym, co może spotkać na końcu tunelu.
 Skręciła więc w lewo, zaufawszy swojej nowo odkrytej umiejętności. Za korzystanie z niej miała niebawem srogo zapłacić...
 Było tak ciemno, że nie widziała posadzki po której stąpała. Na dodatek cisza była nienaturalnie głośna. W pewnym momencie uderzyła pyskiem o ścianę przed sobą i zaklęła siarczyście. Splunęła krwią w bok. Czyli doszła do ślepego zaułku?  Skacz. Usłyszała naraz a jej płomienne oczy rozbłysły niczym szturchnięte palenisko.
-Bakara? Bakara, na Litość Boską, gdzie jesteś?!-Krzyknęła kręcąc się w kółko. Czarna kotara nadal zasłaniała jej wszystko. Odpowiedź nie nadeszła więc zrezygnowana pokręciła łbem, kładąc po sobie uszy.
-Kazał mi skoczyć. Więc skoczę.-Wyszeptała i uniosła przysadziste cielsko.- Śmieszne. Skakać na ścianę.-Mruknęła cofając się w mrok i licząc kroki. Wzięła rozbieg i w odpowiednim momencie napięła mięśnie. Odbiła się od posadzki wyciągając przed siebie łapy. Kiedy dotknęły przeszkody, wywinęła ciało w drugą stronę odbijając się od niej. W taki sposób z Bakarą poruszali się w pionowych szybach. Wykonała ten manewr raz jeszcze. Wtedy też z hukiem upadła na jakąś metalową płaszczyznę.
 Ranka na boku zapiekła jeszcze bardziej. Puma syknęła i z niemą radością zauważyła szparę w ścianie po prawej. Znajdowała się tam klapa. Wiedziona jakimś dziwnym impulsem uderzyła w nią łapami. Nie ustąpiła. Wzięła więc rozbieg i wbiła się w nią z całą swoją siłą. Uderzyła tak mocno, że przed oczami jej zatańczyły czarne baletnice. Klapa nadal pozostała na swoim miejscu. Wściekłość zmieszała się, może nie z rozpaczą, ale ze smutkiem. Killer nie widziała światła od kilku godzin, a może dni. Całkowicie zatraciła się w nieświadomej rozkoszy.
 Poczuła, że słabnie. Zawyła cicho drapiąc pazurami klapę. Potrzebowała Bakary. Bez niego czuła się zagubiona.
Od góry. Zamarła. Czyżby się odezwał? Na samą myśl o tym wpłynęła w nią dziwna siła. On leczył jej umysł. Potrafił przegnać fale zmęczenia.
-Od góry.- Powtórzyła i uderzyła łapami według jego wskazówki. Coś skrzypnęło, wiec zaatakowała z rozbiegu. Naraz klapa ustąpiła i przechyliła się w przód, tak że puma wyleciała z tunelu i poturlała się po ziemi.
W nozdrza wciągnęła zapach trawy i świeże powietrze. Uświadomiła sobie, jak bardzo za tym tęskniła. Kilka minut leżała, oddychając głęboko. Mgła delikatnymi pocałunkami muskała jej ciało, pozostawiając na nim srebrzysty osad w którym odbijała się poświata księżyca.
Naraz przez piękną, nocną ciszę przebiły się krzyki i bolesny skowyt. Killer wiedziała że to Aldieb. Rozpoznała jej głos, poza tym czuła jej zapach. Uniosła się, tym samym strącając z siebie miliony kryształowych kropelek tańczących na koniuszkach jej sierści. Rozejrzała się a w jej oczach nie malowało się nic poza zrezygnowaniem. A więc tak wyglądał obóz 3.
 Składał się on z wielu niskich bunkrów umieszczonych wśród wykarczowanych drzew. Las dookoła milczał złowrogo. Głosy pomieszane teraz z dziwnymi dźwiękami dobiegały z większego od innych budynku. Był on wyższy i wyglądał na solidniejszy. Kiedy oni mieli czas to wszystko zbudować, pomyślała. Spodziewała się namiotów i hordy zmutowanych psów, tymczasem wokół było pusto.
 Cicho ruszyła w jego stronę, mimo wszystko trzymając się w cieniu budynków. Wydawało jej się podejrzane że nie ma tutaj żadnych wartowników. A wszystko co podejrzane wolała sprawdzać.
Drzwi do budynku w którym zapewnię znajdowała się Aldieb były otwarte. Demonica podbiegła do ściany bezszelestnie i zajrzała do niego.
 Na samym środku była umiejscowiona dziwna kapsuła wypełniona przeźroczystą cieczą. Wokół niej, półkolem stało mnóstwo dziwnych ludzi. Na ich widok bezwolnie obnażyła kły. Każdy z nich miał jakieś żelazne części ciała. Ręce, nogi, głowy, kręgosłupy przebijające skórę, a nawet ogony. Zauważyła też dwie klatki których pręty jarzyły się dziwnie. W jednej z nich siedziała skulona lwica. Była straszliwie wychudzona i zakrwawiona, mimo to sprawiała wrażenie dość silnej. W drugiej klatce Killer zauważyła Aldieb. Na jej widok serce Demonicy ścisnęło się boleśnie. Z pyska wilczycy kapała krew a całe jej ciało pokrywały głębokie rany. Z przenikliwym strachem wpatrywała się w kapsułę. Drżała.
- Jesteśmy świadkami wspaniałego eksperymentu, w którym zaobserwujemy zmiany jakie mogą zajść w ciele jednego z tych zwierząt.-Usłyszała Killer i spojrzała na mówiącą kobietę o karmazynowych włosach. Z trudem powstrzymała wydobywający się z jej gardzieli warkot. ,,Wspaniałego eksperymentu''? -Skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, możemy zaczynać. Jeśli się powiedzie, zwabimy więcej zwierząt z tego stada.-Powiedziała i wskazała dłonią klatki. Jak na komendę w ich stronę rzucili się dwaj mężczyźni. Ich prawe ręce były metalowe. Wywlekli z klatki lwicę, a puma obserwowała ich z rosnącym gniewem.
Z ręki jednego mężczyzny wysunął się ostry hak. Rozwarł paszczę lwicy i wbił go z zamachem w jej podniebienie. Pomieszczenie wypełnił skowyt. Przerażone, zamglone bólem oczy na moment spotkały się ze spojrzeniem Killer.
Lwica została zawleczona przed kopułę i tam, zanim kobieta zdołała cokolwiek powiedzieć, weszła w objęcia Kostuchy. Osunęła się bezwładnie z haka a z jej rozchylonego pyska wypływała krew. Dziwnie jasna krew.
 Serce pumy zatłukło się o jej żebra. Powiodła wzrokiem za podchodzącym do Aldieb tyranem.
-Szybciej!-Krzyknęła kobieta napiętym głosem. Wpatrywała się w buzującą ciecz zawartą w kapsule.- Zaraz wybuchnie! Musimy ją tam wrzucić, na Boga!
 Demonica nagle zrozumiała, że nie ucierpi na tym tylko obóz 3. Zrozumiała, że zmiany jakie zajdą nie tylko w tych okolicach będą nieodwracalne. Kapsuła nie mogła ulec zniszczeniu.
 Aldieb zawyła, kiedy mężczyzna wbił hak w jej grzbiet i ciągnął ją w kierunku ciała lwicy. I wtedy jej wzrok padł na Killer. W oczach wilczycy można było bez trudu zauważyć obraz niewyobrażalnego cierpienia i bólu. Ale także nadziei.
Killer w tej samej chwili postanowiła to zrobić. Nie mogła pozwolić aby cokolwiek stało się właśnie Jej, przywódczyni. W końcu to o Jej życie tak zabiegali.
 Rzuciła się do wnętrza budynku napinając mięśnie. Usłyszała krzyki ludzi, jednak nikt nie zdążył zareagować. Była zbyt szybka i zdeterminowana. Odbiła się od ziemi i skoczyła wprost do wnętrza kapsuły.
Bezwładnie opadała. Coraz głębiej, coraz głębiej... A ciecz rozrywała na maleńkie kawałeczki jej ciało.
Wyszło jak wyszło. Jeśli pojawiły się jakieś błędy lub wypowiedzi w 1 os. l. poj to przepraszam.
LadyKiller (18:57)

30 sierpnia 2010

Emocje wylane na papier. [LadyKiller]

