Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierścień Czarnego Feniksa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierścień Czarnego Feniksa. Pokaż wszystkie posty

20 kwietnia 2012

Zadanie - "Pierścień Czarnego Feniksa" Cz. IX [Aldieb]

20 kwietnia 2012
          Delikatnie spłynęłam w dół, dotykając ziemi już wilczymi łapami. Bez dalszego zwlekania skierowałam się w stronę puszczy, a im bardziej oddalałam się od Sanktuarium, tym więcej wstępowało we mnie sił.
          Czując lekki niepokój, z wahaniem zanurzyłam się w cień wiekowych drzew, przemieszczając się powolnym truchtem po miękkiej ściółce leśnej. Mimo moich obaw, nie wyczułam tej dziwnej atmosfery, która omotała mnie podczas pierwszej wizyty w lesie.
          Podróż mijała mi powoli, jednakże bez żadnych przeszkód. W pewnym momencie, natknęłam się na cicho szemrzący strumień. Postawiłam uszy na sztorc i w kilku susach dopadłam do wodopoju. Wsadziłam całą głowę pod bieżący nurt, z rozkoszą obmywając pysk z brudu i pyłu.
          Podniosłam głowę, rozbryzgując na wszystkie strony lodowate kropelki cieczy. Zaczerpnęłam głęboko tchu, rozglądając się z nową energią po otoczeniu. W powietrzu czuć było wiosnę. Nowe życie dotarło nawet do tej zapomnianej krainy. Gdzie tylko nie spojrzeć, dało się dostrzec świeże pączki i kiełkujące, jasnozielone rośliny. Na tę krótką chwilę świat wydawał mi się po prostu piękny.
          Schyliłam się ponownie, by napić się wody, gdy wtem coś mi mignęło na pograniczu widnokręgu. Poderwałam gwałtownie głowę, wlepiając spojrzenie w przestrzeń obok mnie. Mimo, że przez dobre kilka minut wypatrywałam jakiegoś poruszenia, nie dostrzegłam nic, po za gęstą roślinnością.
          Westchnęłam ciężko, po raz kolejny wracając do strumienia i aż cała zesztywniałam, na widok, który się przede mną rozpościerał. Oniemiała, patrzyłam jak szczątki jelenia bez pośpiechu drepczą sobie w moją stronę, zatrzymując się co jakiś czas, by uskubać trochę trawy.
          Potrząsnęłam ostrożnie łbem, przymykając ślepia. Zmęczony umysł zaczynał płatać mi figle. Po chwili znów spojrzałam przed siebie. Jelenia nie było. Wmawiając sobie, że wytworów mojej wyobraźni nie należy się bać nachyliłam się, aby w końcu napić się wody. Zamarłam w połowie drogi, kiedy pomiędzy rozbłyskami słońca na tafli strumienia dostrzegłam szkielety ryb.
          Bardzo powoli pokręciłam głową i odsunęłam się od wodopoju. Pod nagłym przymusem, odwróciłam się, choć w głębi duszy wiedziałam, że nie ma tu nikogo oprócz mnie. Przecież bym usłyszała, gdyby ktoś…
          Myśl pozostała niedokończona, podczas gdy ciało zdawało się wrosnąć w ziemię. Wciągnęłam ze świstem powietrze przez nozdrza. Zamrugałam jeden raz. Drugi. Trzeci.
          Nic się nie zmieniło. Albo miałam niezwykle barwne halucynacje albo trafiłam na dzień duchów. Albo paradę zombie. No pięknie. Nie mogliby wybrać sobie jakiegoś innego dnia? Tylko akurat wtedy, kiedy, zmęczona i brudna, wracam sobie spokojnie do domu?
          Powiodłam zmęczonym wzrokiem dokoła. Oszalałam? Nie. Tak. Nie… niemożliwe. A jednak. Ponownie zamrugałam. I znów, nie mogłam przestać. Miałam wrażenie jakby w moje oko wbijały się setki, tysiące rozgrzanych do czerwoności igiełek.
          Zatoczyłam się na uginających się pode mną łapach i upadłam, prawie lądując pyskiem w strumieniu. Podciągnęłam się jeszcze parę centymetrów, czując nagła potrzebę zanurzenia łba w lodowatej cieczy. Byleby ugasić ten ból, rozchodzący się mroźnymi mackami od płonącego oka.
          Nachylając się nad wodą, zobaczyłam coś co kazało mi się zatrzymać. Złote ślepię utonęło w smolistej czerni, jakbym przejęła cechy własnego demona. Oszalałam. Oszalałam i pochłonie mnie mrok. Mrok, mrok… ciemna czerń wszędzie wokół. Światła zgasną jak na życzenie.
          Zawyłam dziko, drapiąc zawzięcie piekącą gałkę oczną. Niech to już się skończy. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. PRZESTAŃ BOLEĆ.
          Zapadła cisza. Ciężka i gęsta. Pełna napięcia i oczekiwania.
          …koniec?
          Tak.
          Ale czy na pewno?
          Po chwili wahania oderwałam drżące łapy od pyska. Mój urywany oddech powoli zaczął się wyrównywać. Wibrujące fale bólu malały wraz z odpływem, wracając do swojego źródła i z każdą sekundą coraz bardziej słabnąc, aż pozostało po nim jedynie ledwo zauważalne pulsowanie.
          Wydobywszy z siebie głębokie westchnienie, przymknęłam na chwilę oczy, by się uspokoić. Rozluźnić spięte do granic wytrzymałości mięśnie i uporządkować chaotycznie rozbiegane myśli. Po prostu na chwilę się wyciszyć, ignorując drażniące mrowienie na karku. Bo przecież nikt mnie nie obserwuje, prawda? Tego nie ma. Nie ma, nie może być i już. To tylko chora wyobraźnia i nic więcej…
          Unosząc powieki, wiedziałam, że moje słowa i tak nic nie zmienią, czułam to całą sobą. I miałam rację. Martwe, często już w stanie rozkłady półprzezroczyste sylwetki zwierząt panoszyło się spokojnie wśród poszycia leśnego, nie zwracając na mnie zbytniej uwagi. Co poniektóre przystawały czasami, odrywając się od swoich przyziemnych… czy raczej duchowych spraw, spoglądając na mnie z ciekawością. Zdawały się być nie świadomym tego, że chodzą z rozprutym brzuchem i ciągnącymi się za nimi wnętrznościami bądź też paradują bez połowy łba. No tak, w końcu kto by się tym przejął? Przecież to taka drobnostka…
          Pokręciłam głową, podnosząc się na równe łapy. Świat oszalał, ot co. Ewentualnie to tylko ja. Ale bez różnicy. Zbyt długo tu zamarudziłam, czas wracać do domu.
          Rzuciłam jeszcze raz spojrzeniem na taflę wody, z niejaką satysfakcją stwierdzając, że złoty blask moich tęczówek powrócił i ma się dobrze. Jedyne do czego mogłam mieć zastrzeżenia to drobne zadrapania widniejące wokół lewego oka. Ale nie szkodzi, zagoi się.
          A teraz… Ruszajmy.
Aldieb (23:30)

8 kwietnia 2012

Zadanie - "Pierścień Czarnego Feniksa" Cz. VIII [Aldieb]

