Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia stada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia stada. Pokaż wszystkie posty

5 stycznia 2015

5 stycznia [Aldieb]

5 stycznia 2015


     Dziewczyna siedziała na kłodzie, grzejąc się przy rozpalonym ognisku. Płomyki ognia, tańczyły żwawo, posyłając w ciemniejące niebo iskry. Rzucając migotliwe cienie na jasną skórę i hebanowe włosy.
     W drzewie coś zaszumiało, zaburczało, zaskrzypiało, spadło kilka liści i po chwili na polanie pojawiła się Tinka. - Spadłam. - Oznajmiła, widząc Al i pozdrawiając ją uśmiechem otrzepała futro z ziemi. Podeszła do dziewczyny i usiadła obok. - Nieczęsto widuję Cię w ludzkiej postaci.
     Czarnowłosa podniosła rękę i zamachała wilczycy na powitanie. - Witaj, Tinka. - Uśmiechnęła się kącikiem ust. - Tak, to prawda, jakoś tak wyszło. Po za tym po przemianie gorzej by się goiły. - Odparła nieco niejasno, mając na myśli ranę, którą niedawno odniosła.
     Samica przechyliła łeb na bok, marszcząc swoje wilcze brwi. - Co by się goiło? W jakie krzaki wpadłaś? - Spytała zmartwiona.
     - W zabójcze. - Odparła Al, krzywiąc się nieznacznie. - Z dużymi, ostrymi kolcami. - Podniosła warstwy ubrań, żeby pokazać wilczycy opatrunki na brzuchu, na których widniały blade plamy zaschniętej krwi. Po skórze powiał chłodniejszy wiatr, więc szybko się zakryła. - Coś mnie zaatakowało. Ale nie wiem dokładnie co to było. - Zmarszczyła brwi. Zastanawiała się nad tym już od kilku dni i nadal nie potrafiła nic konkretnego wymyślić. - Nie wiem, coś pomiędzy duchem, a demonem. Tylko, że jedno i drugie zazwyczaj potrafię wyczuć, a od tego stworzenia nic nie wyczułam. I właściwie nawet nie wiem czego chciało i czemu jeszcze żyję. - Przyłożyła dłoń do czoła, czując nagły ból głowy. Syknęła cicho. - Straciłam pamięć, nie mam pojęcia co się działo, po tym jak ta istota mnie raniła i nie wiem jakim cudem trafiłam do swojej jaskini.
     - O, Al. - Mruknęła, trącając ramię dziewczyny nosem. - Dowiesz się tego. Jeśli będzie trzeba, pomożemy Ci. - Usiadła w taki sposób, by osłaniać Aldieb przed wiatrem.

***
     Skrzydlata wilczyca szła w kierunku polany po śnieżnym puchu, który skrzypiał pod jej łapami. Mrucząc coś pod nosem doszła do kresu swej wędrówki. Weszła na polanę i rozglądając się nikogo nie zauważyła. Udała się dalej i dostrzegła blask ognia, a jego blade światło padała na... człowieka? Tak, na te istoty, których tak nie znosiła. Na jej pysku pojawił się grymas obrzydzenia. Po chwili przypomniało jej się, że sporo członków posiada przemianę. Zaczęła węszyć. - Al. - Westchnęła i mimo wszystko pojawił się na jej pysku uśmiech. Cóż, ona mogła nie znosić ludzi, ale jeżeli to była przemiana kogoś z członków nie miała nic do gadania, bowiem to nie była jej sprawa i również owa przemiana nie była zakazana. - Ohayo Al. - Usiadła koło niej.
     - Salve, Ar. - Dziewczyna przywitała się, podnosząc głowę, wyrwana z zamyślenia. Uniosła kącik ust w delikatnym uśmiechu. Wyciągnęła ręce przed siebie, opierając podstawy dłoni o kolana, żeby ogrzać zmarznięte palce.
     - Ludzie. - Spojrzała w głąb ognia. -Jacy oni są słabi. - Owinęła jej dłonie w ogony by było jej cieplej. Miała nadzieję, że samica się na nią nie obrazi. Raczej każdy wiedział, że nieznosi tych istot. Jednak przemiany jej przyjaciół jej nie przeszkadzały, a opinie na temat innych członków trzymała do siebie. Ujawnienie ich było by złośliwe, a to nie wypadało. - Mam nadzieje, że nie masz mi za złe to co powiedziałam. - Spojrzała na przyciaciółke w ludzkiej postaci.
     - Nie, wręcz przeciwnie, zgadzam się z Tobą całkowicie. - Uśmiechnęła się lekko, wyjąła jednak dłonie i zamiast tego położyła je na miękkim, gładkim futrze. Nie było jej bardzo zimno, po prostu lubiła czuć przyjemne ciepło ognia na skórze.

