Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zadania. Pokaż wszystkie posty

18 lipca 2014

"Człowiek" - Zadanie na Obrońcę Stada [Baru Saya]

Człowiek [Zadanie]

Tereny Stada Nocy od zawsze wydawały się niezwykle tajemniczym i pięknym miejscem, które wielu kusiło do zbadania kryjących się w nich tajemnic. Zwykle groźba zamieszkujących tu zwierząt odstraszała ciekawskich, jednak z czasem sytuacja poczęła się zmieniać. Ludzie robią się coraz śmielsi i ciekawsi. Jeden z nich zapędził się za daleko - już od kilku dni obchodzi z każdej strony tereny Stada, nie raz zahaczając o ważne miejsca. Widać, że pragnie wejść głębiej.
_____________________________
Baru, Obrońco Stada
Twoim zadaniem jest zbadanie, jak daleko w swych czynach posunął się obcy i czy zagraża niewinnym. Jeśli jest niewinny i zagląda tylko przez ciekawość, wypędź go, przestrasz tak, by więcej nie wrócił. Jeśli jednak nastąpią komplikacje lub zobaczysz, że groźny z niego typ, pozbądź się go jak najszybciej - w sposób, jaki uznasz za stosowny. W razie potrzeby lub zagrożenia własnego życia - zabij. Bezpieczeństwo Stada jest najważniejsze.
 ***
      Czarny basior stał na skarpie, pod jego łapami rozciągało się ludzkie miasto. Czerwone tęczówki były lekko zmrużone, a zwykle wesołe ślepia wypełniała teraz pustka,  brak emocji.
    
     Łeb wilka obrócił się powoli w stronę niedalekiej chatki. Nie należała ona do miastowych budowli, było na niej pastwisko, otaczało dom z każdej strony, a wąska dróżka prowadziła do drzwi gospodarstwa. To tutaj zaprowadził go trop. Jednak z zapachu wynikało, że człowiek był tu tylko przechodniem. Samiec przysiadł z zwieszonym ku ziemi łbem i obserwował wejście. Pod wieczór drzwi uchyliły się i wyszedł z nich wysoki mężczyzna, na ramieniu miał zawieszoną broń. Basior podniósł wyżej łeb i warknął pod nosem. Nie lubił zapachu prochu, tym bardziej kiedy mieszał się z tym ludzkim. Za wysokim wyszedł niski i nieco grubszy od poprzedniego mężczyzna, a wraz z nim mała dziewczynka. Wilk zastrzygł uchem.
- Czyli mówisz, że u ciebie spokój? – zapytał Wysoki.
- Tak, nie ubyło ani jednej sztuki – odparł Grubszy kiwając głową i głaszcząc dziewczynkę po głowie. Wysoki pokręcił głową.
- Dzieje się tu coś dziwnego. Nikt mi nie wierzy, ale ja im udowodnię – mruknął jakby naburmuszony ten z bronią. Drugi popatrzył na niego trochę dziwnie, jednak uśmiechnął się lekko.
- Skoro tak mówisz – wzruszył ramionami.
- Dobra, uciekam, a ty młoda uważaj na siebie – dodał Wysoki do dziewczynki i pstryknął ją w nos, na co ta zaśmiała się lekko.
- Dobrze pruczniku – powiedziała niewyraźnie z szerokim uśmiechem.
- Poruczniku – poprawił ją Grubszy zapędzając ręką do domu i zamykając drzwi. Ich gość ruszył w stronę miasta, zatrzymał się jeszcze na chwilę i rzucił w stronę lasu złowrogie spojrzenie. Wilk znowu warknął obserwując dokładnie jego ruchy. Ruszył dopiero po chwili, kiedy człowiek zniknął z pola widzenia. Zatrzymał się na skraju lasu i rozejrzał, przybrał swoją humanoidalną postać. Nie spieszył się, w tej postaci również miał niezwykle czuły węch, więc znalezienie porucznika nie było ciężkie. Mieszkał w ceglanym domu, z którego śmierdziało papierosowym dymem i starymi, przemoczonymi papierami. Chłopak wiedział jak się to skończy, nie ważne co odkryje, będzie musiał TO zrobić. Stojąc przy jednym z okien zamyślił się.
- Dawid Klejn, Olga Jurii – usłyszał, po czym nastała chwila ciszy - … i Megi – zgrzyt zębów - … mała Megi. Coś trzasnęło o ścianę pokoju i rozbiło się na drobne kawałki. Chłopak za oknem mimowolnie warknął. Cisza…
- Halo? – porucznik wyszeptał. – Jest tam kto? – powiedział już trochę głośniej. Usłyszał warkot. Baru powoli wycofał się, musiał przecież być pewny.
- Nie teraz, nie teraz, nie teraz… - chłopak wyszeptał przez zaciśnięte zęby, usłyszał przeładowanie broni. Jego wzrok znowu mimowolnie uległ zmianie, powoli odwrócił głowę w stronę odgłosu. W jego stronę wycelowana była broń.
- Co ty tu robisz młodzieńcze? – zapytał porucznik i opuścił broń. Baru zaciskał zęby. Mężczyzna zaczął podchodzić bliżej. – Wszystko dobrze? – zapytał, a chłopak podniósł gwałtownie na niego fiołkowe oczy. Wysoki odskoczył przerażony i ponownie wycelował broń, jednak nikogo już nie było. Wziął kilka głębszych oddechów.
- To on… - wyszeptał, a po chwili jego krzyk przeszył całe miasto. Nawet Baru go słyszał, kiedy łapy przekroczyły granicę lasu. Wilk spojrzał jeszcze raz na miasto i zmrużył oczy. Zastanawiał się skąd człowiek może go znać. Jedyne co mu przyszło do głowy to jego ostatnie wycieczki po mieście. Potrzepał głową, nie czas na takie rozterki, miał zadanie.
Całą noc obserwował drogę, na której pojawiał się porucznik od kilku dni. Nie spał, nie mógł, miał swoje powody. W końcu, krótko przed świtem jego ślepią ukazał się znany już człowiek. Na plecach miał spory pakunek, broń zawieszoną przez ramię, a spodnie obwieszone kilkoma nożami. Czyżby szykował się na polowanie?
Baru nie musiał długo czekać na odpowiedź, śledził go całą drogę, doszli w pobliże stadnego wodospadu. Koleś zaszedł naprawdę bardzo blisko, a do tego zdjął plecak i zaczął wyciągać z niego różne przedmioty. Wyglądało, jakby chciał zostać tu na dłużej. Wilk podszedł nieco bliżej i z głośnym warkotem zaczął okrążać porucznika, jednak nadal trzymał się za krzakami. Wypakowywanie ustało, Wysoki chwycił broń w dłoń, jednak jej nie podniósł. Rozglądał się. Basior zatrzymał się w jednym miejscu i warknął zdecydowanie ostrzegawczo. Porucznik powoli przysuwał broń do siebie, przez co wilk zaczął szczerzyć kły i warkot wydawał się coraz groźniejszy. Człowiek zastygł bezruchu.
- Nie wiem czym jesteś gnoju, ale dorwę cię… - wyszeptał Wysoki przez zaciśnięte zęby. Warkot ustał. „Czym jesteś”? Chodziło mu o gatunek zwierzęcia czy… istoty? Jeżeli wiedział o istnieniu zmiennokształtnych to był naprawdę groźny. Z zamyślenia wilka wyrwał strzał, bardzo bliski, jednak niedokładny. Człowiek podniósł się i rozglądał z celownikiem przy oku.
- Wszystkich was powybijam! – krzyknął i znowu wystrzelił. To ułatwiało sprawę, Baru wiedział jak się to skończy, jak nie ten to kto inny, a tak, było mu to nawet na rękę. Złość wezbrała w nim maksymalnie.
     
     Membu przyszedł zbierać plony. Tego dnia po Stadzie Nocy rozniósł się zapach ludzkiej krwi, ciało leżało przy jeziorze, a na jego brzegu siedział czarny basior i patrzył w odbicie. Nagle wstał i znowu przybrał drugą postać, podszedł do zwłok na dwóch nogach i butem skierował wzrok zmarłego na swoją twarz.
- Wezmę tylko twoje rzeczy i już idziemy – powiedział z obojętnością na twarzy i ruszył po plecak Wysokiego. Po drodze pozbierał jeszcze te kilka noży, którymi w niego rzucano, oraz rozwaloną broń, zabrał wszystko i zniknął z ciałem za drzewami.

25 września 2013

"Cisza" - Zadanie na Maga Mroku oraz Szamana [Raksha i Aldieb]

24 września 2013

Zadanie na Maga Mroku oraz Szamana - Raksha i Aldieb.


W ciągu tych kilku lat tereny Stada Nocy uległy niewielkim, acz znaczącym zmianom. Las Śmierci, który niegdyś, wbrew swojej nazwie, tętnił życiem, został zapomniany przez Dzieci Nocy i tylko nieliczni nawiedzają te tereny. Jak wszyscy wiedzą, na terenach HOTN znajduje się potężne źródło bliżej nieokreślonej energii magicznej, która przyciąga przeróżne istoty. Świadczą o tym miejsca takie, jak te, które znalazłaś razem z Aldieb - oddzielo ne od reszty świata niewidzialną kopułą martwej ciszy.
____________________________________
Raksho, przyszły Magu Mroku,
Aldieb, przyszła Szamanko,
Dowiedzcie się czym spowodowana jest ta cisza i czemu takie miejsca występują w Lesie Śmierci. Postarajcie się wykorzystać Wasze wrodzone zdolności, odszukajcie leśne dusze, opiekunów tego zapomnianego miejsca. Raksho, z dawnych opowieści możemy tylko domyślać się, iż jest to pewna mroczna energia. Poznaj ją, spróbuj okiełznać. jeśli jest groźna. Uważajcie, Las Śmierci stał się dość tajemniczym i niebezpiecznym miejscem, odkąd pozostawiliśmy go woli Matki Natury.