08 kwietnia 2012
Pisane na siłę, byleby wreszcie skończyć to opowiadanie. Nie czytałam, ale domyślam się, że do niczego. C:
———————
          Zaczerpnęłam gwałtownie tchu, otwierając z przerażeniem oczy i natychmiast tego pożałowałam. Ostre, białe światło zaatakowało mnie ze wszystkich stron, posyłając znów na posłanie. Położyłam się i zamknęłam oczy, jednocześnie zastanawiając się, gdzie się znalazłam. Ostatnim co pamiętałam był moment, kiedy znajdowałam się w ciemnym korytarzu, oświetlonym jedynie przez migoczące pochodnie…
          Toczyła się walka… Demon, ogromna czarna bestia. 
          Pióro… Prawie je miałam! 
          Ból. Żebra. Oko. Krew… 
          Gdzie ja jestem?!
          Poderwałam się jak oparzona. Moja klatka piersiowa podnosiła się i opadała pod ciężkim oddechem.  Rozejrzałam się zdenerwowana dokoła, szukając jakiegoś zagrożenia. Nic…
          Nie znajdowałam się już we wnętrzu Sanktuarium. Wylądowałam, jak mi się wydawało, na jego tyłach, skryta w nikłych zaroślach. Dookoła monstrualnej budowli znajdowała się fosa, upstrzona ostro zakończonymi skałami. 
          Na mojej wysokości kanał był dużo szerszy – z powodu znajdującej się na jego środku małej wysepki. Była gęsto obrośnięta iglakami, a z samego jej serca wyrastała nadgryziona przez czas kamienna wieża. Z kolei na niej, niewiadomym sposobem, rosło powyginane w upiorne kształty drzewo. Jego powykręcane, w bolesnych konwulsjach, konary były ogołocone z liści, dlatego bez większego problemu dostrzegłam na nim skupisko suchych gałęzi – olbrzymie gniazdo. A w nim zapewne ptak.
          I znów przed oczami przemknęły mi sceny z ostatnich wspomnień. Demon. Pióro… Pióro Czarnego Feniksa. Walka. Udało mi się go drasnąć i wtedy… Oko. Myślałam, że jest już stracona, jednakże nie, nadal widziałam. I kolejne ciosy… żebra. A mimo to, nic mnie nie bolało, byłam cała, w jednym kawałku. Ale… jak to możliwe?
          Wszystko mi się mieszało. Miałam mętlik w głowie. Nie rozumiałam tego co się stało. Wyszłam z krzaków, kierując swoje kroki ku wodzie. Stanęłam na brzegu i nachyliłam się nad taflą, spoglądając w swoje odbicie. Wyglądałam jak zwykle, może z tą różnicą, że moje futro było bardziej posklejane przez brud i kurz, a kosmyki sierści straciły swój dawny blask, tworząc poplątane kołtuny.
          Gwałtownie odskoczyłam do tyłu, kątem oka zauważając jakiś nagły ruch. W tym samym momencie z wody wystrzeliło jakieś stworzenie, kierując paszczę uzbrojoną w długie, haczykowate zęby, ku mojej twarzy. 
          Wpatrywałam się z szeroko otwartymi oczyma w to dziwne, węgorzowate stworzenie, które z mokrym plaskiem uderzyło o suchą, popękaną glebę. Łypnęło na mnie błękitnym, rybim ślepiem, po czym odepchnęło się od ziemi błoniastymi płetwami i zniknęło pod powierzchnią wody. 
          Wlepiłam zszokowane spojrzenie w kręgi rozchodzące się po ciemnej tafli kanału, po czym uniosłam wzrok na kamienną strażnicę. I jak ja miałam się tam dostać…?
          O. No tak. Przecież to takie proste. Wystarczy przelecieć…
          Zebrałam swoje cztery litery z ziemi i ponownie podeszłam do brzegu, tym razem uważając by nie zbliżać się zanadto. Trzeba było przyznać, że nie lubiłam korzystać z moich mocy… Głupi zwyczaj, którego zbyt uporczywie się trzymałam.
          Przymknęłam oczy i wciągnęła ze świstem powietrze przez nozdrza, „smakując” tutejszą aurę. Nie była ona przyjemna, ale było i tak lepiej niż we wnętrzu Sanktuarium. Poczułam jak moje futro zaczął nagle muskać delikatny wiatr. Zawirował wokół mnie, podrzucając luźne kosmyki włosów.
          Nagle moje łapy oderwały się od podłoża. Uniosłam powieki, a na moim pysku mimowolnie wyłonił się uśmiech. Byłam już metr nad powierzchnią… a teraz już dwa i nadal się wznosiłam. 
          Po krótkiej chwili, w ciągu której przypominałam sobie jak poruszać się bez twardej powierzchni pod sobą, znalazłam się po drugiej strony fosy, cała i bezpieczna. 
          Bez większych obaw zanurzyłam się w chłodny cień iglaków, porastających małą wysepkę. Nie natykając się na żadne problemy, dotarłam pod kamienny mur, co zaczęło wzbudzać moją podejrzliwość. Przez całą drogę nie natrafiłam na ani jedno żywe stworzenie. Żadnych ptaków, czy owadów. Cóż, pozostawało mieć nadzieję, że to nie był żaden zły znak…
          Czując jak ciążą mi łapy, zmusiłam się do przejścia przez ciemną dziurę, jaka pozostała po zgniłych, drewnianych odrzwiach, zanurzając się w zatęchły mrok baszty. Zimne macki ciemności przyjęły mnie ochoczo, a w moim umyśle rozbrzmiał dźwięk zamykanych za mną z hukiem wrót. 
          Unosząc pysk ku górze, skąd przez nikłe szczeliny wsiąkały strumienie światła, powoli wspinałam się po popękanych schodach. Nieraz musiałam przeskakiwać nad ogromnymi wyrwami w kamieniu, bądź też leżącymi na drodze przeszkodami. W końcu jednak po długiej wspinaczce udało mi się dotrzeć na najwyższe piętro. 
          Niestety na mojej drodze stanęła mi drabina. Przyglądałam jej się przez kilka dobrych minut, zastanawiając się nad rozwiązaniem. Wszystko by było proste, gdyby nie to, że na jej końcu trzeba było podważyć drewnianą klapę. Nie mogłam tego zrobić, pod postacią wilczycy, jednak…
          Transformacja trwała krótko, nie przebiegała ona tak jak u wilkołaków, ponieważ działała pod wpływem zaklęcia. Mimo wszystko, była ona bolesna, toteż wyprostowując się, już na dwóch kończynach, przeciągnęłam się z cichym jękiem, rozmasowując obolałe mięśnie. 
          Odgarnęłam ciemne pasma włosów z twarzy i chwyciłam rękoma szczeble drabinki. Podciągnęłam się i już po chwili byłam przy włazie. Wyposażony był w uchwyt, więc bez trudu uchyliłam klapę i ponownie wyjrzałam na światło dzienne.
          Pierwsze co zrobiłam, po wydostaniu się z wylotu, było dopadnięcie do  niskiego murku, ogradzającego brzegi strażnicy. Z ciekawością rozejrzałam się po okolicy, osłaniając oczy dłonią, od jaskrawego słońca. Tutejsza ziemia była wyschnięta, upstrzona gdzieniegdzie powykręcanymi, karłowatymi roślinami. Dalej rozpościerał się las, zapewne ten, w który się zagłębiłam jeszcze na początku mojej podróży. 
          Zamyślona, odwróciłam się, siadając na kamiennej barierze i powiodłam wzrokiem po chropowatym pniu drzewa. Korzenie przebiły się przez podłoże, oplatając wieżę ze wszystkich stron. 
          Mając za sobą lata praktyki sprawnie wdrapałam się po roślinie, wykorzystując nierówną powierzchnię kory. Zanurzyłam się w stercie patyków, rozpychając kujące gałązki na boki. Z trudem udało mi się przedrzeć przez tą zbitą masę, zarabiając przy okazji mnóstwo piekących zadrapań. 
          Kiedy udało mi się już swobodnie usiąść i wytrząsnąć z włosów wszystkie liście, poczułam jak na moje ręce występuje gęsia skórka. Zamarłam na chwilę, nie mogąc się pozbyć usilnego uczucia, że ktoś mnie obserwuje. Bardzo powoli uniosłam głowę, by moim oczom ukazał się ogromny, majestatyczny ptak. Przyglądał się mi, tymi swoimi małymi, bystrymi oczkami, sprawiając wrażenie, jakby zaciekawionego, ale jednocześnie zirytowanego obecnością intruza. W jego czarnych piórach, odbijały się ciepłe refleksy, nadając mu dostojny, wręcz królewski wygląd. 
          Wpatrywałam się w niego oniemiała, podziwiając szlachetne rysy i długi, zdobiony ogon. Zaczerpnęłam gwałtownie tchu, gdy nagle dostrzegłam na jego smukłej głowie, małe, samotne piórko, na którego powierzchni wyraźnie rysował się złocisty pierścień.
          Zrobiłam niemal świadomy wysiłek, wypuszczając ze świstem powietrze przez wargi. Nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów podniosłam się do pozycji stojącej, wciąż nie odrywając oczu od ptaka. Skłoniłam się mu, uginając nogi w kolanach, by w końcu przywitać się z tym niesamowitym stworzeniem jak należy.
          – Witaj, i proszę wybacz mi to nagłe wtargnięcie do Twojego domu. – Zaczęłam, spoglądając na niego przepraszająco. Otworzyłam usta, by kontynuować, jednakże zawahałam się, mając wrażenie, że smolistopióry mnie nie słucha.
          Uniósł drobną głowę, kierując spojrzenie ku błękitnym przestworzom, teraz zasnutych przez szarawe pasma chmur. Zaraz potem wydał z siebie przeszywający serce krzyk, rozpostarł potężne skrzydła, łomocząc nimi w powietrzu. Jedno z nich trafiło mnie w bok, posyłając w kąt gniazda. 
          Podpierając się nad przedramionach z cichym jękiem podniosłam głowę, by ujrzeć jak szlachetne zwierzę staje w płomieniach. Tańczące języki ognia pełzły w górę z zawrotną prędkością i już chwilę później objęły jego sylwetkę, zamykając się nad nim i pochłaniając w całości.
          Nim jeszcze zdążyłam ochłonąć ogień zaczął gasnąć, pozostawiając po sobie jedynie kupkę popiołu. Nie ufając swoim nogom, na czworakach podpełzłam do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą spokojnie siedziało rozwiązanie mojego zadania.
          Uniosłam drżącą rękę, opuszkami palców dotykając szarego pyłu, jednocześnie dostrzegając niewielkie poparzenia na skórze. Na krótką chwilę odwróciły one moją uwagę od stosu, a kiedy wróciłam do niego spojrzeniem, z wrażenia aż zabrakło mi tchu.
          Drobiny szarego proszku rozsypywały się na boki, ustępując miejsca malutkiej nieopierzonej główce. Pisklę wydało z siebie wysoki dźwięk, rozwierając szeroko dziób. Wyglądało na to, że jest najzwyczajniej w świecie głodne.
          Uśmiechnęłam się delikatnie do malca, podczas gdy w mojej głowie panował chaos. To było tak niewiarygodne, że aż sama nie byłam pewna, czy przypadkiem nie śnię. Byłam świadkiem narodzin feniksa!
          Westchnęłam ciężko, chcąc już się zbierać, gdy wtem dostrzegłam niewielkie, połyskujące piórko. Oczy mi rozbłysły i czując jak łomocze mi serce, powoli podeszłam do znaleziska. 
          Bardzo ostrożnie uniosłam w dłoniach swój mały skarb, szczerząc się przy tym jak głupia. Wyjęłam z kieszeni rzemyk i obwiązałam go dokoła Dutki, upewniając się przy tym, czy piórko nie wypadnie przy mocniejszym podmuchu. Gdy wszystko było gotowe, zawiesiłam rzemyk na szyi i odwróciłam się ponownie do ptaka.
          Kucnęłam przed nim, spoglądając mu prosto w oczy.
          – Dziękuję. – wyszeptałam, skłaniając przed maluchem głowę. – Miło mi było Cię poznać, feniksie.
          Mówiąc to, wyprostowałam się i w kilku krokach znalazłam się na brzegu gniazda. Spojrzałam za siebie, na Mroczne Sanktuarium, a po moim ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Odwróciłam się szybko, kierując spojrzenie przed siebie, na fosę, puszczę i dalej, na horyzont, za którym znajdował się mój dom.
———–
edit: Raczej nikt tego nie przeczytał, i bardzo dobrze, bo poprawiłam to żałosne niewiadomoco, w związku z czym jest już tylko trochę beznadziejne. c

11 marca 2012

Zadanie - "Pierścień Czarnego Feniksa" Cz. VII [Aldieb]