***

     Tym razem nie przyszedł jako człowiek. Dlaczego? Bo po prostu nie. Miał wyjątkowo ochotę na rude futerko. I nie ma kurde gadania, że jak rudy, to przyjaciół nie ma. Machając leniwie puszystą kitą, wyszedł spomiędzy drzew i rozejrzał się. Uśmiechnął się, widząc Alutkę i zaraz do niej podszedł, ocierając się lekko o jej bok. -No cześć. - powiedział, siadając niedaleko niej, by móc się grzać i przy okazji w miarę wygodnie rozmawiać, bez potrzeby unoszenia niewygodnie łba.
     - Hej, Serek. - Uśmiechnęła się i pogłaskała lisa po łbie, zanurzając opuszki palców w gęste, miękkie futro. - Ale Wy się wymieniacie. Najpierw Tin, potem Ar, a teraz Ty. - Odchyliła się nieco, opierając się na rękach. - Nie dałoby się tak wszyscy naraz? Mam ochotę, żeby zagrać w HOTN. - Poskarżyła się, ubolewając nad swoim ciężkim losem.
     - Ale moje futerko jest bardziej aksamitne. - Zaśmiała się Ar, nagle wychodząc z cienia i patrząc na Serka. - Ohayo Serek. - Spojrzała na Al. - A wiesz? Też bym se zagrała, wieki w to nie grałam.
     - O, tak, tak. Byłoby świetnie. - Oczy dziewczyny wyraźnie się ożywiły. - Tylko trzeba wykombinować jakiś patyk albo butelkę.
     -Cześć, Ar. - przywitał się lis, przeciągając zaraz. -No bo my tak lubimy się wymieniać, sama rozumiesz... - nieważne, że to nie miało żadnego sensu. Słysząc Arjunę, zaśmiał się. -Ej, ej. Chciała byś moje futerko prawie nie śmigane. - pokazał jej koniec języka.
     Też wytknęła mu język. - Ale ja jestem samicą, my mamy lepsze futerko. - Zaśmiała się wesoło. - Patrz Alu. - Wskazała na dorodną gałązkę koło ogniska, która była idealna do HOTN. - Ta byłaby idealna.
     Przypatrzyła się gałązce. Z jednej strony koniec był grubszy, z drugiej cieńszy i rozgałęziony. - Rzeczywiście. - Uśmiechnęła się do wilczycy. Wyciągnęła rękę, by ją podnieść, pochyliła się przy tym lekko, jednak nagle się zatrzymała, czując silne ukłucie bólu. Syknęła i skrzywiła się nieco. - Za daleeeko. - Wyjęczała jakby była rozkapryszonym dzieciakiem.
     -W sumie nie przepadam za tą grą, bo jestem leniem. - mruknął Serek, znając życie i tak będzie grał, bo dziewczyny i w ogóle. Spojrzał na Al trochę zdziwiony, gdy się tak skrzywiła. - Ej... Coś nie tak? Coś Ci się stało? - spytał zaraz.
      Arjuna przybliżyła kijek w ich stronę ogonem. - Alu co się stało? - Przyjrzała się Al i bez jej zgody dotkneła jej pleców. - O cholera, jakie napięte. - zmarszczyła na chwile brwi. - Co ostatnio robiłaś w ludzkiej postaci?
     - Ja? Nic. Trochę umierałam. Potem spałam. Potem było lepiej, mogłam zacząć się ruszać. Yyy, no więc nie biegałam, starałam się tylko ostrożnie chodzić i siedzieć bądź leżeć. - Odparła trochę bezsensownie na pytanie, choć z jej punktu widzenia wszystko było logiczne.
     - Co...? - spytał Ser, nie bardzo rozumiejąc, co ona w ogóle chce im przekazać. -Czyli co konkretnie Ci się stało, bo jakoś nie zrozumiałem.
     Ar też nic nie zrozumiała z tej paplaniny. - Nie wiem o co ci chodzi, na ludziach się nie znam, oni mają swoich medyków. - Spojrzała na Al. - Jednak o jednej słyszałam zwała się grypa, o ile się nie mylę. - Zrobiła zamyśloną minę.
     Czarnowłosa ostrożnie sięgnęła po patyk i zaczęła obracać go między dłońmi. Skrzywiła się nieznacznie, nie lubiła się powtarzać, a dzisiejszego dnia zdążyła już opowiedzieć tę historię Tince. - Coś mnie zaatakowało. - Zaczęła po chwili ciszy - Nie wiem dokładnie co to było. I nie wiem też dlaczego jeszcze żyję, bo straciłam pamięć. Od momentu kiedy mnie zraniło. - Podniosła na moment ubrania, żeby pokazać partacko zrobione opatrunki na brzuchu. Rany były głębokie i w ciągu kilka dni nie miały prawa zdążyć się zagoić. Al powinna leżeć i się nie ruszać, mimo to nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Dlatego bandaże, mimo że niedawno zmieniane, znów zabarwiły się rdzawymi plamami.
     Lis skrzywił się, czując krew. Nie lubił tego zapachu, jakoś tak samo... -Poczekaj tu... Te bandaże trzeba zmienić, Mała. - powiedział i zaraz się podniósł, biegnąc w stronę jaskini. Tam powinien mieć jakieś bandaże, może jakaś apteczka też się znajdzie. Skoro czasem sam był łamagą, to miał z miasta.
     Al nie zdążyła nic powiedzieć, a ruda kita już zniknęła pomiędzy zaroślami. Zagryzła wargę. Sama znała podstawy pierwszej pomocy, uczyła się też kiedyś podstaw zielarstwa, no i była szamanką, także potrafiła zająć się drobnymi ranami, czy też przygotować wywar z ziół, który przyspieszyłby gojenie. Jednak rzadko kiedy miała do czynienia z poważnymi ranami, po za tym co innego było leczyć innych, a co innego siebie, szczególnie jeżeli było się pół przytomnym i miało się gorączkę.
     Arjuna wysłuchała uważnie jej opowieści. - Trzeba tym czymś się potem zająć. - Skrzywiła się, patrząc na jej rany. - Mogę się tym zająć i mam jakieś bandaże, ale skoro Serek już po nie pobiegł to trudno, poczekamy na jego bandaże. I owszem powinnaś leżeć, może nie znam się na ludziach, ale na pewno jak i wilk z takimi ranami powinnaś biegać, każdy głupi to wie. - Podeszła do niej bliżej.
     - Ar, co chesz zrobić...? - Spytała, niepewnie spoglądając na wilczycę. Wiedziała, że samica znała się na leczeniu, wiedziała też, że jej metody różnią się od tradycyjnych. Nie potrafiłą rozpoznać istoty, która ją zaatakowała, także miała pewne obawy, czy rana w zetknięciu z magią leczniczą Arjuny odpowiednio zareaguje.
     Serek wrócił po kilku minutach, już pod postacią ludzką. I tyle chociaż dobrego, że znalazł tę apteczkę. Przyklęknął przy Aldieb, rozkładając się ze sprzętem. W sumie kilka gaz, bandaży, rękawiczki... Kilka plastrów i woda utleniona. Takie serio najpotrzebniejsze rzeczy tylko miał, ale zawsze. -Ar, mam nadzieję, że się na tym znasz, bo ja to tak niezbyt... Nie mówiąc już o tym, że jak pod tą postacią siedzę i czuję jej krew, to robię się głodny. - zaśmiał się pod nosem, może trochę zażenowany.
     Spojrzała to na Serka, to na Ar, nieco zbita z tropu zamieszaniem, które stworzyło się wokół jej osoby. W gruncie rzeczy nie była przyzwyczajona, do skupiania na sobie całej uwagi, dlatego poczuła się dosyć nieswojo, chociaż jednocześnie cieszyła się, że przyjaciele się o nią martwią. Miała tylko nadzieję, że nie robi im kłopotu.
     Ar po chwili odpowiedziała na zadane jej pytanie. - Moje metody leczenia nie działają na ludzi tak jak powinny. Musze zużyć znacznie więcej siły, jakbym smoka próbowała leczyć. Więc albo codziennie po trochu, albo od razu z kiepskim skutkiem dla mnie. - Zaśmiała się. - To ostanie powiedziała dla żartu. - A teraz na poważnie. Szczerze? Tylko trochę. Ale wiem do czego służą bandaże i to coś białe miękkie. Jednak to coś w butelce nie, wole swoje medykamenty do odkażania. - Skrzywiła się patrząc na buteleczkę, gdzie było napisane "woda utleniona" w nieznanym jej języku.
     -Obudziłam się w formie ludzkiej i od tamtej pory się nie zmieniałam. Mam wrażenie, że mogłoby to źle wpłynąć na gojenie się. - Wyjaśniła dziewczyna, choć w sumie nikt o to nie pytał, jednak poczuła jakąś potrzebę usprawiedliwienia się przed Ar. - A to, to, nie gryzie. - Uśmiechnęła się lekko, widząc minę wilczycy. - No i wolałabym, żebyś się nie przemęczała. Wystarczy, żebyś spojrzała na ranę i powiedziała co o tym myślisz, no i pomogła mi w jej oczyszczeniu i założeniu opatrunku.
     Ar bez słowa podeszła od tyłu do Al i zdjęła z niej przebite jej krwią bandaże. Użyła swojej magii by lekko podleczyć jej rany, niestety jej sił starczyło tylko na tyle by przestały tak mocno krwawić. Więcej na dziś nie da rady - zdecydowała po tym jak poczuła się osłabiona. Następnie wyciągnęła z worka, którego dostała na gwiazdkę, pewien liść. Przejechała nim po ranach, w celu odkażenia ich i założyła opatrunek jakby zakładała go wilkowi. O dziwo udało się.Wyglądało na to, że i ludziom i wilkowi zakłada się tak samo opatrunek. - Gotowe. - Zamknęła na chwile oczy i wzięła głęboki wdech i wydech.
      - Wygojenie tych ran Al groziło by mi serio śmiercią. - Spojrzała na nią. - Nie wiem co z nimi jest nie tak, ale tyle ze mnie wysysają energii jak pijawy. - Skrzywiła się
     - Dziękuję. Od razu mi lepiej. - Powiedziała szarooka, choć chwilę temu, krzywiła się, zagryzając zęby, kiedy po jej ciele rozbiegło się nieprzyjemne mrowienie, a rana zaczęła piec. Teraz jednak poczuła łagodzący chłód leczniczych ziół, które użyła Arjuna. - Też tak mi się wydawało, że to nie są zwykłe rany. Naprawdę, nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. - Przeczesała włosy ręką w nerwowym geście.
     -Noo.. Alutka, na jutro przyniosę Ci zapas bandaży. - Odezwał się Serek - Może uda się znaleźć coś na gojenie ran, co by Ar się też tak nie męczyła... O jakieś zioła czy coś też powinienem pytać? - zwrócił się na koniec do Arjuny, zmieniając się znów w lisa, bo zapach krwi serio trochę drażnił i nęcił. Ciężkie życie krwiopijcy, choć jego pragnienie zazwyczaj nie było za wielkie, nie dało się go całkowicie ugasić, niestety.
     - Dzięki, Serek. - Al posłała mu lekki uśmiech. - To jak? Gramy w końcu w tą butelkę, czy nie?
     Ar ponownie wzięła duży wdech i wydech. - Jeżeli codziennie po trochę będziemy cię leczyć, to nie ma się co bać. - Podrapała się za uchem. - Wszystkie ludzkie rany tak na mnie działają, a ludzkich chorób nie potrafię wyleczyć, cóż wyraźnie moja magia na ludzi nie działa. - Westchnęła, poczuła się dziwnie nie mogąc jej pomóc.
     - To jak ci już lepiej, to możemy zagrać. - Dodała, uśmiechając się.
     - Tak, zdecydowanie lepiej, dzięki Tobie. Jeszcze raz dziękuję, Ar. W takim razie kto zaczyna?
     -Hę... Mogę nie ja zaczynać? Nie lubię... Nigdy nie mam pomysłu. - uśmiechnął się Serek, podkładając do ogniska, co by im nie wygasło.
     - No niech będzie. To je zacznę. - Al trąciła patyk dłonią, żeby zawirował. Charakterystyczna końcówka zatrzymała się na wilczycy. - Ar, HOTN? - Spytała z lekkim uśmiechem.
     Gdy Arjuna usłyszała swe imię spojrzała na Al. - Hmmm będzie zabawnie, bo nigdy tego nie wybierałam niech będzie H. - Zaśmiała się głośno, miała dziś bardzo dobry humor.
     - Hm. - Tego się nie spodziewała. Zmarszczyła brwi, w zamyśleniu. - No dobrze, w takim razie pocałuj się w ucho. - W jej oku błysnęła złośliwa iskierka.
     - Nie dam rady, ale spróbuję. - Śmiejąc się próbowała pocałować się w ucho, co wyglądało nadmiar komicznie.
     Aldieb zaśmiała się, widząc wysiłki Arjuny. Lekkie kłucie przypomniało jej, że nie powinna się nadwyrężać, więc postarała się nieco stłumić śmiech, choć nie do końca jej to wyszło.
     - Może być? - Wilczyca sama się śmiała.
     - Myślę, że może być. No i to chyba na tyle jeśli chodzi o granie. - Stwierdziła, widząc, że Serek się zbiera.
     - Menda sobie poszła. - Spoglądała tam, gdzie Serek zniknął.
     - Ano. Bał się, że też mu każemy kogoś całować. - Zaśmiała się lekko.
     - Oj tam nie mam wścieklizny. - Udała, że się ślini.

***
     Tym razem już nie spadła, lecz zeskoczyła z drzewa. Chyba coś ją niesamowicie nurtowało w tych gałęziach. W każdym razie zabawnie wyglądała, dość niezgrabnie lądując w śniegu pomieszanym z błotem. Otrzepała się i podeszła do obecnych na polanie. - Przepraszam, że zniknęłam. Al, można Ci jakoś pomóc?
      Nic się nie stało, Tin. - Uśmiechnęła się, widząc wilczycę. Wyciągnęła łapki, by zanurzyć palce w jej gęstym, grubym futrze. - Już nie trzeba. Arjuna i Serek mi pomogli. Jak im powiedziałam o ranie, to zanim zdążyłam policzyć do trzech, Serek natychmiast pobiegł po bandaże i inne środki do odkażania, a Ar od razu zabrała się do leczenia. - Uśmiechnęła się na to wspomnienie, przyjaciele niesamowicie poprawili jej humor.
     - To dobrze. Dobre wilki. - Uśmiechnęła się i położyła się z łbem na kolanach Al. Westchnęła głęboko, z przesadą, teatralnie. - Nie mogę ich znaleźć, ahh. Ehh. - Powiedziała tajemniczo, czekając, aż zostanie spytana o co chodzi. Taka z niej bestia.
(...)


Autorzy: Aldieb, Tin, Arjuna, Syriusz

Pozwoliłam sobie opublikować część dzisiejszych wydarzeń z Polany. Bo tak. Bo się miło grało. I było przyjemnie. Nic niesamowitego, ale jest.
Resztę opublikuję jutro, jako wstęp do nadchodzącego Eventu.

22 września 2013

Frosty Night III lub dwie alternatywne rzeczywistości, przebiegające w tym samym czasie i wymiarze. [Aldieb]

21 września 2013

Frosty Night III lub dwie alternatywne rzeczywistości, przebiegające w tym samym czasie i wymiarze. 


          Poczuła czyjąś obecność. Oraz ciepło. Przyjemne, kojące ciepło rozlewające się po cały ciele, niczym leczniczy napój. Czując na karku nieznaczny ciężar smukłego pyszczka odruchowo wtuliła się bardziej w drobne ciało lisicy. Poza ciepłem czuła gorzko-kwaśny posmak czegoś co zawsze towarzyszyło jej w pobliżu przyjaciółki. Nie potrafiła zdefiniować  co to było. Gorycz? Żal? Smutek.... a jednocześnie troska, miłość i podziw. Zbyt wiele sprzecznych elementów, by mogła jasno to określić. 
          W ciągu tych kilku spokojnych chwil, wypełnionych biciem ich serc i oddechami do jej serca wlał się spokój, którego nie czuła już od bardzo dawna. Jakby wszystko wróciło na miejsce. Choć może nie do końca, ale w tych okolicznościach to i tak było niewyobrażalnie dużo. 
          Była pewna, że w tym pradawnym, pełnym magii lesie zgasły już wszystkie ogniki. Czy może jednak się myliła? Może nawet na skraju wyczerpania i zapomnienia, a u co poniektórych nawet szaleństwa, może wciąż gdzieś tam tliła się nadzieja? Może jednak nie była skazana na śmierć w zatopionym, opuszczonym wraku na dnie morza?