Tak cichego, niemalże uśpionego lasu jeszcze nie miała okazji odwiedzić. Miejsce, w którym nie wyczuwała nawet najlżejszego ciepła innych ciał, już na samym początku ostrzegało, że lepiej nie zagłębiać się w jego tajemnice. Otaczająca je cisza wydawała wwiercać się nieprzyjemnie w umysł pantery, tak bardzo wyczulonej na każdy zapach i dźwięk, których teraz tak nagle zabrakło. Potrzebowała dłuższej chwili, by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Czarny ogon strzelił lekko przy bokach Rakshy, kiedy powoli sondowała wzrokiem teren, jakby szukając jakiejś żywej duszy.
- Pusto - mruknęła, prostując się i podnosząc lekko pysk. Dotąd płasko położone na czaszce uszy, podniosły się, próbując wychwycić dźwięk niepochodzący od ich dwójki. Pantera zmarszczyła zabawnie pysk, a jej fiołkowe ślepia ciągle obserwowały uważnie teren wokół. - Zupełnie pusto. Tylko że to jest raczej niemożliwe, prawda? - zwróciła się do wilczycy, tylko na chwilę na nią zerkając. Wolała w każdej chwili być gotowa na coś niespodziewanego i chociaż ciało miała raczej rozluźnione, nie zdradzało to siły, jaką dysponowałaby, gdyby zaszła potrzeba obrony.
Aldieb wahała się dłuższą chwilę z odpowiedzią. Możliwe, czy nie? Któż to wiedział. Była pewna jedynie tego, że w swym życiu natknęła się na wiele dziwniejszych zjawisk, by móc powątpiewać. Z całą pewnością nienaturalne. Tego słowa użyłaby w pierwszej kolejności. A „pustka”, jak określiła to Raksha, była bardzo adekwatnym stwierdzeniem. Zupełnie jakby znalazły się w próżni. Brak dźwięków, zapachów, ciepłoty żyjących organizmów. Co więcej, nie potrafiła nawet wyczuć energii duchowej, którą Las Śmierci powinien był emanować.
- Nie wiem - odrzekła w końcu. Zdawało jej się, jakby jej głos dobiegał z oddali. - Mam wrażenie, jakbyśmy wpadły w sam środek nicości. - dodała, a przez jej ciało przebiegł dreszcz niepokoju. Panujące warunki przywracały z zakamarków pamięci niechciane i bolesne wspomnienia.
Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa Rakshy, gdy przemyślała w głowie słowa wilczycy. Musiała się mocniej skupić, by dobrze ją zrozumieć, chociaż przecież słuch miała doskonały i nigdy jej nie zawodził. Zrzuciła to oczywiście na ową nicość, przez którą pantera miała wrażenie, jakby coś ją zgniatało od środka. To nie było dobrym znakiem, nawet jeśli nie znajdowałyby się w środku tak przerażającej ciszy. Kierowana dziwnym przeczuciem pomyślała, iż za tym wszystkim musi stać magia. Jej organizm dawał jasne wskazówki, by wynieść się z tego miejsca jak najszybciej, a równocześnie wrodzona dociekliwość nie dawała spokoju, zmuszając do zgłębienia tajemnicy.
- Nie myślisz, że powinnyśmy to sprawdzić? - Zerknęła na wilczycę. Powiedziała to gnana raczej instynktem niż zdrowym rozsądkiem, który tylko ponaglał do szybkiego odwrotu.
Słysząc pytanie pantery, zadreptała w miejscu, przestępując z łapy na łapę, przejawiając tym samym chęć jak najszybszego wyniesienia się z tego miejsca. Wzięła głęboki wdech, siląc się na opanowanie. Wrodzony instynkt przetrwania podpowiadał jej, że nie należy przebywać tu zbyt długo, jednakże poczucie obowiązku wobec Stada a także przywiązanie do Lasu Śmierci nie pozwalało zostawić jej sprawy nierozwiązanej.
- Tak, chyba tak. - Odparła niechętnie, postępując parę kroków dalej na sztywnych łapach. Jednak mimo silnego dyskomfortu już zaczynała analizować wszystko co do tej pory miało miejsce, próbując odgadnąć przyczynę zaistniałej Ciszy. - Zastanawia mnie co się stało ze wszystkimi istotami, które tu mieszkały. Nie wyczuwam żadnej żywej istoty, a kiedy mocniej się skupię, mam wrażenie jakby nawet roślinom zabrano dusze.
Raksha ruszyła za towarzyszką, na ugiętych łapach stawiając ostrożne kroki, które w nawet w normalnym środowisku byłyby niedosłyszalne, a w tym miejscu wydawały się całkowicie wytłumione. Wytężyła swój dodatkowy zmysł wyczuwania ciepłoty ciał, jednak nawet temperatura stojącej obok Aldieb dochodziła do niej jakby rozproszoną falą, a żadnego innego ciepła nie mogła zlokalizować w najbliższej okolicy.
- Nie wiem nic o duszach, ale wierzę ci. Nie czuję żadnego ciepła, jesteśmy tutaj właściwie całkiem same - stwierdziła powoli, z zainteresowaniem przyglądając się wszystkiemu dookoła. Wciągnęła nosem więcej powietrza niż zwykle, a niepokojący ucisk w okolicach uszu powiększył się. - Też to czujesz? - Zerknęła na wilczycę. - To musi być sprawka magii - dodała, a jej ogon ponownie strzelił przy bokach, ale poruszając się jakby w zwolnionym tempie.
- Czuję…? - powtórzyła jak echo za kocicą, nie bardzo rozumiejąc co ta ma na myśli. - Co przez to rozumiesz? - Wilczyca spojrzała w jej stronę pytającym wzrokiem, jednocześnie sama starając się dojść, co też takiego pantera wyczuła. Sama miała wrażenie, jakby ktoś wyłączył jej wszystkie zmysły, po za jednym, na którym najmniej polegała - wzrokiem.
Czarna potrząsnęła pyskiem, nie bardzo wiedząc, jak ubrać swe dziwne odczucia w rozsądne słowa.
- Jestem istotą czysto magiczną - przyznała wpierw, chociaż nigdy nie wypowiedziała tego na głos. Podniosła pysk, ponownie wciągając powietrze nosem i przymykając powieki, jakby próbując skupić się na owej ciszy. - Nie umiem tego wyjaśnić, ale jestem pewna, że to spowodowane jest magią, bardzo silną. No bo co innego byłoby wstanie wyssać z kawałka lasu całą energię... - urwała, marszcząc pysk, jakby właśnie powiedziała coś istotnego, a równocześnie nie pamiętała, co miała na myśli. Podniosła wzrok na wilczycę, jakby z niemym pytaniem we fiołkowych ślepiach.
Samica zatrzymała się raptownie, jej ślepia rozszerzyły się szeroko, a po chwili zawidniało w nich nagłe zrozumienie.
- Tak, to jest to. Jeśli ktoś… lub coś, jakaś istota magiczna, demon, czy też inny twór… Zresztą nie ważne co. Ale jeśli właśnie to coś zdołało wedrzeć się niezauważone na tereny stada i ukryć tutaj w Lesie Śmierci, miejscu być może tak starym jak sam świat, nasączonym potężną magią i energią tajemniczych stworzeń, jakie się tu kryją… Jeśli mu się udało i ukrył się gdzieś tu, a teraz zaczął wchłaniać całą tą energię. Jeśli… - niemal zachłysnęła się następnym słowem, kiedy nagle urwała i spojrzała przerażona na Rakshę. - Zdajesz sobie sprawę z tego jak ta istota może być teraz potężna? Nie mamy pojęcia kiedy tutaj przybyła, ani jak wielki jest obszar, z którego wysączyła życie. - Potrząsnęła głową, zupełnie jakby chciała poupychać chaotycznie rozbiegane myśli we właściwych miejscach. - W każdym bądź razie dopóki nie dowiemy się czegoś więcej, powinnyśmy jak najszybciej stąd znikać. Jeśli się nie mylę i naprawdę coś zagraża puszczy, myślę że Las zechce nam pomóc i da nam kilka wskazówek jak się uporać z goszczącym tu Mrokiem.
Pantera skinęła pyskiem, po raz pierwszy uśmiechając się lekko. Było to jednak uśmiech całkowicie pozbawiony wesołości.
- Myślę, że się nie mylisz. To coś jest potężne i pełne Mroku, mogę to powiedzieć nawet teraz. Jeśli zdołasz uzyskać pomoc od Lasu to świetnie, musimy mieć chociaż jako takie pojęcie, co kryje się w tej gęstwinie, a eksperta od Mroku masz przy swoim boku - powiedziała z chłodnym spokojem, jakby cała ta sytuacja niewiele ruszała panterę, chociaż w duchu czuła, jak dziwna siła miażdży ją od środka. Dobrze wiedziała, że Mrok, z jakim będą miały do czynienia, nie był tym zwykłym i tak dobrze jej znanym. Niczego jednak nie pokazała na zewnątrz, pozostając całkowicie opanowaną. Trzeźwe myślenie pozwalało jej tak szybko reagować. - Gdzie chcesz zacząć poszukiwania informacji na temat tego czegoś? Potowarzyszę ci, a może przy okazji sama wyczuję z czym wiąże się ten Mrok.
- Najłatwiej by było gdyby… Ech, ale to jest za daleko. Podróż zajęłaby nam za dużo czasu. Chyba, że umiałabyś Nas teleportować. - Uśmiechnęła się cierpko, nie bardzo wierząc w taką możliwość. - Przede wszystkim musimy wyjść poza barierę. Potem będę musiała odnaleźć drzewo zamieszkałe przez Ducha. Tak najłatwiej będzie mi się skontaktować, chociaż i tak nie gwarantuję, że się uda. Niektóre z nich nie są zbyt rozmowne…
Pantera nie odpowiedziała w pierwszej chwili, rozmyślając na słowami Aldieb, jednak już po chwili lekki uśmiech wrócił na jej pysk, tym razem jakby bardziej zadowolony.
- Dziwnym zbiegiem okoliczności mogłabym spróbować nas przenieść, jeśli tylko wyjaśnisz mi gdzie dokładnie - odpowiedziała, spoglądając na wilczycę swoimi fiołkowymi ślepiami, w których teraz pobłyskiwały iskierki. Mimo beznadziejnej sytuacji, Rakshę zaczęła coraz bardziej fascynować owa Cisza. Po chwili jednak jej uśmiech zniknął, zastąpiony przez zamyślenie. - Jednak nie mogę wykluczyć opcji, że owo coś wyczuje, jak używam tutaj magii. Jeśli potem tu wrócimy, pewnie łatwo zlokalizuje nasze położenie... Jeśli już tego nie zrobił - dodała z lekkim zamyśleniem. Pokręciła pyskiem, uspakajając swoje myśli. Musiała być całkowicie opanowana. - To zależy od ciebie, jeśli chcesz, przeniosę nas choćby zaraz. Powiedz tylko gdzie.
- Och. Hm, dobrze. - Dość zaskoczona tym nagłym obrotem sprawy, poczuła się nieco wybita z wątku. Zaraz jednak się pozbierała, by kontynuować. - Tak czy siak, musimy stąd wyjść. Obawiam się, że używając tu magii, mogłybyśmy tylko na tym stracić.

