Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty

16 października 2012

Śpij malutka. [Luna]


Siedziałam pod drzewem obserwując to co się działo dookoła. W zasadzie bardziej zwracałam uwagę na spadające przede mną liście, niż na to co robili inni. Wyłączyłam się, zamknęłam się we własnym umyśle. Nieco drżałam z zimna, wciąż brakowało mi dawnej kondycji, nie mówiąc już o tym, jak pogorszył się sam mój wygląd. W pewnym momencie jeden z uschniętych liści spadł mi na głowę. To jakby mnie wybudziło. Zaczęłam dostrzegać kto jest wokół mnie. Niektórzy odpoczywali, nie odzywając się ani słowem, kilka osób rozmawiało. Zauważyłam ukochaną mojego brata, która kołysała w ramionach kwilące niemowlę. W postaci czarnowłosej dziewczyny podeszłam do niej. Naciągnęłam rękawy bluzy na dłonie.
-Padma. – powiedziałam cicho, patrząc jednak na dziecko, a nie właścicielkę imienia. – Nie chce zasnąć? – uśmiechnęłam się delikatnie do zmęczonej mamy.
- Lu. – dziewczyna podniosła na mnie spojrzenie i również postarała się o delikatny uśmiech. – Od jakiegoś czasu marudzi i nie śpi…
- Mogę ? – wyciągnęłam ręce w jej stronę.
- Próbuj. – po chwili to ja trzymałam małą Chloe w ramionach. Ledwo widocznie zaszkliły mi się oczy, kiedyś kołysałam tak swoją córkę. Teraz jest dorosła i… I jej nie ma. Wpadłam na pomysł, który dawniej wykorzystywałam przy swojej Thell. Działał, może tym razem też się uda?

>Tu włącz podkład, KONIECZNIE D: <  (- postarajcie się dopasować czytanie słów pieśni w rytm podkładu.)

Dziewczynka wciąż kwiląc żałośnie utkwiła we mnie swoje oczy. To była jakaś zmiana. Nie znała mnie, a to u mnie była na rękach. Uśmiechnęłam się ciepło.
- Pewnej nocy kiedy nie nastał jeszcze świt
Kiedy pierwszy kur jeszcze nie zapiał
Do pana zamku przyszła
Chcąc oddać rękę mu
Córka trola, z gór czarownica
. – zaczęłam cicho śpiewać pewną starą pieśń, nie umiem przypomnieć sobie skąd ją znam.
- Herr Mannelig, Herr Mannelig
Weź za żonę mnie
Jam przecież taka jest hojna
Usłyszeć mogę tylko od Ciebie tak lub nie.
Czy tego chcesz, czy nie.
– Chloe przestała płakać, teraz wpatrywała się we mnie, słuchając moich melodyjnych słów.
-Dwanaście pięknych ja
rumaków Tobie dam
Które pasą się w gaju cienistym
Nie poznał jeszcze siodła
Żadnego konia grzbiet
Ni pysk żaden nie gryzł wędzidła.
Herr Mannelig, Herr Mannelig
Weź za żonę mnie
Jam przecież taka jest hojna
Usłyszeć mogę tylko od Ciebie tak lub nie.
Czy tego chcesz, czy nie.
- po powtórzeniu refrenu, dziewczynka zaczęła przymykać ślepka, wciąż walcząc ze sobą, jakby wbrew swojej senności chciała słuchać dalej, kontynuowałam pieśń.
-Dwanaście murowanych
młynów Tobie dam
Które stoją od Tillno do Terno
Ich żarna tak czerwone
jak ogień piekła są
Ich koła aż świecą od srebra.

Herr Mannelig Herr Mannelig
Trolofven i mig
For det jag bjuder sa gerna
I kunnen val svara
Endast ja eller nej
Om i viljen eller ej.

Dziewczynka zamknęła już oczy, oddychała cicho i spokojnie. Postanowiłam skrócić pieśń i dokończyłam ją.
-Dary te królewskie
Chętnie przyjąłbym
Gdybyś była córką
Kościoła
Lecz tyś jest córką trola
Starego czarta z gór
Siostrą Diabła
Dziedzicką Necka
Herr Mannelig, Herr Mannelig
Weź za żonę mnie
Jam przecież taka jest hojna
Usłyszeć mogę tylko od Ciebie tak lub nie.
Czy tego chcesz, czy nie.
I w ciemność precz
odeszła córka trola z gór
W mroku lasów
cichła jej skarga
Jeślibym rycerza
za męża mogła wziąć
Ma udręka by się skończyła*

Kiedy skończyłam pieśń i podniosłam głowę znad śpiącego spokojnie dziecka, zauważyłam, że wszyscy patrzyli na mnie. Padma położyła dłoń na moim ramieniu uśmiechając się delikatnie. Podałam jej dziewczynkę i odpowiedziałam uśmiechem, po czym ukłoniłam się wszystkim, śmiejąc się cicho. Nie sądziłam, że usypianie niemowlęcia aż tak wszystkich wciągnie.

_________
Przepraszam, że jest aż tyle słów, które nie są wymyślone przeze mnie, ale pokochałam tą balladę, jest cudowna i stwierdziłam, że muszę się nią z wami podzielić, a ten pomysł wydał mi się najlepszy. Podkład nie będzie dopasowany i pewnie nie zgra się z moimi słowami… No ale trudno, wysłuchajcie tego, jest piękne ;_; . Mam nadzieję, że Padma nie ma nic przeciwko temu, że wykorzystałam jej dziecko i ją samą XD”

*Tłumaczenie przez: http://herrmannelig.com.pl/

13 października 2012

This is sorry for the last time. [Luna]


Dziewczyna pewnie nacisnęła klamkę i wyszła z domu zatrzaskując za sobą głośno drzwi.
Zeskoczyła ze schodków werandy i rzuciła się biegiem przed siebie. Kiedy czarnowłosa znalazła się na skraju lasu, nagle zamiast niej pojawiła się śnieżnobiała wilczyca, która pędziła wgłąb pośród drzew ile tylko miała sił, przebierała łapami najszybciej jak tylko umiała. Nagle zatrzymała się gwałtownie.
`Co jeśli wcale nie robię dobrze? A jeśli oni dużo lepiej radzą sobie beze mnie? Może wcale mnie tam nie potrzebują, skoro zniknęłam na tak długo…? Nie… Nie dowiem się, jeśli tam nie wrócę…`
Wbiła pazury w ziemię i wyskoczyła kontynuując szaleńczy bieg. Po jakimś czasie nieprzerwanej, męczącej drogi dotarła do wejścia na polanę. Znów się zawahała. Tym razem zamiast wilczycy pojawiła się równie biała, mała kotka.
Spojrzała na wszystkich, podeszła bliżej ciągnąć ogonem po ziemi. Była wychudła, zmarnowana. Futro nie miało tego blasku co dawniej. Oczy jej przygasły, nie jarzyły się zimnym błękitem, nie było w nich emocji. Zmieniła się.
- Przepraszam. – powiedziała cicho spoglądając po kolei na każde z obecnych na polanie zwierząt.
____
Przepraszam, nie było mnie tak długo.
Nie będę tu wymyślała, że miałam jakieś problemy w domu, w szkole, czy wyjeżdżałam w wakacje. Po prostu nie mogłam znaleźć czasu. Mam wspaniałych przyjaciół i kogoś kogo kocham, w tym prawdziwym życiu, które jednak powinno być najważniejsze.
Przepraszam po raz kolejny, za to, że tak tu wszystko zaniedbałam…
Zastanawiałam się nad odejściem, ale stwierdziłam, że spróbuję jeszcze raz.
Postaram się teraz przychodzić najczęściej jak tylko będę mogła, nie obiecuję, że to będzie codziennie, ale będę się starać.


3 Komentarze:


Eh… *wyszła na przeciwko niej* jakie to piękne… *zamyśliła się* „jest ktoś kogo kocham” *zacytowała jej słowa* …my się jeszcze nie znamy… jestem Kayoko *skinęła łbem* szkoda że moje życie nie jest takie by móc w nim żyć i zapomnieć o takim gdzie jest się (sztucznym) Wilkiem.(Ja jestem tu uwięziona, mimo że wielu już nie jest związane z tym stadem…)

Lu, albo Lusia, jak wolisz. *kotka uśmiechnęła się mizernie*Od jakiegoś czasu bardzo cenię swoje prawdziwe życie, nabrało kolorów, bo kiedyś też widziałam jakąkolwiek radość tylko będąc tą wirtualną postacią. A przez to, że tyle wydarzyło się na prawdę, zaniedbałam HOTN. Masz jeszcze czas, wszyscy mamy, wszyscy musimy odczekać swoje, dorosnąć i dopiero wtedy zacznie się układać.


To miłe co powiedziałaś Lu… być może że też zajmę się kiedyś swoim prawdziwym życiem ale nie dziś i nie jutro teraz trzeba żyć tutaj *machnęła powoli ogonem uśmiechając się lekko*

18 marca 2012

Ulotne chwile [Luna]

18 marca 2012
Ulotne chwile (opowiadanie na listę)

Grzywa Chandry powiewała na wietrze, drobne kamyczki uciekały spod jej kopyt, stukot niósł się głośno po okolicy. Klacz zatańczyła spłoszona przez nisko przelatującego ptaka, ściągnęłam wodze, a czarna stanęła dęba.
- Spokojnie… Jesteś dziś jakaś nerwowa. – musnęłam jej boki łydkami, a ta na nowo ruszyła dzikim galopem przed siebie. Od jakiegoś czasu zaczęłam ją siodłać, bo jeżdżenie na oklep stało się problematyczne. W moje krucze włosy wetknęłam jasne, połyskujące na słońcu, pióro, jednak kiedy mój Demon wbiegł pomiędzy drzewa, jakaś gałązka porwała mi je. Szkoda, podobało mi się. W końcu zatrzymałyśmy się, a ja gwałtownie zeskoczyłam z grzbietu Chandry. Niespokojna klacz przestąpiła z nogi na nogę, zadrobiła kilka kroków w tył, jednak szybko chwyciłam wodze. Poluźniłam jej popręg i puściłam, aby mogła poskubać trawy. Poprawiłam założony przez ramię łuk i przewieszony przez plecy kołczan, w którym tkwiło kilka lodowych strzał. Tym razem już na piechotę ruszyłam wgłąb lasu. Idąc przyłożyłam lewą dłoń do skroni, a drugą przygotowałam to utworzenia odpowiedniego znaku. Wymruczałam niewyraźnie kilka słów i nagle świat dookoła mnie nabrał szarych barw. Jedynie niektóre z korzeni drzew jarzyły się delikatnie, każde na inny kolor. W końcu natrafiłam na silne źródło. Podstawa starego dębu skrzyła się na błękitno, przyklęknęłam na ziemi i przyłożyłam prawą rękę do kory. Poczułam krążącą w drzewie energię, ale także jak cała złość, która do tej pory we mnie siedziała, ustępowała miejsca uczuciu spokoju, którym emanował ten las. Słysząc krótki szelest za plecami gwałtownie rozerwałam połączenie i obejrzałam się za siebie. Gdzieś między konary umknęła nieduża sarna.
- Czemu nie… Może ktoś będzie głodny. – mruknęłam i ruszyłam śladami łani, najciszej jak umiałam.Gdy w końcu znów na nią trafiłam, ta pasła się spokojnie na malutkiej polanie oświetlonej przez jasne promienie wiosennego słońca. Zdjęłam łuk z ramienia i wysunęłam strzałę z kołczanu. Założyłam ją na cięciwę i naciągnęłam ją, trzymając blisko przy policzku, ręce nie drżały mi tak jak zawsze. Trwałam w idealnym bezruchu, czekając na odpowiedni moment. Jeśli strzelę w brzuch, będzie mogła mi daleko uciec. Celując w głowę mogę spudłować. Najlepiej byłoby w klatkę piersiową… Jak na zawołanie sarna stanęła do mnie przodem pod lekkim kątem. Idealnie. Puściłam. Strzała świsnęła w powietrzu i pomknęła wprost ku zwierzynie. Lodowy grot zatopił się w skórze łani, zanim ta zdążyła podnieść do końca łeb. Wierzgnęła krótko i padła na ziemię, wydając z siebie agonalny okrzyk. Szybko wyskoczyłam zza zarośli i dopadłam do niej, zwinnym ruchem podcinając jej tętnicę na szyi, aby skrócić jej ból. Wyjęłam strzałę z jej ciała i wytarłam o swoje spodnie z krwi. Schowałam ją do kołczanu. Nie lubiłam ich tracić. To była na prawdę drobna, acz dorosła, sarenka. Założyłam ją sobie na plecy, jej chude nóżki zwisały z moich ramion, a głowa bezwładnie kołysała się na boki koło moich łopatek. Zagwizdałam cicho, co bardziej przypominało ćwierkanie, a po chwili zza drzew wyłoniła się Chandra.
- Jednak przychodzisz, kiedy Cię wzywam. – uśmiechnęłam się i wolną dłonią poklepałam ją po szyi. Klacz prychnęła cicho widząc niesione przeze mnie zwierze i czując zapach krwi, jednak zrzuciłam łanię na łęk siodła i sama zgrabnie wskoczyłam na grzbiet czarnej. Razem, ruszyłyśmy nigdzie się nie spiesząc, w stronę polany. 
____
Nudne, baaaaaaaaaardzo nuuuuuuuuuuudne opowiadanie, pisane trochę na siłę, żeby zaliczyć sprawdzian obecności.