           Kiedy leżały tak w absolutnej ciszy, niezagłuszanej już nawet przez podmuchy wiatru, poczuła zagubione gdzieś pośród tych lasów uczucie. Znów wstąpiła w nią nadzieja. 
          Nadzieja i coś jeszcze. Coś, z czego powodu nie potrafiła na dobre opuścić Stada Nocy. Nieważne jak usilnie by próbowała.
          I jakby powracające echo, na granicy swojego umysłu usłyszała cicho wyszeptane słowo. Rodzina.
 ~***~
         Kendziu przywlekł się tutaj szurając mordą po ziemi i czołgając brudząc białą sierść. Wkurzała go, nie wyglądał już tak jak kiedyś i.. właściwie to czuł się dziwnie, ale już nie ma wyjścia. W okolicy nie było innych borderów to wziął to co mu w łapy pierwej w padło, no dobrze. Nieważne. Jak on to dawno na HOTN nie był, haha.. powtarza to sobie w myślach zawsze, gdy zjawi sie tu po dłuższej przerwie. Ogon, który zdążył wyposażyć się już w parę patyków, liści i prawdopodbnie jeszcze parę innych rzeczy wlekł się bezwładnie za psem aż pod łapy marznącej najwyraźniej Aldieb. - Cześć.
         Kotka wystawiła łeb ponad poszarzałą trawę i miauknęła donośnie, żeby oznajmić wszystkim swoją jakże szokującą obecność.
         A po tym wszystkim czeka aż wszyscy zaczną ją kochać.  

         Smosia jakoś nie miał okazji do wybywania z terenów stada. Większość czasu marnował śpiąc lub nic nie robiąc. Aż w końcu ruszył dupę na polanę. Ziewnął szeroko, wesoło machając ogonem, jak zadowolony pies. Zatrzymał się, wyzierając zza krzaków żeby ogarnąć kto gdzie jest. I ż go przytkało. Lusia, Alusia, koniec świata. Ale i tak posadził dupę gdzieś na uboczu, przy takich sławach..
         Ciemnobrązowa samica postawiła uszy na sztorc, gdy tylko usłyszała zbliżające się szuranie. Obserwowała spod przymrużonych powiek zbliżającego się osobnika. Wyglądał dość osobliwie. Jak wielka futrzasta gąsienica. I nie była pewna czy go zna. Niby zapach z czymś jej się kojarzył, ale wciąż jej się to wymykało. Kiedy osobnik przypełzł prosto przed jej mordę, otworzyła oczy, wlepiając złote ślepia w przybysza.
         Kotka poczuła sie zignorowana, ponieważ nikt nie zaczął jej kochać. Strzeliła kociego focha.
         Salve. - Wymruczała nieco oszołomiona. Przez kilka długich chwil wpatrywała się w czarno-biały pysk, tuż przed swymi oczami. W międzyczasie zaczynało do niej docierać, że gdzieś na granicy świadomości dosłyszała donośne, żądające natychmiastowej i absolutnej miłości, znajome miauknięcie. Przy czym do jej nozdrzy wdarł się nieprzyjemny, drażniący zapach benzyny. Zaczynała podejrzewać, że doznaje halucynacji. Druga teoria, to koniec świata. Nigdy nic nie wiadomo.
         Pierdzielić to, zimno mu. Czy raczej udawał, że mu zimno, żeby zwiać od sław. Burknął ciche "Dzień doberek" i susami przedostał się na najdalszy kawałek polany. Posadził dupę w trawie i gapił się dalej na resztę. Wszystko zaczynało być jak po staremu.
         Aldieb powoli zaczynała otrząsać się z szoku. Poderwała się do pozycji siedzącej, rzucając niedowierzające spojrzenie najpierw na kotkę, a potem na Asmosię.
         Kocica podczas swojego kociego focha ułożyła się na ziemi krzywiąc się czując mokrą trawę pod sobą.
         Samica przekrzywiła łeb, znów wracając spojrzeniem do białej kotki. - Lusia. - Stwierdziła inteligentnie, przeskoczyła nad pełzającym-nieznajomym-znajomym-ktorego-imienia-nie-pamietała i wylądowała tuż przed przyjaciółką, kładąc się na brzuchu, żeby zniżyć pysk do jej poziomu. - Salve. - Uśmiechnęła się, odsłaniając białe kły w uśmiechu.

         Jeszcze przez chwilę udawała bardzo obrażoną, poprzez odwracanie głowy w inną stronę, jednak później nie wytrzymała, wstała i otarła się pyszczkiem o jej policzek i bezczelnie od razu wpakowała się na jej grzbiet, bo trawa, bo mokra.
         Przewrócił sie na plecy gapiac w czarne niebo, gdy nagle przeleciala przed jego oczyma wadera. Chuchnal. Wyszukiwal spadajacych gwiazd, by zamarzyc sobie, zeby Error wróciła. Smuteczeg.
 
         W pierwszym odruchu chciała ją z siebie zrzucić, jednak się powstrzymała. Odwróciła głowę, patrząc na kotkę z uśmiechem.
          Pomiędzy łopatkami momentalnie utworzyła się ściśle zwinięta, biała, mrucząca kulka.

         Kendal zerknal katem oka na dwójkę. Świetnie, wszyscy dobrze sie bawia, a on sobie umiera. Nawet Dali nie ma, po prostu wspaniale. Nikogo kogo mógłby sobie tulnac, a Dilexi ? Jak zwykle, naobiecywała i zniknela, az mu sie spac od tego wszystkiego zachciało.
  ~***~
           - Wiesz, że Cię kocham? - Wyszeptała, nie otwierając nawet oczu. Zepsuła ich idealną ciszę. Jednak nie potrafiła się powstrzymać.
 

21 września 2013

Frosty Night II [Error]

21 września 2013


Frosty Night II

 http://www.youtube.com/watch?v=VND16EnLROs

Dreszcz po raz kolejny posunął lodowatym szponem po jej kręgosłupie. Sierść na grzbiecie stanęła dęba, ruda pokręciła mordką. Niedobrze. Zatrzymała się i zadarła mordkę.

Wyglądała jak nieszczęście. Kaskady wyliniałego włosia bez entuzjazmu spływały po jej ciele.
Najgorsze było chyba to uwierające poczucie, miało swój początek w okolicy żołądka, promieniowało wgłąb każdego mięśnia. Nie wiedziała, czy to ból, zupełnie jakby tkanki rozkładały się, zaczynały gnić, przestawały tworzyć całość. Problemem była nieprzerwaność poczucia, bardzo rozwlekła tortura.
Głód? Może to było powodem. Kolejne doby bez jedzenia sprawiały, że czuła się coraz lżejsza.
Nawet, jeżeli ambicją byłoby zjedzenie czegoś, na drodze stało zbyt dużo przeszkód, a jej organizm swoją wybrednością lubił czasem zwrócić.

Kłąb pary umknął z jej pyska. Przez chwilę wyróżniał się w tle zasnutego szarością nieba, by zaraz zniknąć, rozpłynąć się zupełnie jakby jego istnienie nigdy nie miało miejsca. Naprędce stworzyła drugi obłok, by odgonić myśli wrzeszczące o urojeniach. Ten również zniknął.

Zęby bolały tak bardzo, że obawiała się o ich statyczność. Każdy z osobna, ale był i tępy ból ciągnący się aż po skroń. Mimo to bez własnej woli zaciskała szczęki i tarła, zdzierała wrażliwe szkliwo.
Przeżuwanie było torturą, po cóż więc jeść? Język i tak nie odczuwał smaków, na jego bokach widniały szramy, zupełnie jakby proszek zaorał wrażliwą tkankę szponami. Mięśnie zaciskały się nagłymi skurczami.
A źrenice były ogromne. Źrenice były lustrem jej wnętrza, wnętrza z którego raz kipiało szczęście, by zaraz później oddać miejsce niewiarygodnym pokładom cierpienia.

Powrót do szczęścia oznaczała już tylko trucizna.


Lisica stąpając delikatnie po mchach dotarła i zatrzymała się u stóp rozłożystej rośliny, tuż obok Aldieb. Jej futro wyblakło, ślepia nie śmiały błyszczeć, boki szpeciły wystające żebra. Straciła na masie, mimo to, że nigdy nie miała problemów z tuszą. Czując brak płomieni w duszy samicy ułożyła się tuż obok niej, opierając mordkę o jej kark. Gorący wydech pogładził futro wilczycy, wrzące od żywiołu którym władała lisica ciało dzieliło się z nią ciepłem.





cdn..?


Frosty Night I [Aldieb]

21 września 2013


Frosty night.

 ~***~
Liście szemrały cicho pod wpływem chłodnego wieczornego wiatru. Granatowe niebo było częściowo zasnute chmurami, spoza których wyglądały gwiazdy oświetlające polanę srebrzystym światłem. Panowała cisza wręcz nienaturalna dla tego miejsca, w taki dzień, o takiej porze. Lecz wyglądało na to, że nic ani nikt tego nie zmieni...
Zjawiła się jak duch, bezszelestnie. Wyłoniła się wprost z mroku, wpasowując się idealnie w ciszę. Nie zakłócając harmonii. Stawiając bez pośpiechu łapy, przekroczyła zasnutą gęstą trawą polanę, kierując się wprost pod swoje ulubione drzewo. Odwróciła głowę, by zakreślić spojrzeniem koło wokół wygasłego paleniska. Zadreptała kółko wokół własnej osi, by usadowić się wygodnie na swoim miejscu. Czując za plecami znajomy pień drzewa, zwinęła się w kłębek, opatulając się ciasno ogonem. Ułożyła smukły pysk na przednich łapach i zwróciła złote ślepia ku centrum polany. 
Mroźny wiatr zawył wśród nocnej ciszy. Skulona, drobna postać żałowała teraz, że nie potrafi rozpalić zwykłego ogniska. Albo, że nie ma teraz przy niej nikogo, kto by ją rozgrzał.
~***~

17 lipca 2013

Fioletowy trampek. [Naphill Naomi]