Obydwie samice ruszyły żwawym stępem w drogę powrotną. Aldieb musiała zaufać panterze, bowiem jej orientacja w terenie zagubiła się gdzieś w międzyczasie.
- Chodzi mi o miejsce niedaleko granicy Lasu Śmierci.  Znajduje się tam niewielkie wzgórze, na którym rośnie samotne drzewo. Dość charakterystyczne. Niskie, o grubym pniu i rozłożystej koronie. Jedna z gałęzi jest niemal równoległa do podłoża. Nie wiem, czy kiedykolwiek na nie trafiłaś. Trudno mi orzec czy pokazuje się komukolwiek innemu niż mnie…  To jest na północy terenów stada, czyli zupełnie gdzie indziej niż my teraz się znajdujemy. Przy wschodniej granicy. Całkiem niedaleko wodospadu.
Gdy samica próbowała wyjaśnić o jakie miejsce dokładnie jej chodziło, zdążyły dojść do punktu wyjścia. Gama zapachów i dźwięków buchnęła w otumanione do tej pory zmysły towarzyszek. Ciemnobrązowa wręcz zachwiała się na miękkich łapach, czując zawroty głowy. Jednocześnie odczuła ulgę, gdy świat powrócił do swoich praw, a życie znów kwitło wokół nich.
Do równowagi przyprowadziła ją czujna jak zwykle Raksha. Wilczyca wciągnęła nozdrzami wibrujące od zapachów powietrze, czując jak wracają jej siły. Niespodziewanie, zapominając całkowicie o kocicy, podbiegła kilka kroków do starego dębu. Przedreptała pomiędzy jego korzeniami, by za chwilę zanurkować pod zwalonym pniem jakiegoś świerku. Na moment zniknęła całkowicie pod gęstym igliwiem, by po kilkunastu sekundach wyłonić się z drugiej strony. Idąc jak zahipnotyzowana, po nienamacalnym dla innych tropie, nie obejrzała się ani na chwilę, całkowicie pochłonięta swoim zadaniem. Obeszła dookoła porośnięty mchem głaz, dalej przecisnęła się pomiędzy rosnącymi blisko siebie krzewami, by chwilę potem w końcu przystanąć. Przechyliła łeb, wpatrując się w górujące nad nią drzewo. Jej ślepia iskrzyły się złotym blaskiem, w panujących w lesie ciemnościach Nocy.
Na jej pysku z wolna wypłynął zadowolony uśmiech.
- Wygląda na to, że nie będziemy musiały nadwyrężać Twoich sił. ??? powiedziała, odwracając się w stronę towarzyszki.
- To dobrze, przydadzą się do opanowania naszego tajemniczego Mroku - odrzekła pantera, podchodząc nieco bliżej i zatrzymując się w stosownej odległości, by przypadkiem nie przeszkadzać. Usiadła na miękkiej trawie, spoglądając na wielkie drzewo, a zaraz potem na wilczycę. - Czyń swą powinność, będę cię osłaniać - dodała pół żartem, pół serio, uśmiechając się lekko. Oczywiście, nie miała teraz nic do roboty, gdyż kompletnie nie znała się na rozmawianiu z duchami drzew, więc mogła tylko pilnować, by nic nie przeszkodziło Aldieb.
Raksha rozejrzała się po polanie, wciągając w nozdrza mieszankę znajomych zapachów. Z ulgą odczuła brak miażdżącego uczucia w okolicach uszu oraz zewsząd dochodzące do niej, znajome dźwięki. Teraz mogła się całkowicie skupić na otoczeniu, toteż czujnym wzrokiem obserwowała, pozostając równocześnie całkowicie rozluźnioną. Czekała tylko na rozwój wypadków.
~***~  
Odetchnęłam głęboko. Przybliżyłam pysk do pnia drzewa, niemal dotykając nosem jego chropowatej kory. Przymknęłam ślepia, oczyszczając się ze wszystkich myśli. Chłonęłam całą sobą otaczające mnie bodźce. Dotyk ściółki pod łapami. Miękki, wilgotny mech, kujące igliwie, plączące się pomiędzy nimi szyszki. Szmer ocierających się o siebie gałęzi, kołyszących się lekko na mroźnym, nocnym wietrze. Zapach żywicy i świerków. Ciche szuranie myszy. Łopot skrzydeł sowy, która poderwała się do lotu.
W miarę gdy się zatracałam, mogłam wyczuć każde otaczające mnie stworzenie. Jego istotę, jego „ja”. Coraz dalej i dalej. Poprzez gryzonie i mrówki, żyjątka pełzające w ziemi i runie leśnym, kończąc na wszystkich żywych roślinach. Dosłownie czułam otaczający mnie las.
A także mrok. Gdzieś tam na granicy mego pola widzenia ziała przepaść. Czarna, lodowata dziura, ziejąca wszechogarniającą nicością. Patrzyłam jak powoli się rozrasta, pochłaniając na swej drodze wszelkie żywe istnienia.
Musiałam niemal zmusić się, by nie zapomnieć o oddychaniu. Wzięłam jeden głęboki wdech. Rozejrzałam się swym „drugim wzrokiem” dookoła polany, potwierdzając swoje obawy. Odkąd wyszłyśmy poza barierę, nie dostrzegłam ani jednego ducha, których przecież było pełno w tym starym lesie. Jedynie smugi energii, jak tropy prowadzące w stronę otchłani.
Jednak nie było czasu na próżne rozmyślania. Potrzebowałyśmy rady mądrzejszych od Nas istot. Tak jak przeczuwałam wokół polany rozsiane były głazy, układające się w okrąg. Podeszłam do pierwszego z nich, modląc się w duchu, by Raksha nie próbowała interweniować, cokolwiek by się działo. Opuszkami łapy dotknęłam zimnej, chropowatej powierzchni. Przesunęłam ją, rysując znak mocy. Symbol na mojej skórze rozbłysnął delikatnym światłem. Wzywałam na pomoc Wiatr, by udzielił mi swych sił.
Podchodziłam po kolei do każdego z kamieni, na każdym rysując co innego. Przy każdym szepcząc pradawne słowo prawdy. Gdy kończyłam, drzewa chyliły się na wietrze. Las szumiał od silnych podmuchów, a liście wirowały w oszalałym tańcu. Mój przyjaciel przybył, tak jak go prosiłam.
Biorąc głęboki wdech, stanęłam na środku polany. Wypowiadałam kolejne słowa formuły, a te niesione przez wzburzony wiatr zdawały się dobiegać jakby zewsząd. Ostatnie zdanie, ostatni wers. Symbole na kamieniach zaświeciły się niebieskawym światłem. Wokół mnie z wolna zaczynał formować się cyklon. Pęd wiatru dudnił mi w uszach, a świat zdawał się wirować niczym oszalały.
Nagle wszystko ustało. Zapadła błoga, spokojna cisza. Sylfy czmychnęły w swoje strony, nie zostawiając po sobie najmniejszego śladu. Wszystko powróciło do normalnego stanu rzeczy.
Udało mi się nawiązać połączenie.
~***~ 
Jeśli jeszcze pozostała w niej jakakolwiek nadzieja, że może cała ta sprawa okaże się tylko błahostką, właśnie umarła śmiercią tragiczną. Pantera ponownie miała wrażenie, jakby coś od środka rozsadzało jej czaszkę, chociaż ciągle tkwiły poza granicami owej przerażającej Ciszy. Plan, ułożony na podstawie wskazówek Ducha, ciągle wydawał się mieć niezałataną lukę, która nie dawała czarnej spokoju. Był dobry, nie mogła zaprzeczyć, jednak niepokój dawał jej się we znaki.
Przechadzała się po jaskini, przyglądając się porzuconym i nieraz pięknym przedmiotom. Zapomniane, niechciane, ale przede wszystkim bardzo cenne artefakty leżały porozrzucane na kamiennym podłożu niczym bezwartościowe śmieci. Raksha nie miała pojęcia o istnieniu tej pieczary, więc kiedy Aldieb przekazała jej wiadomość od Duchów, była niemal pewna, że musiał to być jakiś żart. A jednak, widocznie mieszkał tam kiedyś wielbiciel starych, magicznych przedmiotów.
- Woda, ziemia, wiatr, ogień - mruczała pod nosem nazwy żywiołów, dla których odpowiednie i już uzupełnione pojemniki znalazły się poza grotą, gotowe do użycia. Został tylko jeden, który, jak miała nadzieję, wypełniony będzie już światłem, bowiem ona sama z tym żywiołem miała najmniej do czynienia i nie wiedziała, czy byłaby w stanie go użyć. Westchnęła cicho i dokładnie w tym samym momencie jej wzrok padł na stary, złoty wisior, błyszczący lekko w cieniach jaskini. Podbiegła do niego i uśmiechnęła się lekko pod nosem. - Tu cię mam. - Chwyciła go w zęby, czując, jak błogie ciepło przepływa przez jej ciało, równocześnie wywołując nieprzyjemny ból w czaszce. Skrzywiła się, jednak zignorowała to i pobiegła do wyjścia. Mijając Aldieb skinęła na nią i obie wyszły przed jaskinię, stając przy zebranych artefaktach, do których chwilę później dołączył wisior.
- Czegoś mi tu brakuje - stwierdziła wilczyca, spoglądając na przepełnione magią przedmioty.
Raksha skinęła pyskiem, odczuwając dziwny niepokój, gdy stała tak blisko ich jeszcze nieskończonej pułapki. Magia działała nawet na nią, czyli były niemal gotowe.
- Tak, brakuje Cienia - odpowiedziała, napotkawszy porozumiewawcze spojrzenie towarzyszki. Obie pamiętały słowa Ducha, trzymając się przestrogi: „Jego broń przeciw niemu zwrócicie, ale uważajcie, by dobrze wykorzystać dane wam talenty. Jeden błąd, a wzmocnicie go zamiast unicestwić…” Czarna domyślała, co mogły znaczyć owe słowa. - Musisz mi zaufać, tyle wystarczy. Nawet ja czuję się przy nich dziwnie - dodała, a ogon poruszył się przy jej boku, jakby na potwierdzenie.