30 sierpnia 2010


Pisane do Aldieb, a w komentarzach pod Jej notką się nie wysyła. Tak więc daję tutaj.
[...]taka jedna, z fotą od chaoslavawolf, białym wilkiem z krwią cieknącą mu z pyska, nie pamiętam imienia''. To była Iskra. *Puma odwróciła wzrok. Wypowiedzenie tego zdania bolało. Bardzo bolało.* Do jasnej cholery, przyznam Ci rację chociaż wolałabym na Ciebie nawrzeszczeć, zwyzywać Cię, zrównać Cię z błotem. Wiesz, za co? Za te słowa. Za to co tu napisałaś. Chciałabym wykłócać się z Tobą, że to nie prawda, że kłamiesz. *Spojrzała na Aldieb oczami pełnymi łez* Ale wiem że wtedy to ja skłamałabym. Bo wiem że...masz rację. Że HOTN to nie HOTN. Że Herd of the night zmieniło się w coś, co jest groteskową kontynuacją tego co było kiedyś...
Najgorsze jest to, że ja PAMIĘTAM. Pamiętam wszystko co było. Rządy Wandessy, Iskrę, Wieczny Ogień, Gaśnięcie i Powstawanie. Pamiętam Misję jaką wszczęła Magika aby poprowadzić nas do Wandessy. Pamiętam jej zdradę. Pamiętam śmierć Goldi... Ona umarła za HOTN. Za to, co kochała jak niewielu. Nie za to co mamy tu teraz. Za dobre, stare stado. Szalone i miłe dla każdego wędrowca.
Rozumiem że można się pobawić w grupowy seks. Ale to nie do pomyślenia, żeby na chacie TEGO stada. To nie możliwe aby kogoś zabić. I za co? Za to że jest inny? Że nie chce zgodzić się ze zdaniem ,tych silniejszych' którzy tak naprawdę są słabsi?
Owszem, wszyscy w okół znają Herd of the night. Jednak kiedy spytasz co o nim myślą nie powiedzą Ci nic miłego. Dlaczego? Bo HOTN już NIE MA. Jest jedno wielkie gówno! *Wykrzyczała.* Tak jak powiedziała Glola. Bo i Ona i Ty mówicie NIESTETY prawdę.
Herd Of The Night?- Jasne że wiem co to za stado. To rodzina otwarta dla wszystkich, wesoła i ciepła.
Herd Of The Night?- Jasne że wiem co to za stado. To chłodna grupa zamknięta dla tych, którzy są inni niż jej członkowie.
 Co brzmi lepiej? Co można było usłyszeć jakiś czas temu, a co można usłyszeć teraz? Chyba każdy wie. Wszystko się zmienia, ale do cholery dlaczego i TO stado? Dlaczego są tu osoby które nie starają się polepszać tego co było? Dlaczego ja nie starałam się tego robić?
Bo mam klapki na oczach. ,Jak to? Przecież HOTN nadal jest otwarte dla wszystkich.' Gówno prawda. Jest zamknięte na setki żeliwnych zamków.
Herd Of The Night było jak ogromna forteca.W każdym jej oknie paliło się jaskrawe, dające gorące powietrze światło. Po kolei znikali Ci, którzy utrzymywali je przy świetności. Zamek się starzał, powoli zaczynał sypać. Wielu dodawało łatki na jakiś czas zatrzymując ten proces. Zatrzymując? O nie. Ukrywając go. Tak, żeby tego nie zauważać. Choć przez jakiś czas. Światła po kolei gasły. Goldi, Iskra, Indianka, Naysha, Aqua, Crazy, Rubin, Venus, Revia, Silver/Curry. Kto to, zapytają niektórzy. To Ci, którzy utrzymywali światło w zamku. Kiedy ich zabrakło, zapadła ciemność. Zrodziły się w nich wampiry, upiory, demony. W niektórych oknach dało się zauważyć mdłą, przytłumioną poświatę tak bardzo pragnącą unieść się z popiołów. Nie, forteca nie zniknęła. Została zapomniana z upływem czasu.
Aldieb, możesz być wspaniałą przywódczynią. Tylko w to uwierz. A ja ze wszystkich sił będę starała się Tobie pomóc. Tylko daj mi szansę.
LadyKiller (14:37)

10 sierpnia 2010

Don't let go... Don't. [Lady Killer]

10 sierpnia 2010
Don't let go... Don't.

Podkład muzyczny. 
Człowiekowi wystarczy tak niewiele by się zabić... Wbić sobie nóż w serce, przesunąć ostrzem po żyłach, spaść ze schodów, połamać żebra tym samym przebijając płuca, zażyć odrobinę mocnej trucizny...
Killer wcisnęła twarz w poduszkę najmocniej jak potrafiła. Przypomniała sobie wiele rzeczy o których chciała zapomnieć i zamknęła oczy. Zasoby tlenu powoli z niej uchodziły, spokojnie wypraszała je ze swego ciała. Ciemnoczerwone włosy rozrzucone były wokół niej niczym krwawa aureola.
Bakara mówił coś do niej, ale ona nie starała się rozróżnić słów. Nie chciała tego.
Jej rozchylone wargi mimowolnie chwytały powietrze, choć było to niemożliwe. Zacisnęła zęby na poduszce jeszcze bardziej im to utrudniając. Ucisk na klatce piersiowej był nieprzyjemny. W jej sercu pojawiła  się iskierka strachu. Nigdy wcześniej nie starała się sama siebie pozbawić życia. Lepiej umrzeć spokojnie, we własnym łożu niż rzygając krwią pod nogami jakiegoś tyrana, pomyślała. Przynajmniej nie będę musiała skomlić niczym szczeniak.
Tu-dum.
Poczuła że pieką ją oczy. Pomyślała o Szerze i przywołała jej obraz. Złota sierść,roześmiane miodowe oczy. Te chwile, kiedy Ona opierała łeb na barku wilczycy i mówiły to, co myślały. To, co było prawdą...
Tu-dum...
 Obrazki migotały zbyt szybko, aby mogła wszystkie zapamiętać. Widziała siebie jako szczenię, widziała rozszarpanych ludzi, członków stada, i tych, których zapomniała dawno temu. Martwy Koji utrzymywał się najdłużej w jej umyśle.
Tu...dum...
Jej plecy wygięły się w łuk, ciało drgnęło i znieruchomiało.
--
-Cholera jasna.-- Killer przewróciła się na plecy, a potem postawiła stopy na zimnej podłodze i ruszyła do kuchni.
- Mówiłem że się nie zabijesz. Jestem w Tobie i utrzymuje Cię.
Kobieta spojrzała na Bakarę zirytowana.
- Dlaczego nie możesz pozwolić mi odejść!?--Wybuchła-- Może ja nie chcę takiego życia! Nie pomyślałeś o tym? Nie chcę, rozumiesz?-- Głos jej się lekko załamał, usiadła na krześle i wsparła głowę na dłoniach.
Demon westchnął i oparłszy się o blat spoglądał na nią spod przydługich kosmyków czarnych włosów. Milczał i czekał aż się uspokoi. Być może czuł chęć aby uklęknąć obok niej i pocieszyć, wytłumaczyć to czego nie rozumie, pogładzić ją po bladym ramieniu, odgarnąć włosy z twarzy, ale nic takiego nie zrobił. W swojej egoistycznej, niewzruszonej pozie zaczął oglądać zadbane paznokcie.
 Killer podniosła na niego bardzo jasne oczy. Zrobił to samo a ich spojrzenia się spotkały. Oboje je wytrzymywali.
- Lady, zrozum że mam gdzieś Twoje chęci. Moim zadaniem jest utrzymywanie Cię przy życiu dopóty, dopóki mogę to zrobić. Przyjdzie czas że ktoś przestrzeli Ci łeb, porozrzuca jelita dookoła. Nie wiem jak to będzie. I wtedy ja już nie będę mógł nic zrobić by Ci pomóc.-- Powiedział cichym, nieco metalicznym głosem. Położył dłoń na torsie który okryty był białym podkoszulkiem.-- Bo wtedy i ja umrę. Nie mam wystarczającej mocy aby ciągle sklejać Twoje połamane kości i wywlekać ich odłamki z Twojego mózgu. Na razie to jest w Tobie, bo ja tam jestem. Ale im więcej lat żyjemy, tym bardziej słabniesz. Nie tyczy się to tylko Twojego zachowania, ale także mocy. Za jakiś czas to ja będę musiał to wszystko robić, i uwierz mi, nie nadążę.--Warknął.
- To pozwól mi już teraz na to, co chcę zrobić.
- A proszę bardzo. Spróbuj w tym momencie zdechnąć, ja ingerować nie będę.
- Żebyś wiedział że tak zrobię!-- Doszła do jednej z szafek i wyjęła dwa słoiczki. Jeden wypełniony był zielonymi granulkami. Drugi środkami nasennymi.
Wysypała kilkanaście tabletek i nalała do szklanki wody. Bez wahania łyknęła to co miała w garści, a następnie wsunęła pod język pięć granulek.
Usiadła na stole i pochwyciła rozbawione spojrzenie Demona. Zrozumiała, choć nie chciała uwierzyć.
- Kotku, weź całe opakowanie. Chociaż nie, byłoby szkoda zmarnować tyle trucizny i tabletek.--Zakpił wzruszając ramionami i podał jej nóż.
Z furią chwyciła go i rzuciła celując prosto w jego głowę. Uchylił się a ostrze wbiło się w ścianę.
- Ojej, nie trafiłaś.--Zawołał załamanym tonem i wyciągnął w jej stronę drugie narzędzie.
Odtrąciła jego rękę i wyszła z domu.
- Naćpać się też możesz!--Usłyszała jeszcze i przyśpieszyła. Dotarła do jeziora, ale nie zwolniła i zanurzyła się w chłodnej, orzeźwiającej wodzie. Zanurkowała i spojrzała na ostry kamień wystający z piachu na dnie.
Po co mi to? I tak nic nie mogę sobie zrobić wbrew jego woli, przemknęło jej przez myśl. Z gorzkim grymasem na twarzy wypłynęła na powierzchnię i nagle jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.
Jestem nienormalna, zawołała w myślach i zaśmiała się głośno sunąc do brzegu. Mokre ubranie przylegało do jej ciała, co musiało bardzo dziwnie wyglądać. Tak odchyliła głowę do tyłu, krzyknęła cicho i opadła na cztery łapy. Czarne łapy otoczone gładkim futrem. Nie wilczym.
Pochyliła się nad taflą i wyszczerzyła kły.
--
Wylew emocji.
Proszę o zmianę fotki na tą.
A opowiadanie pozostawiam bez komentarza. Za fotę dziękuję oczywiście Szerze.
LadyKiller (13:14)