26 listopada 2011

Where have you gone... [Luna]

26 listopada 2011

Podkład na pewno za długi, ale, hm, no cóż. >klik< spróbujcie czytać zgodnie z rytmem.
*~*~*

Płonienie pochłaniały suche liście, które momentalnie zajmowały się ogniem i równie szybko obracały się w proch. Nie zostawało po nich nic. Nic oprócz odrobinki pyłu na ziemi.  Smugi szarego dymu unosiły się w powietrzu, tańczyły z wiatrem i znikały wraz z nim gdzieś w oddali. Niebo zasnute było ciemnymi, ciężkimi chmurami. Melancholijna, jesienna pogoda. W powietrzu czuć było nadchodzącą burzę. Wpatrywałam się zamyślona w to przedstawienie. Teatr przemijania… Wydawało mi się to takie znajome. To nie oznaczało końca. To był nowy początek. Ale niekoniecznie lepszy.

Where have you gone?

W głowie słyszałam głuche trzaśnięcie drzwiami. Czułam słony smak łzy, która spłynęła po moim policzku. Widziałam znikającą w oddali sylwetkę. Odszedłeś i nie powiedziałeś czy wrócisz. Nic nie powiedziałeś. Po prostu zniknąłeś. A te puste słowa, kiedykolwiek coś znaczyły? Potrzebuję Cię. Jesteś dla mnie najważniejszy. Zawsze będę przy Tobie. Kocham Cię… Teraz już były to tylko słowa. 

Znów byłam sama. Bez Niego. Bez Theliss. Nawet szary kocur już się nie pojawiał. W te zimne dni, zostawałam sama. Sam na sam z własnymi myślami. Przed nimi nikt nie mógł mnie obronić. Sama ze sobą. Przede mną też nikt nie mógł mnie ochronić. Ja sama już siebie nie poznawałam. W lustrze nie widziałam „siebie”, tylko „ją”. Nie zmieniło się wiele, a jednak wszystko było zupełnie inne.  Nawet ja. I tego już nie potrafiłam ukryć. 
Wiatr zawył żałośnie i rozwiał moje włosy. Odgarnęłam brązowy kosmyk za ucho i ścisnęłam w dłoni małą karteczkę. Poczułam zimną kroplę na ramieniu. Spojrzałam w niebo. Zaraz się rozpada. Wrzuciłam kawałek papieru do ognia.  Spalał się. Spalał się jak ja.  Płomienie zasnuły wyraz, który się na nim znajdował. Już nikt nie miał go zobaczyć. Miał zniknąć. Tak jak on.

Wrócę. 

*~*~*
Jest strasznie krótkie, bardzo osobiste i wydaje mi się, że do bani. I zbyt bezpośrednie. Nie lubię tego. Nie, nie, nie. Napisałam to już dawno, myślałam, że coś poprawię, ale nie umiem nic zmienić. W sumie dodaję tylko z uwagi na to, że wpadłam na pomysł, ale nie umiałam tego do końca opisać tak jakbym chciała. Dobra, plotę bzdury. Nikt nie musi tego czytać, to jest DNO.
Luna, Córka Księżyca (22:00)

31 października 2011

Potrafiłabyś...? [Luna]

31 października 2011

BARDZO WAŻNE: Zanim przeczytacie to, dobrze byłoby przeczytać opowiadanie Szery! >to<  To ważne, sami zobaczycie dlaczego.
Nie mam na razie podkładu, może kiedyś dodam jak znajdę. 
___________

You're making Mommy cry, why? Why is Mommy crying?

Kolejny dzień. Zaczyna się kolejny szary dzień. Trzymam w kubek, który przyjemnie ogrzewa moje dłonie. Długie rękawy bluzy zachodzą aż na moje palce, jest na mnie za duża. Jak każda Jego. Przysuwam kubek do ust i biorę łyka. Słodkie kakao powoduje, że na moich ustach wymalował się ledwo widoczny uśmiech. Theliss siedzi po drugiej stronie stołu, na fotelu. Nie dosięga nóżkami do ziemi i wesoło nimi podryguje. Jej spojrzenie utkwione jest gdzieś za oknem. Jest już taka duża. Moja zbuntowana sześciolatka. Jest niezależna i uparta przy tym. Jeśli czegoś nie chce, to nic jej do tego nie zmusi. Nie wita się z nikim i rzadko kiedy się w ogóle odzywa. Bardzo mi Go przypomina. Z charakteru. Bo jej oczy już zatraciły tą hipnotyzującą zieloną barwę, Jego barwę. 
-Mogę już iść do pokoju? – z zamyślenia wyrwał mnie głos dziewczynki. Zerknęłam na pusty talerz i do połowy opróżniony kubek. Uśmiechnęłam się delikatnie i kiwnęłam głową. Z żalem wstałam z wygodnej kanapy i podsunęłam rękawy bluzy do góry. Zabrałam naczynia ze stołu i ruszyłam do kuchni. Podeszłam do zlewu i zaczęłam zmywać po śniadaniu. Zerknęłam przez ramię na szafkę koło lodówki. Trzeci kubek. Pusty. Nie używany. Znów go wyjęłam. To takie bez sensu… Wypłukałam go z cienkiej warstwy kurzu, która osadziła się wewnątrz. 

Wydaje mi się, że jesteś gdzieś daleko. Tak się tylko wydaje, bo właściwie Ciebie nie ma.

Wyszłam z kuchni i skierowałam się w stronę schodów. Odruchowo spojrzałam na drzwi frontowe. Wchodząc do sypialni zerknęłam na otwartą szafkę, gdzie leżały poukładane ubrania.  Jego. Przygryzłam wargę i kopnęłam w drzwiczki szafki, które zamknęły się z trzaskiem. Spojrzałam na okno. Deszcz uderzał o szybę, a krople spływały po niej i znikały gdzieś na parapecie. Jesień, ta okrutna pora roku, która zawsze doprowadzała mnie do skraju wytrzymałości. Irytowała mnie jej ciężkość. Wszystko robiło się takie ospałe i szare. Do bólu szare.  Usiadłam na łóżku i sięgnęłam po książkę. Otworzyłam ją i musnęłam opuszkami napis na górze strony. Położyłam się i podciągnęłam kolana do siebie, jakby chcąc odizolować się od tego wszystkiego co się działo, dzieje i co dopiero ma się stać. Zaczęło mnie to przerastać i przytłaczać. Przytuliłam do siebie książkę i zamknęłam oczy. Powstrzymałam łzy. Nauczyłam się tego. 

To jest takie… Inne… Czuję, że już nie zniosę tego wszystkiego, ale też czuję się taka lekka. Leżę w wannie, biorę ciepłą kąpiel. Łazienka jest taka jasna… Nagle opanowało mnie przygnębienie. To zbyt ciężkie. Wyciągnęłam rękę i natrafiłam na przedmiot z metalicznym pobłyskiem. Na początku nie zauważyłam co to. Dopiero z czasem dotarło do mnie, że to nóż…
Kilka ruchów. I to miałby być koniec? Tak po prostu?

-Mama? – łapczywie złapałam oddech, by ostatkiem sił otworzyć oczy i spojrzeć na małą postać stojącą w drzwiach. Jej ciemne włosy spadają na przerażone ślepka. Stoi w kałuży krwi. Kałuży, która dostała się spod wanny aż do wejścia do łazienki. Woda w wannie przybrała szkarłatny odcień, tak jak białe kafelki na podłodze. 

Daddy it's me! Help Mommy, her wrists are bleeding!

Obudziłam się gwałtownie, słysząc pukanie do drzwi. Przerażona widokiem, który wymalował się w mojej podświadomości podczas snu, nie pomyślałam nawet kogo mogłabym się spodziewać o tej godzinie.  Zbiegłam po schodach i otworzyłam. 
-Luna.
-Szera. – byłam bardzo zdziwiona jej widokiem. U mnie w domu, do tego w ludzkiej postaci. – Wejdź. – odsunęłam się pospiesznie chcąc wpuścić ją do środka. Była cała przemoczona, a włosy, z których sączyła się woda, przykleiły się do jej policzków. – Co się stało?
-Mogę wziąć prysznic? – nie będę więcej pytała. Nie ma sensu. 
-Jasne. – jeszcze raz zerknęłam na nią zmartwiona i ruszyłam prowadząc ją do łazienki. Kiedy dziewczyna zniknęła za drzwiami ja udałam się do swojego pokoju. Przyszykowałam jej rzeczy na przebranie. Przecież nie może ubrać się w te mokre. Nie chcąc się narzucać, po prostu położyłam ciuchy przy drzwiach. 

Martwiłam się o Szerę. Wyglądała jakby się czegoś bała. Chciałam jej pomóc. Tylko problem leżał w tym, że nie wiedziałam jak. 
Zmagałam się z duszącym kaszlem, schodząc po schodach i krztusząc się zerknęłam na drzwi od łazienki. Niech dojdzie do siebie i wygrzeje się. 

Przez czas kiedy Szera pozostawała w łazience, ja przygotowywałam coś do zjedzenia. Po jakimś czasie usłyszałam niepokojące dźwięki z góry. Z sypialni. Musiałam to sprawdzić. Po raz kolejny tego dnia pokonałam drogę na piętro i stanęłam przed drzwiami od mojego pokoju. Niepewnie nacisnęłam na klamkę. Szera trzymała w dłoniach moją książkę. Łzy powoli spadały na jej kartki. Dziewczyna zauważyła mnie. Książka wypadła z jej rąk i z łoskotem uderzyła o posadzkę. Ciemnowłosa zerwała się z łóżka i wybiegła z pokoju. Byłam przestraszona i nie wiedziałam co robić. Jednak chciałam ją zatrzymać. Chciałam pomóc… Pobiegłam za nią. Nie byłam w stanie jej dogonić. Widziałam tylko jak jej postać znika za ścianą lasu…

Wróciłam na górę. Książka leżała na ziemi, otwarta na stronie, którą zobaczyła Szera. Napis na górze strony, wykonany odręcznie przeze mnie, rozmył się delikatnie przez łzę. 