    Cicho wszędzie. Ciemno. Pośrodku niewielkiej polany płonęło ognisko, drzewa dookoła rzucały tajemnicze cienie, podobnie jak postacie kłębiące się przy palenisku. Wszelakie stworzenia, czy to wilki, wielkie koty, koniowate i te skrzydlate, cała rodzina przesiadywała, jak co tydzień, na polanie. Jedni rozmawiali, drudzy grali w przeróżne cuda, jeszcze inni zajmowali się sobą, niektórzy patrzyli w ogień, kontemplując stare dzieje.
    Wśród nich siedziałam ja; szara wadera o błękitnych ślepiach oraz obandażowanych łapach - pamiątce po dawnych czasach. Przyglądałam się każdemu z uśmiechem. Dzieci Słońca w Cieniu, jak ktoś rzekł. Dzieci Nocy. Każdy inny, a jednak wszyscy podobni, stanowiący jedną całość, rodzinę. Swojska atmosfera, jaka panowała w tym stadzie sprawiała, że każdy czuł się jak u siebie. Przeróżne istoty ściągały tutaj z czterech stron świata, przyciągani przez tajemniczą energię, pulsującą prosto z serca Lasu Śmierci. Ta energia... moc, uzależniała. Nim przybysz zdążył spostrzec, był w szponach nieznanej magii letnich nocy spędzonych na leśnej polanie wraz ze zwierzęcymi towarzyszami, po których wspomnienia pozostają w umyśle długo... o ile nie do końca życia.
    Podniosłam się; zamierzałam iść w głąb lasu, poszukać jakichś patyków do ogniska. Gdy nagle usłyszałam dziki wrzask z drugiego końca polany. Nastawiłam uszu, patrząc w tamtym kierunku. Destroy, Luna i Aspeney właśnie urządzały... orgię. Uroczo. A zaraz będą się wyzywać od najgorszych - dla żartów, oczywiście. A potem ktoś strzeli foszka.
    Asharad śmiał się wraz z Syriuszem. Asmodeusz przysłuchiwał się ich rozmowom. Przy ognisku siedziała Aldieb, ostoja spokoju, dobra duszyczka stada, Alpha. Kitsune pewnie zaszyła się gdzieś w krzakach, żeby zaskoczyć zboczącą się trójkę samic - widziałam ją ledwie chwilę temu, a teraz zniknęła mniej więcej w tamtym kierunku. Szera ułożyła się na głazie. Wzrokiem wodziła po towarzyszach. Midnight, Glola i Yuichi zainicjowali grę w butelkę. Słabo im to szło, ale zawsze jakiś początek.
    Uśmiechnęłam się do siebie. Z zarośli wyszedł Team oraz Tee z Jenną. Przywitałam ich skinieniem łba. Team zmienił postać na ludzką, zakradł się do Luny, która także stała się dziewczyną. Pocałowali się na powitanie. Aspeney i Destroy rzucały uszczypliwymi komentarzami w ich stronę.
    Pojawił się Seth. Kilka osób zamarło, inne nie zwróciły na niego uwagi, gdyż, po prostu, przywitał się i usiadł przy ogniu.
    Zmieniłam postać na człowieczą i usiadłam, wpatrzona w zgromadzonych. Robiło mi się ciepło na sercu, gdy miałam okazję widzieć ich wszystkich razem.
    Wtem zaliczyłam glebę. Korek! Połaskotał mnie i poleciał dalej, do Aspeney zapewne.
Nie miałam siły wstać. Leżałam tak, dopóki nie poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Beliar. Młodzieniec podał mi rękę, pomógł się podnieść.
    - A czemu taka piękna dama wybiera się do lasu sama? - Szarmancki uśmiech, jak zawsze.
    - Jestem Strażnikiem Ognia. Musze nazbierać trochę... - zaczęłam tłumaczyć. Przerwał mi.
    - Nie musisz. Chooodź do ogniska. Poopowiadamy straszne historie.
    Poszłam. Resztę nocy spędziłam przy palenisku, z głową Beliara na swoich kolanach. A moje fioletowe trampki nieco przysmażyły się od szalonych płomieni, którymi manipulowała Hecate, ku uciesze Nikity.

***

    - Wiecie... jest w tym wszystkim coś, co sprawia, że ten las żyje. Coś, czego nie widać, co jest w nas. Znaczy...
    - Wiemy. - odparła Anaid. Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszła. Pojawiła się tak nagle, podczas opowieści. Przyszedł też Acebir. Tulił An, swoją ukochaną. Uroczo było patrzeć na tę parkę. Niedaleko nich leżała młodziutka Fene. Drzemała słodko, otulona swoim długim ogonem. Aldieb cały czas miała ją na oku. Viera co rusz zagadywała Alphę, jakby chciała odciągnąć jej uwagę.
    Uśmiechnęłam się na słowa Anaid.
    - Zagrajmy w HOTN... - zajęczał Ash, który najwyraźniej zaczynał się nudzić. Mój kochany braciszek potrzebował sporo uwagi.
    - Ognisko gaśnie. - zauważyła Szera, która większość czasu siedziała cichutko. W ciągu chwili płomienie zostały podsycone prze kogoś, kto miał badyle pod łapą/ręką/kopytem/czymkolwiek.
Było już grubo po północy. Wiele osób udało się na spoczynek, pozostali najwytrwalsi, którzy opowiadali przeróżne historie. Nie obyło się też bez orgii, którą Aspeney, Luna i Destroy rozniosły na całą polanę i zaangażowały mniej więcej trzy czwarte obecnych.
    Czułam nad sobą obecność karego ogiera, Batisty. Ogromny, majestatyczny, stał nade mną i przysłuchiwał się gawędom. Pewnie nawet nie był świadom, że jego ogrom wywiera na mnie jakąkolwiek presję.
    Podskoczyłam z lekka, gdy usłyszałam obok siebie chrapnięcie. A potem drugie. To Mi-chan, Rozalia oraz Tiara spały, uwalone całe kisielem, którego była masa podczas orgii. Ba, była fontanna kisielu! Fragaria nawet wszedł do niej i pływał w tej brei. A potem biegał i ganiał Lady Killer, która, jak mówił Frag, będzie jego pierwszą ofiarą. Na szczęście... albo nieszczęście, Killer schowała się do mojego Magicznego Worka. A jak kilka osób wie... Worek lubi jeść. I wibruje, gdy zaczyna trawić. Z czego skorzystała Luna - usiadła na Worku i jęczała, jak głupia. Tiffany przyglądała się scenie z przerażeniem... Fakt, to było trochę straszne. Tym bardziej, że Destroy też chciała skorzystać.
    Teraz Lu spała w objęciach Teama. Niedaleko nich leżała też Suciune, która przez większość imprezy wolała się nie wychylać. Ale dała kilka pomysłów co do muzyki, którą organizowała Morana - DJ wieczoru. Sprzęt wytrzasnęły z... nie wiem skąd, nie chcę wiedzieć, ale było fajnie.
    Znad jeziora wrócił Membu. U jego boku szła Padma. Śmiali się w głos. Luna obudziła się i zaczęła ich karcić, że "drą mordy". Ucichli więc nieco, lecz nie stracili dobrego humoru. Niedługo potem z tego samego kierunku przybyła Arashi, która odłączyła się od grupy pod koniec orgii, gnana różnymi powodami. Po godzinnej nieobecności wróciła do nas z uśmiechem, zasiadła przy ognisku.
    - Dobra, ja kręcę. - rzekła Destroy i zakręciła butelką. Wypadło na Lunę. - Luna, HOTN?
    - Spier*alaj.
    - Ja Ci dam spier*alaj! HOTN?
    - O.
    - Obudź się i pocałuj trzy osoby, które są najbliżej Ciebie.
    Luśka rozejrzała się sennym. Wzorkiem, myśląc przy tym głośno.
    - Team, ok. Ireth... NIE MA MOWY.
    - JEST.
    - NIE.
    - Lubisz to sssuko - odezwała się Koga, posyłając Lunie miażdżące spojrzenie.
    A Ireth cieszył mordę do samego siebie.
    - Chodź tutaj, żono ma! Wszak rodzina Kowalskych musi kupy się reprodukować, coby ród nasz wieki przetrwał! Amen.
    Alethia palnęła Iretha w łeb.
    - Ja Ci dam reprodukcję...
    Kątek oka dostrzegłam, że Neban śmieje się z sytuacji. Rzadko kiedy się śmiał.
    - Całuj ich! - naciskała Desia.
    - Sama ich całuj. - odgryzła się Luna.
    - Cóż... masz jeszcze jedno wyjście.
    - Jakie?
    I tutaj Destroy rzuciła Lunie wibrator.
    - Pokaż nam jak się zadowalasz!
    W tym momencie Zoltan oraz Winussus stwierdzili, że wychodzą. Minęli się z Crystal Glace. Gdy inni ją ujrzeli, huknęli wspólnie "CEGIEŁA!"
    - Słyszałam coś o wibratorze. Gdzie on jest?

    Zawsze było fajnie.
***

    Palenisko wypełniał już jedynie popiół. Od wieli dni, w sumie. Całą noc spędziłam na polanie. Całą cholerną noc miałam zamknięte ślepia, a widziałam wszystko. Słyszałam śmiech, choć życia poza mną tutaj nie było.
    Uchyliłam powieki. Powoli nastawał świt. Bujna trawa, która pokryła niegdysiejsze połacie ziemi - miejsca posiedzeń zwierząt - skrzyła się, okryta poranną rosą.
    Cała, cholerna noc wspomnień.

Luna, Córka Księżyca pisze...
HOTN, po prostu. Nic dodać nic ująć.