6 sierpnia 2010

Opowiadanie stadne, cz.VI [Lady Killer]

06 sierpnia 2010


Killer obejrzała się i powiodła po wszystkich wzrokiem. Aspeney wyglądała na rozjuszoną, Szera ze zmęczeniem opierała się o drzewo, Glo klęła a reszta ją uzupełniała, ciszej lub głośniej. Jenna wtuliła pysk w futro Tee uspokajając go. Na wszystkich pyskach malowała się determinacja.
Demonica odchrząknęła i skupiła się na czytaniu. Jednak z domku nie dochodziły żadne ludzkie myśli, a jedynie niekształtny obraz bólu...?
- Nie słyszę ich.-- Rzuciła nieco zirytowanym tonem, czując na sobie pytające spojrzenia. Tylko As i Szera pamiętały o tym że mogła czytać w myślach.
- Nie wstrzymajcie paniki. Nie chcemy przecież żeby te Hienogłowe debile tu doczłapały.--Glola zachichotała nerwowo, strzelając wzrokiem na około. -- To kto idzie przodem?--Wyrzuciła w końcu.
Zgrzyty dobiegające z chatki zaczynały irytować Killer. Uśmiechnęła się blado i czekała.
 Z grupy bez wahania wysunęła się gepardzica i rudowłosa Dhampirzyca. Za nimi pobiegła Glo.
Szera spojrzała na nią i uśmiechnęła się przepraszająco.
-Glolć, zostań. To niebezpieczne.-- Lisica wydawała się urażona. Obnażyła kiełki.
- Spieprzajcie.--Mruknęła i wycofała się.-- To że jestem mniejsza nie świadczy o tym, że mniej pożyteczna. Mimo sytuacji Killer i Aspeney zaśmiały się, a gepardzica wskazała łbem na chatkę.
- Tee, ustaw resztę, a Ty Asku, zostaw swoją pegazicę. Nie wciągniesz jej tam.--Powiedziała Killer idąc między przyjaciółką a Dhampirzycą.
Nie chciała żeby Szera szła przodem, bo najzwyczajniej w świecie martwiła się o nią. Jednakże fakt, że gepardzica poruszała się najciszej z tej dwójki mówiła sama za siebie. No i była najmniejsza i najbardziej zwinna. Lady wierzyła nawet że jest szybsza od ludzi mieszkających w chacie. Więc o co się martwiła? Przecież nie była jej niańką, sama sobie doskonale radziła.
Wyszeptała swój ,plan' a jej towarzyszki przytaknęły. Szera zwróciła na nią swoje miodowe oczy lekko je mrużąc. Stanęły przy drewnianych ścianach budynku. Aspeney Oparła się o jedną z nich plecami zamykając oczy i lekko odchylając głowę. Killer miała ochotę spytać czy się modli, ale powstrzymało ją przeczucie że ludzie z chaty mogą ją usłyszeć i się zaniepokoić.
Wchodzę. Pomyślała Szera. Wiedziała że jedna z jej towarzyszek to usłyszy. Biorę ze sobą Kireda.
 I nagle Killer poczuła zdenerwowanie. Obnażyła kły. Aspeney położyła dłoń na jej karku patrząc pytająco. Wilczyca przepraszająco pokręciła łbem i skinęła na przyjaciółkę.
Między drzewami Tee grupował ,armię'.Na łopatce gepardzicy pojawił się czerwony znak, a obok niej ogromny gepard o sierści barwy czekolady. Nie zdążyli zrobić kroku, a ciałem Demonicy wstrząsnął dreszcz. Wiedziała że blokady które postawiła w umyśle nic nie dadzą, a Bakara przebijając je sprawi że na kilka tygodni straci zdrowie. Tym samym usunęła bariery pozwalając mu się wydostać.
Odskoczył od jej ciała. Niski Demon którego sierść była czarnymi płomieniami, obnażył kły. Ogromny gepard nie pozostał mu dłużny.
- Kired, Bakara.--Wyszeptała Szera. Uspokoili się i po chwili zniknęli za uchylonymi drzwiami.
- Killer, nie bój się. Nic jej nie będzie, lepszych obrońców nie mogła sobie znaleźć. Dwa Demony przy boku, Demonica jako przyjaciółka i Dhampir tuż za nią.
 Aspeney miała rację. NIC nie mogło przytrafić się Szerze. Nie było takiej możliwości.
 Mi cicho przemknęła ku nim.
- Wchodzicie?--Przytaknęły.-- Jesteśmy w takim razie tuż za wami. Gdybyście mogły wypłoszyć stamtąd ludzi, osaczylibyśmy ich.
- Okej. Czekajcie przed budynkiem.
 Łapy Szery płasko przylegały do podłogi. Słyszała skowyt i przeraźliwe zgrzyty. Czyżby gdzieś tutaj była Aldieb? Czyżby to ona tak cierpiała? Przymknęła oczy i zajrzała do pokoju po prawej. Nikogo tam nie było.
Bała się, ale była bezpieczna. Kired nie pozwoliłby aby człowiek się do niej zbliżył, a co dopiero mówić o Bakarze. W miarę jak zbliżała się do zamkniętych drzwi, tym dźwięki były głośniejsze.
Obejrzała się widząc na korytarzu sylwetkę kobiety i wilczycy. Uniosła kąciki pyska w uśmiechu i wskazała Bakarze drzwi.
Demon odbił się od posadzki, ale jego pazury nie zdążyły dotknąć zamka.
Za ścianą z nikąd pojawiła się rudowłosa kobieta z mechaniczną ręką i biczem, którym trafiła go w bok. Uderzył o ścianę i podniósł się z warkotem.
Kobieta była tak szybka, że nawet Kired nie mógł się do niej zbliżyć. Jej piegowate policzki były rozpalone, a bicz był sprytny niczym wąż, śmigał w nadanym poprzez rękę kierunku. Nie mieli szans, musieli wywabić ją na zewnątrz.
Krzyknęła, a drzwi otworzyły się z hukiem uderzając Szerę. Gepardzica zachwiała się, jednak bez chwili wahania skoczyła na plecy mężczyzny. Był ogromny i potężnie zbudowany. Poczuł pazury kocicy na karku, więc odskoczył do tyłu by uderzyć nią o ścianę. Miała doświadczenie w tej kwestii, wiele razy Killer wykorzystywała ten manewr w ich zabawach. Odskoczyła w bok, a on z całym impetem uderzył. Tynk posypał się na jego głowę.
I wtedy do pokoju wpadła Aspeney. W skoku odtrąciła kobietę od Kireda i krzyknęła coś co zabrzmiało jak ,WYPROWADZAMY ICH NA ZEWNĄTRZ!' Nikomu nie trzeba było więcej. Rzucili się do wyjścia, a ludzie zgodnie z planem pobiegli za nimi.
- Killer! Znajdź Aldieb!-- Wrzasnęła któraś z nich. Demonica wycofała się i niezauważona przemknęła obok ludzi. Rzuciła się do pomieszczenia za drzwiami...
Gepardzica jako pierwsza wybiegła z domu lekko kulejąc. Bakara podpierał ją a Kired krążył wokół ludzi którzy wreszcie się pojawili. Wszyscy którzy brali udział w wyprawie warknęli, a Aspeney przysiadła na dachu budynku szykując się do skoku...
--
Dalej pisze Szera. Przepraszam za okropną jakość, bo powiadanie to kompletna klapa, ale nie miałam więcej czasu. Klapa, klapa, klapa. Dno krótko mówiąc.
Na pewno kogoś nie uwzględniłam, za co także przepraszam.
LadyKiller (12:33)