Potrafisz ranić nawet milczeniem.
______ 
Wydaje mi się takie pomieszane. Z jednej strony nawet mi się podoba, a z drugiej jest dla mnie do bani. Nie ważne, sami oceńcie.
Luna, Córka Księżyca (04:15)

25 października 2011

Z dziennika mamuśki IV [Luna]

Podciągnęłam rękawy za dużej bluzy aż za łokcie. Sięgnęłam po mąkę w papierowej torebce i zaczęłam się z nią siłować, chcąc ją otworzyć. Obiecałam Thell, że upiekę ciasto, specjalnie dla niej.  PUF. Góra opakowana rozerwała się i biały pył osiadł na mojej twarzy, włosach i ramionach. Na usta cisnęło mi się bardzo, bardzo brzydkie słowo. Ale powstrzymał mnie dochodzący z pokoju obok dźwięk włączonego telewizora. Moja pociecha z pewnością by to usłyszała i z radością zaczęła powtarzać. Stwierdziłam, że nie ma sensu się już przebierać, bo i tak zaraz się pobrudzę. Wsypałam mąkę do miski stojącej przede mną na blacie i wytarłam twarz w rękaw bluzy.
Siedziałyśmy już razem z Thell przed piekarnikiem. Śmiałyśmy się i wygłupiałyśmy. Obserwowałyśmy jak rośnie nasze ciasto. Teraz już obie byłyśmy w mące, my i całe nasze ubrania. W takich chwilach byłam szczęśliwa, ale też czułam, że czegoś brakuje. Kogoś. Theliss już nie pytała o tatę. Nie pytała kiedy wróci i gdzie jest. Ja jednak nie umiałam zapomnieć. Wciąż trudno było mi uczyć się żyć bez niego. Wciąż czekałam i żyłam nadzieją, że któregoś dnia stanie w wejściu do kuchni i z delikatnym uśmiechem będzie patrzył jak krzątam się koło szafek.
-Dlaczego nosisz bluzę taty?
-Bo lubię. Podoba mi się. – wzruszyłam ramionami odpowiadając na pytanie dziewczynki. Spojrzałam na zegarek i uśmiechnęłam się. – Wyciągamy.
Na stole już stała blacha z naszym ciastem. Rozłożyłam talerzyki i dopiero zaskoczone spojrzenie małej uświadomiło mi co zrobiłam. Nakryłam do stołu dla trzech osób. Przeniosłam zmieszane spojrzenie na drzwi.
-Może ciocia An do nas wpadnie… - powiedziałam nie patrząc na dziewczynkę. Wydawało mi się, że mimo swojego wieku zrozumiała, że kłamałam. Podbiegła do mnie i wspięła się na fotel. Założyła rączki na moją szyję i przytuliła się. Zamknęłam oczy, a łzy zapiekły mnie pod powiekami…

Może gdybyś był, a nie bywał…
_______
To jest chyba najkrótsze i najbardziej bezsensowne "opowiadanie" jakie kiedykolwiek napisałam. Możecie je całkowicie zignorować.
Luna, Córka Księżyca (20:19)

20 października 2011

Z dziennika mamuśki III [Luna]

(Najlepiej byłoby gdybyście czytali w rytmie podkładu, tylko może on być za krótki. Ale najbardziej mi pasował, jeśli chodzi o klimat.)
     Podniosłam papierosa do ust i poczułam jak dym wpływa do moich płuc.
Jest wcześnie, nie ma jeszcze siódmej. Na dworze szaro, słońce jeszcze nie wstało, nie rozgoniło reszty nocy, która kryła się w ciężkiej mgle unoszącej się nad polami i w ciemnym lesie, tylko delikatnie promienie słońca, z trudem przedzierające się przez szare, deszczowe chmury oświetlały drogę przed domem.
-Kochaj mnie, kochaj. – zanuciłam jednocześnie wypuszczając biały dym z ust, który momentalnie zmieszał się z resztą powietrza. Zniknął, zniknął tak jak część mojego życia. Przed chwilą był, a za moment, bez ostrzeżenia rozpłynął się. I już go nie było. – Kochaj mnie, kochaj… - I już go nie było. Te słowa rozwiały się w szarej przestrzeni. W szarym, ciężkim i smutnym życiu. Pustym życiu.
  
  To już był codzienny rytuał, do którego przywykłam. Tak jak do jednego zdania, które wciąż krążyło w mojej głowie.  Zgasiłam niedopalonego papierosa w popielniczce. Było bardzo zimno. Usłyszałam ciche miauknięcie. Po poręczy balkonu zwinnie i z gracją spacerował bury kocur. Wyciągnęłam w jego stronę rękę, a on otarł się o nią z cichym pomrukiem. Schyliłam się do niego i przytuliłam jego jasny pyszczek do swojego policzka.
-Nie mam dziś nic dla ciebie. Przepraszam, kocie. – musnęłam ustami jego zimny nos i przejechałam dłonią po jego grzbiecie. – Przyjdź jutro. To coś dostaniesz. – w odpowiedzi usłyszałam zduszony pomruk. Wróciłam do pokoju zostawiając na chwilę otwarte drzwi. Kocur dziś nie miał zamiaru wejść do środka, chociaż czasem to robił. Zrzuciłam z siebie bluzę i zagrzebałam się w ciepłej jeszcze pościeli. Chociaż robiłam tak codziennie, nigdy nie udawało mi się zasnąć. Westchnęłam ciężko i zamknęłam oczy. Znów usłyszałam tupot małych stóp na korytarzu. Albo mi się tylko wydawało. Podłoga nie zaskrzypiała cicho, więc nikt nie wyszedł z pokoju obok. Przyzwyczaiłam się do tego wszystkiego tak bardzo, że nie przyjmowałam do siebie faktu, ze może być inaczej.
     Minęła godzina. Słyszałam dokładnie każde z ośmiu uderzeń zegara.  Leniwie zsunęłam z siebie kołdrę i przecierając zmęczone z niewyspania oczy ruszyłam w stronę kuchni. Od dawna nie sypiałam dobrze. Kładłam się późno, wstawałam wcześnie i nic na to nie mogłam poradzić, chociaż zmęczenie fizyczne doskwierało coraz bardziej. Zawsze odwlekałam moment odpłynięcia w świat snów. Bo wtedy bolało najbardziej… Bolała samotność. Pusta połówka łóżka.
     Wchodząc do kuchni zerknęłam na drzwi wejściowe. Nikt nie stał przed nimi, nie wpatrywał się tęskno w klamkę. Korytarz był pusty. Postawiłam dwa kubki na stole, już dawno przestałam z przyzwyczajenia sięgać po trzeci. Nie był potrzebny.
     Weszłam do pokoju Thell i ujrzałam burzę jej ciemnych włosów w łóżku. Była przykryta po sam nos. Uśmiechnęłam się delikatnie i musnęłam wierzchem dłoni jej policzek. Mała usiadła i przytuliła się do mnie mocno.
-Dzień dobry, mamo. – wyszeptała mi do ucha, a ja w ramach powitania ucałowałam ją w czoło.
-Idziemy na śniadanie, a potem na spacer? – odpowiedział mi uroczy, uśmiech i kiwnięcie głowy. Widziałam entuzjazm w jej szarych oczkach. Tak, szarych… Wszystko teraz zrobiło się szare. - To ścigamy się, kto pierwszy będzie w kuchni! Tylko uważaj na schodach. Raz…Dwa…Trzy…Start! – Gesha wyskoczyła z łóżka i pognała w stronę drzwi. Tyle ją widziałam. Zaśmiałam się i ruszyłam za nią.
- Wygrałam, mamo, wygrałam!
     Kiedy kubki z herbatą zostały opróżnione, a my obydwie już się ubrałyśmy i przygotowałyśmy do wyjścia, spojrzałyśmy na siebie uśmiechnięte i wyszłyśmy z domu. Chwyciłam małą za rękę i zaczęłyśmy spacerem nowy dzień. Pierwszy dzień reszty naszego życia.
____
Do bani. Wyszłam z wprawy. Wydaje mi się to takie puste. Ale jakoś naszła mnie ochota na napisanie czegoś. Więc napisałam, z marnym skutkiem, no ale...
Luna, Córka Księżyca (18:59)

18 września 2011

Fever. [Luna]

18 września 2011

-Lu? Wszystko ok? - otworzyłam zmęczone oczy słysząc delikatny głos mojej siostry. Tak właściwie, to nic nie było ok. Czułam się okropnie. Złapało mnie jakieś paskudne przeziębienie, od dwóch dni bolała mnie głowa. Dawno nie byłam tak chora. 
-Czy ja wiem. An, mogę Cię o coś poprosić? - odpowiedziałam ochryple, z trudem wydając z siebie jakiekolwiek dźwięki. 
-Śmiało.
-Weźmiesz dziś Thell na noc do siebie? Nie chciałabym jej zarazić, a jestem wykończona... - Anaid jedynie skinęła głową, a ja podniosłam się z trudem i ruszyłam w stronę swojej pociechy. Gesha tak beztrosko bawiła się z Tin. Widziałam również jak Tee zerka co chwilę na małą. Nie mogłam trafić na lepszych rodziców chrzestnych. Posłałam mizerny uśmiech do basiora i ukucnęłam przed małą, która wyciągnęła w moją stronę swoje małe rączki. Ucałowałam ją w czółko i przytuliłam do siebie.
-Dziś będziesz spała u cioci Andzi, Thell. 
-Ciego? - Dziewczynka przekręciła główkę na bok i wlepiła we mnie swoje szmaragdowe ślepka. 
-Źle się czuję, nie chcę żebyś też była chora. Zobaczymy się rano, skarbie. Dobranoc.
-Branoc, mama. - Odchodząc obejrzałam się, a mała pomachała mi z wielkim uśmiechem.

Nawet nie jestem w stanie przypomnieć sobie jak pokonałam drogę do swojego domu. Po prostu upadłam na łóżko i zamknełam oczy. Momentalnie zapadłam w sen...Mineło może kilkanaście minut, może kilkadziesiąt, sama nie wiem, kiedy obudziłam się. Nie miałam siły się podnieść, w ogóle ruszyć. Czułam pulsowanie w skroniach, okropny ból głowy.Przez moje ciało przechodziły dreszcze, było mi zimno. Przerażająco zimno. Chciałam coś zrobić, cokolwiek, ale nie mogłam. Ostatkiem sił obróciłam się na bok, poczym bezwładnie zsunełam się z łóżka na ziemie. Kręciło mi się w głowie. Nie miałam pojęcia gdzie jestem i co mam dalej robić. Chwyciłam za szafkę i podniosłam się, jednak przez zawroty głowy i słabość w nogach nie mogłam zrobić ani kroku o własnych siłach. Przylgnęłam bokiem do ściany i powoli powlokłam się przed siebie, sunąc nogami po ziemi. Nie wiem jak udało mi się dostać do łazienki. Ledwo co widziałam. Czułam się jakby mi zaraz miało rozsadzić czaszkę. Stanęłam nad umywalką i nabrałam zimnej wody w dłonie, obmyłam nią twarz. Jednak to przyniosło tylko krótkotrwałą ulgę. Nagle poprostu osunęłam się na kafelki. Zaczełam krztusić się przez duszący kaszel. Nie mogłam wziąć oddechu. Poczułam krew w ustach. 

Zrobiło się ciemno. Jakby ktoś bez ostrzeżenia wyłączył światło. Zupełnie nie wiedziałam co się dzieje. Czułam straszną pustkę, zimno.Bałam się. Ten strach mnie sparaliżował, czułam jakbym powoli zapadała się w ciemność, odpływałam...
>tu wyłącz muzykę!<

Leżałam w swoim łóżku, wtulając się w ciepły tors osoby leżącej obok, która szeptała coś cicho, kojącym, głębokim głosem. Znajomym głosem. Ale nie mogłam zrozumieć sensu szeptanych słów. Nie przeszkadzało mi to jednak. Czułam się bezpieczna. 