11 marca 2012
Fff. Staram się skończyć to opowiadanie. :I I nie chciało mi się szukać podkładu.
————————-
          Teraz.
          Uda mi się…
          Biegłam tak szybko, że moje łapy ledwie dotykały podłoża. Mknęłam, muskając kamienną posadzkę jedynie opuszkami łap. Wszystko się wokół mnie zamazywało. Tworzyło nieokreśloną plamę, skupiającą się bezpośrednio przede mną. Wiatr, spowodowany pędem, czesał palcami moje futro. Gładził policzki i wyciskał łzy z oczu. A ja biegłam, ze wszystkich sił, jakie jeszcze drzemały w moim ciele. I jeszcze szybciej. Niczym uskrzydlona, niepokonana…
          A wszystko za sprawą nagłego podmuchu świeżego powietrza. To mogło oznaczać wolność. W końcu mogłam wydostać się z tego labiryntu. Każdy krok przybliżał mnie do wyjścia. Wystarczyło jeszcze tylko chwilę wytrzymać. Jeszcze tylko moment…
          Przy kolejnym długim susie moim ciałem nagle coś szarpnęło. Z niesamowitą siłą zostałam posłana na przeciwległą ścianę. Z głuchym odgłosem uderzyłam o twardy kamień i osunęłam się na ziemię z cichym jękiem. Potrząsnęłam głową, pozbywając się sprzed oczu czarnych plamek. Jeszcze przez chwilę cały świat wirował wokół mnie, aż w końcu podłoga przestała uciekać mi spod łap i mogłam podnieść się na równe łapy.
          Drżąc na całym ciele, rozejrzałam się dokoła, szukając wzrokiem jakiegokolwiek zagrożenia. Przeczesałam wzrokiem wszystkie ściany oraz obydwie strony długiego korytarza, jednakże nic nie dostrzegłam. A przecież napastnik nie miał gdzie się ukryć. Z uczuciem narastając paniki, chciałam już ruszać dalej, kiedy nagle coś przyszpiliło mnie do ziemi. Drwiący, sykliwy szept.
          – Na górze, psinko.
          Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, smoliście czarna smuga mgły spłynęła z sufitu, formując się na moich oczach. Sekundę później znów leżałam na ziemi, przygnieciona potężnym ciosem, a po korytarzu poniósł się złośliwy rechot napastnika.
          Z trudem podźwignęłam się do pozycji stojącej i łypnęłam spode łba na wrogą istotę. Tym razem nie uciekła po ataku. Wręcz przeciwnie. Moim oczom ukazała się sylwetka wilkopodobnego stworzenia. Miało około dwóch metrów w kłębie. Jego sierść była czarna jak smoła, z wyjątkiem białego iksa znajdującego się centralnie na pysku i przechodzącego przez dwoje płomiennych oczu. Płynnymi, kocimi ruchami przeszedł kilka kroków po niewidzialnym zarysie okręgu, wlepiając we mnie płonące ślepia. Jego czarny ogon snuł się za nim, pozostawiając po sobie ciemne opary dymu. Warknął przeciągle, ukazując przy tym rząd białych ostrych kłów. Przy każdym kroku stukał cicho wielkimi szponami o kamienną posadzkę.
          Sapnęłam, nagle dostrzegając na jego szyi rzemyk zakończony czarnym, połyskującym piórkiem, na którym wyraźnie rysował się pierścień w jaskrawo-rudym odcieniu. To było to czego szukałam, to po co tu przyszłam.
          I znów rozległ się ten rechotliwy śmiech. Zesztywniałam, odruchowo napinając mięśnie i jeżąc sierść na karku. Czy miałam jakiekolwiek szanse z tym stworzeniem? A jeśli nie czy dam radę uciec? Szanse były zapewne marne zarówno na jedno jak i na drugie. Ale nie mogłam się w tej chwili poddać. Cała moja wyprawa mogła zależeć od tej właśnie chwili.
          Zaczęliśmy krążyć po niewielkim okręgu jaki wyznaczała średnica tunelu. W oczach bestii wyraźnie widać było politowanie, podczas gdy ja starałam się złapać na czasie. Gorączkowo obmyślałam strategię, szukając wszystkich swoich atutów, które mogłabym wykorzystać w walce, lecz w porównaniu z takim przeciwnikiem nie znalazło się ich zbyt wiele. Ale nieważne.
          Zamiotłam po ziemi długim, puszystym ogonem, wzniecając w powietrze tumany zaległego kurzu, podsycając jeszcze dodatkowo obłok powietrzem, tak by choć na ułamek sekundy zaskoczył przeciwnika. Niemal w tym samym momencie, skrywana przez chmurę pyłu, zanurkowałam pomiędzy potężnymi łapami demona. Zawirowałam pomiędzy kończynami, wypryskując spod klatki piersiowej i kłapiąc zębami tuż przy jej szyi.
          W jednym momencie znalazł się kilka metrów dalej, mrużąc ślepia, najwyraźniej zaintrygowany tym nagłym atakiem. Jednakże moim celem wcale nie było, tak jak się spodziewał, zranienie go, a zerwanie talizmanu. Chybiłam.
          Zerwałam się, z miejsca, ponownie skacząc w jego stronę, jednakże, monstrum nawet nie drgnęło. W ostatniej sekundzie orientując się co się co się stanie, z przerażeniem próbowałam jeszcze wyhamować, jednakże na próżno. Wbiegłam na niego z całym swoim impetem i próbując jakoś uratować sytuację, zaplątałam się o długie kończyny bestii i wyrżnęłam się na kamienną posadzkę, wydobywając z siebie cichy pisk.
          Ciężko dysząc, oderwałam się od podłogi i zrozpaczona skierowałam spojrzenie ku czarnej jak smoła istocie. Rozwarła pysk, w dzikim, zadowolonym uśmiechu. Jej oczy błyszczały najprawdziwszym podnieceniem. Skoczyła.
          Nie byłam pewna co najpierw poczułam, trzask łamanych żeber, czy  może raczej rozlewającą się po całym ciele falę bólu? Może jednak naszły jednocześnie – a zaraz po nich korytarz wypełnił bolesny skowyt.
          Biorąc płytki urywane oddechy z trudem podźwignęłam się z powrotem, patrząc jak demon cierpliwie obserwuje moje zmagania, przechylając nieznacznie łeb, niczym zaciekawiony szczeniak. Zacisnęłam z całej siły kły, starając się zapomnieć o bólu. Ale nie dało się, kłucie rozchodziło się po całym ciele, przez cały czas, bez przerwy.
          Nadeszła. Zacisnęła olbrzymie kły na mojej lewej łapie, bez najmniejszego trudu łamiąc kość w kilku miejscach. W pierwszym moim odruchu szarpnęłam się, jednakże to tylko spotęgowało paraliżujący ból. Ale nie, nie mogłam tak po prostu zostać pokonana. Musiałam się bronić. Jakkolwiek.
          Zebrawszy w sobie wszystkie pozostałe mi siły, ostatnim wysiłkiem doskoczyłam do pyska monstrum, zaciskając na nim swoje małe, lecz niezwykle ostre kiełki. Zaskoczony demon pisnął jak jakiś niedoświadczony młodziak i wyszarpnął się z mojego uścisku, tryskając mi w oczy atramentową posoką.
          Podniosłam łapę do oka, chcąc wytrzeć piekącą ciecz z twarzy, jednakże moje zabiegi jedynie pogorszyły całą sprawę, gdyż jedynie wtarłam głębiej lepką substancję. Obraz zaczął mi się zamazywać, czułam, że tracę zmysły. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie  byłam już dłużej wstanie walczyć. Upadłam.
***
          Każdy oddech oznaczał ból przeszywający mnie na wskroś, jakby miliony igiełek wbijało się w moje ciało. Wyglądało na to, że miałam połamane żebra. Nie mogłam oddychać, z każdą chwilą mój oddech stawał się krótszy, coraz bardziej urywany. Zaczynało brakować mi tlenu.
          Rozmazana plama, którą miałam przed oczyma, zaczęła pokrywać się rozbieganymi, czarnymi mrówkami.
          Zaraz? Mrówki? Ale skąd…?
          Ostatnim co zarejestrowałam, nim mój umysł zalazła wzburzona fala ciemności, był odległy, świszczący chichot…

20 stycznia 2012

Zadanie- "Pierścień Czarnego Feniksa" Cz. VI [Aldieb]