- Dobrze. Rozstawię pułapkę - zgodziła się wilczyca, a czarna uśmiechnęła się lekko. Operację czas zacząć.
Rozdzieliły się tuż przy granicy - Aldieb z artefaktami ruszyła pieszo do wyznaczonego miejsca, a Raksha oddaliła się nieco i odczekała chwilę tuż przy niewidzialnej błonie oddzielającej ją od martwej strefy. Obie wiedziały, że będą działać na wyczucie, ponieważ nawet ta niewielka odległość, która teraz ich dzieliła, była wystarczająca, by nie mogły się zobaczyć ani nawet usłyszeć. Pantera, zdając się tylko na magię, miała odszukać pułapkę - to było jej zadanie. Serce czarnej uderzało boleśnie o żebra, kiedy myślała o tym, co mogło pójść nie tak. Sama podała takie rozwiązanie, chociaż już wtedy czuła niemały niepokój. Oczywiście pozostała całkowicie opanowana, nie mogąc ukazać ani krzty lęku, z czystym umysłem podchodząc do całej sprawy. Aldieb pewnie wszystkiego się domyślała, ale przystała na jej plan - tylko wilczyca według wskazówek mogła poprawnie przygotować zasadzkę.
- Weź się w garść, Raksh - mruknęła do siebie pantera, wbijając fiołkowe ślepia w krajobraz przed sobą.
Na ugiętych łapach, powoli przekroczyła barierę, od razu wyczuwając miażdżące jej czaszkę ciśnienie. Ból w okolicy mózgu nasilił się natychmiastowo, uświadamiając czarnej, że wszystko poszło dokładnie tak, jak oczekiwała. Ich ofiara nie zwróciła najmniejszej uwagi na Aldieb, a od razu skupiła się na owiniętej mrokiem panterze, która właśnie wkroczyła na teren Ciszy. Dlatego uczucie miażdżenia i rosnący niepokój w klatce piersiowej nasilały się tak szybko - demon zbliżał się do niej z każdym krokiem.
Kroczyła powoli, w duchu przywołując każdą tkwiącą w niej krztę mroku - jej żywioł nie mógł pomóc w walce z demonem, jednak skutecznie go wabił. Stała się chodzącą energią, której tak potrzebował i łaknął. Idealna przynęta - takie właśnie przydzieliła sobie zadanie. Bardziej wyczuwając niż słysząc za sobą chrapliwy oddech, odwróciła się bokiem do sprawcy całego problemu, a niemal natychmiastowo spięła się w niepohamowanej chęci ucieczki. Wielkie monstrum stało na dwóch nogach, całe porośnięte czymś na kształt grubego futra posklejanego lepką, chroniącą go mazią. Ostre pazury klekotały cicho, gdy poruszał nimi bezwiednie, a cuchnący oddech dobywał się z paszczy o długich kłach. Spojrzenie demona utkwione było w niej, a jego ślepia co rusz zmieniały barwę od całkiem czarnej przez wszystkie barwy tęczy po trupią biel, przyprawiając o dreszcz na całym ciele kocicy. Nieprzyjemna aura otaczała całą jego ogromną sylwetkę, emanując śmiertelnie niebezpiecznym mrokiem i wyssaną z Lasu energią. Tak paskudnej istoty jeszcze nie miała okazji spotkać.
Zadrżała ledwie zauważalnie, gdy monstrum wciągnęło powietrze, jakby próbując zapoznać się z jej zapachem. Kiedy dojrzała charakterystyczny, głodny błysk w zmieniających swą barwę ślepiach, wiedziała już, że plan się powiódł a demon będzie chciał dorwać ją w swe wielkie łapy.
Wraz z chwilą, w której ich ślepia spotkały się, zastrzyk adrenaliny wstrząsnął ciałem pantery, budząc tę najpierwotniejszą jej naturę. Uśmiechnęła się cwanie, spinając mięśnie i błyskawicznie ruszając z miejsca szybkim biegiem. Demon ryknął wściekle, ruszając za nią. Nie odwróciła pyska, by spojrzeć za siebie - dobrze wiedziała, że monstrum podążyło za nią, bardziej sunąc niż biegnąc. Czuła jak serce niemiłosiernie szybko pompuje krew do żył, w których płynęła czysta adrenalina, napędzając silnie mięśnie łap. Pantera lawirowała między drzewami, utrudniając pościg, jakby chciała zgubić goniącego ją demona, który dał się nabrać na wszystkie jej zagrywki, niczego nie podejrzewając. Niestety, mimo buzującej adrenaliny, czuła, że słabnie. Siły opuszczały ją nadzwyczaj szybko, łapy zaczynały drżeć z każdym kolejnym skokiem - podstępny demon już w czasie biegu wysysał z niej energię.
Dyszała ciężko, kiedy w końcu zdołała wyczuć znajome źródło ciepła i moc artefaktów, gdzie natychmiastowo się skierowała. Monstrum ryknęło zwycięsko, pewnie sądząc, że prowadzi go do miejsca, w którym posili się za wszystkie czasy. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać, wypadła spomiędzy drzew na niewielką polankę. Dokładnie na środku, ustawionych w równej odległości od siebie, jakby na ramionach gwiazdy, stało pięć artefaktów, tworząc pole wypełnione niesamowicie potężną magią. Ostatkiem sił przyspieszyła i wbijając pazury głęboko w poszycie, przeskoczyła przez powstałe miejsce mocy.
Zdołała tylko dotknąć łapami podłoża, po czym uderzyła grzbietem o ziemię i przeturlała się parę razy. Zaraz podniosła się lekko, by spojrzeć na demona, a przerażenie ścisnęło jej serce. Monstrum utknęło w wytworzonej pułapce zawieszone parę centymetrów nad ziemią, magia buzowała wokół całej jego istoty, wnikając w ciało z niesamowitą prędkością. Aldieb stała niedaleko, również przyglądając się całemu procesowi, minę miała dokładnie taką samą jak pantera - owa luka w ich planie zaczęła się właśnie pokazywać. Demon począł zmieniać się w kłębek czarnej, śmiertelnie niebezpiecznej mocy, która mieszała się z tą wyssaną Lasowi. Uwolniony Mrok mógł w jedną chwilę zniszczyć połać Lasu, której Aldieb miała zwrócić energię.
Pantera w jednej chwili poderwała się na równe łapy, choć przysporzyło jej to sporo trudu i wysiłku.
- Raksha! - zawołała na nią wilczyca, a kiedy ich porozumiewawcze spojrzenia spotkały się, obie już wiedziały, co robić. - Zajmij się tym! - krzyknęła jeszcze i dokładnie w tej samej chwili nastąpił oczekiwanych wybuch.
Gdy artefakty przekazały całą swą moc, demon nie zdołał tyle przyjąć za jednym razem i eksplodował czystą energią. Odgłosy, zapachy, całe życie Lasu zostało uwolnione w jednej chwili. Aldieb nie pozwoliła, by się rozpierzchło - w sobie tylko znany sposób skierowała całą energię z powrotem do Lasu, przywracając dusze wszystkim roślinom, oddając wszystko, co demon zdążył zaabsorbować. Raksha mogłaby podziwiać tego całego magicznego zdarzenia, zmuszona  skupić się na czarnej kuli Mroku, która zawisła nad miejscem eksplozji potwora. Jednym płynnym ruchem wbiła pazury w poszycie i używając resztek pozostałej siły, odbiła się od podłoża. Wskoczyła w buzującą energię, zanim ta również wybuchła, niwecząc wysiłki szamanki. Mrok zamiast rozpierzchnąć się, przyczepił się czarnej, osiadając na jej sierści i powoli wpijając się do jej wnętrza, przesączając się przez skórę.
Uderzyła łapami w poszycie dokładnie w chwili, w której Las ponownie odżył. Wszystko trwało ułamek sekundy, w którym cała energia powróciła do przyrody, a Mrok owinął słabą sylwetkę pantery. Raksha czuła, jak cienie przesiąkają jej ciało i dodają siły, ale równocześnie przenikają niewyobrażalnym bólem, wywołując drżenie całego ciała. Wydawało jej się, jakby niewidzialne igły przebijały jej skórę, mięso i kości, jakby coś ponownie chciało zmiażdżyć jej mózg. Zaciskała szczęki tak mocno, że pewnie poraniła sobie dziąsła, jednak to nie mogło równać się z psychicznym bólem.
- Raksha?! Wszystko w porządku? Powiedz coś! - Aldieb w jednej chwili znalazła się tuż przy jej boku, jednak nie miała pojęcia co mogła zrobić. Pantera stała na prostych łapach, cała się trzęsąc.
Trwało to kilka sekund, które dla czarnej były jak wieczność, a kiedy w końcu ból zelżał, pozostawił za sobą niezwykle wyczerpany organizm. Coś czuła, że chyba się rozchoruje.
- To nic, musiałam sobie poradzić z tym dziwnym Mrokiem. Za parę dni dojdę do siebie - powiedziała słabo. Zimne dreszcze przeszywały jej ciało, ale nie przejęła się tym specjalnie. Zlizała krew, która pociekła z jej pyska, po czym przeciągnęła się lekko, krzywiąc się z ledwo odczuwalnego na granicy zmysłów bólu. Podniosła wzrok na, w dalszym ciągu nieco zaniepokojoną, wilczycę i uśmiechnęła się z rozbawieniem. - Przyznaj, że przynęta ze mnie pierwsza klasa - dodała żartobliwie, powoli skierowując się w stronę, skąd przybyła. Łapy jej drżały, ale całkowicie się tym nie przejmowała, tak po prostu. Czuła też, że teraz potrzebuje dużej dawki snu.
 - Niezgorsza, racja - przyznała wilczyca, parsknąwszy krótkim śmiechem, po czym ruszyła za towarzyszką, co jakiś czas zerkając na nią z troską w oczach.