-Musisz poradzić sobie sama. Teraz nikt nie może Ci pomóc... - Te dwa zdania były niczym wylany na mnie kubeł zimnej wody. Cały obraz spokoju rozwiał się nagle... Na nowo narodziło się we mnie uczucie niepewności. Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę z tego, że leżę na ziemi. Wcześniej musiałam upaść i stracić przytomność. W domu było szaro, zaczynało świtać. Niewiele pamiętałam z tego co działo się w nocy. Właściwie to nic nie mogłam sobie przypomnieć.

Usiadłam na fotelu, owinięta grubym kocem, z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Wlepiłam nieobecne spojrzenie w okno. Jesień zbliżała się nieubłagalnie. Widać było już pierwsze pożółkłe liście. Nigdy nie lubiłam tej pory roku. Wprawiała mnie w ponury nastrój, coś w stylu depresji. A do tego dołączyła się teraz przytłaczająca samotność. To już miesiąc... Tęsknię. Tak bardzo tęsknię...
_________________
Chciałam bardzo podziękować Szerze za ogromną pomoc przy tym opowiadaniu. Bardzo mi pomogła. Dziękuję Szer!
Luna, Córka Księżyca (18:42)

5 września 2011

Z dziennika mamuśki II [Luna]

- Mamamamamam! Amamam mama! 
- Idę, idę Thelli, już biegnę. - wrzuciłam garnek do zlewu, który uderzył o dno z hukiem i wyskoczyłam z kuchni. Z rozpędu pokonałam zakręt między przedpokojem a schodami i wpadłam na nie z akompaniamentem wrzasków, płaczu, przeraźliwego lamentu. Dobrnęłam do drzwi od sypialni i odsapnęłam na sekundę chwytając się futryn. Kiedy weszłam do środka dźwięki rozpaczy ucichły, a widok zapłakanej buźki ciemnowłosej dziewczynki zastąpił obrazek uśmiechu od ucha do ucha. 
Gesha siedziała w swoim łóżeczku i jak gdyby nigdy nic wpatrywała się we mnie z tym radosnym uśmiechem. Nie było śladu po dramatycznym płaczu, który tworzył w głowie miliony czarnych wizji. Opanowała to do perfekcji. Wołanie drżącym głosikiem, nagły wrzask i płacz. W najmniej odpowiednim momencie. Zawsze. Ale jak można byłoby nie wybaczyć wszystkiego widząc wesołą postać dziecka, które wręcz emanuje szczęściem i znikają wszystkie jego troski na widok znajomej osoby. Na widok mamy. 
Pospiesznie wyciągnęłam małą z łóżeczka i cmoknęłam w czoło. Jej małe rączki zawędrowały na moje policzki, właśnie teraz stwierdziła, że musi skontrolować, czy mama ma wszystkie elementy na twarzy w odpowiednim miejscu,  dokładnie dwie sekundy po tym jak wyjęła łapki ze swojej bezzębnej jeszcze buzi. Kto by zwracał uwagę na tą ślinę, kiedy trzyma się w ramionach swój mały skarb? Chwyciłam czystą pieluchę i wytarłam zaślinione usteczka i brodę Thell, a także swoją twarz i jej rączki. Taki rytuał, kiedy wychodzą ząbki.
I tak nie mogę narzekać, bo w przeciwieństwie do tego co było dwa dni temu, tej nocy mała „dała się wyspać”. Całe cztery godziny nieprzerwanego snu! Cztery godziny! Myślałam, że będzie gorzej, bo mała spała dość długo w dzień, a tu takie miłe zaskoczenie. Robiąc głupie miny, łaskocząc i bawiąc się z dzieckiem wędruję przez dom, robię wszystko co zawsze, tylko z małym, śmiejącym się bezustannie, słodkim balastem.
Czasem zatrzymywałam się na moment, spoglądałam w te małe, zielone ślepka, zupełnie takie same jakie ma druga najważniejsza osoba w moim życiu, a wtedy po prostu siadałam i zajmowałam się Thell, prace domowe i wszystko inne schodziło na drugi plan. Zadziwiało mnie to w jak dużym stopniu oczy Geshy były podobne do oczu jej taty. Ten sam kształt, kolor niemalże identyczny. Zatracałam się w wesoło harcujących ognikach w tych cudownych gwiazdkach w kolorze nadziei.
W końcu nadchodzi wieczór. Cichy, chłodny wieczór. Czas, w którym wszystko się uspokaja i wycisza. Nawet moja mała pociecha. Czasem siadamy razem w oknie, Thelli na moich kolanach i razem podróżujemy po rozgwieżdżonym, ciemnym niebie. Nasze spojrzenia wędrują w tym samym kierunku. Wtulone w siebie, ogrzewając się nawzajem swoim ciepłem, uciekamy myślami gdzieś daleko.
- Tata? Tata i mama..? – cieniutki głosik delikatnie zmącił ciszę, jednak nie przerwał jej drastycznie, jedynie wkomponował się w nią swoim czystym brzmieniem.
- Tata przyjdzie. Zobaczysz. Wiem, że też Ci go brakuje, niedługo z nami będzie… - Nasze spojrzenia ponownie utknęły gdzieś pomiędzy gwiazdami. Niedługo później Gesha zasnęła, przytulając policzek do mojej szyi. Oddychała cichutko i równomiernie. Westchnęłam i odniosłam ją do łóżeczka, otuliłam kocykiem i odgarnęłam ciemne włoski z jej czoła. 
- Dobranoc, gwiazdko. 
___________
Fffffff. Nie miałam podkładu do początku, za drugi podkład dziękuję Fence. I tak jest do dupy to opowiadanie, starałam się, a wyszło jakbym pisała na siłę... I nie ujełam jednej rzeczy jaką chciałam ująć, fuck the system.
Luna, Córka Księżyca (19:15)

16 sierpnia 2011

Z dziennika mamuśki. [Luna]

Jak długo można płakać? Godzinę? Dwie? Nastały czasy, kiedy się o tym przekonam...
*** 02:16 ***
Płacz. Przeszywający cały dom, przeraźliwy wrzask. Na zewnątrz ciemno, wewnątrz ciemno. Niechętnie wygramoliłam się z pustego łóżka, rzucając tęskne spojrzenie ciepłej kołdrze. Podeszłam do dziecięcego łóżeczka i wyjęłam z niego moją maleńką latorośl, która łkała jakby dom się palił, a świat jutro miał się skończyć. Chwyciłam jej zimną, miniaturową rączkę, z miniaturowymi paluszkami i pocałowałam ją delikatnie, przytuliłam małą do siebie. Nie darła się już jak obdzierana ze skóry, jedynie kwiliła tak żałośnie, że aż serce się krajało. Nie mogłam karmić tak jak wszystkie inne ludzkie matki, ze względu na mój tryb życia. Zeszłyśmy więc razem do kuchni, a ja z na wpół przymkniętymi powiekami krzątałam się, aby podgrzać mleko. 
*** 02:34 ***
- Biedna Ty moja mała, nieślubna dziecinko. - Mruczałam cicho, kiedy Thell opróżniała butelkę z mlekiem. Moje łóżko mnie wołało, słyszałam to. Słyszałam ten godny pożałowania głosik z sypialni: "Chooodź do mnieee, chooodź, prześpij się! Potrzebujesz snu! Właśnie teraz! Chooodź!" . A ja wtedy twardo musiałam odpowiadać: "Jestem zajęta. Prześpię się później." . Tekst, który na długo zagości w moim słowniku. "Prześpię się później.". Kiedy dziewczynka wlała w siebie całe przygotowane dla niej mleko, nawet nie miałam siły, ani ochoty, umyć butelkę, rzuciłam nią do zlewu, a sama udałam się do góry. Sunęłam jak cień, po schodach, przez korytarz, aż do pokoju. Nastąpiła faza "Spróbuj mnie teraz zmusić żebym zasnęła, mamusiu!". To jest dopiero zabawa. Łażę w kółko, kołyszę się na boki, śpiewam cichutko - nic. 
- Ty też musisz spać. Uwierz mi. - Odpowiada mi dzika salwa śmiechu. W końcu kładę się do łóżka a mała leży koło mnie. Wmawiam sobie, że poleżymy tak chwilkę, a ona na pewno zaśnie. Tak, wmawiam to sobie. Zasypiam ja, a ona leży i beztrosko macha rączkami i nóżkami, jakby brała udział w maratonie. 
*** 04:03 ***
Budzi mnie kwilenie. Oho, co tym razem? Podnoszę się i dostrzegam Thelissę leżącą obok mnie, na łóżku. Czyli jednak zasnęłam przed nią i nie zdołałam zanieść jej do łóżeczka. Biorę małą na ręce i kieruję się ku szafce. Wyciągam czystego pampersa, talk i kremik. Później następują wszystkie czynności związane z przebieraniem dziecka. Zrobione. Czyste, suche dziecko. 
*** 04:11 ***
-Można iść spać, prawda słonko? - Mówię cichutko, z nadzieją na sen. Dłuższy, nie przerwany sen. O dziwo, kiedy doszłam do dziecięcego łóżeczka Thell spała. Sprawdziłam, czy na pewno śpi, czy może po prostu mam omamy. Spała. Tak! Spała! Pocałowałam ją w  jej małe czółko i odłożyłam. Otuliłam kocykiem i sama rzuciłam się na łóżko. Natychmiast odpłynęłam w błogi niebyt. Sen. 
*** 06:20 ***
Płacz. Koniec spania. Dzień się zaczął. Przytulam dziecko do siebie, po czym kładę je na swoim łóżku, a sama opieram się nad nim. Teraz następują wygłupy, gilgotanie i tym podobne. Kiedy ja robię coś bezsensownego i głupiego Thell zaczyna cieszyć się jak opętana. Ja gilgoczę ją, ona odpowiada pociesznym śmiechem i falą śliny na swojej buzi. Ja wycieram ślinę z jej twarzyczki, ona łapie mojego palca i bierze go do ust, w wyniku czego cała moja dłoń jest zaśliniona. Ja próbuję odzyskać mój palec w całości, ona z jeszcze bardziej zadowoloną miną ściska go mocniej, a wtedy ja już nie mogę się opierać i wracam do głupich zabaw. 
*** 06:31 ***
Dobra, koniec. Trzeba coś zjeść. Z Thelli na ręku podgrzewam mleko, równocześnie tworząc dla siebie jakąś kanapkę. Mleko gotowe, Thell dostaje butelkę, a ja delektuję się porannym posiłkiem. 
***
Dzień mija dość spokojnie. Wręcz nudno. Siedzimy na polanie. Thell śpi albo w moich ramionach, ramionach ciotki Andzi, lub ewentualnie w nosidełku. Śpi spokojnie, jedynie czasem wybudzając się kiedy ktoś zaczyna hałasować. 
Wszyscy pomyślą pewnie, że z dzieckiem to same problemy. Pomimo braku snu i częściowej utraty słuchu spowodowanej płaczem, jest zupełnie inaczej. Nic nie zastąpi wspaniałych uśmiechniętych oczek, na widok mamy. Dzikiego śmiechu i radości z bezsensownych rzeczy. Małych rączek chwytających palce i przytulających się do maminej szyi. Macierzyństwo jest cudowne. 
Tylko... Tatusiu, wracaj.