19 stycznia 2012

          .Muzyka.
          Tik… Tak… Tik, tak… Tak, tik… Tik…
          Tykanie zegara rozchodziło się drżącym echem po kamiennych ścianach korytarza. Rozbrzmiewało w powietrzu, wybijane przez rytm moich łap.
          Stuk… puk… stuk, stuk, puk, stuk… stuku puk…
          Cichutko podchodzą gdy zapada zmrok…
          Pochodnia zafalowała pod wpływem lodowatego podmuchu, po czym zgasła, w momencie kiedy ją mijałam, a wraz z nią zniknął towarzyszący mi migotliwy cień.
          Stuk, puk… stuku puk…
          To już nie pierwszy raz. Same decydowały, która z nich ma zakończyć swój żywot. Wystarczyło ją… minąć.
          Zatrzymałam się, kiedy moje przednie łapy natrafiły na próg. Podniosłam głowę, kierując zmęczone oczy na rozpościerającą się przede mną komnatę. Nie różniącą się niczym od wielu poprzednich, na które natrafiałam. Ruszyłam dalej.
          Stuk, puk… Stuku puk… Mlask.
[ Muzyka: STOP ]
          .Muzyka.
          Zamarłam, spuszczając wzrok na podłogę. Obserwowała mnie para złotych, świecących w półmroku ślepi, okolona czarną burzą, wijących się macek.
          Ach… to ja.
          Powiodłam uważniej spojrzeniem po sali, dopiero teraz dostrzegając, że kafelkowaną posadzkę pokrywa cienka warstwa wody.
          Wzdrygnęłam się, mając wrażenie, że dostrzegam w odbiciu czyjąś sylwetkę. Potrząsnęłam łbem, to było niemożliwe, nikogo oprócz mnie tu nie było. Jednakże, jak pod wpływem czarodziejskiej różdżki, moje ciało drgnęło, po czym ruszyło ku migoczącemu odbiciu, z cichym pluskiem łap.
          Zmrużyłam ślepia, nie rozumiejąc tego co widzę. Ale ewidentnie pod powierzchnią wody, jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało, widniała sylwetka jakiegoś stworzenia. Jego jasne patrzałki były szeroko rozwarte, zwrócone ku górze, w moją stronę, w wyrazie paniki.
          Cofnęłam się gwałtownie, kiedy nagle potężne kocie łapy, uderzyły, od strony czarno białej szachownicy, w barierę jaką stanowiła powierzchnia wody. Przerażona, patrzyłam jak miota się, uderzając kończynami o przezroczystą ścianę, desperacko próbując się uwolnić.
          Po chwili całkowitego otępienia doskoczyłam do niej i zaczęłam drapać w kafelki. Jednakże nic to nie dawało. Bezradnie patrzyłam, jak życie w jej oczach powoli przygasa, aż w końcu całkowicie zanika, a jej ciało zaczyna się oddalać, jakby tonąc w chłodnych odmętach cierpienia…
          - NIE! – wrzasnęłam histerycznie, próbując ją jeszcze złapać, jakimś cudem przebić się przez podłogę… Zrobić cokolwiek by jej pomóc. Przecież nie mogła tak po prostu zniknąć.
          Kręciłam z niedowierzaniem łbem, czując jak łzy gęstym strumieniem płyną mi z oczu. Znałam te waniliowe ślepia, czekoladowe łaty, mglisty ogon, znak Psi na lewej nodze…
          - Nie, nie nie… - Zaczęłam mamrotać do siebie, tępo wpatrując się w przestrzeń przed sobą. – To musi być kolejna iluzja. Sztuczka, by mnie spowolnić, oszukać…
          Podskoczyłam, z dzikim wrzaskiem, kiedy w podłogę obok mnie coś uderzyło. Z szaleńczo bijącym sercem, odsunęłam się w panice kilka kroków, ślizgając się na mokrej powierzchni. 
          Za moimi plecami rozległ się przytłumiony trzask. Kolejne ciało, kolejna żywa istota, uwięziona pod lodem. Roztrzęsiona powiodłam spojrzeniem dokoła, jednakże wszędzie natrafiałam jedynie na śmierć.
          Nie, nie nie, to nie mogło się tak skończyć. Poderwałam się na równe nogi i skoczyłam ku pierwszej wilczycy, w której rozpoznałam Jennę. Rozszerzyłam z przerażeniem oczy, po czym bez chwili zastanowienia uderzyłam, z całą swoją siłą, łapami w przezroczystą barierę. Mroźne kropelki cieczy uderzyły mnie po twarzy, jednakże nic innego się nie wydarzyło. Łkałam w duchu, nie dopuszczając do siebie myśli, że mogę stracić kolejną bliską mi osobę.
          Nagle przerwałam moje bezowocne próby, odwracając się powoli. Nim jeszcze uniosłam oczy,  w podświadomości wiedziałam co ujrzę. Twarze bliskich mi osób błyskające ku mnie oskarżycielsko, z wyrzutem, w ich zbolałych oczach.
          Ponieważ nieważne jak bardzo się starałam, nie potrafiłam im pomóc...
Aldieb (23:23)

29 grudnia 2011

Zadanie - "Pierścień Czarnego Feniksa" Cz.V [Aldieb]

28 grudnia 2011

Pfff. Beznadziejne. I zaczęłam przyspieszać. Chcę w końcu skończyć to opowiadanie.
Błędy, powtórzenia i tak dalej. Nie chce mi się poprawiać...
------------------------
Leżałam znów w pustym korytarzu, a jedynym słyszalnym dźwiękiem był mój ciężki oddech rozchodzący się echem wśród kamiennych ścian. Wstałam chwiejnie i bez dalszej zwłoki ruszyłam dalej. Po krótkiej chwili zorientowałam się, że znajduję się w innej części labiryntu. Cóż…trudno i tak nie robiło mi to większej różnicy.
***
Oderwałam poduszki łap od podłoża z lepkim cmoknięciem, po czym przy kolejnym kroku znów zanurzyłam je w gęstej,rdzawej cieczy rozlewającej się po kamiennych kafelkach. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Cisza się nasilała, przerywana jedynie chlupotem krwi i moim ciężkim oddechem. Po pewnym czasie w jej nasileniu wyłapałam cichy dźwięk. Kap. Cisza. Kap. Kap. Parsknęłam z oburzenie, kiedy kropla krwi rozbiła się na moim wilgotnym nosie. Kap.  Kap.  Kap...
Zatrzymałam się. Powoli, jakby z wahaniem, uniosłam łeb ku górze. Ugięły się pode mną łapy, a z pyska wyrwało się ciche jęknięcie. Setki, tysiące, może miliony martwych ciał. Ludzkich,zwierzęcych… Obdartych ze skóry, ociekających własną krwią.  Kap.  Kap. Kap…
Poczułam, że zbiera mi się na mdłości.Opuściłam głowę, jednak mój wzrok padł na szkarłatne jezioro, w którym odbijała się podniebna masakra. Zacisnęłam ślepia, modląc się o utratę zmysłu węchu. Ostry,metaliczny zapach, wymieszany z odorem rozkładu wwiercał się w moje nozdrza z zabójczą siłą. Warknęłam wściekle, zirytowana swoją słabością.
Nim ucichł ten odgłos, po komnacie rozległ się tubalny dźwięk, przywodzący na myśl spadające głazy. Gdy wszystko ucichło znów usłyszałam kapanie. I szum… Pędzący, z zawrotną prędkością, potok krwi podciął mi łapy. Runęłam z krzykiem, tracąc równowagę, a prąd poniósł moje ciało. Rdzawa ciecz była wszędzie. Nic nie widziałam. Nie mogłam oddychać. Poczułam, że odpływam. Straciłam przytomność…
***
            Krzyknęłam, ryjąc pazurami po miękkiej skórze na pysku. Mój wrzask potoczył się echem,płynąc z zawrotną prędkością po labiryncie zdradzieckich korytarzy, by powrócić do mych uszu i zamienić się na kolejną falę niewysłowionego bólu, którego nie sposób było wyrazić inaczej, niż jedynie przez ten właśnie krzyk. Do zaciśniętych oczu cisnęły się słone łzy. Płynęły swobodnie po policzkach,mocząc ciemne futro i mieszając się ze szkarłatem krwi.
            Zatoczyłam się na ścianę, przewalając się na bok, po czym jak w spazmie, gwałtownie zwijając się w kłębek. Moim drobnym ciałem wstrząsnęły drgawki.
Jeszcze raz.
I nagle wszystko ustało.
Zamilkłam. W zastałej ciszy mój chrapliwy oddech brzmiał niezwykle głośno. Jednak zaraz i on ucichł.
Powoli, jakby bojąc się każdego gwałtownego ruchu, poluzowałam uścisk łap, które bezwładnie osunęły się na posadzkę. Zmusiłam się do rozluźnienia szczęk. W następnej kolejności poszły wszystkie mięśnie. Wsłuchałam się w siebie z pewnym wahaniem. Wyglądało na to, że wszystko było już w porządku...
***
Ocknęłam się, leżąc pod jedną ze ścian tunelu. Migotliwy płomień pochodni rzucał powykrzywiane cienie na kamienne ściany. Zadrżałam, z wysiłkiem prostując kończyny i podnosząc się do pozycji stojącej. Czułam, że coś mi umknęło, coś bardzo ważnego. Cała byłam poobijana, a moje ciało nadal drżało, jakby po biegu maratońskim.
Potrząsnęłam głową. Nie teraz. To nie miało znaczenia. Musiałam iść dalej...
Aldieb (22:30)

21 listopada 2011

Zadanie - "Pierścień Czarnego Feniksa" Cz. IV [Aldieb]