14 września 2012

Las Dusz [Naphill Naomi]

Las Dusz


   Późny wieczór. Na nieboskłonie zapewne pojawiały się już gwiazdy, by swym blaskiem oświecać drogę wędrowcom, a jednocześnie konkurować z księżycem. Zapewne…
   Uniosłam łeb ku górze. Gęste korony wiekowych drzew przenikały się wzajemne, splatały konarami w trwałym uścisku, tworząc widoczną jesienią oraz zimą pajęczą sieć gałęzi. Teraz ich szelest skutecznie zagłuszał wszystko, co działo się poza żyjącą kopułą.
   Odetchnęłam ciężko, wznawiając podróż. Szłam wolno, jakby pogrążona w dziwnym transie. Mijałam kolejne drzewa, których pnie, skąpane w cieniu, prezentowały się dość przerażająco. Zdawało się, iż stare dęby i buki są nie tylko częścią lasu, ale także jego strażnikami – niemymi, trwającymi w bezruchu, za to o otwartych oczach, które obserwują każdy ruch.
   Cała ta puszcza była dziwna. Upiornie cicha i pusta. Jak nigdzie indziej na terenach Stada Nocy. Zdawało się, iż jest to miejsce zapomniane, gdzie od dawna nikogo nie było. Dlaczego? Czemu wszyscy odeszli? Nie było nikogo oprócz mnie. Wędrowałam przed siebie. Czego oczekiwałam? Nie wiedziałam. Może miałam złudną nadzieję, na to, że jednak kogoś lub coś znajdę. Może będzie to rozwiązanie dotychczasowych problemów albo zapowiedź kolejnych? Znajoma dusza? Osoba? Bądź, po prostu… nic.
   Mijały kolejne minuty. A las skryty pod czarną peleryną nocy wydawał się coraz straszniejszy. Ponure, potężne drzewa zdawały się momentami ruszać, szeptać między sobą w niezrozumiałym języku. Zza ich pni coś wyglądało ciekawsko. Patrzyło, obserwowało… pragnęło śmierci innych?
   Czułam, jak adrenalina uderzyła w moje żyły, przyspieszyła bicie serca. Lęk zrobił swoje. W powietrzu unosiła się ciężka woń rozkładu. Zrobiło się chłodno. Wręcz zimno. Jak w żadną letnią noc. Obłoczki pary unosiły się tuż przed moim pyskiem, po chwili znikały.
   Zatrzymałam się. Nastawiłam uszu, wstrzymałam oddech.
   Cisza.
    Wszechobecna, zniewalająca cisza. Nawet liście przestały szeleścić. Nigdzie nie pohukiwała sowa, świerszcze nie dawały koncertów.
   Jedynie bicie serca. Starającego się nie popaść w panikę. Kołatało w klatce piersiowej niczym ptak, który chce wyrwać się z klatki.
   Trzask.
   Drgnęłam z przerażenia. Zaczęłam rozglądać się dookoła. Szukałam źródła dźwięku. Zamarłam, gdy między drzewami ujrzałam światło. Nikłe, białawej barwy. Drgało ono niespokojnie. Zdawało się… że czegoś oczekuje. A może kogoś.
   Niepewnie, obawiając się konsekwencji, postąpiłam krok w kierunku blasku. Potem kolejny. W końcu dotarłam do niego na tyle blisko, iż mogłabym je dostać, gdyby skoczyła. Choć biel z zasady powinna kontrastować  z czernią, ta była jakby częścią mroku. Wyłaniała się z niego i jednocześnie wtapiała. Poruszała…
   Powoli przyjęła kształty i rozmiary wilka, wciąż pozostając jednak bielą. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, światło zaczęło tracić na jasności, rozchodzić się. Niespiesznie opuszczało sierść, która okazała się być brązowa. Spod czarnej grzywy spozierała na mnie para bursztynowych ślepi.
   – Aldieb… – szepnęłam cicho, jakby bojąc się, że zjawa zniknie.
   Al skinęła łbem. Bez słowa. Ja sama nie wiedziałam, co mówić, co robić. Atmosfera stała się nie do zniesienia. Łapy, choć wmurowane w podłoże, chciały uciekać. Serce rwało ku przytulnej polanie, gdzie płonie ogień. Za to wzrok wlepiony był w Aldieb, uszy wyczekiwały jej słów.
   Ostatecznie udało mi się zmusić do kroku w tył. Tylko jednego…
   – Nie odchodź.
   Głos zjawy przeszył powietrze niczym sztylet ciało. Choć był spokojny, zmroził krew w żyłach.
   – Nie odchodź. – powtórzyła. – Brakuje tu istot żywych. Sama widzisz… – poniosła wzrokiem po milczących koronach. Zdawało się, iż tworzą one sklepienie sali pełnej kolumn, które stanowiły pnie drzew.
   – Co to za miejsce? – zapytałam, zdobywając się na odwagę.
   Aldieb uśmiechnęła się nikle. Zapewne miał to być jeden z tych zwykłych uśmiechów, które posyła się komuś w zamyśleniu. Jednak w tej chwili zdawał się być niczym z horroru.
   – To jest miejsce spoczynku Dusz, które odeszły ze Stada Nocy.
   – Cmentarz? – wydedukowałam.
   Pokręciła łbem.
   – Coś innego. Każdy, kto kiedykolwiek należał do Stada Nocy, uznał je za rodzinę, stawał się jego częścią. Nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Rodziła się w nim niewielka cząstka, która z czasem rosła, stawała się coraz silniejsza. I tę właśnie część, ten magiczny pierwiastek, wciąż ciągnie ku terenom Herd of the Night, nawet, jeśli Dusza sama w sobie temu przeczy.
   – Nie jestem pewna… czy rozumiem. – zmrużyłam ślepia, wpatrując się w widmo. Długi ogon wilczycy zadrżał, jakby samica nie miała cierpliwości tego tłumaczyć.
   – Rozumiesz, Naomi. Bardzo dobrze rozumiesz. Ale teraz… – kontynuowała, wodząc wzrokiem po milczącym lesie – Zabrakło kogoś, kto po prostu byłby tutaj, czuwał. Sprawował pieczę nad tymi terenami, towarzyszył. Pozostawione tu Dusze maleją, ulatniają się. Czasem wracają… ale jedynie na chwilę. Zaglądają, nie mówiąc ani słowa. Ten las zaczyna obumierać, Naomi.
   Milczałam. Nie miałam pojęcia, jak jej odpowiedzieć.
   – Muszę już iść. – jej sylwetka powoli zaczęła się rozmywać. Biała łuna otoczyła wilczycę.
   – Al, nie znikaj!
   – Muszę… Pamiętaj – nawet, gdy przyjdzie na Ciebie czas i odejdziesz, nie zapominaj o tym miejscu
   Zniknęła. Nie zdążyłam wydusić z siebie nic więcej, światło ją pochłonęło i zgasło.
   Czując obezwładniają bezradność ruszyłam w drogę powrotną.
   Gdy tylko zbliżyłam się do polany HOTN, doszedł mnie gwar rozmów i wesoły trzask ognia. Wychodząc z zarośli, zlustrowałam otoczenie wzrokiem. Ognisko płonęło, wysyłając ku czarnemu niebu jasne iskry. Dookoła niego gromadziły się zwierzęta.
   Poczułam miłe ciepło rozlewające się wewnątrz mnie. Jednak temu przyjemnemu uczuciu towarzyszyło także dziwne ukłucie. Była to tęsknota.
   Wizja rozwiała się, postacie zniknęły, zapanowała ujmująca cisza.
   Taka kombinacja uczuć: ciepło a zarazem ból, towarzyszyły mi zawsze, gdy wspominałam stare, dobre czasy. Szkoda, że one już nie powrócą.
   Nie tracąc więcej czasu, przeszłam obojętnym krokiem przez polanę. Skryłam się między drzewami. Ktoś, kto mnie obserwował, mógłby dostrzec jedynie wilczą sylwetkę, która niespodziewanie zniknęła. Ot, została wycięta z kadru w ciągu ułamka sekundy; skoczyła do innego świata. Zupełnie, jakby tutaj nigdy nie istniała.
   ___________________________________________________
  Chciałam Wam wszystkim podziękować. Za co? Za każdą mile spędzoną chwilę; za pomoc, gdy jej potrzebowałam; za te wszystkie zloty i wszelkie dziwne akcje; za to, że pełniąc dla mnie rolę drugiej rodziny udało Wam się dokonać we mnie ogromnych zmian. Dzięki Stadu Nocy, dzięki: Aldieb, Lunie, Fragarii, Aspeney, Anaid, Teamowi, Beliarowi, Jennie, Korkowi, Nebanowi, Syriuszowi, dzięki Wam wszystkim jestem, kim jestem. Bez Was nie istniałabym w tej teraźniejszości. Ponadto powinnam wspomnieć także o Rozalii, Gloli, Mi-Chan, Tiffany i Destroy, Midowi, Tin,  którzy, jak każdy, kogo miałam okazję poznać bliżej, w pewien sposób na mnie wpłynęli. Nigdy o Tobie nie zapomnę, Glo, choć często irytowała mnie Twoja osoba. Podobnie z Destroy – szkoda, że przestałaś się do mnie odzywać i olewałaś mnie, gdy chciałam porozmawiać. Z całego serca dziękuję też Tobie, Seth. Za to, że po prostu jesteś. I jesteś sobą – bezczelnym arogantem, który sądzi, że pozjadał wszystkie rozumy.
   Przyjęliście mnie do swoistej familii, dzięki której wytrwałam ciężkie chwile. Wspieraliście mnie; ukazywaliście moje wady, które w miarę możliwości starałam się przeobrazić w zalety; byliście, zawsze.
   Nie mówię, że tu nie wrócę – nic nie jest pewne. Sądzę jednak, że moja rola w tej grze dobiegła końca. Rozumiem Aldieb, która najpierw zrezygnowała z władzy, a potem odeszła. Coś we mnie wypaliło się, nie płonie tak jasno, jak kiedyś.
   Przepraszam, jeśli ktoś będzie tęsknił;jeśli z jakiegoś powodu będzie Wam mnie brakowało; przepraszam, że Was zostawiam.
   Proszę tylko, żebyście dalej tworzyli Stado Nocy. I nie przejmowali się tym, że nie jest ono jak dawniej – wszystko się zmienia, My, tworzący Herd of the Night, także. Teraz już nie „My”, tylko „Wy”.
   Powodzenia.

   Naomka

31 sierpnia 2012

Najwyższy szczyt HOTN [Tiffany]


Najwyższy szczyt HOTN




Zamknęła ślepia, wydychając powietrze. Biała para wyłoniła się z jej pyska. Zamachnęła delikatnie ogonem, odgarniając płatki śniegu, które przywarły delikatnie do futra. Podniosła lekko powieki i ogarnęła spojrzeniem okolicę. Kilka postaci znajdowało się na polanie rozmawiając. Nie rozumiała o czym mówią,także postanowiła milczeć. Przeciągnęła się. Drgnęła lekko uszami, gdy usłyszała znajome jej imiona, jednak starała się nie zwracać na to większej uwagi. Ziewnęła przeciągle, po czym szybkim ruchem zniknęła wśród iglastych drzew. Nie miała większej ochoty marznąć i słuchać rozmowy, która jej nie interesowała. Przedzierając się wśród zmarzniętych pni, nuciła melodię, którą usłyszała jakiś czas temu. Wydostając się na ścieżkę, przystąpiła z łapy na łapę i spojrzała w górę. Z nieba powoli opadały zimne płaty, moczące szarą. Ruszyła powolnym krokiem po wydeptanej przez członków stada ścieżce. Szła przed siebie. Nie obchodziło ją to czy zabłądzi, a było to dość realne. Wilczyca mimo, że należała do stada od trzech lat i tak nie znała wystarczająco terenów.Normalne było to, że mając dojść na polane, nie raz trafiała w góry. Właśnie tam się teraz kierowała. Mijany przez nią wodospad był idealnym punktem po którym rozpoznawała drogę. Nie zważając na porę roku czy temperaturę wodospad zawsze wyglądał tak samo, a mijanie go było czystą przyjemnością dla uszu.Odchodząc od niego, wsłuchiwała się w obijającą się o brzeg wodę. Zbliżała się do najwyższego szczytu na terenach jej domu. Rozpoczęła wspinaczkę. Wybrała dość dziwny dzień, by odwiedzić to miejsce, gdyż było na tyle zimno, że nikt przez całą drogę się jej nie pokazał. Sapała ze zmęczenia z wystawionym językiem, wspinając się. Stanęła u szczytu i spojrzała na pokryte śniegiem Stado Śmierci. Uwielbiała tu siedzieć i podziwiać. Śnieg przestał padać, a słońce które wyszło dopiero co zza chmur, lekko ją oślepiało, poprzez odbijanie się w białym puchu. Wyłożyła się, wpatrzona w dal. Zasnęła, podziwiając rodzinne tereny.