Luna, Córka Księżyca (23:41)

14 sierpnia 2011

Look at me, mum. [Luna]

14 sierpnia 2011

Dziwny ucisk. Nagły ból. Tak jak szybko się pojawił, tak szybko też zniknął. Położyłam dłonie na swoim ciążowym brzuchu i pogładziłam go. Czułam jak dziecko się porusza. Czy to już?
Postanowiłam jednak zignorować ten pojedynczy skurcz. 
Siedziałam ze wszystkimi na polanie. Trudno mi było skupić się na rozmowach. Chyba się denerwowałam. Chyba się CHOLERNIE denerwowałam. Ale nie chciałam panikować. Udawałam, że wszystko jest w porządku. Jedynie Anaid dostrzegła moje skrzywienie się, kiedy poczułam ból. Spoglądała na mnie pytającym wzrokiem, jednak ja zbyłam ją wzruszeniem ramionami. 
Takie pojedyncze skurcze powtórzyły się kilkakrotnie w dość długich odstępach czasowych. Ale byłam wręcz pewna, że niedługo to się zacznie. Kolejny ucisk, ból. Dużo mocniejszy niż wcześniej. Nie mogę dłużej czekać. Wstałam ostrożnie i niemal zginając się w pół skinęłam na siostrę, która podbiegła do mnie.
- To już. Pomóż mi.- wysyczałam przez zaciśnięte z bólu zęby. Wymknęłyśmy się jakoś z towarzystwa, szłyśmy do domu. Nie chciałam robić z tego nie wiadomo jakiej sensacji. 
-Gdzie jest Twój tata? - zdążyłam wyszeptać zanim zgięłam się pod wpływem kolejnego skurczu.
***
- Dziewczynka. - Głos Anaid przedarł się przez wrzask noworodka.  Uśmiechnęłam się i otworzyłam, do tej pory zaciśnięte oczy. 

***
Mała urodziła się 14 sierpnia. Po godzinie 19. 

Nazywa się Theliss Gesha [Podwójne, z prostego powodu. Nie mogłam się 'zdecydować'.]. Można na nią mówić Thel, Theli, Gesh. Jest drobna, o szaro - zielonkawych oczach. Ma dość ciemne włosy, pewnie będzie brunetką, lub szatynką. Jest człowiekiem, jednak podejrzewam, że jest również zmiennokształtna. Najprawdopodobniej będzie posiadać jakąś kocią postać, ale nie wiadomo jeszcze jaką. 
Luna, Córka Księżyca (19:36)

2 kwietnia 2011

Ja się tego wyrzekam [Luna]

02 kwietnia 2011

Nie chcę Cię częstować śmiecią. Życie piękniejsze jest niż śmierć. Każdą swoją żywą częścią wybieram życie.

Ogarnęła mnie dziwna niechęć do wszystkiego. Marazm i otępienie. Chciałabym znów zacząć żyć. Cieszyć się i być wolna. Jakoś mi do nie wychodzi ostatnio. Wszystko dzieje się według utartego schematu. Budzę się. Jestem na polanie. Leżę. Upominam się o czyjekolwiek zainteresowanie. Nudzę się. Tak właściwie to nie robię nic. Przez jakiś czas było lepiej. Czułam się niejako zadowolona. Jakoś wszystkie moje zmartwienia zeszły na dalszy plan. Nie przejmowałam się nimi. Byłam sama i nie męczyło mnie to. Byłam panią własnego życia i nie musiałam się nikomu podporządkowywać. Ale znów zaczęłam tęsknić za tym byciem dla kogoś. 

Nigdy nie każ mi wybierać. Bo jeszcze wybiorę źle.

A noce nieprzespane, siedząc w oknie zastanawiam się jakby to było gdyby... Roztrząsam wspomnienia. Nie umiem żyć teraźniejszością. Żywię się tym co było. Nie umiem zapomnieć. Przez to zaczyna mnie boleć przeszłość. Ból który czułam wtedy, czuję teraz. Albo radość, którą straciłam. Ona też boli. Bo nie chce wrócić. I z jednej strony czuję się dobrze ze swoją samotnością, bo uczę się polegać na sobie i nie uzależniać od innych, a z drugiej panicznie boję się tego, że tak będzie już zawsze. Że noce będę spędzać sama, siedząc w oknie i rozmyślając.

Ja do Ciebie bez nóg znajdę drogię. Ja Cię pochwycę sercem jak ramieniem.

Boję się, że Cię tracę i już nie będzie szansy na odzyskanie. Ale to chyba nieuniknione. Wszystko się kiedyś kończy, wygasa. Nawet najgorętsze uczucia mogą z czasem stracić swoje kolory. Wszystko polega na tym, żeby wiedzieć kiedy i co ratować

Myślałam, że wraz z wiosną wróci mi entuzjazm. Nie wrócił. Myślałam, że wiosna wymaluje uśmiech na mojej twarzy i wraz z błękitnym niebem wróci ciepło do mojego serca. Stawiając malutkie łapki na trawie, lawirując między kałużami, spacerując wpatruję się w niebo. I znów myślę. I wspominam. I znów czuję ból.

`Jak spojrzysz w niebo i zobaczysz gwiazdę, która świeci najmocniej i najjaśniej to pomyśl wtedy o mnie, bo ja na pewno będę myślała wtedy o Tobie.` Pamiętasz? Ja pamiętam. Zatracenie w uczuciu. W bliskości i dotyku. Teraz to wszystko jest takie odległe. 

Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości... Jak Ty.

__________
Nieogarnięte wylewanie emocji. Wiem, że to jest bez zupełnego ładu i składu, ale musiałam.
Teksty pochodzą z piosenek: 
Pidżama porno - pryszcze
Happysad - damy radę
Akurat - zgaś moje oczy
Pidżama porno - nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości

Przepraszam, nikt nie musi tego czytać.
Luna, Córka Księżyca (23:57)

22 lutego 2011

Codzienność. [Luna]

22 lutego 2011

                Tracę poczucie czasu. Dni mieszają się z nocami. Nie istnieje już dla mnie ‘pora nasen’ i ‘pora na funkcjonowanie’, wszystko jest jednolite.  Kolejny dzień, dalsze czekanie, ciągłe rozmyślania. Bez przerwy myślę, nie ma takiego momentu w mojej egzystencji kiedy w moim umyśle nie wałęsają się myśli. Dlaczego?  Po co? Przeze mnie? Co zrobiłam nie tak?.Czy długo jeszcze? Czy dam radę? Co muszę zrobić?. Tyle pytań i żadnych odpowiedzi.  I do tego przeczucia. Czuję, że dziś coś się zmieni. Czekam cały dzień, a wieczorem znów się zawodzę. Przestaję wierzyć wsiebie. W swoją siłę. W to, że nadal daję radę. Jest coraz trudniej.
                Mróz od jakiegoś czasu był nie do wytrzymania. Oszronione szyby, zaszklone lodowym dywanem chodniki i zaprószone śniegiem dachy, drzewa… Piękny widok, a zimno przejmujące. Chłodne powietrze drażniło płuca, od niego uroczo czerwieniły się policzki. A oczy zachodziły łzami. Zresztą sama już nie wiem, czy łzy spowodowane były temperaturą, czy samopoczuciem. Bo ja chyba już nic nie czułam. Ja po prostu jestem.  Egzystuję. Funkcjonuję. Bo życiem tego już nie nazwę.
                Siedząc na parapecie w kuchni przyglądałam się pustym ulicom. Wyciągnęłam z kieszeni zapalniczkę i paczkę papierosów. Szlag. Przecież rzucam. Cisnęłam pudełeczkiem o podłogę zaślepiona jakąś nagłą złością. Chciałabym tak rzucić wszystko.Rzucić i pójść ‘w pizdu’ daleko. Boli mnie głowa. Od tygodnia prawie bezprzerwy. Od dwóch dni nic nie jem. Od miesiąca nie palę. Brakuję mi kogoś do kogo mogłabym się przytulić. I żeby było mi ciepło. Bezpiecznie. Silne ramiona,albo trochę sierści, jakoś tak pusto tu wszędzie…
Co się z Tobą stanie, gdy Ci ufać przestanę?
                Okryta swoją grubą bluzą, chociaż nawet ona nie dawała rady zatrzymać fali mrozu,wyszłam na dwór. Gwizdnęłam krótko na palcach idąc wzdłuż linii pierwszych drzew. Po chwili marszu zza ściany lasu wyjrzały na mnie ciemne, błyszczące ślepia. Chandra podeszła do mnie potrząsając wesoło grzywą. Uśmiechnęłam się do niej i poklepałam ją po szyi. Skierowałam się w stronę ciemnego zagajnika. Pochwili już na czterech wilczych łapach przemierzałam swój drugi dom. Las. Mmm.Ten zapach jest taki…Taki swój. Klacz biegła zaraz obok mnie.  Równo, tym samym tempem, dopasowane oddechy,idealny rytm. Wszystko tak jak trzeba. Jesteśmy jednym.
                Po jakimś czasie wpadłyśmy na polanę HOTN. No nie powiem, tłumów tam nie było.Tylko kilka osób. Te znudzone miny, ospałe spojrzenia. Zima pełną gębą. A mnie wszyscy znów widzieli taką…Zwykłą. Taką jaką widzą zawsze. Inną. Nie taką jaka jestem.  Znów udawałam, że wszystko jest ok.Znów udawałam, że jestem wesoła, że potrafię się cieszyć. Znów uśmiechałam się,chociaż nie widziałam ku temu powodów.   
Wciąż czekałam.

Świat się dowiedział…Nic nie powiedział…
Luna, Córka Księżyca (20:12)

28 grudnia 2010

... [Luna]

27 grudnia 2010


Wiatr we włosach. I łzy na twarzy. Dodałam łydek popędzając Chandrę jeszcze bardziej. Klacz zwinnie pokonywała zaspy i wystające konary. Zaniosłam się ochrypłym kaszlem, przytuliłam się do szyi demonicy nie mogąc złapać tchu. Bolała mnie cała klatka piersiowa. Po chwili udało mi się zaczerpnąć powietrza. Odetchnęłam głęboko, po czym mój spokój znów przerwała salwa kaszlu. Podkrążone, zaszklone oczy łzawiły z mrozu i z mojego podłego samopoczucia. Zaczerwienione z zimna dłonie zaciskałam na grzywie karej. Popędzałam ją coraz bardziej, wiedziona nieznanym impulsem. Nagle moja towarzyszka zatrzymała się, a ja o mało co nie wyleciałam przez jej łeb. Zeskoczyłam z jej grzbietu i spojrzałam w jej ciemne ślepia. Przejechałam dłonią po jej chrapach, szepcząc:
- Co cię do tego skłoniło, kochana? - klacz zarżała niespokojnie, a ja odwróciłam się, gdyby nie Chandra to leżałabym na ziemi jak długa. Spojrzałam na sylwetkę malującą się przede mną. Zatrzymałam wzrok na zielonych, hipnotyzujących oczach. Tych samych. Nagle klacz wyskoczyła zza moich pleców i ruszyła prosto w postać owego mężczyzny, z przerażeniem patrzyłam jak rozpływa się w powietrzu, tak jakby nigdy go tam nie było. Załamałam ręce, po czym upadłam na kolana. Usiadłam na swoich stopach i zamknęłam oczy. Znów czułam się tak cholernie osamotniona. Nie było Chandry, nie było Jego, Jej. Nikogo. Nagle wszystko stało się takie puste. A było tak dobrze. Do czasu. Do wczoraj, dokładniej. I znów zaczęłam myśleć. Nie mogłam spać, nie chciałam jeść. Cały czas myślałam. A to myślenie zabija mnie od środka. Tworzę sobie iluzje, swoje wymysły, snuję przypuszczenia, boję się. Po chwili poczułam zimne powietrze na karku. Wzdrygnęłam się, a Chandra musnęła chrapami moje włosy. Wstałam niechętnie i westchnęłam. Jedną ręką objęłam ją za szyję i ruszyłam w stronę polany, na piechotę. Kara szła dopasowując się do mojego tępa, a ja wlokłam się jak cień, z opuszczoną głową. Znów dopadł mnie atak kaszlu, po kolejnej salwie splunęłam krwią na śnieg i otarłam usta dłonią krzywiąc się. 
- Mam do ciebie prośbę... - pokręciłam głową, nie patrząc na Chandrę. - Następnym razem się nie zatrzymuj. Chyba, że będzie prawdziwy. 