21 listopada 2011


            Drewniane wrota, wykończone żeliwnymi okuciami, zatrzasnęły się za mną z hukiem. Tubalny odgłos rozbrzmiał w powietrzu, by stopniowo wygasnąć i przemienić się w ciszę,z której wyłonił się cichy stukot pazurów, po śliskiej posadzce, wybijający rytm moich niepewnych kroków. Szłam w jednym możliwym kierunku, prosto przed siebie. Zmrużyłam powieki, by uchronić się przed jaskrawym światłem rzucanym przez nietypowe ściany.  
            Sunęłam korytarzem, starając się uporządkować wirujące myśli. Zagłębiałam się coraz bardziej w ten dziwny labirynt, wybierając na oślep drogę, skręcając w różne odgałęzienia, cz y też kierując się ku znikąd pojawiającym się schodom.
            Zatraciłam się we własnym wnętrzu, gdy wtem poczułam, że coś jest nie tak. Zatrzepotałam powiekami, chcąc pozbyć się niespodziewanych halucynacji majaczących mi przed oczami. Jednak to nie pomogło. Powietrze przede mną falowało, wprawiając w ruch niebieskawy obłoczek dymu. Pod wpływem nagłego przeczucia zerknęłam w tył i poczułam jak wewnątrz mnie powoli narasta ściśnięta gula. Zaledwie metr za mną ziała czarna, bezdenna czeluść, od której aż zionęło upiorną nicością.Pospiesznie odwróciłam wzrok, kładąc po sobie długie uszy. Jednak tam czekała na mnie kolejna niespodzianka. Dopiero co niewyraźne opary w mgnieniu oka zaczynały nabierać kształtów i barw. Już po chwili wypełniały całą przestrzeń korytarza, przysłaniając mi widok na marmurowe ściany. Obraz rozciągnięty przede mną zadziwiająco dobrze odzwierciedlał rzeczywistość. Jedynie białe,rozmywające się opary, widoczne kątem oka, zdradzały o fałszywości tego nierealnego świata.
            W podziwianiu iluzji przeszkodził mi mrożący krew w żyłach, lodowaty podmuch nieznanego czającego się za mymi plecami, zmuszając do ponownego odwrócenia się. Mała fala dreszczy przebiegła przez całe moje ciało, poczynając od czubka nosa, a kończąc na końcówce ogona. Ciemność otchłani była znacznie bliżej niż kilka minut temu, wyciągając swe chciwe macki w moją stronę. Odruchowo przesunęłam się o parę kroków, byle dalej od tej mrocznej przestrzeni. Bałam się myśleć jak by się to skończyło, gdyby udało jej się mnie pochłonąć.Bezsprzecznie kojarzyła mi się z pustymi ślepiami Sanetille, dopełniając moją coraz to bardziej rosnącą niechęć do niej. Wyglądało na to, że pozostało mi tylko jedno wyjście, musiałam iść dalej. Łapy z niechęcią oderwały się od zimnej posadzki, zagłębiając w sielankowy krajobraz – być może kolejną pułapkę,jeszcze gorszą, od tej czyhającej za moimi plecami.
            Ku mojemu zdumieniu, poduszkami łap, natrafiłam na miękką ziemię i soczyście zieloną trawę. Na skórze poczułam ciepłe promienie słońca, a w nozdrza z[przyjemnością wciągnęłam zapach świeżego powietrza. Po zatęchłej woni sanktuarium, ledwie zauważyłam jak jest tu parno. Rozglądałam się wciąż dookoła, nie mogąc się nadziwić. Gdybym nie zdawała sobie sprawy, z tego, że otacza mnie iluzja, pewnie nigdy nie zorientowałabym się w prawdzie.
            W tym momencie dostrzegłam kocią sylwetkę, majaczącą wśród wysokich traw. Była to biała lwica, zmierzająca niespiesznym truchtem w sobie tylko znanym kierunku.Drgnęłam uradowana, stawiając uszy na sztorc. W końcu spotkałam jakąś żywą istotę. Może nawet mającą informacje na temat tego miejsca.
            Już chciałam do niej podbiec, kiedy samica podniosła głowę, kierując przyjazne,błękitne oczy w moją stronę. Zamarłam bez ruchu, czując jakby zmroziło mi wnętrzności. Nagle wszystkie obrazy nabrały ostrości, szczegóły wskoczyły na swoje miejsce, uzupełniając brakujące elementu układanki. W jednej chwili wszystko nabrało sensu. A może właśnie go straciło?
Z sensem, czy też bez niego, wyjaśniło się towarzyszące mi przez ten cały czas uczucie. Zadrżałam z trwogą. Bardzo dobrze znałam to miejsce. Niegdyś spenetrowałam każdy zakątek pobliskiej dżungli, jak i rozległej sawanny. To właśnie tutaj trafiłam po moim przebudzeniu, zlękniona i zdezorientowana. Tu znajdował się mój pierwszy,prawdziwy dom.
            -Hej, ty! Stój! – Usłyszałam dźwięczny głos samicy, dużo bliżej niż mogłam się tego spodziewać. Soraya wciąż patrzyła wprost na mnie. Nie zrozumiałam,przecież stałam…
- Co robisz na terenach Stada Lwów Jedności?
- Ja? - Zadałyśmy to pytanie jednocześnie. Głos docierający zza moich pleców wydawał się dziwnie znajomy.
Odwróciłam się niepewnie, odsuwając się kilka korków w bok, kątem oka zauważając, że biała wcale nie  podążyła za mną wzrokiem, a wciąż wpatrywała się w ten sam punkt. W końcu i ja podążyłam spojrzeniem w tym kierunku, by spojrzeć na młodą lwicę o srebrzystej sierści i jasnobrązowej, mahoniowej grzywce. Mimo, że w głębi duszy domyślałam się co mogę ujrzeć, widok ten sprawił, że zachwiały się pode mną łapy. Byłam świadkiem zdarzenia sprzed tylu lat! Spoglądałam na dużo młodszą wersję samej siebie, która wydawała się tak samo żywa jak ja w tej chwili… Potrząsnęłam gwałtownie głową, wprawiając w ruch długie kosmyki ciemnych włosów. Jeśli tak dalej miało to wyglądać, to mogłabym się założyć, że oszaleję. Błądziłam niewidomym wzrokiem po okolicy. Głosy dwóch lwic dobiegały do mnie przytłumione, jakby zza szklanej ściany. Nie wiedziałam co się działo, to wszystko nie miało dla mnie najmniejszego sensu…
W ciągu ułamka sekundy wszystko się zmieniło. Niespodziewanie obrazy zawirowały. Ziemia uciekła mi spod łap,zamieniając się miejscami z nieboskłonem i pierzastymi chmurami. Drzewa i krzewy wyciągnęły się w szerz, a następnie w pionie, tracąc pierwotną formę  i zaczęły się zlewać z pozostałymi zjawiskami w bezkształtną, nieokreśloną masę. Coś szarpnęło moim ciałem, porywając wraz z całą resztą. Krzyknęłam, na moment zamykając ślepia, a kiedy ponownie uniosłam powieki, przed oczami mignęły mi kolejne wizje, co rusz wciągane przez szaleńczy wir, wymieniając się z innymi obrazami.
Masywna, jak na samicę, lwica o bystrym spojrzeniu i jasnej, płowej sierści – Afra, przywódczyni stada. Jej sylwetka rozmyła się, by po chwili na nowo uformować się w kształt kolejnej osoby, tym razem Rubi, o niebieskiej sierści i zwariowanych iskierkach w oczach. Zrywa przedziwny owoc z drzewa rosnącego w innym wymiarze, do którego wspólnie znalazłyśmy przejście. Udaje, że się nim zatruła, przyprowadzając mnie o zawroty głowy. I gdyby obraz utrzymał się trochę dłużej, ujrzałabym zapewne jak tarza się po ziemi, naśmiewając się ze mnie do rozpuku.
Śmiechy. Głośne rozmowy. Impreza. Płowy lew zjeżdżający po wodospadzie, na kawałku drewna, niczym na desce surfingowej.
I znów zmiana. Dwa lwiątka bawiące się ze sobą. Białe i czarne. Roy i Bree. W następnej scenie już jako nastolatki,posyłające sobie zakochane spojrzenia.
Na chwilę wszystko się rozmazało, po czym znów nabrało ostrości. Biegniemy całą grupą. Wszyscy poszliśmy, aby pomóc Mariah, lwicy, która została porwana.
Afra informuje o zamknięciu Stada.
I koniec. Cisza.

----------------------------------------
Kolejna część. I tak, jeszcze dużo przed nami.
Aldieb (19:58)

7 lipca 2011

Zadanie - "Pierścień Czarnego Feniksa" cz. III [Aldieb]

06 lipca 2011


[Proszę czytajcie powoli, nie spiesznie, starając się wczuć w słowa i muzykę. Podkład jest bardzo długi, więc najprawdopodobniej jak skończycie czytać jeszcze trochę zostanie. ]

            Nie odrywałam ślepi od okrągłych basenów, przepełnionych po brzegi rdzawą cieczą. Ostra woń krwi wypełniała całe pomieszczenie, wciskając się w każdy, nawet najbardziej zakurzony kąt, przyprawiając mnie o mdłości. Ogień trzaskał cicho, rzucając na ściany migoczące cienie, wijące się w dzikim tańcu, niczym splecione ze sobą węże. Postąpiłam krok w przód. Za pierwszą łapą podążyła następna. Ciało było jakby wyrwane spod mojej kontroli. Szkarłat rozciągający się przede mną wywoływał u mnie fascynację, a zarazem odrazę. Chciałam cofnąć się, zawrócić, jednak napięte do granic wytrzymałości kończyny nadal poruszały się własnym życiem.
            Niespodziewanie poczułam, jak łapy uderzyły o kamienny murek. Zatrzymałam się gwałtownie, zaskoczona kiedy znalazłam się aż tak blisko. Metaliczny, gryzący w nozdrza zapach uderzył we mnie ze zdwojoną siłą. W odbiciu rysującym się na mrocznej tafli, trudno było dostrzec rysy żywego stworzenia. Zdeformowane kształty, przypominały raczej potwora, rodem z najgłębszych czeluści piekieł, niż niepozorną wilczycę. Oblizałam nerwowo pysk, nie odrywając oczu od falującej czerwieni. Sumienie, czające się na granicy świadomości krzyczało do mnie, że powinnam jak najprędzej uciekać. Czarne macki oblepiające mój umysł, stłumiły jego ciche wołanie.Poddałam się im. Nieświadomie zbliżyłam łeb, do delikatnie drżącej powierzchni.W momencie, w którym mój nos dotknął lodowatej cieczy, odskoczyłam jak oparzona. Nie. Nie tego chciałam. W polu mojego widzenia mignął szary cień, pozostawiając za sobą falę mroźnej aury. Zamrugałam powiekami, gwałtownie się rozglądając, jednak nie dostrzegłam niczego. Najprawdopodobniej atmosfera tego pomieszczenia zbyt mocno wpłynęła na moją wyobraźnię, co za skutkowało dziwnymi omamami.
Ogarnęłam spojrzeniem jeszcze raz wielką salę. Czas było się stąd wynosić. Odwróciłam się raptownie i skierowałam pośpieszne kroki,w kierunku wrót znajdujących się na końcu komnaty. Kiedy zbliżyłam się do nich na odległość kilku metrów, te niespodziewanie uchyliły się, wydając przy tym przeraźliwy zgrzyt. Zamarłam, przerażona, czekając na dalszy bieg wydarzeń. Jednak, wbrew moim oczekiwaniom, wyglądało na to, że nikt nie miał zamiaru wkroczyć do pomieszczenia. Bynajmniej wcale mnie to nie uspokoiło, lecz nie mogłam pozostać tutaj na wieczność. Z duszą na ramieniu przeszłam przez ciężkie odrzwia.
Rozszerzyłam, zdumiona, oczy. Zdecydowanie nie tego spodziewałam się ujrzeć. Przede mną rozpościerał się prosty korytarz, wykuty z najczystszego marmuru. Ściany były idealnie gładkie ozdobione przez ornamentowe wzory, wykute na wzór egzotycznych roślin, w które wplątane były dzikie zwierzęta oraz przeróżne geometryczne kształty. Co jakiś czas przejście zostało udekorowane rzymską kolumną, bądź niszą, w której znajdował się posąg, najprawdopodobniej pomniejszego bóstwa. Te misterne zdobienia, spokojnie można było porównać do największych dzieł krasnoludzkich, jednak wątpiłam, żeby naprawdę były przez nie wykonane. Od każdego milimetra tej budowli czuć było mroczną dzikość, w każdym rysie czy kształcie czaiła się czerń, dopełniana przez szydzące z obserwatora, wijące się żyłki minerału. 
A jednak, to nie to tak mnie zszokowało. Chociaż przyznaję, że pogłębiało ogólne wrażenie. Korytarz rozświetlony był jasnym, białym światłem, wydobywającym się bez pośrednio… ze ścian. A przynajmniej tak mi się wydawało. Nie umiałam tego inaczej wytłumaczyć. Nigdzie nie mogłam dostrzec, żadnego źródła tego nietypowego oświetlenia.
W momencie, w którym chciałam postąpić krok na przód, odkryłam, że nie jestem wstanie. Łapy kurczowo trzymały się podłoża, nie mając ani krzty ochoty, zmienić swego położenia. Jakbym wrosła w ziemię. Zamiast w końcu się uspokoić, byłam jeszcze bardziej zestresowana. To nie było dobre światło. Mamiło, oszukiwało, skrywając prawdziwe oblicze tego miejsca. Rozumiałam to całym swoim jestestwem. Jednak nie miałam wyjścia. Musiałam podążać dalej. Wydostać się z tego piekła. A jedyna droga prowadząca ku wyjścia widniała właśnie przede mną.