3 sierpnia 2010

,It doesn’t even matter how hard you try'. (Opowiadanie na II etap konkursu) [Lady Killer]

02 sierpnia 2010


Polecam słuchać muzyki.Podkład muzyczny.
  Gnali przed siebie razem- Demonica i jej Demon. Tak nie dawno przecież skakali sobie do gardeł, każde z nich chciało odejść, stać się wreszcie osobnymi istotami których nic nie łączy.
Ona chciała czuć się swobodnie ze swoimi myślami, używać tylko swojej siły, kierować się swoimi uczuciami.
On chciał wreszcie być niezależny, chciał dotykać ziemi swymi łapami i czuć każdą woń tak, jak chciałby ją odczuwać. Chciał też być z kimś, ale nie tak jak był z Killer. Chciał darzyć kogoś innym uczuciem, a z nią nigdy nie mógł. Zawsze była obok niego, a kiedy odgradzał swój umysł ona odczuwała ból. Tak samo z terszą było w jego wypadku.
 Killer zauważyła że Bakara się jej przygląda, więc korzystając z tego, iż biegną po niezalesionym terenie zrobiła to samo. Obdarzyła go lekkim uśmiechem który nie obejmował oczu. On jednak przyśpieszył zauważając za załamaniem wzgórza dym. Skrzywiła się nieznacznie i nie pozostała dłużna.
 Uderzyli jak zwykle cicho, z dzikim, zwierzęcym zapamiętaniem mordując. Krzyki ludzi, ich płacz... to nie było coś co sprawiało im szczególną przyjemność. Wtedy po prostu stawali się niezależnymi od siebie istotami. Chociaż te chwile kiedy krew zachlapywała ich pyski i pobudzała żądzę były odmiennością, choć już tak dobrze im znaną. Podczas ataku rzadko kiedy spotykali się pośród ciał. Czasem tylko gdzieś błysnęły jej bielusieńkie kły Demona- ale nic pozatym. Jednak kiedy tylko do Jego uszu dobiegł odgłos wystrzału, zjawiał się natychmiast sprawdzając czy Killer trzyma się twardo na nogach. W jakiś sposób zależało mu na niej, chciał ją chronić... bo przecież bez Ciebie nie mogę istnieć. Powiedział kiedyś, dawno temu, kiedy patrzyli sobie w oczy i wyznawali wszystkie myśli, kiedy ich słowa były czułe i wyznawali poprzez nie miłość... miłość? Wzajemne uczucie, ale to nie było to. Nienawidziła go, ale przez to tak cholernie kochała?
 Teraz miała czas na wygnanie z siebie wszystkich myśli. Zatopiła kły w karku wrzeszczącego mężczyzny i uderzyła jego wiotkim ciałem o ziemię. Słodki smak posoki nie utopił jednak tego co czuła.

 Demonica oblizała się i uśmiechnęła szeroko. Odetchnęła powietrzem w którym dało się jeszcze wyczuć swąd spalenizny.
-Zadowolony?--Zagadnęła spoglądając na idącego obok Bakarę. Skinął łbem mrużąc oczy. Czując na sobie jej wzrok westchnął głęboko i zrobił znudzoną minę.
- A tam co się świeci?--Mruknął wskazując ruchem pyska kierunek. Spojrzała w tamtym kierunku i zatrzymała się. Drzewa przypominały czarne sylwetki garbatych olbrzymów z powykrzywianymi kończynami, zniekształconych przez starość. Srebrna poświata księżyca prześlizgiwała się po nich jakby ze strachem, nie umiała pokonać cienia jaki rzucali.
Tym bardziej dziwne było to, że między nimi zaczaiło się światło. Killer przechyliła łeb i ruszyła w jego kierunku powoli, wcale nie starając się iść bezszelestnie. Trzaski gałązek uciekały w głębię lasu obijając się o Garbate drzewa.
Na początku była to... ot, zwykła jasna Kula rzucająca poświatę. W miarę jak się zbliżali było coraz cieplej a Ona zdawała się rozrastać. Kiedy stali w odległości kilku metrów przywoływała na myśl niewielkie słońce. Musieli mrużyć oczy tym samym uciekając przed Jej natarczywym blaskiem.
Przyglądając się nieznanej Kuli wiszącej w powietrzu, wilczyca dostrzegła że składa się ona z dwóch warstw.
Zewnętrzna rzucała poświatę, nie była namacalna. Wewnętrzna natomiast była inna... jakby oblana była bardzo jasną cieczą rozniecającą blask. Przypominała tarczę po której powoli spływał miód.
Wilczyca nie mogła się powstrzymać. Jakaś niematerialna siła przyciągała ją do Kuli, nakazywała zanurzyć ciało w gorącej poświacie.
Bakara zauważywszy jej zamiary warknął krótko.
-Jeśli chcesz w to wejść to chyba...
- Cicho.--Mruknęła i całkowicie poddała się przyciąganiu.
W chwili kiedy dotknęła tarczy gorąco było nie do zniesienia, zdawało się zapalać sierść... mimo to Killer nie próbowała się wycofać.
Czuła że nie ma sił...
że temperatura parzy jej skórę...
że opada w błyszczącą głębię...
że umiera ale nie tak jak dawniej...
Czuła że się nie boi.
Cisza i spokój...
Cisza i spokój...

Podkład muzyczny.

-Oh.--Wykrztusiła przewracając się na plecy. Kiedy zaczęła normalnie łapać oddech uniosła powieki. Nadal była noc, niebo przecinały powykręcane gałęzie bezlistnych drzew.
Czuła dziwny ucisk na klatce piersiowej. Po kolei ruszyła stawami ale nie mogła się unieść. Wszystko działało jakoś...inaczej.
-Bakara?--Wyszeptała. Nikt jej nie odpowiedział. Bakara? Bakara, jesteś tam? W jej umyśle była tylko pusta. Straszliwa pustka. Była...sama? Kiedyś tak tego pragnęła a teraz... gdzie podziała się więź między nią a Demonem...?