W Lesie natomiast znów wesoło hulał wiatr, liście i gałązki szeptały między sobą sekrety drzew, a po mrocznej energii nie pozostało nawet śladu, jakby nic się nie wydarzyło. Nie licząc kilku zużytych, starych przedmiotów, które teraz całkowicie pozbawione swej mocy i znów zapomniane przez wszystkich, pozostały jako świadectwo niedawno rozegranej walki.

`Raksha & Aldieb


Autor: Aldieb

10 grudnia 2012

Białe Stado [Baru Saya]

Białe Stado (Zadanie)

Stado tygrysów wzburzone i pełne furii gromadzi swoje siły. Zmierza ku terenom Nocy, nie jest ich potęga, wielu wyłamało się i zostało straconych, pozostali tworzą jednak zwartą gromadę. Nie wyglądają na nastawionych przyjaźnie.
____________________________________
Baru.
Czyń swoją powinność. Ważny aspekt zadania - sam musisz ocenić gdzie się zaczyna i gdzie kończy Twoja rola.




Nagły zryw, skoki, warki, obce odgłosy.

Miałem właśnie nos przy ziemi, kiedy z daleka doszły mnie dziwne hałasy, gwałtownie uniosłem łeb i zastrzygłem uchem. Seth niedawno wrócił, widziałem jego sylwetkę na niebie, to oni, rozwścieczone stado. Nie bardzo wiedziałem co robić więc zaufałem instynktowi. Cichy warkot wydobył się z mego pyska i ruszyłem, prosto na grupkę kotowatych. Zatrzymałem się kawałek przed nasza granicą i nasłuchiwałem, byli coraz bliżej, w końcu z daleka dostrzegłem ich sylwetki. Zniżyłem nieco łeb i spoglądałem na zbliżających się spod byka, napiąłem mięśnie, a wiatr, jakby ich sprzymierzeniec zawiał pod włos. Zatrzymali się, najwyraźniej zapach mój podrażnił ich nozdrza. Nie chciałem się ukrywać, byłem na widoku, wiedziałem, że oni wiedzą o mnie. Warknąłem głośniej, tak, aby mnie usłyszeli. Noc osłaniała moją postać, jedyne co dało się widzieć to zmrużone krwiste ślepia, wpatrzone w duże koty. Jeden z nich rzucił się na przód, wyszczerzył kły, spokojnie czekałem, ale naglę inny skoczył ku niemu i wywalił go.
- Zabili go! Chcą poczuć nasze kły na karkach, a więc poczują! - krzyknął leżący.
- Dyplomatycznie. - warknął na niego większy i ruszył w moją stronę. Chciałem przytrzymać ich jak najdłużej, tak aby moi bracia i siostry zdążyli się przygotować. Kiedy kocia łapa musnęła naszą granicę zawarczałem, ten cofnął krok. - Czemu tak agresywnie przyjacielu? Czy może nie jesteś mile do nas nastawiony? - Coś jakby we mnie pękało, wręcz wrzało, wszystkie poznane tu pyski przeleciały mi przed oczyma, poczułem dziwne kłucie w okolicach oczu. - Nie rozmawiać tu przybyłeś, lecz zabijać wraz z pobratyńcami. Postaw któryś łapę, tam gdzie nie powinien, a rozszarpię. - powiedziałem dosyć oschle, nadal patrząc na niego, w myślach zaś obliczałem ilu ich zostało. Nie wiem czy mój wygląd czy też słowa tak na niego podziałały, ale cofnął się kolejny krok i milczał, długo milczał. Spokój ten przerwał narwany młodzieniec, doskoczył do boku towarzysza.
- Wydajcie nam Błękitnołuskiego, a wojny nie będzie! - warknął. - Jego łbem i krwią ozdobimy nasze stado. - Zaśmiał się, a wraz z nim pozostali, tylko jeden milczał. - Błękitnołuski ruszyć wiele by się nie musiał a twoja zachłanna, młodzieńcza dusza wyła by z bólu. - warknąłem i zacząłem zbliżać się powoli ku nim. - Nie widzę powodu by wam go wydawać. - Zwróciłem się ku milczącemu, a i reszta umilkła na me słowa. Młody jednak nie odpuścił. - A więc i twoje krwiste oczy ozdobią nasze tereny. - Ruszył w moją stronę, przekraczając przy tym granicę. Coś kazało mi się po prostu na niego patrzeć, nic więcej co patrzeć, a więc i tak robiłem, czas jakby zwolnił, zauważyłem, że i pozostali powolnym, niczym żółwim tempem ruszają w moją stronę, jakby otoczyć chcieli mą postać. Nagle z nosa młodziaka zaczęła płynąc krew, mały strumyk, po chwili i z ucha, patrzył na mnie szczerząc kły, potrząsł łbem, czując ciecz wypływającą z ucha. Kolejny strumyk popłynął z drugiego ucha, usłyszałem ciche ,,kap,,. Koci wzrok stał się mniej pewny, a ruchy zrobiły się bardziej chwiejne, spojrzał na krople krwi pod swoimi łapami. Spanikował, odskoczył w tył, nadal mu się przyglądałem. Cała reszta gwałtownie zatrzymała się i spojrzała na swojego towarzysza, odruchowo zawyłem, na znak, aby Stano Nocy było w gotowości, oczy przeciwników teraz powędrowały w moją stronę, ale kiedy młody tygrys zaczął się szamotać i odwrócił w ich stronę, na ich pyskach dało się zauważyć zdziwienie, cała jego biała sierść nabierała koloru mych oczu, a strumyki krwi nie miały zamiaru się zatrzymać, słabł w oczach.
- Ty.. ! - krzyknął jeden z nich i rzucił się na mnie, wykonałem zgrabny unik i zadrapałem koci bok, wyszczerzyłem kły. Teraz nawet i milczący wykonał ruch, zamachnął się aby mnie uderzyć, ale moje kły wbiły się mocno w jego łapę, warknął z bólu, cała gromada, a było ich 8 ruszyła na mnie z kłami i pazurami. Puściłem łapę i rzuciłem się w przeciwną stronę od polany, ruszyli za mną. Co chwilę zatrzymywałem się, aby oddać kilka ciosów, rzucali się dwójkami a nawet trójkami. Warknąłem i zacząłem kaleczyć ich pazurami. Nagle każdy po kolei, którego drasnąłem zaczęli padać jak muchy.
- Co jest?! - cztery pozostałe, otoczone leżącymi pobratyńcami spojrzały na mnie. Sam nie wiedziałem co jest grane, z rannym bokiem i pyskiem stałem nadal warcząc.
- Idź.. - rzucił jeden, obserwowali mnie a ja ich, przy okazji nasłuchiwałem, czy nie zbliża się ktoś ode mnie. Trójka patrzyła na mnie a jeden odłączył się i podszedł do leżących. - Żyją, ale.. są - zamilkł na chwilę - sparaliżowani - dodał prawie nie słyszalnie i spojrzał na mnie, warknęli razem, jakby się umówili co, gdzie i kiedy. Sam się zdziwiłem, ale nie dawałem tego po sobie poznać.
- Zaraz będzie tu cała sfora. Radzę wam usunąć się z tych terenów - zacząłem patrzeć na nich z pod byka - nie będzie litości.. - napiąłem mięśnie w razie co, usłyszałem jakiś szmer, nadal jednak nie odrywałem od nich wzroku. Oni również stali lekko wmurowani, jednak wciąż obnażali kły...

***

[Stwierdziłem, że nie będę od razu dokańczać co i jak, wasza decyzja czy odpowiecie na moje zawołanie, czy będę musiał pozbyć się ich sam, najwyżej dodam część drugą.]
Raksha Morte pisze...
[Raksha jest poniekąd odpowiedzialna za tą sytuację, więc oczywiście odpowie. Jeśli inni się przyłączą, można to potem zebrać i stworzyć z tego notkę grupową. Oczywiście to tylko taka moja sugestia.]
Siedziała na rozłożystym drzewie, kiedy usłyszała donośne wycie. Alarm. Wiedziała co się stało, spodziewała się tego, dlatego nie czekając, poderwała się z miejsca. Przeskakując z drzewa na drzewo najszybciej jak potrafiła, równocześnie nasłuchiwała odgłosów walki.
Zeskoczyła z gałęzi, wyłaniając się nagle z mroku i miękko wylądowała obok Obrońcy. Obnażyła kły, w każdej chwili gotowa do odparcia ataku, ledwie materialna rozpływała się w mroku. Nic nie powiedziała, tylko mierzyła ich swoimi zielonkawo-fiołkowymi ślepiami.

9 grudnia 2012

Melvo Białostadny tak swe życie skończył. (Zadanie) [Seth]

Melvo Białostadny tak swe życie skończył.

Szpieg doniósł, że intencje Melvo nie są szczere, co więcej prawdopodobnie uśmiercił on swoją siostrę. Tygrys ma w planach wykorzystać władzę nad terenami do własnych celów, na czym jako pierwsze ucierpieć ma Stado Nocy. Lud długo nie otrząśnie się po śmierci Esmene, prognoza jest jednoznaczna - stado kotów pójdzie ślepo za swoim przywódcą.
_____________________________________

Seth.
Cel jest pozornie prosty, zlikwidować Melvo. Po utracie samicy Alpha niemal nie spuszczają go z oka, czujka dzienna na zamianę z nocną wyczekują kogokolwiek kto ośmieliłby się podnieść na niego łapę. Nie możesz zostać dostrzeżony, Misty Land ma Stado Nocy za swojego sojusznika, nieprawidłowy ruch mógłby spowodować wojnę z której nie wyszlibyśmy cało.Melvo jest zaawansowanym magiem powietrza.




 - Nie jestem szczęśliwym, że podjęłaś się tego zadania, Raksho Morte... - Myślał sam, ku sobie, chwilę jednak potem zwrócił się do Error. - Zwiad oznajmił mi, jakie korzyści miałby Melvo ze śmierci Enesme. Jednak wciąż nie są mi jasne powody, dla których potrzebne mu górowanie nad Białym Stadem.
 - Jeżeli nie zginie, musisz być świadomy, co chce zrobić... - Odrzekła na jego słowa.
 - Jestem świadom, ale i powód tej nienawiści jest mi nieznany. Co chce osiągnąć, kiedy uszczerbek na naszym Stadzie wyprowadzi...?
 - Twoim zadaniem jest jedynie uśmiercić Melvo.
 - Jeżeli zabiję go to z pewnością nie dowiem się, jakie miał plany i co zrobi, kiedy któryś się nie powiedzie... Zapadła chwila zrozumiałeś ciszy. Błękitnołuski wiedział, że cokolwiek powie teraz Error, nie pomoże mu to, tak więc kiwnął jedynie łbem, by potem oddalić się na zewnątrz Wielkiej Jaskini. Zaciągnął się mroźnym wiatrem, aż pełne miał płuca i westchnął ciężko.
 - Tempus occidendi...* - Powiedział, nim oddech wiatru i śnieżny obłok zasłonił jego ciało, a gdy zniknął, zniknął z nim Złodziej.

Kiedy przyszła noc, przyszło mu życie. Otwarł oczy, by zabłysnęły światłem, którym raził nocny pan na niebie. Rozwarł szeroko szczęki, gardziel swą nadął, a wydał potem głośne, płaczliwe wybrzmienie, ryk wśród nocnej ciszy, krzyk wśród płaczu nieba i skrzydła swe rozwinął i wzbił wśród koron drzewca. Białe Stado wtem sygnał swój wydało.
 - Ktoś na niebie! - Czuwający jeden do drugiego, rykiem oznajmiając przybycie.
Melvo, czujny w dzień i czujny w nocy na powitanie gościa nieproszonego wyszedł, wyraźnie dając, by Seth zrozumiał, że jest niechciany.
 - Przywiało Nocnego, jak zarazę... - Warknął. - Czym zawdzięczam to, żeś mnie wybudził.
 - Wiem przecież, że nie sypiasz, Melvo Białostadny. - Odpowiedział półsmok. - Boś zbyt bojaźliwy o to, co masz, byś mógł zginąć, kiedy zamkniesz ślepia... - I on zakpił.
 - Masz tupet, by tu przybywać...