___
Nienawidzę mojej weny, bo w środku nocy powstaje coś takiego ._.

3 sierpnia 2012

Przybysz. [Dzieło zbiorowe]



Przybysz.



          Ciemnobrązowa samica wyłoniła się z gęstwiny lasu, tuż obok swojego ulubionego drzewa. Usiadła pod nim, kładąc po sobie uszy i strosząc sierść na grzbiecie. Trudno było stwierdzić w jakim była humorze. Ogarnęła pobieżnym spojrzeniem polanę, po czym skinęła nieznacznie głową i wymruczała ciche powitanie.
          Podczas gdy inne zwierzęta toczyły leniwe rozmowy ona położyła się, zwijając się w kłębek i nim zauważyła zapadła w płytki sen.
          Po kilkunastu minutach nagle strzygnęła uchem, by chwilę potem uchylić powieki i podnieść łeb. Jej długie uszy znów powędrowały do tyłu. Ciemnobrązowa wpatrywała się w powietrze przed sobą. Nie odrywając wzroku od niewidzialnego punktu uniosła się do pozycji siedzącej. Jej ogon zamiatał nerwowo po ziemi, a sierść na grzbiecie samicy mimowolnie się nastroszyła. Wstała, drepcząc nerwowo w miejscu, by w końcu fuknąć z frustracją i odejść na kilka metrów. Z cichym pomrukiem niezadowolenia położyła się pod innym drzewem, tonąc w wysokiej na trzydzieści centymetrów trawie. Otuliła się swym puszystym ogonem i schowała w futrze smukły pysk, łypiąc od czasu do czasu w stronę miejsca skąd przed chwilą uciekła.
          Shun, ciemnoszary wilczur, przyglądał się ze zdziwieniem samicy po czym podrapał się po głowie, jednak szybko uwagę jego odwróciła leniwie sunącą po niebie chmura o imponującym kształcie.
          Samica powoli zaczęła się uspokajać. Przemknęła spojrzeniem po zebranych stworzeniach na polanie, jednakże wyglądało na to, że nikt nie zauważył tego małego incydentu. Westchnęła cicho i ponownie wtuliła pysk w miękkie futro na ogonie.
          Tymczasem samica znów przysnęła. Wybudziła się z półsnu z niespokojnym pomrukiem. Marszcząc nos, otworzyła ślepia, odruchowo zerkając w stronę drażniącego ją niewidzialnego punktu, po czym jakby odetchnęła z ulgą. Westchnęła cicho i ponownie rozejrzała się po polanie, próbując zorientować się co się dzieje.
***
          Demonica kryła się w lesie, wpatrując się w skupieniu w zgromadzenie obejmujące całą polanę. Jej cichy oddech poruszał rytmicznie trawą przed jej nosem, gdy pochylała się nisko na łapach. Podchodziła do nich powoli, jakby polowała, choć było to zaledwie przyzwyczajenie. Nie wiedziała czy została zauważona. Ze względu na jej rozmiar wkrótce zostanie.
***
          Jej długie uszy, jak radary, wędrowały na boki, co chwila zmieniając położenie, wychwytując ciche szelesty, trzaski, odgłosy lasy i ledwie słyszalne kroki. Z drugiej strony, wiejący wprost w jej stronę wiatr przywiewał znajomy zapach szarej wilczycy.
***
          Coraz bardziej zbliżała się do polany, by w końcu jej zawalista, mimo, że wychudzona sylwetka stała się widoczna. Puste oczodoły zdawały się wpatrywać w każdego z osobna jednocześnie. Nie dało się przegapić demona, który znalazł się w okolicy najgęstszych drzew, nie zlewając się jednak z mrokiem tam panującym.
***
          Szera siedziała w krzakach obserwując  z ukrycia zebranych na polanie. Zastrzygła lekko uchem. Spojrzenie jej jasnych ślepi zatrzymało się na brązowej. Patrzyła na Nią przez dłuższy czas, jakby coś w sylwetce wilczycy jej nie pasowało. Z zamyślenie wyrwała ja obecność dwóch towarzyszy.
***
          Poprzez wysokie źdźbła traw, wychwyciła odległe spojrzenie szarej. Przez kilka długich sekund wpatrywała się w jej matowe ślepia, potem samica odwróciła łeb, rozkojarzona przez coś innego.
          W tym momencie Shun zwrócił swój wzrok w stronę Aldieb. -
          – Wszystko w porządku ?
          – Czemu miałoby nie być? – Jej przenikliwy wzrok pomknął w stronę wilka. Tymczasem uszy, wciąż nasłuchiwały. Już czuła, że olbrzymia istota jest na krawędzi polany. Przez grzeczność jednak, skupiła wpierw swoją uwagę na samcu.
          – Zachowujesz się… dziwnie ? – Powiedział wilczur niepewnie.
          – Dziwnie? – Powtórzyła, marszcząc nos.- Nie rozumiem, co masz na myśli.
          – Sam nie wiem… może to po prostu moja wyobraźnia ? Wrócę do śmiania się jak debil z chmur. – Spojrzał na niebo. – Heeeeeej, moje chmury uciekły.
***
          Miarowy oddech. Czerwone płomyki w czaszce wbite prosto w Ciebie. Cielsko zaczęło się wycofywać. Powoli. W mrok. Zapachy obecnych zwierząt mieszały się ze sobą, w chaotycznej kotłowaninie. Długi jęzor wysunął się powoli z kościanego pyska i również posmakował powietrza, jakby chcąc zbadać dokładniej zapach stworzeń. Gruba, czarna sierść zjerzyła się lekko. Nadal nie wiedziała czy została zauważona. Wszak była pewna, że na całej polanie czuć już jej cmentarny, mdło słodki zapach. Zaczęła wycofywać się coraz bardziej w las.
***
          Nie mogła dłużej już czekać. Całą sobą czując nieprzyjazną aurę przybysza odwróciła się w jego stronę z nieprzyjemnym warkotem. Drażniący zapach, który czuła od dłuższego czasu teraz stał się bardziej gwałtowny, wnikając głęboko w jej nozdrza. Jej spojrzenie pomknęło ku ścianie drzew, jednakże nic nie zauważyła. Czuła, że coś przegapiła. Przez uprzejmość. Jakie to głupie.
          Zmrużyła lekko ślepia i po długich, ciągnących się w nieskończoność sekundach odwróciła się ponownie do Shuna. – Cóż. Może. – Odparła, jakby ich rozmowa nie została przed chwilą tak brutalnie przerwana.
***
          Cichy trzask łamanych gałązek dał znać o zbliżającej się postaci. Wątły cień zamajaczył pomiędzy grubymi pniami drzew. Po chwili w mroku wieczoru błysły ślepia, a zaraz potem ukazał się zarys sylwetki. Można było wywnioskować, że zbliżająca się postać jest wysoka, ale wyjątkowo chuda. Wilczyca zatrzymała się nagle, obserwując zebranych. – I znowu tutaj. – Mruknęła pod nosem, wystawiając wężowy język.- Witajcie. – Dodała głośniej.
          Z głębokim westchnieniem wciągnęła przez nozdrza chłodne, wieczorne spojrzenie. Podniosła się do pozycji siedzącej, kierując spojrzenie ku przybyłej istocie. Wpatrywała się w nią przez chwilę, taksując uważnym spojrzeniem, po czym nieznacznie skinęła łbem. – Salve.
          Breaver postąpiła kilka kroków, a na jej sylwetkę padł blask księżyca. Futro wilczycy zamigotało w rudym odcieniu. Jedynie łapy, jak i symbol znajdujący się na ciele, miały odcień głębokiej czerni. Zamiotła długim ogonem, nadstawiając długie uszy. Mlasnęła głośno, a na jej pysku zagościł dwuznaczny uśmiech.
***
          Stworzenie wycofało się bezpiecznie w ciemność. Czy bało się? Nie. Jedynie nie chciało się zdradzać. I tak jedna z tamtych istot wiedziała już o jej obecności. Czy powinna zmienić formę? Nie, pozostanie sobą. Okrążyła polanę, znów rozsiewając odór, którego nie wydzielało jej ciało, lecz pozostał na sierści po odwiedzinach… w różnych ciekawych miejscach. Otwarła pysk, znów chłonąc powietrze, gdy pojawiła się po drugiej stronie polany, patrząc prosto na Aldieb. Czerwone ogniki w jej oczach zamigotały niebezpiecznie.
          Ciemnobrązowa samica nie zwracała uwagi na to co w tej chwili działo się na polanie. Cała jej uwaga skupiona była na potężnym stworzeniu, które znów zbliżało się do granicy lasu. Tym razem znajdowało się od zawietrznej, a odór jaki ze sobą niósł zalał polanę z niesamowitą siłą, drażniąc czułe zmysły i tak już zdenerwowanej samicy. Oblizała nos w nerwowym odruchu i zamiotła długim ogonem po ziemi, kiedy dostrzegła dwoje świecących krwistą czerwienią punkcików. Zmrużyła ślepia, czekając na to co się wydarzy. Nie ruszała się z miejsca, wiedząc, że w tej chwili jej reakcje byłyby nieracjonalne. Nie chciała odstraszać gości, tylko dlatego z powodu… przeczucia.
          – Czy jestem aż tak ciekawym okazem, byś wgapiała we mnie swoje ślepia? – Aldieb musiała usłyszeć słowa zaraz przy uchu, charczący, nieprzyjemny głos, wyjątkowo wyraźny jednak. Jakby potwór stał tuż obok, nie po drugiej stronie polany. Jakby śmierdzący oddech już owiewał kark wilczycy. Demon nie poruszył się jednak. Kolejnym, podobnym do poprzednich gestem otwarł pysk i wysunął język, badając powietrze. Nie poruszył szczękami tak, jakby mówił. Demoniczne sztuczki… najlepszej kategorii.
          Drgnęła nieznacznie, kiedy usłyszała chrapliwy głos tuż przy swoim uchu. Jednakże nic więcej. Była przyzwyczajona do tego typu sztuczek. Towarzyszyły jej już od kilku lat, miała czas by do nich przywyknąć, choć wciąć było to dla niej niezwykle nieprzyjemne. Odetchnąwszy kilka razy odezwała się cicho, niemalże szeptem, sądząc, że stworzenie i tak ją dosłyszy.
          – Owszem. Nie widziałam nigdy istoty podobnej Tobie. Wybacz, jeśli Cię to uraziło, jednakże nie dziw się mojej reakcji, kiedy czai się w ten sposób w ukryciu.
          Cichy śmiech był wyznacznikiem tego, że Sange owszem, usłyszała słowa Aldieb.
          – Nie gniewam się. Jestem tu… w pokojowych zamiarach. Właściwie jestem od dzisiaj… członkiem? – znów śmiech. Nieprzyjemny, chropowaty i bardzo niski. Istota oblizała pysk, zastanawiając się czy wkroczyć na polanę.
          Przechyliła łeb, jakby się nad czymś zastanawiając. Po chwili wyprostowała się i odparła.
          – Rozumiem. W takim razie witaj w Stadzie Nocy… Przepraszam, jak Cię zwą?
          – Frica Sange. – powiedziała istota, otwierając pysk. Jeśli głos, który Aldieb słyszała przy sobie był nieprzyjemny, to i tak nie miał prawa być gorszy od tego, co dobiegło z pyska istoty. Skrzek. Pisk nienaoliwionych drzwi i jęk umierających. I krzyk i dźwięk rozrywanych ciał. Z tym się kojarzyło. Demonica powoli podchodziła do obecnych, a jej wystające barki kołysały się miarowo w miarę kolejnych kroków.
          – Sange do mnie mówią i inaczej sobie nie życzę. – Smród był jeszcze gorszy. Jak w zapachu gnijących ciał może czaić się tyle obrzydliwej słodyczy?
          Sierść na jej grzbiecie mimowolnie zjerzyła się pod głosem stworzenia. Samica zacisnęła kły i wbiła pazury w niczemu winną ziemię. Nie była w dobrym nastroju, a Sange, jak się przed chwilą przedstawiła, zupełnie wybiła ją z równowagi. Mrużąc ślepia odczekała jeszcze parę chwil, aż istota wkroczyła na polanę, po czym skinęła głową.
          – A więc witaj, Sange. Nie wiem czy już to wiesz, czy nie… w każdym bądź razie, mnie zwą Aldieb. – Jej głos wciąż był przyciszony, gdyż samica starała się nie wdychać głęboko powietrza, choć może na marne, gdyż zapach przeniknął na wskroś jej zmysły powonienia. Pocieszała się tylko z myślą, że z czasem przestanie zauważać go z taką siłą.
          Pysk otworzył się ponownie, jakby demonica znów chciała się odezwać, lecz zamknął się szybko z zabawnym wręcz kliknięciem kości o kość. Jej pysk wcale nawet nie próbował udawać żywych tkanek, dzięki czemu istota wyglądała niczym wyciągnięta siłą z groteskowego przedstawienia samego piekła. gdyby mogła zmrużyłaby oczy. Powiodła wzrokiem po obecnych. Jej spojrzenie mogło wydawać dreszcz niepokoju, albo i strachu. Wkrótce czerwone ogniki spoczęły znów na Aldieb. Widać jej niepewność i rozstrojenie sprawiało jej widoczną przyjemność, albo chociaż wzmagało jej zainteresowanie waderą.
          – Wiem, jak Cię zwą. Wiem… O części z nich. Trochę. – znów prawie szept rozległ się przy jej uchu. Te słowa przeznaczone były tylko dla jej uszu.
          Czując na sobie zbyt wiele spojrzeń znów zapragnęła znaleźć schronienie w mroku. Nie przywykła do tego wszystkiego, za wiele bodźców, za wiele zapachów ją dobiegało. Dotąd widywała pojedyncze postacie. I nie musiała z nimi rozmawiać. To było trudne. I wyczerpujące. Czemu ten, który ją przyzwał nie wybrał sobie innego, lepszego demona? Sange cofnęła się kilka kroków, co czasu gdy nie poczuła, że opiera się biodrem o drzewo. Zadziwiające z jaką trudnością nawiązywała kontakty z innymi istotami. Nie była do tego wszak stworzona, o czym świadczyły pazury i kły osadzone na gołej kości. Świadczył o tym cmentarny odór i nieprzywykły do artykułowanej mowy głos.
          Zniknięcie jednej z obecnych na polanie zarejestrowała jedynie na skraju świadomości, mechanicznie odbierając sygnały z zewnątrz, jednakże nie skupiając na nich większej uwagi. Wciąż obserwowała demona. Jego przepastne ślepia i sposób porozumiewanie się przypominał samicy pobratymca Sange, mimo, że jednocześnie dzieliło ich tyle różnic. Ponownie oblizała suchy nos, mimowolnie napinając mięśnie łap. Zaniepokoiły ją słowa stworzenia. Nie była pewna czy dobrze je zrozumiała. Czy powinna zwrócić na nie większą uwagę, czy też puścić mimo uszu. Nie. Słów stworzenia, które tak rzadko się odzywał nie należało lekceważyć. Nawet jeśli nic nie znaczyły. Potrząsnęła łbem. Czuła, że myśli zaczynają się jej plątać, że nie myśli racjonalnie. I wiedziała, że demon właśnie tego oczekiwał, ale mimo tej świadomości, nie potrafiła nad sobą zapanować.
          – Widzisz we mnie wroga? – Szept. To była znaczniej wygodniejsza droga komunikacji dla demona, niżeli realne, nie powiązane z magią słowa. Te wymagały zbliżenia się do wadery, a ta widocznie sobie tego nie życzyła. Zresztą… Sange była świadoma słodkiej woni, którą rozsiewała. Obrzydliwego, lepkiego smrodu, który nie sprawiał jej problemów, jednak innych przyprawiał o łzawienie oczu.
          – Tak. Nie. Nie wiem. – Poprawiła się niemal natychmiast. Taka była prawda. Nie wiedziała co myśleć o tej istocie. Obawiać się jej? Widzieć w niej wroga czy też nie? Nie umiała stwierdzić. Jeśli dołączyła do stada, oznaczało to, że Tin ją poznała, zgodziła się by zamieszkała wśród innych zwierząt, a ona ufała osądowi wilczycy. Jednakże pierwsze negatywne odczucie nie dawało jej spokoju.
          – Wyjawiłam Ci swoje imię. To oznacza, ze nic CI nie zrobię. – Zgrzytliwy śmiech wcale nie brzmiał przekonująco.
          – Wyjawiłaś mi imię, którym mogę się do Ciebie zwracać. Wątpię, żebym kiedykolwiek poznała prawdziwe. – Odparła ponurym tonem.
***
          Fene zmarszczyła nos, strzygąc uszami. Swoje kroki skierowała w stronę Aldieb, spoglądając na nieznajomą postać. Oczy ją piekły od tego zapachu, ale dzielnie to znosiła.
          Smukła samica spojrzała na córkę. W tym samym momencie w oddali dało się słyszeć odległy grzmot. Wstała, podchodząc do nietakjużmłodej młodej. Liznęła ją po pyszczku, po czym skoczyła w bok, dając susa w gęste chaszcze puszczy.
          Fene postawiła uszy na sztorc słysząc głuchy huk. Zatrzymała się, przystanęła z łapy na łapę i położyła uszy po sobie, kiedy Aldieb zniknęła w lesie. Spojrzała po polanie powolnie, badając wzrokiem obecne postacie.
***
          Sange znów cofnęła się do cienia. Nie widziała sensu, by nadal tkwić na widoku, kiedy Aldieb odeszła. Wodziła wzrokiem za obecnymi, choć teoretycznie nie powinna widzieć pustymi oczodołami, w których jarzyły się krwawe ogniki. Polanę nadal wypełniał słodki, nieprzyjemny zapach.
          Potwór ukryty był pomiędzy zaroślami. Ciągle próbował wypatrzeć spośród tłumu Aldieb, lecz były to działania z gruntu bezskuteczne. Głównie dlatego, że nie czuła już jej zapachu, a świat odbierała głównie węchem. Jej własny, intensywny zapach jej nie przeszkadzał. Znów otwarła pysk z cichym kliknięciem obijających się ze sobą kości i wysunęła język jakby badając powietrze.
_____________________________________
Autorzy: Aldieb, Sange, Shun, Szera, Breaver, Fene
Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi za złe, tego, że bez pytanie użyłam Waszych wypowiedzi. Jeśli tak, powiedzcie – usunę notkę.