Podniosę się tak jak zawsze, energicznie i bez problemu. Pomyślała i wbijając paznokcie w ziemię z całej siły się uniosła. Wiatr cisnął w jej twarz liście i drobinki pisaku. Nie przejmując się tym rzuciła wzrokiem na około. Kilka metrów od niej leżały czarne sylwetki dwóch wilków. Zaczęła czołgać się w ich stronę.
Jeden z nich uniósł łeb i obnażył kły.
Zatrzymała się i wbiła wzrok w jego oczy.
-Bakara...! Oh mój Boże, Bakara!--Wykrzyknęła. W jednej chwili znalazła się przy nim i objęła go mocno. Czarne płomienie lizały jej ciało. Zacisnęła ramiona na jego ciele. Ramiona?
-Lady.--Warknął z zaskoczeniem. Odsunął się mierząc ją wzrokiem i odwrócił łeb. Zrobiła to samo i z sykiem wciągnęła powietrze.
Patrzyła na ogromne, czarne ciało wilczycy. Jedno jej ucho było naderwane, grzbiet nierówny, a pazury jarzyły się neonowym blaskiem. To była ONA.
Następnie prześlizgnęła wzrokiem po sobie... Miała blade dłonie, nogi... Na oczy wpadły jej ciemnoczerwone kosmyki włosów.
-Zimno mi...--Wyszeptała obejmując kolana ramionami. Nie chciała być człowiekiem. Nienawidziła ludzi. W tym kruchym ciele czuła się taka...bezbronna i słaba. Zacisnęła wargi, oparła się o grzbiet Demona i uniosła na chwiejnych, długich nogach. Rzadko kiedy zmieniała się w kobietę, więc już zapomniała jakie to uczucie. Poczuła na sobie wzrok Bakary i zacisnęła usta pocierając dłońmi ramiona. Kątem oka zauważyła leżący nieopodal płaszcz, więc bez wahania podeszła tam i odziała się w niego. Futerko jakim był obity przyjemnie muskało skórę.
Opierając się o drzewo usiadła i krzyknęła ze złości. Natomiast Demon z Diabelskim chichotem zmieniał postacie. Puma, gronostaj, lew, chart, szczur, kruk... Killer obserwowała go ironicznie wykrzywiając usta.
-Myślałem że nie mogę się zmienić. Od ponad sześciuset lat tego nie robiłem!--Powiedział doskakując do niej jako niewielka puma.
- Zmień się w tasiemca. Przynajmniej nie będziesz gadał bezużytecznych rzeczy.--Warknęła i odepchnęła jego łeb. Zachciało się mu, kurna, pieszczot.
- Potrzebujemy kasy, Killer.--Jego ton nagle spoważniał. W jasnych oczach błyszczały zabawne ogniki.-- A skoro już jesteś pod tą postacią, nie widzę przeszkód aby odwiedzić Kebina.
 Kobieta podniosła na niego wzrok i nie odzywała się analizując to, co powiedział. Po części miał rację. I tak już bardzo długo odwlekała tą wizytę. Na pysku Demona rozrósł się uśmiech. Obnażył kocie kły i podniósł się.
W następnej chwili oboje gnali przez ciemny las a otyły Księżyc pokryty wieloma dziurami oświetlał im drogę.
Podkład muzyczny.
Ulice Kayle jak zwykle były brudne i ciemne. Bezpańskie psy warczały na dziwnych przybyszów ale nie starczało im odwagi na nic więcej. Bakara stracił humor, strzelał wzrokiem na około i doskakiwał do natrętnych zwierząt mających źle poukładane w głowie z powodu głodu. W przeciwieństwie do niego, Killer czuła się coraz pewniej. Kebin nie mógł nic jej zrobić, choć raczej nie będzie zadowolony widząc ją po tylu latach. Ostatniego zlecenia jakie jej powierzył nie dokończyła i najzwyczajniej w świecie zniknęła. Z pewnością nie będzie uradowany.
Błoto zdawało się uciekać spod jej ciężkich glanów. Od czasu do czasu słychać było dźwięk zatrzaskiwanych w pośpiechu okiennic. Killer uśmiechnęła się do siebie kpiąco i przyśpieszyła skręcając w ostatnią uliczkę. Przed nimi rozrósł się wysoki budynek o strzelistych wieżyczkach. W oknach zauważyła blade twarze strażników. Nie zatrzymała się, nawet nie zwolniła. Jednakże miała ochotę zawrócić i udać że nigdy jej tu nie było.
Na przeciw nich nagle pojawiły się cztery sylwetki. Dwóch ludzi i dwóch ogarów.
Killer i Bakara zatrzymali się jednocześnie czekając aż czujki podejdą bliżej.
- Zdejmij kaptur przybyszu i oddaj nam broń.--Rozkazał metaliczny głos. Kobieta z ironicznym uśmieszkiem wykonała polecenie, zostawiając pod płaszczem dwa sztylety. Czujki zmierzyły ją wzrokiem a między ich towarzyszami i Bakarą doszło do powarkiwania oraz ostrzegawczych gestów.
-Możesz wejść, ale kot zostaje.--Killer rzuciła kątem oka na Bakarę a potem ruszyła przed siebie rozpychając ich jednym zdecydowanym gestem. Czarna puma dumnie szła obok niej. Nie zaprotestowali, jednak kobieta i Demon czuli na sobie ich ciężkie spojrzenia.
Killer prześlizgnęła wzrokiem po ilustracjach jakie były wyrzeźbione na wrotach a uśmiech znikł z jej twarzy. Zawsze ich przybywało, ale na jednym dostrzegła teraz siebie z twarzą naznaczoną dwoma szramami. Było to piętno jakim Kebin i jego ludzie oznaczali zdrajców. Nabrała powietrza i pchnęła skrzydła drzwi, które nigdy by nie ustąpiły pod naciskiem jej chudych ramion gdyby nie komenda wydana przez czujki.
Rozległ się zgrzyt, a w jej twarz z gwałtownością uderzyła gra przyciemnionych świateł.
Przymknęła powieki bez widocznego wahania idąc przed siebie. W jej wnętrzu toczyła się właśnie wielka wojna. Po jednaj jej stronie walczyły sumienia mówiące że jeszcze może się wycofać, po drugiej że ma iść dalej, z kpiącym uśmiechem i pewnym siebie błyskiem w oczach. Killer posłuchała drugiej armii.
Rozrzucając ciemne włosy na ramionach, wyprostowała się i zorientowała że wcześniej starała się schować głowę w ramionach.
Odkąd weszła, natychmiast poczuła na sobie ważące miliony ton, przenikliwe spojrzenia. Jej wzrok jednak był skierowany proso przed siebie. Patrzyła na NIEGO.
Wtedy trzy osoby stojące po jej lewej stronie odeszły ze stanowiska. Bakara obnażył kły i warknął, natychmiast zakrywając Killer czarnym ciałem. Jego postawa wyrażała gotowość do skoku. Stojąc, wpatrywała się w nich. Była jak sparaliżowana, widząc czarne, zakapturzone postaci. Zdobyła się na ostatni, heroiczny wysiłek i wysłała Demonowi mentalną komendę. Nie, Bakaro... i zamknęła oczy. Dźwięki dobiegające do jej uszu  dźwięki pobudziły wyobraźnię.
Puma uniosła się, aby zaraz opaść na posadzkę przygnieciona niewidzialną siłą i butem przyciskającym łeb do marmuru.
And got so far,
But in the end,
It doesn’t even matter,
I had to fall,
To lose it all,
But in the end,
It doesn’t even matter...
Dwie inne osoby chwyciły ją za ramiona, wykręciły ręce i zmusiły do klęknięcia na kolanach. Zimna dłoń ścisnęła ją za kark i uparcie pchała jej głowę do dołu.
Killer zacisnęła zęby i zdławiła w sobie jęk. Słyszała rozpaczliwe warczenie Bakary i dźwięk polerowanego ostrza.
Możemy go zabić, suko. Z tą myślą podejdziesz do Twojego Pana i złożysz mu hołd, słysząc to, co na zawsze zakoduje się w Twojej pamięci. NIGDY nie zapomnisz tych dźwięków. Jednak kiedy się obejrzysz, Jego śmierć będzie wolniejsza, o wiele bardziej bolesna jeśli to tylko możliwe...
I’ve put my trust in you,
Pushed as far as I can go...
Postać wiedziała, że każdy ból zadany Bakarze ona odczuje z podwójną siłą. Mimo to podniosła się uwolniona z uścisku i skierowała wzrok przed siebie, choć tak pragnęła obejrzeć się na Niego...
Zamiast tego usłyszała przeraźliwy ryk i poczuła rozdzierający ból przesuwający się wzdłóż kręgosłupa. Ostrze nacinało jego grzbiet...
Kroki sprawiały taką trudność... o czym mówić...trudność pojawiła się dopiero wtedy, kiedy usłyszała podwójny trzask kości, swój własny krzyk zmieszany ze skowytem Demona, a jej lewa noga opadła bezładnie. Killer zachwiała się, jednakże uparcie brnęła przed siebie, ciągnąc za sobą kończynę. Glany nigdy nie były tak uciążliwie ciężkie.
It doesn’t even matter,
I had to fall,
To lose it all,
But in the end,
It doesn’t even matter...
Kolejne kości zostały złamane, jednak w takim miejsu, aby mogła opierać się na prawej nodze... nie bez bólu oczywiście.
Droga jaką miała przebyć aby dojść do Kebina okazała się niemożliwie długa, męczeńska i straszna.
Słyszała rozpaczliwy głos Bakary...swojego Demona, któłry bronił ją przed wszystkim... a ona nie mogła pomóc jemu. Do tego wszystko co czuł on, ją wycieńczało jeszcze bardziej.
Remembering all the times you fought with me,
I’m surprised it got so far...
Przed jej oczami tańczyły czarne baletnice. Czuła się tak już kiedyś, kiedy przedawkowała narkotyki... Pani Bólu obejmowała całe jej ciało, nie pozostawiając wolnej przestrzeni na bladym ciele okrytym płaszczem. Dlaczego to robiła?
Do jej uszu dobiegł jakby stłumiony, ostateczny wrzask Bakary. Nic nie poczuła, bo nic nie mogło przedostać się przez ciemny płaszcz Pani Bólu. Krew zalała jej usta.
Poczuła, że spada w bezgraniczną otchłań. Odgłosu uderzenia i uczucia związanego z roztrzaskaniem  czaszki o
marmurową posadzkę już nie doświadczyła...
Time is a valuable thing,
Watch it fly by as the pendulum swings,
Watch it count down to the end of the day,
The clock ticks life away,
It’s so unreal,
Didn’t look out below...
...a wtedy poczuła na głowie lekki ciężar. Nie uniosła się, nie rozróżniała słów jakie wypowiadała istota. Wokół była tylko ciemność.
Nagle po jej zmasakrowanej twarzy potoczyły się dwa złote przedmioty, natychmiast znikające w czerni jaka była pod nimi. Kobieta nie wysiliła się na to, aby poznać czym są. Potem w otchłani zginęła kura, próbująca odlecieć... a obok niej upadło jedno piórko.
Killer przez chwilę patrzyła na nie, a potem powieki same opadły. Wokół jej roztrzaskanej głowy rozrastała się aureola krwi...
--
Za jakiekolwiek błędy przepraszam.
Fragmenty tekstu zapożyczone są  z utwory ,,In The End'', a całe opowiadanie dedykuję Szerze i przepraszam że nie uwzględniłam Jej w nim, choć miałam taki zamiar.
LadyKiller (19:39)

22 lipca 2010

Nie mam siły by biec... [Opowiadanie na konkurs.] [Lady Killer]