_____
Niee, strasznie mi się nie podoba, no ale miałam potrzebę opublikowania czegokolwiek. Możecie tego w ogóle nie czytać. 
WTF, czemu to takie krótkie?
Luna, Córka Księżyca (22:57)

20 grudnia 2010

Opowiadanie stadne cz. XIV [Luna]

19 grudnia 2010


Wyciągnęłam zza paska zaciśniętego na udzie sztylet i rzuciłam nim prosto w czarny łeb wielkiego psa.  Głowa zwierzęcia  zalała się krwią, po czym cielsko upadło na ziemię wijąc się, w końcu wydało z siebie ostatnie tchnienie.  Spojrzałam przez ramię na swoje zdezorientowane towarzyszki. Nie czekając dłużej zagwizdałam cicho, a po chwili w zaroślach pojawiła się ciemna klacz.
-  Chodźcie –powiedziałam cicho i przywitałam się ze swoim demonem. – An wskakuj, Mi powinna nadążyć. -  wskoczyłam zgrabnie na Chandrę, po czym wciągnęłam na jej grzbiet Anaid, dodałam łydek i ruszyłyśmy galopem przed siebie.  Wilczyca biegła raźno obok, dotrzymywała nam kroku.  Starałam się przypomnieć  sobie słowa hieny.  Wyszeptałam do ucha klaczy miejsce, do którego zmierzałyśmy. 
Przemieszczałyśmy się bardzo szybko.  Anaid odwróciła się i zauważyła, że Mi-Chan zniknęła. Cała nadzieja nagle prysła.  Nie słyszałam żadnego krzyku, wycia, nic. Mi jakby się po prostu rozpłynęła.  Jednak obydwie stwierdziłyśmy, że trzeba znaleźć starą kobietę, potem zajmiemy się resztą.  Biegłyśmy wzdłuż rzeki, po ok. 2 godzinach zauważyłyśmy, że ta zaczęła się zwężać . Ucieszyłam się, a Chandra przyśpieszyła jeszcze bardziej.  An rozglądała się, wyglądała jednak na zaniepokojoną.  W końcu zatrzymały się,obydwie równo zeskoczyłyśmy z klaczy, podziękowałam i przytuliłam się do jej szyi, po czym ta odbiegła i zniknęła.
- Wiesz, że nadal nie wybaczyłam Ci tego głównego szamana? –Uśmiechnęłam się figlarnie i trąciłam An ramieniem, po czym uklęknęłam na ziemii spojrzałam przed siebie. Nic nie było widać, jednak skoro Chandra zatrzymała się właśnie tu, to WŁAŚNIE TU, powinnyśmy być. Zastanowiłam się przez moment, po czym narysowałam przed sobą palcem półkole, a nad nim różnorodne znaki.
- Pomysłowe. – wtrąciła An przyglądając się moim poczynaniom.  Uśmiechnęłam się pod nosem,po czym wyszeptałam najciszej jak umiałam:
- Paschae ad altera mundus. – Przede mną nie było już zielonego lasu, widziałam czarno-biały świat. Inny.  Tylko Anaid nadal miała ‘swoje kolory’, wkońcu jest główną szamanką.  Kilka metrów przed nami rysowała się nie duża chatka.
- Reditum. -  Kiedy poraz kolejny otworzyłam oczy, znów wszystko było takie jak wcześniej. – Chodź,An, już wiem. – żwawo ruszyłam w stronę chatki, której teraz nie było widać.  Tym razem moja towarzyszka zaczęła działać.  Chodziła w tą i z powrotem szeptając pod nosem.
- Illustro…Ostensum… Non clan… - wtem zatrzymała się i spojrzała z dumą przed siebie. Ja też to zobaczyłam. Chatka, pojawiła się.  Podeszłam do ciemnowłosej i przybiłam z nią piątkę.  Bez wahania weszłyśmy dośrodka.  Była to mała izba, drewniana podłoga, drewniane ściany.  Na boku stało małe łóżko, kawałek dalej stolik nakryty ładnym obrusikiem.  Koło okna stała przygarbiona, staruszka. Miała siwe włosy i była bardzo niska, widać było po niej, że dużo przeżyła.
- Jesteście zdolne. Wiem po co przybywacie. – do naszych uszu dobiegł jej głos. Był świszczący, ostry.
- To dla nas bardzo ważne… - odezwałam się niepewnie.
- Nic nie mów. – kobieta skarciła mnie, poczułam się tym bardzo dotknięta, spuściłam głowę i już nic nie mówiłam.
- Pomogę wam, ale musicie mi odpowiedzieć na pytanie.   – kiwnęłyśmy głowami  zgadzając się na jej warunek.  – Czy nie zostawiłyście swoich towarzyszy poto, żeby laury za uratowanie Alphy zostały przyznane wam? – Zaskoczone tymi słowami skrzywiłyśmy się mimowolnie. Owszem, lubiłam kiedy mnie chwalono, chyba każdy to lubi, ale tutaj ważniejsza była Aldieb, niż jakaś tam chwała.
- Nie. – odparłyśmy równo.
- Oczywiście, że nie. – dodała jakby urażona tym pytaniem,Anaid.  Przez chwile zastanowiłam się,dlaczego hiena ostrzegała nas, żebyśmy ‘nie pozwoliły jej krzyczeć’.

_________
Poszło mi szybciej niż myślałam. Nie umiem sama stwierdzić, czy mi się podoba, czy nie, ale to wy ocenicie. Za wszelkie błędy przepraszam. No i przepraszam, że takie krótkie.  Nie wiem kto napisze dalej.   

Luna, Córka Księżyca (18:44)

16 listopada 2010

No handlebars. [Luna]

15 listopada 2010

Siedziałam na schodku przed domem wpatrzona w ścianę lasupodrygując nerwowo. Nigdy nie słynęłam z cierpliwości i nienawidziłam czekać nainnych.  Wstałam i zaczęłam dreptać wmiejscu. W końcu pojawiła się. Czarna jak otaczająca nas noc. Przebiegłam przezdróżkę i wpadłam do lasu. Chandra, mój demon. Mimo iż  ‘miałam’ ją od niedawna zdążyłam się już znią zżyć. Przywitałam się z nią czułym gestem. Pogładziłam ją po chrapach, aona przestąpiła z nogi na nogę i zarżała cicho. Nie czekając dłużej chwyciłamsię jej grzywy i wskoczyłam na jej grzbiet. Przejechałam dłonią po jej szyi idodałam łydek. Klacz ruszyła galopem przed siebie. Uparcie chciałam dowiedziećsię czegoś o swojej przyszłości, jednak Chandra nie chciała mi niczegozdradzić. Może to i lepiej… ? Las zaczął się przerzedzać, skąpany w księżycowejpoświacie wyglądał niesamowicie, magicznie. Tak jak moja towarzyszka, noc byłatajemnicza, intrygująca i piękna. Było dość chłodno, wiatr targał bezlitośniemoje włosy.  Znów czułam tą dziwnąpustkę. Tak jakby wewnątrz mojego ciała krążyła tylko krew, a serce pompowałoją nieustannie, a mózg był w głowie tylko po to, żeby nie była pusta, chociażco do ostatniego można by się sprzeczać.
-You know, it’s look so good tonight. – zaśpiewałam pocichu, a Chandra zawtórowała mi rżeniem.  
Jakiś czas później klacz zatrzymała się nad brzegiem jeziora. Zeskoczyłam z jej grzbietu. Mojestopy zmąciły ciemną, zimną taflę wody. W myślach rozchodziły się tylko dwasłowa, a na ustach tańczyły inne…
- Tęsknie za przeszłością, Chandra. – przytuliłam się doszyi mojej towarzyszki, a ona wpatrywała się w połówkę Księżyca.  – Bardzo tęsknię… - Zastanawiałam się ileczasu jeszcze minie zanim nauczę się żyć teraźniejszą chwilą. Zanim zacznętroszczyć się o przyszłość, a nie tylko pielęgnować wspomnienia. Czyścić je,odświeżać. Nawet te bolesne. Jakby chcąc nie pozwolić im zostawić mnie samej,jakby bojąc się je stracić, zapomnieć. Bo to one świadczą o tym, że to co było, zdarzyło się naprawdę.  Ogarnia mnie strach, że tracąc wspomnieniautracę przeszłość i te cudowne chwile, które chciałabym zatrzymać w swoim sercujak najdłużej. Dwa słowa, są takie… Surrealistyczne. Chociaż używane przezemnie często. Nie tylko przeze mnie.  Aleone są takie wyjątkowe.  Kilka głosek.Kilka liter, a są takie potężne.  Chandra musnęła chrapami mój policzek, po którym zaraz później pociekłyłzy.
- Przepraszam . Ale znów jest mi tak pusto i źle.  Tak jakby brakowało mi czegoś z tejprzeszłości.  Ona była taka… Łatwa.  - Klacz wyszła z wody i ułożyła się pod drzewem. Usiadłam obok, opierającsię o nią. Wtuliłam się w szyję Chandry i przymknęłam powieki.  Ciemność zakrywała świat. Jakby zbliżającasię czerń niszczyła wszystko dookoła.
Bo Ciebie mi brak. Ciebie mi brak…Oto ja, ten sam. Od tylu lat. Czekam…

____________
Znów krótkie i znów bardzo moje. Nie musicie się męczyć z rozgryzaniem tego. 
Luna, Córka Księżyca (20:54)

13 listopada 2010

Łapa w łapę. [Luna]

13 listopada 2010


Siedziałam przy stole opierając brodę na dłoni. Wpatrywałam się tępo w obraz rozciągający się za oknem.  Zauważyłam jak z pobliskiego lasu wyłania się biały, koci łeb. Wiedziałam czyj. Nie byłam pewna czy chcę wychodzić z domu. Spojrzałam na drzewa szarpane wiatrem, na szare chmury przemieszczające się po niebie, ptaki walczące z potężną siłą natury. Wstałam i wyszłam z kuchni, stanęłam przy drzwiach i położyłam dłoń na klamce. Zawahałam się.  „Wmów sobie coś innego i znajdź tą chwilę, jedną sekundę, w której zrobisz to czego nie chciałaś, wtedy o tym nie będziesz myślała i zrobisz to machinalnie.” Nacisnęłam klamkę i wyszłam.  Rzuciłam się biegiem przed siebie, wpadłam do lasu.  Irbisica czekała tam już na mnie.
-Hey, my Darling. – zmierzwiłam dłonią sierść na Jej karku, za co w podziękowaniu dostałam donośny pomruk.  Kocica szturchnęła mnie barkiem i zmierzyła wzrokiem.
-No co? Co dziś robimy? – As machnęła nonszalancko łbem i przeniosła wzrok przed siebie. Westchnęłam ciężko.  Po chwili stałam już na czterech małych, białych łapkach. Przeciągnęłam się leniwie mrucząc przy tym ochryple.
-No nareszcie. Przydało by się czasem pobyć sobą, co? – Aspeney znów na mnie spojrzała, a ja prychnęłam rozbawiona i skoczyłam przed siebie chcąc dorównać  Jej kroku, co nie było takie łatwe biorąc pod uwagę to, że Ona miała długie, potężne nogi, kiedy Ona robiła jeden krok, ja musiałam zrobić ich około trzech.  Tak więc truchtałam sobie spokojnie koło mojej Kociej Przyjaciółki. Szłyśmy w milczeniu, tak właściwie bez żadnego celu. Żadna z nas nie czuła potrzeby się odzywać. Wystarczyło, że byłyśmy ze sobą.  Jednak nie czułam się najlepiej, coś było nie tak. Czegoś mi brakowało.  Nagle skoczyłam na bark As i wgryzłam się w Nią.  Irbisica zaskoczona tym manewrem odskoczyła lekko na bok, po czym zaśmiała się krótko.
-Mierz siły na zamiary, kiciu. – Apeney rzuciła się do biegu. Wbiłam się pazurami w Jej skórę żeby nie spaść. Kocica gwałtownie skręciła i otarła się bokiem o drzewo, przez co mój grzbiet został przeorany o korę pnia. Przeskoczyłam na Jej kark i wgryzłam się w Jej ucho, a Ona zarzuciła łbem z cichym syknięciem.  Przeleciałam nad Nią, a spadając chwyciłam się Jej pyska. Obydwie roześmiałyśmy się.
- Bo Ciebie mi brak, Ciebie mi brak. – Zanuciłam cicho i zeskoczyłam na ziemię.
- Hm? – As spojrzała na mnie, a ja przeciągnęłam się i otrzepałam.
- Nie nic. Tak sobie zanuciłam… - już miałam odwrócić się i iść dalej kiedy zauważyłam Mi zmierzającą w naszą stronę.  As ruszyła truchtem do Niej,  wdrapałam się po nodze irbisicy na Jej grzbiet. Po jakimś czasie wszystkie, cała trójka usiadła na brzegu rzeki.  As, Mi, a w ich łapach ja.  Wpatrywałyśmy się w błyszczącą słabymi promieniami słońca taflę wody. Było już prawie dobrze. Ale jeszcze kogoś mi brakowało.  Wychyliłam się i spojrzałam w głąb lasu. Była tam, ale nie miałam na tyle odwagi by zawołać Jej imię, żeby przyszła do nas…