------------------
Znowu bardzo krótko. Niezwykle krótko. @_@ W dodatku taka część, tak na prawdę nic nie wnosząca. Przerywnik. Ale mam potrzebę wstawienia czegoś. A ciąg dalszy idzie mi bardzo, bardzo opornie...
*W ciągu godziny napisała zaledwie trzy zdania...*
Aldieb (19:06)

1 czerwca 2011

Zadanie - "Pierścień Czarnego Feniksa" Cz. II [Aldieb]

31 maja 2011

Tym razem dużo krótsze. Nie mam sił szukać podkładu.

-----------------------
            Przez otaczające mnie ciężkie zasłony mgły, z trudem przedostał się nieprzyjemny, drażniący bębenki chrobot.Poruszyłam się nieznacznie, układając się wygodniej i zatapiając się w przytulnym, gęstym mroku, oblepiającym moją ociężałą świadomość. Ze wszystkich sił starałam się ignorować ciche przeczucie, które zrodziło się na obrzeżach mojego umysłu, że już czas przerwać tę sielankę. Jednak, ani trochę, nie miałam ochoty opuszczać tak błogiego stanu.
            Podniosłam gwałtownie łeb, a wraz z tym ruchem odpłynęło całe towarzyszące mi ciepło.Grzmotnęłam wierzchem czaszki o coś twardego i aż syknęłam z bólu. Wyskoczyłam z zagłębienia, w którym się znajdowałam i otrząsnęłam się. Skrzywiłam się przy tym nieznacznie, czując delikatny ból w klatce piersiowej. Ziewnęłam szeroko,po czym przeciągnęłam się ostrożnie, wyciągając łapy i wyginając z rozkoszą grzbiet. Mlasnęłam i rozejrzałam się wokoło.
No tak. Ciemność.
            W końcu przypomniało mi się, co było przyczyną mojej pobudki. Postawiłam uszy na sztorc, uważnie nasłuchując. Wciągnęłam ze świstem powietrze, kiedy niemal natychmiast dobiegły mnie odgłosy gryzienia, darcia oraz ciche piski.Wzdrygnęłam się z niesmakiem, rozumiejąc, że to podziemnie padlinożercy zajmują się truchłem potwora. Z drugiej strony, wychodziło z korzyścią dla mnie. Mogłam teraz bez obawy poruszać się przez korytarz.
            Czas było ruszać. Z nowymi siłami biegłam w równym rytmie, systematycznie stawiając za sobą łapy. Odgłos moich kroków oraz spokojny oddech były jedynymi dźwiękami,które od teraz towarzyszyły mi w wędrówce. Tylko co jakiś czas zatrzymywałam się na krótki postój. Minuty dłużyły się jak godziny, sprawiając, że traciłam poczucie czasu. Myśli chaotycznie przeskakiwały od jednego tematu na inny.Podążałam dalej, z niecierpliwością wyczekując końca tunelu.
             Niepokojące uczucie coraz bardziej ciążyło mina sercu. Wyciągało swoje macki, coraz głębiej sięgając, zatruwając swoją ideą moje członki. Starałam się go pozbyć, wyprzeć z umysłu, jednak nie potrafiłam.Otaczająca mnie czerń nagle zdała mi się nieprzyjazna, przytłaczająca swoją głębią. Czułam się w  niej jak w klatce.Zamknięta, bez żadnej szansy ucieczki. Mogłam tylko iść… bez żadnej nadziei…
            Czerń,która nie została zrodzona z Nocy… kryła w sobie drapieżcę, polującego na mnie,stworzenia nie przystosowanego do podziemnych wędrówek. Cichy obserwator, mógł się czaić wszędzie. Śledzić, czaić się w mroku, obserwować i tylko czekać na dogodny moment… Nieświadomie moje korki się wydłużyły, jakby moje ciało podświadomie chciało oddalić się od obcej istoty. Niemal czułam jej przeszywający wzrok wbity w moje plecy. Musiałam uciec… uciec…
            Jeszcze nie tak dawne wspomnienia zaczęły przemykać mi przed oczami. Nieskazitelna biel, czarne zjawy tworzące Krąg…
Mój rzęsisty oddech ścigał się z szaleńczo bijącym sercem. Mięśnie naprężone do granic możliwości, poruszały łapami, w szaleńczym biegu, pchając mnie coraz szybciej, coraz dalej. Obrazy… emocje… nieopisany bóli cierpienie… oplotły mnie z całą swoją siłą, korzystając z mojej coraz to bardziej słabnącej woli. Upiorne szepty goniły mnie, łaskocząc mroźnymi oddechami. Chciałam uciec, jak najdalej od ścigającego mnie potwora. Jednak nie mogłam, brakowało mi sił.
            Krzyknęłam doprowadzona już całkiem do paniki, kiedy potknęłam się o wystający z twardej ziemi korzeń. Przewaliłam się, lądując boleśnie na pysku. Zamarłam w bezruchu,łapczywie łapiąc powietrze do płuc. Nasłuchiwałam. Jednak nie wyczułam, nikogo znajdującego się w tunelu po z mną. Byłam sama.
Podniosłam się i potrząsnęłam łbem. Dopiero teraz zauważyłam, że z moich oczu ciekną łzy. Nakazałam sobie spokój. Policzyłam do dwudziestu, starając się wyrównać oddech. Wstydziłam się swojej reakcji, jednak kłujące szpilki strachu były wbite głęboko i nie sądziłam, żeby szybko się roztopiły.Już. Koniec.
            Podniosłam uszy, wyczuwając nagle prąd świeżego powietrza. Zaczęłam węszyć, przeszukując ściany korytarza. Z trudem powstrzymywałam narastający przypływ nadziei, który łatwo mógł się skończyć rozczarowaniem. Wstrzymałam oddech kiedy poczułam równą,kamienną powierzchnię oraz wypływający z jego obrzeży ciąg. Po chwili namysłu naparłam na blok całym ciałem, wkładając w to jak najwięcej siły. Nic. Jednak nie poddawałam się. Nie teraz, kiedy mogłam znaleźć wyjście. Powtórzyłam ten manewr i już po chwili poczułam jak skała drgnęła. Popchnęłam jeszcze raz i nagle kamień puścił, wpadając z głośnym hukiem na zewnątrz. Oblizałam nerwowo pysk, po czym weszłam z duszą na ramieniu przez wąski otwór.
             Syknęłam, kiedy nagłe światło boleśnie mnie oślepiło.Zamknęłam oczy, przez cały czas uważnie nasłuchując. Jedyne co słyszałam to cichy trzask tańczących płomieni. Poruszyłam się nieznacznie, czując że napięcie które mnie ogarnęło wcale nie uchodzi. Coś było nie tak. Zamrugałam powiekami i w końcu otworzyłam szeroko oczy. Przede mną znajdowała się wilka ściana skalna. Z za niej wydobywało się delikatne światło, które wcześniej było dla mnie tak bolesne. Jednak to nie było to, co mnie zaniepokoiło.  Zmarszczyłam nos, kiedy zrozumiałam, że w ten sposób działa na mnie zapach unoszący się w tym pomieszczeniu. Jednak przyzwyczajona do duchoty panującej w tunelu, nie mogłam go zidentyfikować. Wzięłam głęboki wdech i postąpiłam kilka kroków, wychodząc zza ciemnego głazu. Przede mną rozciągała się ogromna sala, oświetlona płonącymi paleniskami, ustawionymi w półkolu, wzdłuż gładko ociosanych skał. Tu zapach się nasilił, jednak szłam dalej,aż dotarłam na sam środek. Stanęłam na wytartej przez setki stworzeń posadzce,a następnie odwróciłam się twarzą w stronę miejsca, z którego wyszłam.
             Wciągnęłam ze świstem powietrze, zszokowana widokiem,który się przede mną znalazł. Głaz, za którym znajdował się otwór, okazał się być posągiem, przedstawiającym kobietę o dzikich rysach oraz drapieżnym wyrazie twarzy. Odziana była skąpo, tak, że wyraźnie było widać zarysy mięśni jej ciała. W jednej ręce trzymała sztylet, z którego spływała jakaś ciecz, najprawdopodobniej krew. Na jej szyi widniał wisiorek, zakończony misternie zdobionym piórem. W samym jego sercu umiejscowiony był szlachetny kamień, rubin, w którego ciemnym kolorze, błyskały odbite płomyki ognia. Cały posąg był wykonany z nieznanego mi materiału. Ciemny, prawie czarny kryształ, błyszczał, wypolerowany przez mistrzów rzemieślników. Jego rozmiary były ogromne. Możliwe, że sięgał nawet dalej niż najwyższe widziane przeze mnie drzewo.
             To co znajdowało się u stóp rzeźby wyjaśniało źródło woni, która wcześniej mnie zaskoczyła. Były to dwa wielkie baseny, w kształcie równych okręgów, zajmujących niemal połowę sali. Aż po brzegi wypełnione były rdzawą cieczą, o metalicznym zapachu – krwią. Do obu stóp posągu, które zanurzone były w szkarłatnym płynie, przymocowane były dwie pary żelaznych łańcuchów. Teraz spoczywały luźno, jednak bez trudu domyśliłam się, że służyły do tego by przytrzymywać osoby, skazane na ofiarę dla tego bóstwa.
            Im dłużej wpatrywałam się w ten widok, tym coraz bardziej w moim jestestwie rodziło się niesmak i oburzenie. Nie mogłam zrozumieć jak można było pozwolić na tego rodzaju religię. Jednak wiedziałam jedno. Znajdowałam się w Mrocznym Sanktuarium.
Aldieb (19:44)

6 maja 2011

Zadanie - "Pierścień Czarnego Feniksa" Cz. I [Aldieb]

05 maja 2011

Humm. Wygląda na to, że z pomysłu nad którym myślałam nic nie wypali. Trudno.