~Nie trzeba mi kłopotów, jaki jego powód?
Może przybył, że na zdradę mą na dowód?
Nie, nie może, gdyż o wszystko dbałem!
Nikt nie widział, że to ja z wizją posłałem!~


 - Och, Melvo, czym się trapisz, że milczysz, kiedy przybyłem?
 - Niczym, co ty powinieneś wiedzieć. Siostra ma zmarła, a ty masz czelność, by nachodzić mnie w moim domu z taką pogardą się ku mię odnosić!?
 - Kiedy ja pełen szacunku, wiem co znaczy, kiedy na barki spada taka odpowiedzialność, Melvo Białostadny... - Zadbał półsmok, by w tym drwiny nie było.

~Niech go szlag! Czyżby coś on wiedział?
Nie, ja widzę, przecież by powiedział!
Słowem dałby znak, by się go obawiał...
Boże, bym ostrożnie sprawy stawiał...~


 - Czyżbyś znowu się zamyślił? - Zapytał, choć udawał jedynie, że poirytowany.
 - Tak, wybacz, chcę odpocząć. Usnąć. - Skłamał.
 - Dobrze więc, odejdę, rozejrzę się jedynie w koło, jeśli mogę.
Nie czekał na odpowiedź, bo czuł, że w myślach pragnie, by półsmok jak najprędzej zniknął. Oddalił się szybko, a cokolwiek Melvo mówił, to udawał, że już głuchy. Łapał tyle, co w koło myśleli, wszystko, co tylko dałoby mu wiedzę, co i kiedy Białostadny robi, kiedy i gdzie się udaje, z kim i co tam czyni.
 - Jutrzejsza noc, gdzie blask pełnego księżyca twarz mu przyozdobi, tedy w samotności rytuał ma odbyć. Nie będzie przeto sam, gdyż dwójka czujek za nim idzie, bo i oni są nieszczerzy.

Przyszedł nowy dzień i nowa noc nastała.

Cóż za mroźna góra, którą całą stado całe waruje? Ach, przecie idzie ku jej szczytom Melvo, zleceniobójca swej siostry na rytuały, które wynieść na wyżynę go mają. Gdy tylko gadzie samcze podejdzie pod zwały góry, tedy zabiją, bo na Święte swe miejsce bronią każdego, by kto nikt nie podszedł, a gdy lotem spróbuje, każdy, kto na ziemi go ujrzy, tedy Melvo zdoła uciec. Czujki raz to w lewo, potem w prawo spoglądają, a gdy nie dojrzą stojącej niedaleko jednej, tedy rykną, tedy Melvo zniknie. Cóż za sztuka, która pozwala by spojrzeć w czyjeś zmysły, a co za sztuka, która pozwala je zmieniać...? Kiedy tylko czujka jedna lub druga dostrzegła, że samiec się zbliża, tedy magią jej umysł otępiał, zmieniając wspomnienie, którego jeszcze nie ma, że Seth'a nigdy nie było, nikt czujek nie mijał.
 - Toż to proste, jakie z nich są czujki...? - Zapytał sam do siebie, jednak minąć musi całe stado teraz, które zerka ku szczytu, by oglądać, jak ich przyszłe władze idą po to, co nieprawdą i zbrodnią zdobyły. To się nie uda, nie tą techniką, zbyt wiele umysłów, które trzeba by zmylić, któreś dostrzeże i któreś krzyknie, Melvo - zniknie... Tylko chwila, gdzie jest półsmok? Tam gdzie stał teraz jedynie blask jego oczu, które po chwili zostawił... Wśród śniegu się gubił, wśród wód zanikał, przybrał kolor lodu, niewidoczny dla ślepca, a kto uważny tylko go dojrzy. Lecz które, powiedzcie, które teraz patrzy na co innego, niż na Białostadnego? Więc przemknął w ciszy, pod grotę wejście, a wewnątrz już tylko Melvo i dwójka jego wspólnych zdrajców Białego Stada. Ci dwaj zostali, jedynie brat Enseme wszedł dalej. Nie było już jak nadal się ukryć, więc wszedł bez ceremonii, ale to jednak tyle szybko, by nim głos wydać z siebie zdołali, wyciągnął z nich Dusze obojga i pożarł, nim kto by mrugnąć zdołał...

Już tylko Melvo sam pozostał, głęboko wewnątrz góry rozłamów. Usłyszał, jak bezwładnie padły jego sługi. Odwrócił się i dojrzał tylko błysk błękitny, które dobrze już poznał.
 - Do znów Ty, czyżbyś zabić mnie próbował? Któreś już ze stada twego siostrę mą mordował!
 - Ależ nie mów, wiem, kto winny jej śmierci. - Odpowiedział.

~Wśród nas jest więcej, więcej mych sługów!
Zginę, ale sługi mają dość na was dowodów,
by wytoczyć bitwę i uśmiercić każdego
wojnę Stada Nocnego i Stada Białego...
~

 - Mortuus
Anima...**
Melvo Białostadny tak swe życie skończył.

Czy nie chciałeś wiedzieć, dlaczego pragnie nas uderzyć? Chciał, lecz i sam Białostadny tego nie wiedział. A niedługo przyjdą, bo tak im nakazał...

~~~~~~~~~~
*Tempus occidendi - Czas zabijać.
**Mortuus Anima - Martwa Dusza.
~Tekst~ - Myśli Melvo.
~~~~~~~~~~

Sam sobie nie rozpatrzę zadania, więc niech zadecyduje o nim Error, która je napisała.

8 grudnia 2012

"I, I feel like a monster" (Zadanie na zabójcę)] [Raksha Morte]

" I, I feel like a monster" (Zadanie)

Stado Misty Land, którego tereny niemal zazębiają się z naszymi nie ma złej renomy - wręcz przeciwnie, ziemie obfitują tam w docenianą przez zwierzynę łowną roślinność, te same wody od lat gaszą pragnienie pokoleń, a istoty żyją tam w harmonii i pokoju.
Rodziną górującą w tym miejscu są białe tygrysy. Stoją na szczycie łańcucha pokarmowego, a także hierarchii.  
_____________________________________ 
 Raksho.
 Wieczorną porą do wielkiej jaskini wparował zwierz, nie sposób było dojrzeć jego oblicza, ponieważ wiatr zadął z ogromną siłą podrywając do lotu piach u stóp. Łypnął złotymi ślepiami przekazując Ci wizję; białą tygrysicę pośród spokojnego śnieżnego południa, bijącą ciepłem i dumą. Majestatyczna kotka trąciła nosem pasiastego kociaka, o ogromnych czarnych oczach i półokrągłych puszystych uszkach.Młody zamruczał i przygryzł ucho swojego szczenięcego kompana. 
- Staw się jutro na polanie przy Wielkim Dębie, ujrzysz dokładnie to. Zabij ich. Ich i wszystkich świadków. W innym wypadku ja zrobię to z Twoją rodziną. - Wycharczał, pozostawiając po sobie wizję pokrytych posoką szczątków na terenach Stada Nocy.


 Stawiła się.
 Siedziała na jednej z grubszych gałęzi Dębu, ukryta w cieniu pnia, w ciszy przyglądając się scenie, która się przed nią rozgrywała. Słońce z ledwością przebijało się przez chmury, śnieg lekko wirował po polanie, ale bynajmniej nie utrudniał widoczności. Było dokładnie tak, jak w tej dziwnej wizji. Tygrysica pochylała się nad dwoma pociechami, promieniując dumą i ciepłem. Musiała być kimś ważnym w stadzie, skoro to zadanie wydawało się ważne dla tego tajemniczego osobnika. Widać było, że kotowata jest silna i stanowcza. Jak urodzona Alpha. Kim jednak była, tego Czarna nie mogła jednoznacznie stwierdzić.
 Jedno z młodych zaczęło zaczepiać swego towarzysza, który z równą chęcią mu się odwdzięczał, a matka spoglądała na nich z rozczuleniem. Jakże sielankowo to wyglądało.
 Pantera zmrużyła ślepia, w których błysnęło coś dziwnego, czego nie powinno tam być. Obnażyła groźnie wyglądające kły w bliżej nieokreślonym grymasie. Pazury mocniej zagłębiły się w korze, ale cała postać nawet nie śmiała drgnąć. Jej oczy uważnie śledziły ruchy białej postaci pod nią, równocześnie próbując wymyślić jak zabrać się do wykonania zadania.
 Jedno z kociąt miauknęło rozkosznie, co nieco zbiło ją z tropu. Spojrzała na nie, a jej ogon poruszył się niespokojnie, na szczęście będąc w powietrzu, nie wyrządził żadnych szkód. Zacisnęła gniewnie szczęki, zła że pozwoliła sobie na rozproszenie. Jeszcze raz prześledziła wzrokiem całą polanę i okolice, żeby nic jej nie umknęło, po czym przystąpiła do działania.
"The secret side of me
I'll never let you see
I keep it caged but I can´t control that
So stay away from me, the beast is ugly
I feel the rage and I just can´t hold that"
 Poczuła jak z każdą sekundą się zmienia. Wewnątrz, głęboko w środku, zaczęła budzić się w niej bestia. Jedyna zdolna kontrolować to, co miała zamiar zaraz rozpętać. 
 Plan musiał wypalić, zbyt misternie go opracowała, zbyt dużo energii miała w niego włożyć. Zacisnęła szczęki, obnażając kły i wbiła wzrok w jakiś punkt na polanie przy przeciwległej ścianie drzew. Na ziemi leżały gałęzie, nie zasypane jeszcze całkowicie przez śnieg. Pojawiły się nad nią cienkie smugi ciemności, które tylko Raksha mogła dostrzec, kierując nimi. Nacisnęły na suche patyki, sprawiając że po polanie rozniósł się charakterystyczny dźwięk. 
 Tygrysica instynktownie odwróciła się w tamtą stronę, a małe zaprzestały zabawy, również spoglądając z ciekawością w tamtą stronę. Biała kocica mruknęła coś do dzieci, po czym zaczęła się powoli kierować w tamtą stronę. 
 Przedstawienie czas zacząć.
 Na pysku Pantery pojawił się uśmiech. Zimny, niemal przerażający. Morderca* się zbudził.
 <muzyka> 