No i czas na parę słów wyjaśnienia… Jest to opowiadanie całkowicie złożone z wypowiedzi z chatu. A publikuję je, dlatego że już od dawna tak dobrze mi się nie grało. Dziękuję Sange, naprawdę świetnie mi się z Tobą pisało. c:

Zastanawiałam się czy by nie napisać jakiegoś opowiadania odnoszącego się do obecnej sytuacji na stadzie, ale stwierdziłam, że… lepiej nie. Postanowiłam, że nie będę się mieszać  więc niech tak zostanie, bo jeśli znów się zaangażuję przypuszczam, że źle się to dla mnie skończy.’

13 kwietnia 2012

Bitwa o Stado Nocy [Kuo]

– Wstawać! Już, natychmiast!
Całe stado pogrążone było w letargu, gdy nagle przez sam środek zwiniętych w kłębki członków stada przebiegła Kuo, wszczynając przeraźliwy jazgot. Kilka zdezorientowanych wilków uniosło łby; jakiś lis, najwyraźniej poirytowany zachowaniem hałaśliwej wilczycy, postanowił wynieść się wgłąb lasu; leniwe spojrzenie pantery prześlizgnęło się po wariatce – ogółem całe Stado Nocy zwróciło uwagę na mknącą z prędkością światła Gwiazdę Śmierci. Niespodziewanie zwierzęta spostrzegły tuż za nią białą kotkę, która za wszelką cenę starała się dogonić towarzyszkę. W przeciwieństwie do właścicielki dwukolorowego ogona ta milczała.
Wilczyca, przebiegłszy znaczny dystans, upadła, ryjąc ziemię pyskiem. Uniosła oczy i, widząc Aldieb, patrzącą nań z dezaprobatą, natychmiast zerwała się na równe nogi, wyzbywając się trawy spomiędzy zębów.
– Co Ty sobie myślisz? – zapytała Alpha, mierząc samicę krytycznym wzrokiem. – Jeszcze nie wzeszło słońce, wszyscy śpią, a Ty hałasujesz, jakby się paliło.
-Aldieb, posłuchaj! – pobudzona Kuo ledwo mogła ustać w miejscu. Była wyraźnie zaniepokojona. – Stało się coś strasznego.
Najwyraźniej Alpha nie przejęła się zbytnio. Nie drgnąwszy nawet powieką, wciąż wpatrywała się w rozemocjonowaną wilczycę. W międzyczasie dobiegła Luna. Zmęczona, padła u boku przyjaciółki, dysząc ciężko.
Nie wytrzymując napięcia, Kuo wyrzuciła z siebie przekaz:
– Zostaliśmy zaatakowani!