W każdym bądź razie oto pierwsza część mojego opowiadania, które zaczęłam pisać półtora roku temu x__x' Tak, i do tej pory napisałam właściwie tylko tyle. Jest to zadanie które zostało mi przydzielone dawno temu, na innym stadzie. Jednak obiecałam sobie, że je wykonam. Stado już dawno nie istnieje, ale obietnicy chcę dochować, szczególnie, że ta misja teraz nabrała zupełnie innego znaczenia. No, i mam o czym pisać...

I mam nadzieję, że nie dałam za dużo naraz, ale w wordzie to wygląda inaczej niż na blogu. :U

________________________________
Cienie – wilki z tą rangą otrzymują moc dosłownego rozpływania się w ciemności, ale muszą coś poświęcić,nigdy nie będą mogły mieć dzieci.

Zadanie – Pierścień Czarnego Feniksa
Opis: Twoim zadaniem jest odnalezienie Mrocznego Sanktuarium, w pobliżu którego przebywa ten ptak. Z pomocą przyjdzie Ci właściwości rangi ‘cień’. Dzięki niej możesz skutecznie tropić. Gdy odnajdziesz feniksa, musisz zdobyć jego pióro,jedyne, które ma na sobie znak Pierścienia Śmierci [w sensie feniks ma pióra,ale tylko jedno z nich ma ten symbol]. Na drodze spotkasz wiele przeciwników, a ponieważ udajesz się do Mrocznego Sanktuarium, będą to Twoje najgorsze koszmary.