"I feel it deep within
It´s just beneath the skin
I must confess that i feel like a monster"
 Kiedy matka odeszła już na wystarczającą odległość, wokół gardeł młodych pojawiły się te same smugi cienia, które po chwili ciasno zawinęły się na szyjkach kociątek. Zdążyły wydać tylko ciche pisknięcia zanim zabrakło im powietrza i zaczęły się dusić. 
 Raksha wyskoczyła ze swej kryjówki, lądując miękko między Białą i jej dziećmi, w tym samym momencie, w którym ta odwróciła się by sprawdzić co się stało. Podniosła pysk z przerażającym uśmiechem i utkwiła fiołkowe ślepia w przeciwniczce.
 Tygrysica z przerażeniem patrzyła jak jej dzieci się duszą, tylko sekundy dzieliły je od śmierci, a ona była za daleko i jeszcze na przeszkodzie stała ogromna Pantera, która zdawała się cieszyć tym wszystkim. Musiała coś zrobić, desperacko pragnęła ocalić młode, ale to już było niemożliwe. Patrzyła jak życie z nich uchodzi, opuszcza je, a ciemne smugi zaczęły pulsować wokół nich, jakby żywiły się tym. 
 - Ty... - Zmrużyła wściekle ślepia i spojrzała na Czarną Panterę. Zapłaci jej za to. 
Ona tylko uśmiechnęła się jeszcze szerzej, jej oczy przybrały szaleńczy wyraz, a ogon strzelił po bokach. Były tych samych rozmiarów, ale Raksha miała jedną, znaczącą przewagę. Jej szczęki były stworzone do miażdżenia.
 - Czekam - mruknęła, przybierając odpowiednią pozycję i spojrzała na przeciwniczkę wyzywająco.
Zaatakowała.
"I hate what I´ve become
The nightmare´s just begun
I must confess that I feel like a monster"
 Otoczył ich pierścień ognia, teraz tygrysica nie miała już wyjścia, jedyną opcją było atakowanie z nadzieją na sukces. Czarna sprawnie uniknęła jej pierwszego ciosu, szyderczo się do niej uśmiechając. Była w swoim żywiole, ogień otaczał je zewsząd, cienie oplatały jej ciało, a ona sama czuła jak ożywa. Odskoczyła przed kolejnym ciosem i zaraz kolejnym susem wskoczyła na grzbiet Białej, jednak ta zdołała ją zrzucić. Widocznie zdawała sobie sprawę z tego, jak niebezpieczną broń posiada Pantera.
 Długo to trwało, kiedy to raz jedna, raz druga atakowała lub odskakiwała przed kolejnym ciosem. Wyglądało to jak makabryczny taniec, dwóch zupełnie od siebie różnych stworzeń, każde pragnące uśmiercić to drugie. Czerń i Biel na tle zimowego krajobrazu. 
 Czerwień rozprysła się na nieskazitelnym dotąd śniegu. Naznaczyła to miejsce swym jaskrawym śladem. Śnieg nie był już czysty, a splamiony śladami walki, której nic nie mogło powstrzymać. Tylko śmierć jednej z uczestniczek tego makabrycznego tańca.
 Bok pasiastej rozcięły potężne szramy, odrzucając ją na sporą odległość. Nie zdążyła nawet się podnieść, kiedy poczuła jak jej kończyny zostały oplecione tymi zdradliwymi cieniami. Samica Jaguara doskoczyła do niej w jednym susie i posyłając jej ostatni - niemal szaleńczy uśmiech, wgryzła się w jej szyję, pozbawiając możliwości obrony. W desperackim akcie tygrysica zaczęła się szarpać, powiększając jeszcze swą agonię. Czując pazury na swym boku i miażdżące szczęki na gardle. Wydając ostatnie już warknięcia, zdołała jeszcze zranić zabójczynię, zostawiając na jej boku płytkie szramy po pazurach. 
 W końcu zabójcze szczęki puściły, ogień opadł, a cienie czmychnęły do swych kryjówek. Fiołkowe ślepia obejrzały wszystko to, co uczyniła ich właścicielka. Śnieg naznaczony śladami walki, czerwień odcinała się wyraźnie na jego tle, przypominając co tu się stało. 
 Ciche warknięcie wydobyło się spomiędzy zaciśniętych kłów.
"My secret side I keep
Hid under lock and key
I keep it caged but I can´t control that
Cause if I let him out
He´ll tear me up break me down"
 Skrzypnięcie śniegu wyrwało ją z tego chwilowego zawieszenia, od razu skierowując całą uwagę na niepotrzebnego świadka. Warknęła wściekle, widząc przerażone oblicze innego tygrysa, który musiał właśnie wejść na polanę. O wiele mniejszy od niej, stał w miejscu, jakby nie mógł się ruszyć. Zgięła przednie łapy, przygotowując się to pogoni. Jej obnażone kły i wściekłe ślepia mówiły wszystko.
 Kot zaczął uciekać.
 Z warknięciem ruszyła za nim, pewna że jeśli go nie zatrzyma, wszyscy się dowiedzą co zaszło.
Był szybki, ale nie na tyle by przed nią uciec. W połowie drogi wskoczyła na niską gałąź i skacząc po drzewach dogoniła go. Kiedy ten myślał, że już zdołał uciec, zeskoczyła na niego i uderzyła łapą w biały pysk. Ostatnim co ujrzał, były wściekłe fiołkowe ślepia. 
"I'm gonna lose control
It's something radical
I must confess that I feel like a monster"
 Odeszła stamtąd, nawet nie spojrzawszy na płonące ciało kotowatego. Nikt więcej nie widział, nikt więcej się nie dowie. Bez świadków, bez śladów.
 Nie wróciła na miejsce zbrodni, już pewnie ktoś się tam znalazł. 
 Wspięła się na największe drzewo jakie znalazła. Ciemność zaczęła formować się przy jej barkach, by zaraz potem wyrosły z nich potężne, o rozpiętości niemal czterech metrów, błoniaste skrzydła. Ostatkiem sił wzbiła się w powietrze, ponad chmury, by wrócić do spokojnego zakątka. Do stada.
 Żadnych świadków. Żadnych śladów.
___________________________________________________________

*Morderca - w karcie postaci już uzupełnionej, jest to "trzeci część" osobowości Rakshy.
Za długie? Za krótkie? Błędy? Może nie pasuje do ogólnego zamysłu?
Proszę o wytknięcie wszystkiego, jeśli komuś udało się dobrnąć do końca.
Wybaczcie te wstawki, ale po prostu ta piosenka bardzo mi tu pasowała. 
Mam nadzieję, że sprostałam zadaniu i że się podobało.

6 listopada 2011

Zadanie na Szamana. [Tin]

06 listopada 2011

Jeśli widziałaś kiedyś czyjąś śmierć, pomoże Ci to bardzo w tym zadaniu.
Testrale są zwierzętami niebezpiecznymi, niektórzy nazywają je Omenem Śmierci.
Jednak da się je oswoić, przy odpowiednich predyspozycjach, które każdy Szaman powinien mieć.
Stworzę portal, wysyłając Cię w odległe od Herd Of The Night miejsce, gdzie żyje stado tych niesamowitych zwierząt. Będziesz musiała zdobyć zaufanie testrali i zahipnotyzować wybranego z nich,wykorzystując jedne z prostszych zaklęć, swoją charyzmę i umiejętności szamańskie oraz znajomość ziół, by wrócić na nim do domu, bowiem te zwierzęta umieją trafić w każde miejsce.
Pamiętaj, że owe stworzenia nie mówią. Na dowód, że zadanie nie zostało ukartowane, musisz przynieść mi w sakiewce włos z ogona przedstawiciela tej rasy.
Zdaj się na siebie!
Powodzenia.