____
Strasznie mi się nie podoba. Dość długo to pisałam, zero weny. Podkład muzyczny nie będzie pasował, ale przy nim pisałam. No i ogólnie dupa. 
Luna, Córka Księżyca (11:54)

17 października 2010

Po sobotnich balach... [Luna]

17 października 2010


-Po sobotnich balach, chodniki zarzygane...- zanuciłam cicho i uniosłam dłoń z papierosem do ust. Zaciągnęłam się, a wiśniowy dym przenikał powoli do moich płuc. Wypuściłam powietrze zmieszane z szarą, drażniącą smugą. Tym razem zbliżyłam do ust szyjkę butelki czerwonego wina. Diarumy...Kadarka... Nieźle się prowadzę. A ty zabierz mu wszystko co jego, zabierz mu wszystko co jego. Ale nie rusz jego samego. Westchnęłam ciężko i zgasiłam papierosa o parapet, oparłam głowę na stole i zamknęłam oczy.

    "Pierwszy raz moje łzy pieką spływając po policzkach. Nienawidzę tego czasu, kiedy życie zaczyna mnie niszczyć, a ja nie mogę się podnieść. Nie mam na to siły. Już od jakiegoś czasu jestem na dole i nie mogę iść w górę. Po prostu chciałam, żeby ktoś wiedział, że ciągle i nadal mnie boli..." 

Mój list bez adresata. Cały czas leży pod poduszką, w sypialni. Spojrzałam na pobrudzony popiołem parapet i rozmazałam go jeszcze palcem rysując kształt serduszka. Jakie to płytkie i oklepane. Jeszcze raz uderzyłam głową w stół. Jęknęłam żałośnie i rozmasowałam czoło. 
-Kretynka - powiedziałam sama do siebie i wstałam. Chwyciłam butelkę wina i wzięłam łyka oblizując czerwone wargi. Przeczesałam dłonią włosy i wyszłam z domu. Ubrana w podarte jeansy i luźną koszulkę z krótkim rękawem, poczułam chłód, drżąc delikatnie szłam przed siebie w butach na wysokim obcasie. Nie rozumiałam sama po co mi to wszystko. Widziałam, wyrywali sobie ścierwo zębami, widziałam, grozili sobie karabinami...Hej czy nie wiecie? Nie macie władzy na świecie!  Weszłam do pobliskiego baru i usiadłam przy stoliku. Mój wzrok utkwił na tabliczce wiszącej na ścianie. Przekreślony papieros, "No smoking!". Nie to nie. Przez chwile zastanowiłam się nad faktem iż wyszłam z domu z butelką, a jestem tu bez niej. Chyba zaczęło mnie łapać. 
Żyłam jako wilk, razem z innymi. Normalnie, po wilczemu. Potem też jako kot, też z innymi. A teraz siedzę w ludzkim barze, w ludzkiej formie. Z paczką papierosów w kieszeni, zastanawiając się nad zamówieniem drinka. Jakie to jest ludzkie... A kiedyś tak źle czułam się w tej postaci. Czuję, że zaczęłam przesadzać, ale nie umiem z tym skończyć. Kiedy jest mi źle, w ludzkiej formie łatwiej radzę sobie z problemami. A raczej są dwie rzeczy, które pomagają mi o owych problemach zapomnieć. Po schodach na piechotę, raczej rady nie damy...Trasa bardzo dobrze znana. Co to za życie, pytam? Takie trochę, kurwa, do bani. Będziemy zorganizowani, poważni i przezorni. 
- Następnym razem, zastanów się lepiej. - szepnęłam do siebie. Podniosłam rękę, a między palcami trzymałam banknot, uśmiechnęłam się do kelnera, który zmierzał w moją stronę...Wiara spierdzieliła, poszła sobie w drogę. 

...A w domu już nic nie pamiętałam...
______________
Moralniak po sobotniej imprezie. Biję się ze sobą. 
Takie krótkie, bez sensu i bardzo moje, z serduszka. 
Luna, Córka Księżyca (16:56)

30 sierpnia 2010

Walka z samotnością. [Luna]

29 sierpnia 2010


Walka z samotnością. Wyruszysz w daleką podróż. Niby wygnanie, z dnia na dzień. Nie będziesz mogła się pożegnać. Nie będziesz mogła rzucać "ostatnich spojrzeń". Po prostu ruszysz w nadanym Ci kierunku. Dostaniesz ode mnie mapkę z wyznaczoną drogą. Drogą, prowadzącą przez mini pustynie, puste lasy, torfowiska i miejsca, gdzie wymordowano niegdyś stado. Miejscem twego celu będzie Mu'llrac. Miejsce, gdzie nie ma żywego osobnika. Gdzie grasują widma przeszłości i prawdziwych boleści. Zjawy te wywołują panikę i..omotanie psychiczne. Będziesz musiała się z tego wyrwać i przeżyć walkę z samą sobą. Z własnymi słabościami. Gdy już tego dokonasz, możesz wrócić do stada.
 ***
Mu’llrac…
Spojrzałam na mapkę, którą przed chwilą dostałam od Aspeney. Dała mi ją do ręki i bez słowa odwróciła się, po czym zniknęła. W ciemności tej cudownej nocy, ona rozpłynęła się, tak, jakby nigdy tu przede mną nie stała. Chciałam pytać. Dlaczego? Jak? Nie miałam kogo spytać. Rozejrzałam się dookoła, stałam przed jaskinią, a wokół siebie czułam tylko pustkę i ciszę, która była tak..gęsta..namacalna. Jeszcze raz rzuciłam niepewne spojrzenie na kawałek pergaminu trzymany w moich dłoniach. Ta nazwa. Wyglądała jakby się żarzyła, chociaż była napisana tak jak wszystkie inne. Wyglądała tak jakby wołała, chociaż była niema, nie mogła być inna. Wgryzała się w mój umysł, zostawiając za sobą głębokie ślady. Zmuszała do przemyśleń. Mu’llrac. Nie chciałam iść, ale wiedziałam, że muszę. Skoro ta mapka dostała się w moje ręce, to mogło oznaczać tylko to, że właśnie ja, mam za zadanie dotrzeć do tego miejsca, które nawet na kawałku pergaminu, odznaczało się wybitną niegościnnością. Ale czemu nie mogę z nikim porozmawiać? Czemu nie mogę nikogo spytać, poprosić o pomoc? Chociaż się pożegnać…?
***
Nie mogłam dalej czekać. Czekanie było zbyt przerażające. Zerknęłam ostatni raz na mapkę i ruszyłam w odpowiednim kierunku. Miejsca, które znałam, ich widok, był dziwnie obcy. Jakby wszystko dawało mi do zrozumienia, że nie mogę dalej tutaj być, jeśli nie zrobię tego, co zostało mi zlecone, jeśli tam nie dotrę, właśnie tam.  Znów na czterech łapach, znów z łbem zwieszonym nisko przy ziemi i strzygąc uszami przemierzałam las. Ostatnie znajome zapachy drażniły moje nozdrza. Zamknęłam oczy, zdałam się na instynkt. Na wyczucie omijałam przeszkody.  A w głębi siebie ciągle prowadziłam walkę, czy dam radę. Byłam pewna, że będę musiała stawić czoła mojemu największemu lękowi. Wiedziałam, że będę musiała być sama, a tego bałam się najbardziej.
***
Po kilku godzinnej, leśnej wędrówce, zmagając się z własnymi wahaniami, niesłownej bitwie sprzeczności, stary zagajnik zaczął się przerzedzać. Gałązki cicho pękały pod naciskiem moich łap, drzewa były jakieś cieńsze, bardziej kruche, mizerne, niektóre całkiem utraciły liście i swoją potęgę. Linia lasu wydawała się jakby węższa, dostrzegałam jej krawędzie. Nagle zmuszona byłam się zatrzymać. Przede mną jakby z nikąd wyrosła ogromna kamienna ściana, urwisko. Kilka metrów obok zauważyłam szczelinę. Nie duży prześwit, ale jednak wystarczająco szeroki, żebym mogła nim przejść. Znów zawładnęły mną wątpliwości. Czy nie jest za późno, żeby zawrócić ? Może jeszcze na tyle blisko, żeby odnaleźć As i oddać jej mapę, kładąc uszy po sobie i pokazując wszystkim, że nawaliłam, że nie byłam wystarczająco silna? Z mojego gardła wydarł się gardłowy pomruk niezadowolenia. W końcu nie byłam tym tchórzem, co się boi. Nie tak mnie uczono i nie tak sama siebie widziałam. Zrobiłam krok. Weszłam w szczelinę i nie obejrzałam się za siebie. Powoli czarna, twarda ziemia ustępowała jasnemu, delikatnemu piaskowi. Prześwit był równy, dość szeroki, ale i tak szłam ocierając się bokiem o jego chropowatą ścianę. Dodawało mi to pewności siebie, stabilności. Teraz zastanowiłam się nad faktem iż tak łatwo przyszło mi wrócić do dawnej postaci, po tak długiej przerwie. Nieraz próbowałam na nowo zaznajomić się ze swoją poprzednią naturą, ale czułam się dziwnie, kiedy ogon bezwładnie opadał i zamiatał podłogę. Ta postawa, cztery łapy. No i brak dłoni. To było dla mnie niepokojąco obce. A teraz wszystko było takie proste i naturalne. Chłodny piasek, który mieszał się z nagrzaną za dnia ciemną ziemią, w tej chwili całkiem zdominował twarde podłoże. Wreszcie ujrzałam koniec szczeliny.
***
Gdy wyszłam z prześwitu, który doszczętnie zmaltretował moje czułe łapy, a sierść została niemiłosiernie zwichrzona, przez ostre krawędzie skał, ukojenie przyniosło mi uczucie chłodu bijące od pięknych, iskrzących się w świetle Księżyca, maleńkich kamyczków, które składały się na niezliczone ilości piasku. Przebrnęłam przez ciemny kanion, po to by teraz stanąć na ostudzonej nocnym zimnem pustyni.
Kiedy noc zaczęła ustępować promieniom słonecznym rozejrzałam się dookoła i dopiero uświadomiłam sobie moje położenie. Od kilku godzin bezradnie brnęłam w głąb pustyni. Wszystko było wypalone, suche. Od jakiegoś czasu myślałam tylko o tym, jak dostać się do celu. Ale teraz poprzednie wahania wróciły. Czyżby chcieli mnie sprawdzić? Może… Nie, to nie jest możliwe. Łapy zapadały mi się w piachu. Słońce wyglądało zza horyzontu coraz pewniej. Robiło się cieplej. Zwątpiłam w jakikolwiek sens tej wyprawy. Szłam dalej, bo nie miałam innego wyboru. Nie czułam zmęczenia, czułam tylko niechęć…
Krajobraz zaczął się zmieniać. Piach nie był już taki nagrzany i  łapy nie zapadały się w nim tak głęboko. W oddali zauważyłam drzewa. Przyśpieszyłam, z jednej strony ciesząc się z tego, ze w końcu ucieknę od tej otwartej, gorącej przestrzeni, a z drugiej czułam, że jestem coraz dalej domu.
***
Byłam przerażona, chociaż teoretycznie nie było się czego bać. Na mojej drodze nie stanęły do tego czasu żadne przeszkody. Nic mnie nie atakowało, nie uczepiło się mnie, nawet pogoda nie sprawiała problemów, a jednak bałam się. To wszystko dlatego, że moje koszmary i lęki, właśnie stawały się realne. Byłam tu sama, w tym obcym miejscu. Nawet kiedy nie miałam humoru wolałam siedzieć z innymi, niż być sama. Może nie zawsze, w sytuacjach krytycznych zaszywałam się w swoim ulubionym, znanym zakątku. Ale ta sytuacja nie była krytyczna, a tego miejsca wcale nie darzyłam sympatią. 
Stałam na skraju lasu. Z tym, że ten las nie wyglądał przyjaźnie. Drzewa, pozbawione liści rozciągały nad moją głową suche gałęzie, przypominały one ciemne, dziurawe parasole, co nie napawało optymizmem. Ostrożnie stawiałam kroki na szarej, spopielonej ziemi. Z pewnością ten zagajnik był opustoszały. W takim miejscu nic nie było w stanie przeżyć.
Najstraszniejsza w tej sytuacji była właśnie ta pustka. Wolałabym już, żeby jakieś rozwścieczone bestie rzucały mi się do gardła, niż to, że ciągle muszę wsłuchiwać się w tą ciszę. Mimo wszystko nadal się nie zatrzymywałam, nie dawałam sobie ani chwili wytchnienia. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do celu, żeby wrócić do stada. Takie było moje założenie.  Kolejne godziny mijały, a ja nadal nie przerywałam marszu. Spojrzałam na te smutne konary i w mojej głowie pojawiło się wspomnienie.
Zamiast okropnego lasu, widziałam wspaniały, zielony gąszcz, świeciło słońce, a zapach był słodki. Stanęłam oniemiała. To miejsce było zupełnie inne od tego jakim było kilka sekund temu. Mimowolnie uśmiechnęłam się i szłam pewniej. Całkowicie zapomniałam o tym, co miałam do zrobienia, co mnie czekało. Ale coś jednak było nie tak. Czemu w tak urodziwym borku nie było żadnych zwierząt? Wiewiórki? Lisy? Zające? Przecież tutaj panowały idealne warunki! Moja świadomość nie chciała pozwolić mi przyjąć realności tego miejsca. I miała rację. Stanęłam na czymś ostrym. Kiedy podniosłam wzrok, cała zieleń i promienie słoneczne zniknęły. Znów stałam w tym samym martwym lesie. Jeszcze raz spojrzałam na to, co przywołało mnie do porządku. Kawałek szkła. Czy to możliwe, żeby w tym miejscy byli ludzie? Nie, to nierealne. Tutaj nic nie miało prawa istnieć! W oczach stanęły mi krwawe łzy. Strach zastąpiło prawdziwe przerażenie. Rzuciłam się biegiem przed siebie. Nie zważałam na to, że suche gałązki chłostały mnie po pysku. Na nic już nie zwracałam uwagi. Po prostu biegłam.  Usłyszałam szelest, zastrzygłam uchem i zlokalizowałam jego źródło. Dochodził z prawej strony. Zaniepokoił mnie ten dźwięk. Przecież las był pusty… Odbiłam w tamtą stronę i rozglądałam się uważnie.  Zagajnik się przerzedził. Tak jak za pierwszym razem, kiedy opuszczałam tereny HOTN…
Teraz jednak nie wpadłam na kamienną ścianę, a moje łapy ugrzęzły w błocie.  Przede mną rozciągało się ogromne torfowisko. Wilgotna trawa przeplatała się z plamami brunatnej mazi. Jednak gdzieniegdzie można było dostrzec bordowe gęstowie.