Minął rok, od kiedy zostało wyznaczone mi to zadanie. Zwlekałam już tak długo, jednak wcześniej nie miałam realnego powodu, by wybierać się na tę misję. Co innego teraz. Teraz.. nie miałam innego wyjścia. Wykonanie tego zadania było moim jedynym wyjściem z obecnej sytuacji. Po za tym, musiałam dotrzymać danej sobie obietnicy.
Wyruszyłam o świcie. Nie miałam pojęcia którędy mam iść, jednak przeczucie mówiło mi, by zmierzać na wschód, ku odległym dzikim puszczom. Nie znając tutejszych terenów nie raz zdarzało mi się zboczyć z kursu, mimo to nieprzerwanie szłam dalej. Minęło kilka dni. Już dawno pozostawiłam za sobą Las Śmierci i biegłam teraz przez zieloną dolinę. Na horyzoncie majaczył zarys, z każdym krokiem, zbliżającej się puszczy.Przystanęłam i rozejrzałam się, nasłuchując. Kilkadziesiąt metrów dalej szemrał strumyk. Dobiegłam do niego i ugasiłam pragnienie, pamiętając, że w gęstwinie mogę nie natrafić na żaden wodopój.
Już miałam ruszyć dalej, gdy nozdrzami wyłapałam znajomy zapach. I z całą pewnością nie wywoływał dobrych wspomnień. Obrazy zaczęły migać mi przed oczami, całkiem przysłaniając błękitne niebo. Mrok, ciemność, ból… żelazne pręty, ostrze strzykawki… Ból…Błysk światła… W jednym momencie zapomniałam o swoim zadaniu i pobiegłam w stronę skąd dochodził zapach… potu, miasta, prochu i psów. Mych uszu dobiegło szczekanie czworonożnych, głośne odgłosy przedzierania się przez chaszcze. Przez cały czas wzbierała we mnie wściekłość.
Przystanęłam, ukryta za listowiem, dostrzegając jednego z dwunożnych stworzeń. Bezgłośnie podeszłam bliżej, nie kryjąc się już. Czekałam, aż człowiek zda sobie sprawę, że nie jest sam, wyczuje moją cichą obecność i odwróci się z lękiem, przed tym, co może zobaczyć.
Obserwowałam jak jego twarz wykrzywia zaskoczenie i lęk, sama nie odrywając od niego złotych ślepi.Zawarczałam ostrzegawczo, ukazując ostre kły. Człowiek cofnął się kilka kroków,potykając się o własne nogi. Znienacka rzuciłam się na niego i potężnym szarpnięciem za nogę powaliłam go na ziemię. Poczułam na języku metaliczny smak krwi. Moja ofiara krzycząc na pomoc próbowała jeszcze uciekać, ale skutecznie jej to udaremniłam. Doskakując do gardła zacisnęłam szczęki przebijając tętnicę i inne narządy. Z rany i ust człowieka popłynęła gorąca krew, wydał z siebie ostatni charkot, a jego oczy zmatowiały, spowite mgiełką śmierci. Rozluźniłam uchwyt, słysząc za sobą pośpieszne kroki i podniosłam głowę, od razu spoglądając w stronę skąd zbliżał się drugi kłusownik. Zmartwiałam widząc w jego ręku strzelbę. Tym razem nie mogłam liczyć na przewagę zaskoczenia.Człowiek spostrzegłszy mnie obok swojego towarzysza natychmiast podniósł broń do twarzy. Nie czekałam, aż wyceluje. Wystartowałam z miejsca i chwyciłam go,wykręcając nadgarstek, tak by musiał rozluźnić uchwyt.
Usłyszałam huk, z drzew zerwały się spłoszone ptaki. Broń spadła na ziemię, kilka metrów dalej. Mężczyzna stracił równowagę, odrzucony przez siłę wystrzału i wylądował na ziemi.Puściłam rękę i zanim tamten zdążyłby choćby pomyśleć o tym, by się podnieść,stanęłam na nim z zębami na jego gardle.
-Żegnaj – mruknęłam i zacisnęłam szczęki.
            W górze słychać było szelest skrzydeł czarnych jak smoła kruków, frunących na ucztę. Przynajmniej one coś będą z tego miały. Po raz ostatni rzuciłam okiem na truchła ludzi i zawróciłam w stronę miejsca, gdzie zboczyłam z kursu. Później będzie czas na wyrzuty sumienia.
***
Gdy przykrył mnie cień wiekowych drzew zwolniłam i wyostrzyłam wszystkie zmysły. Nie wiedziałam, czego się mogę tu spodziewać… W wilgotnym półmroku panowała nienaturalna cisza, w powietrzu unosił się zapach zbutwiałych liści. Łapami zapadałam się w miękkiej ściółce.Zagłębiałam się coraz dalej w las, jednak nigdzie nie mogłam dostrzec żadnego śladu żywych stworzeń, pomijając rośliny.  Z niezrozumiałym niepokojem w sercu, nie mogąc dłużej się zastanawiać, ruszyłam dalej lekkim truchtem, uważając na zdradzieckie korzenie i pilnie nasłuchując. Panująca tu cisza budziła we mnie nieufność.Maszerowałam tak przez trzy dni, a w moim otoczeniu nic się nie zmieniło.Półmrok i monotonność tego miejsca uśpiły moją czujność, a wieczna cisza napawała mnie irracjonalnym lękiem, którego nie potrafiłam się pozbyć. Moje kroki, mimo że tłumione przez poszycie leśne, zdawały się rozbrzmiewać głuchym dudnieniem. Przeszło mi nawet przez myśl, żeby zawrócić, ale szybko się jej pozbyłam. Mój otumaniony umysł zapadał w letarg. Unosiłam się w powietrzu, tak gęstym, że można było w nim pływać… tak lekko… chodzę po chmurach…? Umarłam…?
ŁUP!
Auuaaaa… życie po śmierci raczej tak nie bolało, chociaż… co ja niby mogę o tym wiedzieć... ała.Coś mnie kłuje w bok…
Ból w głowie, a właściwie w całym ciele skutecznie mnie ocucił. Z głuchym warknięciem zwaliłam z siebie kłodę i otrząsnęłam się z ziemi, porostów i mchu.Spojrzałam w górę. Nade mną ziała dziura, przez którą jeszcze zsypywały się pyłi suche liście. Parsknęłam z irytacją i potrząsnęłam głową, kiedy jakiś kamyczek trafił mnie w nos. Rozejrzałam się dookoła. Wyglądało na to, że trafiłam do czegoś w rodzaju tunelu. Wątłe światło, któremu udało się przedostać przez gęste listowie, oświetlało tylko krąg wokół mnie. Dalej panowała ciemność. Wydostać się przez tą samą drogę, którą tu trafiłam nie było jak, zostawało mi pójść w którąś stronę korytarza, tylko w którą…? Do przodu,czy.. y.. do tyłu? Przeklęłam samą siebie za stracenie czujności, nie miałam pojęcia, w jakim kierunku wcześniej szłam. Mimo bólu głowy postarałam się skupić i na spokojnie wszystko sobie przemyślałam. Zostało mi zaufać intuicji.Przymknęłam oczy i już po kilku chwilach uśmiechnęłam się z wyrazem tryumfu na twarzy. Wschód miałam przed sobą, zachód zaś z tyłu. Ruszyłam przed siebie,stąpając ostrożnie po nierównej powierzchni. Zagłębiając się w mrok zdałam sobie sprawę z kilku różnic. W tunelu panowały kompletne ciemności, nie widziałam zupełnie nic, jednak tutaj dobiegały mnie dźwięki, wiele dźwięków… Coś mi się zdawało, że wolę nie spotkać stworzeń, które je wydawały…
***
            Au! Au! Au! Coś mi się lepi do łap.Blee. Fuj. Fe.Wzdrygnęłam się przyspieszając, chciałam jak najszybciej wyjść z tego świństwa.To pachnie jak… nie! Nie myśl! Idź dalej…Nie myśl…
***
            Uch…cholera! Co to jest?! Ale tu okropnie ciemno. I znów cuchnie… Gdzie jest to cholerne wyjście…?
***
            A co jeśli to się ciągnie do samego końca Ziemi? Będę iść, iść, aż zdechnę… o ile wcześniej mnie coś nie zeżre… Pomyślałam, na końcu zdając sobie sprawę, że od jakiegoś czasu podąża za mną stale powtarzające się skrobanie…
***
            Coś za mną idzie… czuję to… Aaaargh… niech to się wreszcie skończy!
***
            Potknęłam się o jakiś korzeń i wyjebałam na pysk. Zerwałam się natychmiast na Równe łapy i zesztywniałam sparaliżowana strachem. Wyraźnie słyszałam szuranie, charkot. W momencie mojego upadku jakieś stworzenie… Taak… obserwowały mnie i czekały, aż padnę z wycieńczenia.Teraz nie dadzą mi już spokoju…
***
            Cholera! Podskoczyłam sycząc z bólu.Coś mnie ukłuło w tylną łapę. Au! Znowu! Coś długiego i ostrego niczym igła,wbijało mi się głęboko w kończyny przy każdym kroku. Poczułam jak ciepły płyn spływa mi po nogach… krew. Ale nie mogłam się teraz zatrzymać, inaczej te małe wstrętne bestie pożarłyby mnie żywcem. Ruszyłam dalej z tą różnicą, że co jakiś czas byłam raniona w tylne łapy. Te nieznane mi stworzenia wpijały się w moje ciało i wysysały krew, zanim nie rzucałam się w ich stronę kłapiąc zębami. Było to bardzo nieprzyjemne, nie byłam wstanie się ich pozbyć, po za tym cały czas krwawiłam…
***
            Byłam bardzo osłabiona, w dodatku od dawna nic nie jadłam. Moje wyczerpane ciało domagało się pożywienia. Nie miałam wyboru. Jeśli nie chciałam paść z głosu, musiałam coś zjeść, a jedyny pokarm w zasięgu moich szczęk, poruszał się wraz ze mną. Zastanawiałam się, czy te stworzenia nadają się do jedzenia.
            Zwolniłam trochę i zaczęłam powłóczyć nogami, udając, że nie mam już siły by iść. Poczekałam na znajome kłucie w ciele i błyskawicznym ruchem złapałam „pijawkę” zębami, które natychmiast się na niej zacisnęły. Ale tego się nie spodziewałam… Zawyłam z bólu, a w moich oczach wezbrały łzy, kiedy poczułam jak w delikatne podniebienie wbijają się kolce i twarda skorupa. Mimo to nie rozerwałam szczęk.Jednak, żeby dostać się do miękkiego wnętrza musiałabym położyć swoją zdobyczna ziemi, a wtedy znikłaby w ułamku sekundy, pożarta przez swoich byłych towarzyszy. Wznowiłam marsz, myśląc intensywnie i nagle zdałam sobie sprawę,jaka ja byłam głupia. Przecież jestem Panią Powietrza! Tak rzadko używam swojej mocy, że niekiedy zapominam, iż takową posiadam. Puściłam mój przyszły posiłek i sprawiłam by unosił się w powietrzu, potem manipulując ciśnieniem rozsadziłam skorupę od środka, jednocześnie przytrzymując miękkie wnętrzności, by się nie rozleciały. Chwyciłam pyskiem mięso, krzywiąc się przy każdym, choćby najlżejszym nacisku na podniebienie i ubolewając nad swoją głupotą. Stworzenie smakowało obrzydliwie, miało gumowatą konsystencję i pachniało paskudnie, ale przynajmniej coś znalazła się w moim żołądku. Wreszcie w moim sercu zapłonęła iskierka nadziei.
Może jednak mi się uda…?
Jednak wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. W prawdzie rozwiązałam jeden problem, ale pozostawał kolejny. Potrzebowałam snu. Pewnie mogłabym iść jeszcze kilka dni,ale i tak w końcu musiałam odpocząć. Tylko, że gdybym sobie na to pozwoliła pijawki natychmiast by mnie dopadły. Niby mogłam ponownie skorzystać z mojej mocy, ale nie wiedziałam, w jaki sposób i nie byłam pewna, czy potrafiłabym ją kontrolować podczas snu. Wolałam nie ryzykować. Westchnęłam ciężko. Pozostawało wierzyć, że tunel wkrótce się skończy.
            Idąc dalej, nagle usłyszałam niepokojące odgłosy. Pod łapami czułam drżenie podłoża. Z oddali dochodził do mnie rumor, jakby waliło się sklepienie. Zatrzymałam się za strachem, nie wiedząc, co o tym myśleć. Hałas z każdą sekundą był coraz bliżej. Stałam w miejscu, na drżących łapach, czekając na nieuniknione.
Najpierw poczułam odór zgniłego mięsa i rozkładu, zaraz potem z mroku wyłoniło się przerażające monstrum, całkowicie zasłaniające przejście swoim ohydnym cielskiem. Wprost z jego łba wyrastało kilka czułków, zakończonych świecącymi diodami – wabikami. Cztery pary małych oczu usadowionych po dwóch stronach szerokiego łba, błyskało ku mnie złowieszczo. Duży, czerwony nos węszył nieustannie, wyczuwając zapach świeżego mięsa. Potwór otworzył paszczę,ukazując rzędy ostrych jak brzytwa kłów. Wydał z siebie porażający ryk, pod którym ugięły się pode mną łapy. Podniósł potężną kończynę, zakończoną olbrzymimi,tępymi pazurami, służącymi najpewniej do kopania tuneli. Opuścił ją na ziemię z głuchym odgłosem uderzenia. Byłam niemal pewna, że jednym ciosem pogruchotałby mi wszystkie kości. Mój umysł zalała fala paniki. Co robić?! Rozglądałam się na boki w poszukiwaniu drogi ucieczki,ale oczywiście takowej nie znalazłam.
-Skup się! – Warknęła do siebie, starając się ignorować stwora. Wzięłam kilka głębokich wdechów, z trudem zapanowałam nad drżeniem łap. Obserwowałam monstrum czekając na jego ruch, jednocześnie w głowie opracowywałam plan. W końcu potwór ruszył. Zbliżał się do mnie otwierając szeroko pysk, najwyraźniej nie spodziewał się, że coś mu przeszkodzi w posiłku. Niestety, musiałam go rozczarować. Życie mi się jeszcze nie znudziło.
Uśmiechnęłam się cierpko do siebie i zaczęłam działać. Posłużyłam się tą samą sztuczką, co przy pijawkach – ciśnieniem. Naczynia krwionośne pękały, stwór rozpadał się od środka, dosłownie. Zaryczał wściekle, przeszyty niespodziewanym bólem. W furii rzucił się na mnie, gwałtownym szarpnięciem ciała. Zaskoczona i zdezorientowana nie zdążyłam uskoczyć. Wielkie cielsko spadło na mnie i przygniotło do ziemi.Ostatkiem sił zatrzymałam serce. Wydałam z siebie cichy jęk, nie mając siły na nic więcej.
            Wdech. Wydech. Wdech i wydech.Liczyłam powolne oddechy, próbując nie stracić przytomności. Musiałam się wydostać… Napięłam mięśnie, chcąc wysunąć się spod ogromnego ciała, jednak było tak ciężkie, że nie udało mi się nawet drgnąć.
Traciłam czucie w kończynach. Myśl… Myśl. Musisz się wydostać. Wzięłam kolejny płytki oddech,starając się nie zwracać uwagi na ból rozchodzący się po wszystkich komórkach ciała. Z trudem udało mi się skupić myśli.
Ależ ja jestem głupia!
Kolejny oddech, posyłający falę ognia w głąb mojego mózgu. Ból dekoncentrował,irytował, było nie do zniesienia.
Skup się głupia!
Zacisnęłam szczęki, dokładnie wyobrażając sobie, co zamierzam zrobić. Martwe truchło drgnęło. Potem uniosło się. Powoli, ale ze skutkiem udało mi się je unieść,siłą woli przesunąć w bok i z powrotem opuścić na ziemię. Wypuściłam ze świstem powietrze, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że je wstrzymywałam. Najpierw kilka lekkich oddechów. Bolało, ale dało się znieść. W końcu odetchnęłam pełną piersią. Wyglądało na to, że nie miałam nic złamanego. Upewniwszy się, że nic poważnego mi nie dolega, podniosłam się ostrożnie i stanęłam na drżących łapach. Otworzyłam oczy. Przez ten cały czas miałam zamknięte oczy!
O.I znów jest ciemno. Czyli w sumie mogłam ich nie otwierać…
Westchnęłam i nieco chwiejnie podeszłam do martwego potwora. Przynajmniej w końcu będę mogła się porządnie najeść.
Zmarszczyłam nos, poszukując pomiędzy pancerzem cienkiej skóry, przez którą mogłabym się przebić. Pijawki, które wcześniej się rozbiegły, znów zaczęły się zbierać, wyczuwając nadchodzącą ucztę. Znalazłszy miękką tkankę, zagłębiłam w niej zęby i potężnym szarpnięciem rozerwałam skórę. Sapnęłam z wysiłku, jaki musiałam przy tym wykonać. Nie czekając dłużej, pożywiłam się twardym mięsem potwora. Kiedy nie byłam wstanie już nic więcej w sobie zmieścić, oblizałam pysk z krwi i westchnęłam z zadowoleniem.
Tylko co teraz? Zastanawiałam się chwilę.Monstrum mogłam jeszcze jakoś wykorzystać. Zwinęłam się w kłębek, pod łapą wielkiego stworzenia i opatuliłam szczelnie ogonem. Pijawki zajęte jedzeniem,raczej nic mi nie zrobią, a inne stwory… I tak bym na nie trafiła, więc co za różnica?
Zamknęłam oczy, czując ogarniające mnie znużenie i niemal natychmiast zasnęłam.
Aldieb (17:35)