Rozżarzona kula powoli wznosiła się ponad linię horyzontu, muskając ciepłymi promieniami budzące się do życia tereny HOTN. Wiewiórki hasały wesoło pośród gałęzi, ptaki świergoliły radośnie, zapowiadając nowy dzień.
Wtem powietrze przeszył donośny świt, któremu towarzyszył silny powiew. Powietrze przeciął smok o wężowym ciele, łamiąc wątłe gałązki drzew. Zaraz za nim, na ziemi, kroczyła dostojnie bura wadera o długich, smukłych łapach. Szła pewnie, nieugięcie, prowadząc za sobą blisko trzydzieści osobników przeróżnych gatunków i ras – począwszy od psowatych, kotowatych, a na nieparzystokopytnych wierzchowcach i smoku-zwiadowcy kończąc. Grupa, na kształt rzymskiego legionu, przemierzała kolejne kilometry, nie znając zmęczenia. Wszyscy wyruszyli. Bez wyjątku. Nikt nie zawahał się stanąć do walki w obronie domu.
– Daleko jeszcze? – przewodniczka skierowała pytanie do idącej tuż za nią Kuo.
– Już blisko. Teraz tylko wyjdziemy z lasu i dotrzemy do celu. – wadera powoli pokręciła łbem – Aldieb, mówię Ci, jest ich tak dużo…
– Damy radę.
Nie mówiąc już ani słowa, samice wypatrywały przeciwnika. Z czasem obdarzona dwubarwnym ogonem wilczyca cofnęła się nieco, dołączając do korowodu; pozwalając prowadzić Alphie.
Całe Stado Nocy w milczeniu maszerowało naprzód, utrzymując od blisko pół godziny jednostajne, rytmiczne tempo. Wszyscy trzymali się razem, zgodnie. Drobne zatargi pomiędzy poszczególnymi członkami stada odeszły w niepamięć, zwieszono sąsiedzkie bójki, wszelkie nieporozumienia stały się nieważne. Teraz bardziej, niż kiedykolwiek stanowili jedność. W obliczu niebezpieczeństwa zjednoczyli się, by stawić czoło wspólnemu wrogowi.
W końcu dotarli do niewielkiego wzgórza. Wszedłszy na jego łagodne zbocze, członkowie Stada Nocy mieli okazję ujrzeć niezwykłe a zarazem przerażające zjawisko. Dolina roiła się od paskudnych, niewielkich bestii, które tylko czekały na swą kolejną ofiarę. Czerwone pancerzyki lśniły w złocistych promieniach słońca, pokrywały znaczną powierzchnię połaci trawy.
Kilkoro z przybyłych zwierząt wstrzymało oddech, widząc owe monstra. Inni zaniemówili, cofnęli się o krok lub wyszczerzyli kły i pazury. Tylko Alpha zachowała spokój. Obmyślała plan działania. Trudno jednak było cokolwiek zaplanować przy tak dużej liczebności wroga.
Z tyłów zgromadzenia wyłoniła się błękitna klacz. Dzielnie przedzierała się przez tłum, by ujrzeć sprawców zamieszania. Z chwilą, gdy poznała ogrom niebezpieczeństwa, wyszeptała ze zgrozą:
– To biedronki…
Masy biedronek przewalały się od drzewa do drzewa, od krzewu do krzewu, powodując niewyobrażalne zniszczenia. Jeden z osobników, wyraźnie większy i okazalszy od reszty, wystąpił na czele, przypatrując się zaintrygowanym wielkoludom. Wyczuł, że nie są oni pokojowo nastawieni. Pewność zyskał, kiedy usłyszał fragment ich rozmowy.
– Musimy je zlikwidować.
– Ale jak? Jest ich okropnie dużo…
– Damy radę – odparła ich przewodniczka. – Jesteśmy więksi, silniejsi, potrafimy się organizować. Te owady na pewno nie zdołają utworzyć zwartego szyku.
– Więc co robimy? – czarny basior zmrużył ślepia, oczekując odpowiedzi.
– Macie je złapać, rozgryźć, zgnieść, rozszarpać, zjeść… cokolwiek. Liczę na Was. Atakujemy.
Przywódca hordy biedronek zrozumiał tę komendę. Teraz miał pewność. To intruzi. Wytwarzając odpowiednie substancje chemiczne o charakterze informatorów, zwerbował pobratymców i nakazał im przybrać określone pozycje. Wielki, czerwony dywan drgał niespokojnie, gotów do walki.
– Co one robią…? – zapytał jeden z tygrysów stojących na pagórku.
Masywna biedronka nagle zaczęła świecić jasnym, zielonkawym światłem. Inne podążyły w jej ślady.
– To nie są zwykłe biedronki… – wymruczał ktoś.
Chmara ustawiła się w nowy sposób. Powstały dzięki temu symbol radioaktywności ruszył w kierunku stowarzyszenia Stada Nocy.
– One są radioaktywne!
W ciągu zaledwie kilku sekund rozpętało się istne piekło. Pazury przecinały powietrze, zęby szczękały głucho. Jękom i urywanym krzykom nie było końca, podobnie jak natrętnemu brzęczeniu owadów.
Podczas walki świetnie zorganizowana grupa biedronek ninja postanowiła napaść na małego, rudego liska. Karmazynowe punkty osiadły na szczenięciu, które kwiliło żałośnie. Wtem mały zamilkł. Przestał się ruszać. Zamachowcy zajęli każdy wolny centymetr kwadratowy jego ciała. Niespodziewanie szczenię kichnęło, wysadzając okupantów w powietrze.
Jedna z owych uzdolnionych biedronek wpadła w dziwne, dość przytulne miejsce. Dopiero po chwili zorientowała się, iż jest to wilcze ucho. Żądna krwi i walki, poczęła przeraźliwie bzyczeć i obijać. Psowaty zaczął wierzgać, chcąc pozbyć się insekta. Podbiegła doń biała kotka, która tak mocno dmuchnęła w ucho przyjaciela, że biedronka wyleciała z drugiej strony. Basior padł na ziemie jak długi, mamrocząc coś pod nosem.
Skrzydełka były rwane, pancerzyki rozgryzane, nóżki wyrywane. Jaśniejąca chmura powoli zaczęła tracić na mocy.
– Wygrywamy! – dało się słyszeć entuzjastyczny okrzyk, któremu odpowiedział cały chór.
Chwilę potem zbyt głośny żołnierz pod postacią uskrzydlonego wilczura został powalony przez chordę przeciwników.
Powietrze wypełnił ryk. Tuż nad hołotą przeleciał smukły, wężowy smok. Będąc pewnym, że nie zrani nikogo ze swoich, począł zionąć ogniem na intruzów, którzy pod wpływem znacznej temperatury strzelali niczym świeżo robiony popcorn. Miejsce bitwy wypełnił swoisty swąd spalenizny.
Słońce wzeszło, a jatka trwała w najlepsze. Okazało się, że biedronek jest więcej, niż przewidywano.
– Musimy znaleźć jakiś skuteczny sposób! – orzekła Alpha, odciągając na bok swoją pomagierkę Lunę.
– Ale jaki? – prychnęła kotka. – Jest ich cholernie dużo! Więcej ich chyba matka nie miała… A nasi powoli padają, tracą siły.
Nagle kotowatą olśniło. Posunęła się do ostateczności – zmieniła się w ludzką postać i przywołała swego demona, karą klacz imieniem Chandra. Dosiadła chabety i pogalopowała wgłąb lasu. Po chwili wróciła, dzierżąc w dłoni ogromną siatkę na owady, wykonaną nie z niewielkich oczek, lecz cienkiej gazy. Przeczesując co chwilę opływającą krwią dolinę, zgarniała chmary niebezpiecznych owadów. Reszta członków Herd of the Night wyłapywała pozostałe przy życiu osobniki.
– To chyba wszystkie… – podsumowała Aldieb, rozglądając się dookoła. Wielki, brzęczący wór z gazy stał pośrodku zgromadzenia. Trawa była niemalże czarno-czerwona od maleńkich truchełek.
Zwierzęta zaczęły sobie nawzajem dziękować i gratulować. Rannych odeskortowano na główną polanę, a co silniejsi starali się uprzątnąć powstały bajzel.
Kiedy zdawało się, że zwycięzcy mogą spokojnie odejść, prymitywny kokon pękł. Niebo stało się ciemne. Zatrwożeni mieszkańcy przygotowali się do odparcia kolejnego ataku.
I nagle biedronki zaczęły… pękać. Tak po prostu. Z głuchym hukiem eksplodowały i spadały na ziemię pod postacią nieco dziwnych, białych obiektów. Biała oskrzydlona wilczyca chwyciła w pysk jeden z nich. Zaskoczona, krzyknęła:
– Popcorn!
Gromada zgodnie wybuchnęła śmiechem. Najwyraźniej zrobiło się na tyle ciepło, że radioaktywne biedronki zaczęły się gotować w pancerzyku.
Cały wieczór, do samego rana, członkowie Stada Nocy świętowali zwycięstwo, wychwalając najdzielniejszych wojowników. Wiwaty nie ominęły oczywiście dzielnej Aldieb, dzięki której zwierzęta się nie rozproszyły, a także pomysłowej Luny. Jakaś czarna puma została okrzyknięta najbitniejszą kocicą w okolicy.
A wszystko to, cała ta zabawa, śmiechy i rozmowy, odbywały się przy radioaktywnym popcornie z biedronek, który, niestety, miał niezbyt dobry wpływ na układy trawienne ucztujących…

______________________________
Głupie to, wiem.
Zainspirowała mnie Aldieb, która pod jedną z notek udzielała Anaid rady, o czym napisać opowiadanie: „… powiedzmy ktoś obcy zjawił się w stadzie, nie wiem, zostały urządzone wyścigi, opis polowania, albo w stado mogła zaatakować banda wściekłych radioaktywnych biedronek, cokolwiek. :I”
Tradycyjnie nie zdążyłam sprawdzić błędów – także przepraszam za takowe.