22 lipca 2010
Aldieb pozwoliła mi jeszcze napisać pracę na konkurs, więc skorzystałam z okazji.
Biegnij...Biegnij, Moon...
 Nigdy nie wydawało Jej się że porusza się aż tak wolno. Odległość zdawała się wcale nie zmniejszać. Zupełnie jakby stała w miejscu...
 Kropelki deszczu i wiatr cięły jej pysk, sprawiały że neonowe oczy krwawiły...
Biegnij...
Ostre gałązki smagały jej ciało niczym bicze...
Biegnij...
Nie pamiętała drogi. Nie była w domu tyle lat...
Biegnij...
Łapy ślizgały się w błocie...
Biegnij...-Nie dam już rady...nie mogę już!--Krzyczała leżąc w mokrej ziemi zmieszanej z krwią.--Nie wytrzymam tego ciągłego strachu, nie mam dość siły! Słyszysz?! SŁYSZYSZ?!
Biegnij, Moon... Musisz biec...
Szczyty gór nawet nie majaczyły na horyzoncie. Nie rysowały się na nim tak dostojnie, tak niesamowicie... Czyżby ich nie było? Czyżby nigdy nie istniały? Może jej dom był tylko urojonym miejscem...? Może po prostu wierzyła w to że jest...?
-Killer, do cholery! Nie jesteś szczeniakiem! Podnieś się!--Oczy Bakary płonęły w ciemności nocy. Była w nich niema prośba...dla której Ona mogła zrobić wszystko.--Dla Niego, Killer. Dla Niego.--Dodał Demon ciszej... Dla Niego? Tak, dla Niego stanęła na drżących łapach i ruszyła przez las pozostawiając na roślinach które mijała krwawy ślad.
Góry Szlachetne które zobaczyła wśród mgieł sprawiły że poczuła przypływ nowych sił. Czy starzy przyjaciele jeszcze będą ją pamiętać...? Wciągnęła powietrze kuśtykając w ich kierunku. Szybciej już nie mogła, choć tak się starała...
-Nie...--Wyszeptała idąc po ciemnych śladach w kanionie. Wiedziała czym namalowano szlak pod jej łapami. Pozostawało pytanie, czyja to była krew...
Wszystko było tak boleśnie znajome. Każda półka skalna, każdy zakamarek... Przystanęła i niemal widziała dwa szczeniaki goniące się wokół rozgałęzionego krzaka... Słodki uśmiech Killa i melodyjny śmiech Meggie. A gdy podniosła wzrok na półce leżały leniwie dwie wilczyce... Czarna z niebieskimi przebłyskami futra i rozleniwiona o neonowych oczach... Wera i Midnight, wiecznie razem... Co takiego zmusiło je do znalezienia dwóch innych dróg?
Killer zamrugała, ale obraz sielanki nie powrócił. Poczuła dotkliwy ból który zmusił ją do dalszej wędrówki. Za zakrętem miała ich zobaczyć... Rozpoznać dzieci które teraz zapewnię były dorosłe, i znaleźć Jego...A właściwie Ich. W końcu Koji też coś znaczył... A może nie...?
Wyprostowała się i wyszła zza skał na polanę. Cały zapas powietrza opuścił jej płuca... Nikogo tam nie było... Tylko uschnięte drzewa, puste groty i głazy na których tak dawno nikt nie siedział... Każdy krok był coraz cięższy, sprawiał coraz gorszy ból. Między źdźbłami trawy błąkały się łuski po nabojach, niektóre miejsca pokrywała zaschnięta skorupa krwi...

 Weszła do swojej jaskini powoli, ostrożnie, jakby bojąc się tego co tam zastanie. Trzy legowiska...puste...
Wciągnęła powietrze stojąc nad jednym. Tak bardzo chciała poczuć Jego zapach. Ale on wywietrzał przez te wszystkie lata. Znalazła tylko kilka czarnych i rudych włosów. Które były Jej, które Jego, a które Koji'ego?
Kolejne dwa legowiska też były porzucone. Hiriko i Kill... Tak namacalni a jednak tak dalecy.
Coś jeszcze musiała sprawdzić, choć niestety wiedziała co zastanie. Wbiegła do jaskini Midnight i zatrzymała się na środku. Tutaj jedna woń była wyczuwalna.
-Morte?! Morte, jesteś tutaj?!--Krzyknęła, ale echo przyniosło do niej tylko wypowiedziane słowa. Przecież on mógł jeszcze istnieć...
Podeszła do głazu na którym spała jej przyjaciółka i zauważyła na nim stare kropelki posoki. Stawiając kolejny krok usłyszała szelest papieru. Cofnęła łapę i wytężyła wzrok.
Mid, przyjdź do mnie z Meg. Zapoznają się z Killem.Twoja Wera. Na kartkę spadła maleńka kropelka krwawej łzy. Przypomniała sobie zmieszanie obydwu szczeniaków- przybranych dzieci a potem ich wspólne zabawy i później wielką miłość. Spojrzała na ich dziecięce rysunki, szczególnie ten jeden przedstawiający cztery dorosłe wilki i trzy szczenięta. Pod każdym był jedne podpis: ,Ciocia Wercia, Ciocia Mid, Wujek Power, wujek Koji, Meggie, Kill i Hiriko.'
Killer uśmiechnęła się gorzko, wzrokiem prześlizgując po grocie. Natrafiła na zaschnięty pęk niezapominajek.
Muszę wyjechać, a te kwiaty będą Ci o mnie przypominały. Słowa Morte rozbrzmiały w jej głowie, przypominała sobie Jego zęby zatopione w szyi Midnight... I tym bardziej niesamowitą przyjaźń między Wilkołakiem i Wampirzycą.
Wyszła na polanę i położyła się w zielonej trawie. Pamiętała wszystko dokładnie, każdą kłótnię i koncerty, każdą nową osobę i każdego zdrajcę którym potem ona sama się stała, a Midnight nie potrafiła już wybaczyć.
Wiatr przywiał Jej nową woń, za którą podążyła w las. Poznała drzewo na którym lubiła siedzieć jako kobieta z czarnymi lokami i z lampionem w dłoni, okryta ciemnym płaszczem. Poznała każde miejsce związane z członkami Stada Szlachetnych.
A potem nagle zatrzymała się wpatrując w źródło woni. Upadła na ziemię i z przeraźliwym krzykiem rozpaczy doczołgała do Niego.
Rude futro było już niemal nie widoczne, w wielu miejscach kości przebiły pergaminową skórę. Oczy dawno zapadły się w głąb czaszki, a woń rozkładu była nie do zniesienia. Widziała co go zabiło. Czaszkę  ozdobiła dziura po przebiciu kuli. Krwawe łzy spływały na Jego ciało, na wieki ułożone w lesie.
Wiesz co, Kotku? Jesteś nikim. Rozumiesz? Nikim. Nikim dla mnie i dla całego stada. Możesz się wynieść, będzie tak najlepiej. Jej własne słowa rozwarły ranę jaka pojawiła się w jej sercu gdy go zobaczyła. Czyli po jej odejściu wrócił do stada by umrzeć w tak niegodny sposób...?
Poczuła że Bakara się oddala. Wiedział kiedy wolała zostać sama ze swoimi myślami, choć bawiły go zapewnię jako Demona.
Bawiła się Koji'm, był dla niej chyba naprawdę nikim... Więc dlaczego tak bolało? Dlaczego nie mogła znieść myśli że umarł tu, w tym Szlachetnym lesie, w tych Szlachetnych górach bez niej? Dlaczego cierpiała inaczej niż zwykle...? Czyżby myliła się co do własnych uczuć...?
 Delikatnie położyła łeb obok Jego pyska i zamknęła oczy.
LadyKiller (11:26)