***
Zrobiło się już ciemno, kiedy wreszcie dotarłam na skraj tego wilgotnego miejsca. Omijając ziemiste kałuże doszłam do polany. Znów musiałam dostać się do nieprzyjaznego, zimnego miejsca, na jego środku zauważyłam coś co przykuło moją uwagę.  Gdy podeszłam bliżej stwierdziłam, że są to szczątki jakiegoś zwierzęcia. Większego niż wilk. Ale poznałam po budowie czaszki, że jest to jednak psowaty. Dopiero wtedy zorientowałam się, że dookoła leży więcej szkieletów… Młode, małe kostki jak i te duże, były porozrzucane na tym placu. Wzięłam głęboki wdech. Wydawało mi się, że widziałam coś pomiędzy drzewami. Zamknęłam oczy i na nowo otworzyłam. Spojrzałam w to samo miejsce. Stał tam wilk! Zawahałam się przez moment. Nie musiał wcale być przyjacielsko nastawiony… Jednak zrobiłam krok w przód. Po wielkości wnioskowałam, że to dorosły samiec. Kiedy znacznie się zbliżyłam basior znikł. Jakby rozpłynął się w powietrzu. W wilczej postaci mapa, którą cały czas miałam przy sobie, przywiązana była do mojej nogi. Zmieniłam się w człowieczą postać, żeby móc na nią spojrzeć. Rozwinęłam pergamin i zastanowiłam się gdzie dalej iść. Nie miałam ochoty tu zostawać. Byłam obeznana ze śmiercią i kośćmi, nie żebym się ich brzydziła, bała… Po prostu chciałam przyspieszyć. Dotrzeć w końcu na miejsce. Nie chciałam tu dłużej stać. To miejsce miało dziwny klimat…. Nawet nie wracając do ciała wilka, rzuciłam się do biegu.

***
Tak! Wreszcie! Ogarnął mnie niesamowity entuzjazm. Byłam w końcu na miejscu. Dotarłam do celu. Niedługo będę mogła wracać do domu. Do HOTN. Czy to wszystko mogło być takie proste? Do najmilszych wypraw tego nie zaliczę, ale nie było trudno, tu dotrzeć… Dziwnie wyglądało otoczenie w którym się znalazłam… Była to niewielka jakby polana. Ale wydeptana, twarda ziemia dodawała nieco odpychającego klimatu. Na niebie nie było widać tarczy Księżyca, co sprawiało, że czułam się jeszcze nie pewniej. Granatowe, ciężkie chmury nagromadziły się nad  moją głową. Nic nie prześwitywało, przez ich grube warstwy. Cieszyłam się, że w końcu tu doszłam, bo wiedziałam, że to oznacza rychły powrót do swoich, ale coś mnie niepokoiło.  Ruszyłam w stronę lasu. Kiedy doszłam do skraju pustego placu, gwałtownie się zatrzymałam. Rozejrzałam się dookoła z paniką w oczach. Przede mną stał manekin, naturalnej, ludzkiej wielkości. Blady, o pustym spojrzeniu. Zwykła lalka, manekin… Odruchowo cofnęłam się. Za owym potwornym, plastikowym tworem stał następny. Podobny, ale na jego głowie widniały sztuczne, czarne włosy. Coś materialnego, fizycznego, czego bałam się najbardziej. Zwykła fobia. Strach przed manekinami… Zdezorientowana cofnęłam się. Na granicy polany i lasu stało pełno tych potworów. Nie odważyłabym się do nich zbliżyć. Wszyscy mówili, że nie ma się czego bać, ale ja nie umiałam pozbyć się lęku przed tym.  Znów się zmieniłam. W wilczej postaci usiadłam na środku placu otoczonego drzewami, za którymi kryły się moi stręczyciele.
Zamknęłam oczy, a po chwili poczułam oddech na szyi. Bałam się rozewrzeć powieki, ale jednak to zrobiłam.  Strach pomieszany ze zdziwieniem wymalował się na moim pysku. Zobaczyłam Mi, ale w bardziej... Niematerialnej postaci. Niematerialnej?! Wyglądała jak duch, po prostu jak duch!
-Lu, czego się boisz?
-Mi…? Nie dam rady przejść między nimi…
Postać mojej przyjaciółki zaniosła się demonicznym śmiechem.
-Jesteś zbyt słaba, żeby przejść, obok kawałka sztucznego tworzywa? – nie mogła opanować rechotu, patrzyła się na mnie tak…Tak z pogardą… Po mojej drugiej stronie pojawiła się twarz Aspeney.
-Dlaczego kazałaś mi tu przyjść? – niemalże wrzasnęłam, a mój głos był cienki i piskliwy. Ruda uśmiechała się ironicznie. Schyliłam się tak, że mój nos prawie stykał się z ziemią, owinęłam łapy ogonem. Dosłyszałam syknięcie  dziewczyny.
- Nawet gdybym ci miała to wytłumaczyć, to byś nie zrozumiała. – Znów zamknęłam oczy, nie mogłam słuchać więcej takich słów. Takiego tonu. Położyłam się na chłodnej ziemi i schowałam pysk pod łapami. Kiedy bojaźliwie wyjrzałam co się dzieje, zobaczyłam mnóstwo innych osób. Team, BH, CG, Destroy, Scarlett, Jenna… Wszyscy patrzyli na mnie z taką wyższością. Te złośliwe uśmiechy. Byłam zbyt zmęczona i osłabiona tą samotną wędrówką, żeby myśleć trzeźwo.  Mijały minuty, może nawet godziny. Nie miałam odwagi odsłonić oczu. Jednak musiałam coś zrobić. Nie mogłam tutaj tak leżeć. Powoli wstałam, a wszystkie widmowe postacie poruszyły się, niektóre zaczęły chichotać. Rozejrzałam się znów. Teraz dotarło do mnie, że to nie mogli być oni. Nikt by mnie tak nie odtrącił…
Musiałam znaleźć sposób, żeby dostać się do domu. Tylko jak…? Dookoła stały te, manekiny. Niby niegroźne, stateczne, a jednak mnie przerażały. Na sztywnych nogach zrobiłam kilka kroków przed siebie. Chciałam iść, wracać, ale umysł podpowiadał, że to zły pomysł, chciał zatrzymać ciało. Postawiłam się, przeszłam jeszcze kawałek. Moi widmowi ‘towarzysze’ zebrali się wokół mnie i nagle przeszył mnie ogromny ból, spowodowany bardzo wysokim dźwiękiem. Rozdarł ciszę, a ja o mało co nie upadłam. Nie poddałam się. Znów brnęłam dalej. Widma przesuwały się razem ze mną. W końcu przeszłam między nimi, a ten pisk nie ustawał.  Spojrzałam na ścianę lasu i wychylające się zza drzew, blade, puste twarze sztucznych ludzi. Zakuło mnie w piersi. Miałam problem ze złapaniem oddechu.
-Więc o to w tym wszystkich chodziło… Żeby pokonać strach….-szepnęłam do siebie. Podkuliłam ogon i ruszyłam wprost w objęcia mojego lęku. Wszystko we mnie wołało, żebym się cofnęła. Nie szła w tamtą stronę. Czułam, że nie mogę teraz się złamać. Rzuciłam się do biegu i przemknęłam obok jednego z manekinów wywracając go. Poczułam się lżejsza. Ten straszny dźwięk ucichł. Nie widziałam nikogo obok siebie. O wiele lepiej. Wiedziałam, że teraz czeka mnie tylko powrót do domu. Nigdy nie chcę wrócić do tego miejsca… Mu’llrac.

____
Fuck yea! W końcu to napisałam! Namęczyłam się jak nie wiem, ale skończyłam. Wiem, końcówka do bani, ale nie miałam już siły się przykładać.
Potem będę czytać wszystkie wasze opowiadania i noty, bo dziś już nie mam siły. *facedesk*
Luna, Córka Księżyca (22:21)