5 czerwca 2010

Historia Lady Killer

Jako szczenie dopiero stawiające pierwsze kroki byłam inna. Radosna, ciekawa życia. Miałam normalne dzieciństwo, kochającą matkę. Jedyne czym różniłam się od rówieśników był wygląd, i to że nie miałam ojca. Nie znałam go w ogóle. Ma matka, opowiadała mi o nim. Podobno był potężnie zbudowany, i kochał mnie, jednak musiał odejść na bitwę, i tam poległ. Po jakimś czasie, przestałam o niego pytać, iż widziałam że matka słabnie w oczach. Była coraz bardziej wychudzona, a ja coraz częściej nie dostawałam jedzenia. Niedługo potem nie widywałam już rówieśników ani ich rodziców. Nie chciałam wychodzić z małej groty. Rośliny pousychały, nie było ani jednego zielonego listka czy źdźbła trawy. Co krok spotykało się szczątki zwierząt, lub wilki walczące o strzępek skóry. 
  Wtem nadszedł dzień w którym Alfa zwołała wszystkie wilki na polanę. Kazała tez zabrać ze sobą szczenięta, co było zbędne bo żadne z rodziców nie zostawiło by swych pociech samych w obawie że zostaną zjedzone.  Alfa była mniej wychudzona, była w lepszym stanie.
-Panuje głód. --Syknęła w stronę watahy--Nie przeżyjemy tak jak dotychczas, ale nie wyniesiemy się z tych terenów. Wilki są nam potrzebne, niektóre wilczyce też. Ale szczenięta i wiele ich matek to zbędne gęby do wyżywienia!-- Słysząc jej jadowity ton skryłam się między łapami matki. Nie rozumiałam co ma zamiar zrobić, ale ona to czuła.-- Młode, oczywiście nie każde, da się czegoś nauczyć. Ich matki nie! Co tydzień będę wydawać na pożarcie dwie wilczyce, lub szczenięta. Dziś będzie to Katsu i Rege.--Słysząc wypowiedziane jako drugie imię matki spanikowałam. Osobniki stojące obok zaczęły ją wypychać. Kurczowo chwyciłam się jej łapy. Ktoś pchnął ją mocniej, przewróciła się i upadla tuż pod łapami Alfy. Wtuliłam się w jej wyleniałe futro. Obok niej upadła inna wilczyca, siostra wilczycy która wydała ten wyrok. Moja matka uniosła łeb i wyszeptała:
- Katorgo, nie mogę zostawić Lady...
- Twoja córka wydana zostanie za tydzień. Obiecuje Ci to. --Zaśmiała się szyderczo.-- Teraz nadeszła Twoja kolej.-- Dopiero teraz zauważyła moje małe ciało skulone za matczynym grzbietem.-- Ahh, Lady. Chcesz uratować matkę?-- Skinęłam głową, przeszły mnie dreszcze.-- Chcesz mnie zabić, z w imię zemsty?-- Znów potwierdziłam, sparaliżowana strachem.-- Patrzcie, jakie bezczelne szczenie! Pokazać mi ją. -- Jedna z Czujek doskoczyła do Rege-mojej matki-i wbijając kły w mój kark podniosła i stanęła przed Katorgą. Pisnęłam z bólu, jaki czułam po raz pierwszy. Po moich czarnych włosach spłynęła krew.
- Doskonale. Wiesz, Rege? Powiem Ci że Lady nie zostanie pożarta. Szkoda by było takiej sztuki Wilka Celtyckiego. Już ja wiem co z nią zrobię.-- Pochyliła się i szepnęła do ucha wilczycy: ,,Wykorzystam ją do moich celów.'' Potem wbiła kły w jej tętnice, szarpnęła chłepcząc krew. Zaczęłam się z wrzaskiem miotać. Czujka trzymała mocno. Posoka matczynej krwi trysnęła na mój pyszczek, zmieszała się z łzami rozpaczy.
-Jedzcie wilki!-- Zarządziła i to samo zrobiła ze swoją siostrą. Wataha rzuciła się na ,,pożywienie''
-NIEE!!--Wrzeszczałam-- Zostawcie ją!!
  Alfa podeszła w końcu do czujki, sama chwyciła mnie w zęby i zaczęła odchodzić.
Koniec cz I

Cześć druga mojej historii... No cóż...
  Nowa Alfa,Katorga zabrała mnie ze sobą. Nigdy nie widziałam kości mojej matki, nie wiem czy gdzieś je pochowano, wyrzucono czy zniszczono. Co noc nawiedzały mnie koszmary,przecież byłam jeszcze szczeniakiem. Pamiętałam konia który próbował ją powstrzymać, a potem odbiegł. Nie wiedziałam że kiedyś jeszcze ją spotkam, że była to Glola. Teraz chcę jej za to podziękować.
  Katorga... Pamiętam ją doskonale. Choć wolała bym o niej zapomnieć, nie mogę. Do dziś.  Hmm, to co ze mną zrobiła jeszcze bardziej doprowadziło do tego ze stałam się inna. Tyle że teraz ,,stado'' traktowało mnie jak zabawkę. Każdy mógł popchnąć, wyżyć się na małym szczeniaku. Bo co byłam i jestem warta? Nic. Właśnie w tym rzecz. Katorga wychowywała mnie tak, żebym była maszyną do zabijania. I udało jej się. Osiągnęła cel, jednak to ją zgubiło.
  Gdy osiągnęłam dorosły wiek nie miałam skrupułów. Nikt nie ważył się mnie tknąć, budziłam respekt.  Przez cale życie planowałam jak się zemścić. Alfa wiedziała że mogę coś takiego zrobić i dlatego wpędziła mnie w pułapkę... w której sama zginęła. To ludzie ją zabili. I całe stado. Tamtej nocy gdy napadli na te tereny, pierwszy raz posmakowałam ich krwi. I... obudziłam Bakarę. Zemściłam się, ale dlaczego czuję smutek gdy o tym myślę, lub piszę? Czyż nie to chciałam osiągnąć?
  Potem razem z Demonem włóczyłam się po świecie, niszcząc i zabijając. Moim celem stali się myśliwi i kłusownicy. To nie tak że zabijam każdych. To tylko zanim upadło HOTN do którego zawędrowałam. ,,Każdy się zmienia''? Nie,nie. Ja się nie zmienię już nigdy. Patrzyłam na zbyt wiele cierpienia i bólu żeby teraz stać się normalna wilczycą.
  Moja matka nie dała mi na imię Lady Killer. Lady. Tak mnie nazwała. To Katorga je zmieniła, a mi się to spodobało. Choć...Nie... Po prostu nie miałam odwagi jej się wtedy sprzeciwić i myślałam że tak miało być.  Chciałam żeby inny zwracali na mnie uwagę, nie traktowali mnie jak podrzutka. ,,Lady Killer'' brzmiało tak mrocznie i zimno!
  Teraz już za późno na zmianę tego, a mnie zna mnóstwo istnień jako Panią Zabójcę. Niektórzy nazywają MoonDance... To jest wspaniałe imie. Tak podobno nazywała się matka mojego ojca. Nikt nigdy nie pomyślał ażeby nazwac mnie Rege. Tak jak nazywała sie moja rodzicielka. Nikt! Tego imienia zapomniałabym tak jak chciała tego Katorga gdyby nie koszmary. To, że we śnie widziałam tę wilczycę, szeptającą tak cicho, że nie moglam jej usłyszec. I nadal te mary mnie nawiedzają... Resztę historii nie musicie znac. po upadku HOTN... Nie jestem dumna z tego co robilam. I to nasza slodka tajemnica. Moja i Bakary. A dlatego że nikt nigdy nie nauczył mnie komuś ufac, kochac lub nawet przyjaźnic nigdy nie bede normalna. Nie umiem tego. I nie naucze się już. Zbyt wiele istnień pozbawilam istnienia dla zabawy, i muszę czekac na kare ktra skrada się w mroku...

23 maja 2010

Głębia śmierci. [LadyKiller]

Pisane przy tym i tym.
Taki gówniany wylew emocji.

Czarne szczenie uderzyło o kamienną posadzkę, poturlało się kawałek. Pozostawiło za sobą ciemną smugę.
 Trzęsła się ze strachu i zimna. Podniosła wzrok, na barczystą ,opiekunkę'. Katorga z pogardą zmrużyła oczy i uderzyła. Killer upadła kilka metrów dalej. Zacisnęła zęby i podniosła się na drżące łapki. Z trudem opanowała płacz. Chociaż tyle mogła zrobić- nie dać jej satysfakcji.
 Wilczyca ruszyła w jej kierunku.
 Liście drzew poniosły daleko dźwięki krzyków i uderzeń.
 Została sama. Pół jej pyszczka spoczywało w tafli krwi, druga część była zmasakrowana. Oczy, w których powoli zanikały barwy, były na wpół przymknięte. Neonowy blask słabnął z każdą sekundą. Klatka piersiowa unosiła się nierówno, a żebra na których zawieszona była skóra, dodawały jej postaci dramatyzmu.
 Dopiero teraz jej futerko zmoczyły łzy. Umierała. Kończyny połamane w kilku miejscach, cudem ocalony kręgosłup. Chciała się podnieść ale nie umiała. Małe ciałko stało się nagle tak straszliwie ciężkie...
Zawyła cichutko, wiedząc że to ostatni dźwięk jaki wydaje w życiu.
-No, powiedz coś.-- Wilczyca uniosła w aroganckim uśmiechu kąciki pyska.
 Przyglądała się obciekającemu posoką ciałku, trzymanemu przez czujkę. Killer nie odpowiedziała, z uporem patrząc w świńskie oczy Katorgi.
- Chciałabyś zdechnąć, co? Ale ja Ci tak łatwo nie pozwolę. Nie porzucę tak miłej zabawy. Daj mi ją.--Warknęła na czujkę. Posłusznie rzucił pod nogi wilczycy szczeniaka, jak śmiecia.
- Skoro jesteś taka mocna, to wstań.--Zachichotała-- No, wstawaj!
 Nie wstała. Nie płakała. Nie miała zamiaru słuchać poleceń wilczycy, której nienawidziła najbardziej.
 Kły zatopiły się w jej ciałku, uniosły i z siłą rzuciły o ziemię.

  Czuła zimne otarcie śmierci, kiedy Kostucha okrywała ją swoim bezdennym płaszczem. Cierpienie, ból i strach jakie z niego płynęło, było bardzo głośne. Rozsadzało bębenki. Dobijało.
Zapadła ciemność...
  Rozdarła skórę. Wyrwała ciało. Naruszyła kości. Rozsadziła czaszkę. Przebiła okolice serca. Nie trafiła.
Dlaczego? Umieranie miało nie boleć aż tak.
Opadały baty, tarmosiły maleńkie ciałko. Rzucały nim o ściany, nabijały na onyksowe kolce, rozrywało na pół...
Dlaczego? W końcu śmierć miała nie boleć...
 Woda wdarła się już wszędzie- do uszu, do nosa, do płuc. Topiła się, bezładnie machając łapkami, wijąc się. Uścisk na karku był zbyt mocny, zbyt głęboko ją wpychał.
To miał być koniec...?
 Zakrztusiła się, przez co jeszcze więcej płynu zalało gardło. Zamarła w niemym krzyku, bez siły wisząc w wodnej przestrzeni.
  Czarnowłosa dziewczyna hasała po zielonej łące razem z pięknym chłopakiem. Z niemym zachwytem patrzyła jak Jego jasne włosy falują.
On wziął ją za rękę, Ona splotła ich palce. Śmiejąc się, biegli przed siebie. Chłopak wyprzedził ją na przód i pociągnął nad rzekę. Razem wskoczyli do przyjemnie chłodnej wody. Pływali wokół siebie, a ich ciała co chwile się stykały.
  Opadła w czarną otchłań nieświadomości. Woda zalała wszystko.
,,Obudź się. Musisz wstać. Musisz żyć, musisz żyć dla mnie. Obudź się!''
Obudziła się...

15 lipca 2009

Wybrańcy, obrońcy stada, cz. XVI [Lady Killer]

Centaury I

Autor: Lady Killer

-Coś w Tobie pękło. Widzę to.-- Zimne oczy Demona zatopiły się w moim ciele.
- Daj mi w końcu spokój. Nigdy nie możesz przestać? Nawet jeśli to co? Ja też mam uczucia, ja też czasami cierpię!-- To go zaskoczyło. Przystanął nawet, ale już się nie odezwał. Zniknął w moim ciele, podeszliśmy do Magiki. Dogoniła mnie już Aldieb i Szera. Pegaz Siedział w kręgu, a wokół niej była zgromadzona reszta wybrańców. ,,Czekaliśmy na Was...'' Magika spojrzała na mnie. Usiadłyśmy. Ciekawiło mnie, co będzie naszą misją... Na pysku Aldieb zobaczyłam cień uśmiechu.
- Pierwsze zadanie wykonaliście pomyślnie. Teraz czeka na Was Kanion Ciemności, w którym zastaniecie mistyczne stwory. Mieszka tam Centaur imieniem Derlis. Musicie go zabić, i odciąć jego ogon. Potem ugotować w krwi jednego z jego obrońców. Wywaru starczy dla każdego, przeniesie on Was w następne miejsce walki. Ruszajcie na północ, powodzenia!
Podnieśliśmy się. Moje spojrzenie automatycznie padło na Skazę. Także spojrzała na mnie, i uśmiechnęła się. Nic nie rozumiała z przemowy Magiki. Odwróciłam się do Shesay.
- Gotowa?
- Tak. Ruszajmy. --Pobiegliśmy przed siebie, na północ- tak jak wskazała nam Magika. Mimo woli obejrzałam się na Gold Fire. Skaza siedziała wygodnie na jej grzbiecie. Mówiły coś do siebie, cicho chichocąc. Myśli wszystkich uczestników wyprawy kłębił się w moim łbie... Musiałam jakoś to wytrzymać, choć czasami miałam ochotę krzyczeć...

***
- Co to było? -- Cała siódemka stała w bezruchu. Każdy oddech wydawał się być zbyt głośny... ,,Boje się....'' Teraz tylko myśli Skazy wywierały na mnie wrażenie. To było naprawdę imponujące, jak interpretowała to co sie działo. Tak, to był zły pomysł aby ją zabierać.... Bardzo zły...
Znów usłyszeliśmy głosy. Naysha zmieniła się w małego ptaszka, i poleciała w ich stronę. Jak wiele mogła zobaczyć nie zauważona. Gdy stała znów obok nas, rzuciła krótko: Ludzie.
,,Lady będzie w swoim żywiole.'' Gwałtownie odwróciłam łeb w stronę Goldi. Szera i Aldieb spojrzały na siebie znacząco. Wszyscy wyczuli że to jej myśl zwróciła moją uwagę. Wilczyca zmieszała się momentalnie.
-Kto się zajmie zwabieniem ich w jedno miejsce?-- Spytała cicho Shesay.
- Ja.-- Obnażyłam czubku kłów.-- I Bakara...
-Dobrze. Reszta należy do nas.-- Spojrzała na wszystkich.
Demon poszedł przede mną. Okrążyliśmy mały obóz. Bakara wziął w kły gałąź, i złamał ją starając się trzasnąć jak najgłośniej. Ujadanie psów, od razu kilku ludzi z nabitymi strzelbami znalazło się tuż przed nim... Oni go nie widzieli, a kundle nie wyczuwały. Był tylko cieniem... W końcu ludzi było tam około dziesięciu, wszyscy patrzyli z przerażeniem na pozostawione ślady na ziemi, których ilość nadal się powielała. Obeszłam szałasy, dałam znak że to już wszyscy. Po niedługim upływie czasu przeszkoda była zlikwidowana...

***
Mgła unosiła się tuż nad ziemią. Drzewa były martwe, a ich gałęzie chude i porośnięte kolcami. Jedyne co można było znaleźć to szkielety zwierząt łownych. Kiedyś widocznie był tu las.
Weszliśmy do Kanionu Śmierci- to widocznie był on. Na ziemi widniały ślady kopyt dużej ilości zwierząt.
-Jestem zmęczona... --Jęknęła Skaza.
-Jeszcze troszkę, już niedługo.-- Odpowiedziała jej Goldi. Taaa....
-Uwaga, Gryf!-- Ogłosiła Aldieb, jako pierwsza zauważając lecące wprost na nas zwierze. Nie, coś było nie tak...
- Odsunąć się, szybko!-- Krzyknęłam, rzucając się w tył. ,,Co ona robi?!''
Zwierze zaryło ciałem w ziemie, wznosząc chmurę pyłu... Za nim rozciągała się szeroka smuga krwi. Spokojnie spojrzałam na zaszokowaną Szerę, i blado się do niej uśmiechnęłam.
-Leciał za szybko. --Mruknęłam. Poszliśmy dalej, rozglądając się uważnie.
Niedługo potem staliśmy na polanie, obserwując Centaury stojące wokół jednej, dużej jaskini. Tam zapewnie był Derlis...
,,Chyba ktoś nas obserwuje. Czy oni nas nie widzą? Ale fajnie! Jacy oni są śliczni! Głodna, kurde jestem... Jest za cicho, za cicho! Coś tu nie gra...''
-Przestańcie myśleć tak głośno, próbuje się skupić!-- Mruknęłam.
- Nie umiem myśleć cicho.-- Zachichotała Skaza. Goldi uciszyła ją natychmiast, zmieszana moim spojrzeniem.
- Słuchajcie. Odwróćcie uwagę tych strażników, a ja i Bakara zajmiemy się tamtym w jaskini. Kiedy wyjdziemy z ogonem, wracamy jak najszybciej. A kiedy żadne z nas nie wyjdzie, nie zajmujcie się naszymi szczątkami.-- Powiedziałam cicho. Pokiwali głowami, i rozeszli się podchodząc do Centaurów.
- Graj muzyko... -- Spojrzałam na stojącego obok Bakare, rzuciliśmy się bokiem do jaskini omijając wrogie postacie. Skryci w cieniu, czołgaliśmy się w kierunku największego z dwójki tych, co byli w jaskini- Derlisa.-- Ja zajmę się ogonem...
Skok. Odwrócili do nas srogie twarze, zdumione tym co się dzieje. Widzieli tylko mnie, tym bardziej przerażony był ten drugi kiedy padł na grzbiet pod ciężarem Demona.
Ostrze rozcięło mój bok, kiedy rozrywałam szczękami ciało Centaura. Wierzgał kopytami na wszystkie strony, rycząc jakieś niezrozumiałe słowa. Bakara już poradził sobie, i teraz bawił się ze mną. Dla niego była to zabawa... A może jednak nie? Koniec, Derlis zamarł w ruchach agonii.
Demon zrobił coś z jego ogonem, i podpierając mnie wyprowadził z jaskini omijając grupę. Ktoś krzyknął że już jesteśmy... Przed ślepiami zrobiło mi się ciemno, upadłam...