Bardzo długo namyślałam się przed ostateczną decyzją wyruszenia w zapewne fascynującą i ważną podróż. Zabrałam wszystko co było mi potrzebne. Sakiewkę na włos, kilka małych torebeczek z ziołami, jeden z kilku amuletów i kartkę z zaklęciem, które Anaid poleciła mi wykorzystać. Podeszłam do niej oznajmiając, że jestem gotowa, a ta zamknęła oczy dla większego skupienia. Po chwili poczułam falę energii przeszywającej mnie od stóp do głów, a przede mną pojawił się portal. Z pozoru nic wielkiego, tylko lekko rozmazany obraz tego, co znajdowało się za nim, jednak gdy weszłam do środka okazało się, że to miejsce zupełnie inne, wprost nie do opisania. Wszystko było białe, dosłownie wszędzie dookoła było biało. Można było oszaleć. To miejsce działające na psychikę, a moja akurat była dość silna. Zamknęłam na chwilę oczy i wzięłam głęboki wdech próbując ukształtować w wyobraźni wszystko tak, żeby miało sens. Obok mnie zaczęły się pojawiać namorzyny i drzewa zanurzone w wodzie, a ja sama wylądowałam w płytkim bagnie mocząc płaszcz i końcówki kręconych włosów schowanych pod kapturem. Ruszyłam pewnie przed siebie rozglądając się i próbując utrzymać wszystko na swoim miejscu umysłem. Dookoła było nie za ciemno, ale też nie zbyt jasno. Drzewa miały szarawo-zielony kolor i były pozbawione liści, a z wody co chwila wypływały małe pęcherzyki powietrza świadczące o schowanych tam zwierzętach czy innych stworach. Spodnie miałam po uda mokre, a stopy grzęzły w mule. To miejsce mimo wszystko nie napawało mnie strachem, a jedynie coraz większą ciekawością. Podeszłam pospiesznie do jednego z mniejszych drzew i dotknęłam jego pnia opuszkami palców. Od razu poczułam przeszywające mnie informacje, a jednak było ich zdecydowanie mniej niż tych, które były na terenach stada. Zaczęłam oddzielać wyobraźnią włókna od nitki, jak mnie kiedyś uczono, od razu podziałało i znałam dokładne położenie miejsca, w którym znajdowały się testrale. Ruszyłam więc krętą rzeczką wciąż się potykając. W takich chwilach żałowałam, że Dreamfall, koń-demon gotowy przyjść w każdej chwili został przydzielony mojej siostrze. Mogłabym teraz go przywołać i jechać sobie bezpiecznie na jego grzbiecie. Ale marzenia marzeniami, a ja dotarłam do małej wysepki wyścielonej płaskimi korzeniami. Spojrzałam w górę, nie było widać nieba, jedynie gęsta plątanina chudych gałęzi. Podeszłam nieco bliżej legowiska i niemal od razu poczułam bijącą od niego energię. Coś niewidocznego siedziało tam i obserwowało mnie najwyraźniej zadowolone ze swojej pozycji. Zamknęłam oczy próbując się wczuć w chi stwora. Wyciągnęłam w jego stronę jedną rękę trzymając w niej amulet, a drugą założyłam sobie włosy za ucho i zdjęłam kaptur z głowy. Z tego co zdążyłam zaobserwować, testrale lubiły smutek. Wygrzebałam więc jedno z moich najsmutniejszych wspomnień i posłałam całą jego siłę w stronę potwora. Dało się usłyszeć cichy jęk, a po chwili obok mnie pojawiła się piękna kobieta, ubrana w wytworna suknię. Miała białą skórę i zielone oczy, a długie nogi sprawiały wrażenie jakby miały się zaraz połamać, a biła od niej ta sama siła co od testrala. To musiał być więc on, tworzył pozory, może chciał mnie gdzieś zaciągnąć. Ruszyłam tylko bez słowa za kobietą próbując ogarnąć myślami całą sytuację. Szłyśmy tak kilka minut, a nogi mimo, że mokre wcale nie były zmarznięte. Nagle kobieta zaśmiała się cicho i zniknęła. Otoczyła mnie fala zimna sięgającego aż do kości, a ja sama upadłam na mokrą ziemię nieprzytomna. Poczułam tylko jak mnie niosą.
Obudziłam się w kamiennym kręgu, a kobieta krążyła dookoła mnie. Ciągle czułam wspomnienia, te najbardziej bolesne, a stwór zatrzymał się przede mną świdrując moje ciało zielonymi oczami. Ona próbowała zepsuć mój umysł, rozwalić psychikę, doprowadzić do szaleństwa. Zaczęła się zmieniać. Najpierw przede mną stanął biały królik, który po chwili przyjął postać białowłosego chłopaka. Zniknął on na chwilę i pojawił się znów jako Wymyślacz. Postać zmieniała się jeszcze kilka razy w dobrze znane mi osoby. Ja jednak zamknęłam oczy i postanowiłam odepchnąć umysłem potwora. Gdy je otworzyłam przede mną była mała, fioletowa kałuża, a w niej odbijał się jakiś dziwny świat. Czułam się naprawdę źle, miałam ochotę zapaść się nieodwracalnie pod ziemię. Po chwili zrozumiałam jednak co powinnam zrobić i wyjęłam karteczkę z zaklęciem zapisanym przez An. Bez problemu przeczytałam je na głos, a kałuża zaczęła zmieniać kolor. Dotknęłam jej palcem, a przede mną pojawiła się znów kobieta. W mojej głowie zabrzmiały słowa: „Imponujące...”. Podeszłam do niej i znów wysłałam najgorsze wspomnienie. Jej usta wygięły się w krzywym, ale szczerym uśmiechu. Sięgnęłam ręką do kieszeni i wyjęłam z niej jedną z kilku torebeczek i wysypałam jej zawartość na głowę zdziwionej kobiety nie spuszczając jej z oczu. Mieszanka na powrót do pierwotnej postaci była bardzo przydatna, kiedy ktoś użył niekorzystnie przemiany. Przede mną pojawił się więc 3 metrowy, biały stwór miotający się na wszystkie strony. Szybko zaczęłam powtarzać zaklęcie, a potwór zaczął się uspokajać. W końcu zasnął. Podeszłam więc do niego, zabrałam jeden z włosów z ogona i wrzuciłam go do sakiewki. Serce biło mi bardzo szybko, ale czułam się szczęśliwa. Najwyraźniej okiełznałam to dzikie i nieprzewidywalne stworzenie. Znów wysłałam mu jedno ze wspomnień, a ten wstał i schylił potężny łeb. Niepewnie podeszłam do niego i wskoczyłam na masywny grzbiet.
Nie zdążyłam nawet do końca pomyśleć o polanie, a już otaczały mnie znajome twarze, które... po chwili rozmazały się.
-Nie ze mną te numery.- znów znalazłam się na grzbiecie stwora. Miałam zbyt mocną psychikę, by mógł on nią sobie władać. Pomyślałam z całych sił o Lunie, Aldieb, Anaid, Lacie, Arashi i innych postaciach, które często spotykałam na polanie. Poczułam przyjemną falę ciepła. Siedziałam teraz na klifie, a obok latały motyle. W krzakach za mną coś zaszeleściło, a ja uradowana ruszyłam do An by przekazać wieści o moim zadaniu i dać sakiewkę z włosem.
Tin (19:22)

1 listopada 2011

Zadanie na czujkę nocną cz.2 [Padma]

01 listopada 2011

Biegnę, biegnę przed siebie ile sił w łapach, silny wiatr czochra moja sierść na różne strony, wiosenne liście szeleszczą pod moimi łapami. Kiedy jestem coraz bliżej stada słyszę nagły świst, przy moim boku ukazuje się cień i naglę drogę toruje mi zawalające się drzewo, hamuję ile sił w łapach i szybkim ruchem wskakuję w pierwsze lepsze krzaki. Zbyt prawdopodobne było to, że przyczyną tego bałaganu jest obserwowana przeze mnie postać. Nie myliłam się, tak to była ta istota, warkotem powitała pustą przestrzeń lasu. Na moje szczęście drzewo uderzające o ziemię wywołało kupę kurzu, co zasłoniło widoczność skrzydlatego. Korzystając z okazji rozejrzałam się szybko i znalazłam bardziej dogodną kryjówkę. Schowałam się pod wystającym korzeniem, było to coś w stylu nory. Kiedy chmura kurzu opadła zauważyłam jego sylwetkę, rozglądał się i węszył, był najwyraźniej zdziwiony brakiem jakiejkolwiek istoty. Przyglądałam się mu dokładnie, śledziłam każdy ruch, naglę usiadł.
- Wiem, że gdzieś tu jesteś! - krzyknął głośno. Milczałam, nie bardzo wiedziałam na co go stać, chciałam to sprawdzić. Skorzystałam więc ze swoich zdolności. Jakieś 3m przed nim zaczęła zbierać się woda, brałam ją z otoczenia, podniósł się i przyglądał dziwnej sytuacji. Z sekundy na sekundę woda przybierała kształt wilka, mniej więcej jego wzrostu, kiedy uformowała się już w całości, oczy, zęby i pazury zmroziłam do bardzo niskiej temperatury, aby były twardsze. Czekałam na reakcję, zdziwił się trochę. - Wodny wilk? - zaczął zbliżać się do tak zwanego przeze mnie klona. Przy okazji samą siebie otoczyłam cienką warstwą wody, tak aby nie wyczuł mojego zapachu. Klon spojrzał na niego bez słowa, niestety nie potrafiły one wydawać żadnych odgłosów.
Mięśniak zamachnął się w jego stronę i uderzył z taką siłą, że ten rozprysł się na różny strony, wiedziałam już, że jest dosyć silny, w innym wypadku łapa przeszła by po prostu przez ,,ciało,, wodnego wilka. Nie minęło jednak 10sek., a  klon stał z powrotem na swoim miejscu, biegiem ruszył w jego stronę i zaczął krążyć dookoła coraz szybciej i szybciej. Skrzydlaty z początku kręcił się dookoła własnej osi, ale szybko wymiękł i zatrzymał się, obserwując biegające ,,zwierze,,. W szybkim czasie jednak zdenerwował się, liście dookoła niego zaczęły panicznie się ruszać, zebrał się dosyć silny wiatr, a ten machnął nagle skrzydłami. Następne co widziałam to kupa dymu i brak dachu nad moją głową... Stwierdziłam, że koleś nie jest zbyt zwinny, ale za to panuje nad żywiołem wiatru i nieźle mu to wychodzi. Na moje szczęście woda dookoła mnie była nienaruszona a kurz nadal się unosił, więc byłam jakby niewidzialna. Darowałam sobie wodnego klona, który i tak pod wpływem silnego wiatru rozprysł się na tysiące kropelek. Chciałam wskoczyć w jakieś krzaki, znaleźć kolejną norę ale..
- Nie będziesz się panoszyć po moich terenach ! - usłyszałam naglę.
- Że co proszę?! - uniosłam się lekko i spojrzałam w jego stronę, kurz powoli opadał aż w końcu ukazała mi się jego postać. Stałam do niego przodem ze skrzywioną miną i uniesioną brwią do góry.
- Czyli to ty jesteś moim prawdziwym celem - uśmiechnął się cynicznie.
- Nie. - mruknęłam - To ty jesteś moim. - uśmiechnęłam się równie wrednie. Zdziwiła go trochę ta odpowiedz. - A więc uważasz, że to twoje tereny tak? - zapytałam
- Tam gdzie jestem ja, tam są moje tereny. Proste. - wzruszył ramionami - A na moich terenach nie ma miejsca na coś takiego jak ty - syknął w moją stronę.
- Pozwól, że ci coś wyjaśnię.. - odchrząknęłam. Spojrzał na mnie znudzony. I o to właśnie chodziło, zero wywodów, nabrałam powietrza jakby do rozpoczęcia jakiś pouczeń i... Skoczyłam w stronę wielkowilka (xD). Zaczęłam panoszyć się między jego łapami, zwinnie ich unikając, skakałam raz nad, raz pod nimi. Zdezorientowało go to trochę i zaczął się cofać, machać łapami na różne strony, lecz jego wielkie cielsko przeszkadzało mu w dogonieniu moich ruchów. Naglę za mną zaczęły podążać wodne, cienkie nitki, kilka krotnie odbijając się od drzewa przeskakiwałam jego ciało całkowicie. Obracał się i kręcił, nitki nadal podążały za mną, coraz bardziej otaczając wilka. W pewnym momencie odskoczyłam na bok, woda zamieniła się w lód, bardzo mocny lód co unieruchomiło wilka. Był splątany, zastygł w bez ruchu, ja w tym momencie odbiłam się od drzewa i uderzyłam z całej siły w jego cielsko, stracił równowagę i padł na ziemię nadal unieruchomiony. Odskoczyłam od niego i usłyszałam ciężkie sapnięcie.
- Jak ja nie lubię zwinnych wilków - warknął i spojrzał na mnie z pogardą.
- Jesteś po prostu głupi i nie wiesz kiedy korzystać ze swoich zdolności - podsumowałam go patrząc na niego. - A teraz tak, opuścisz te tereny czy mam ci pomóc w decyzji? - zapytałam poważnym tonem, przyglądałam mu się uważnie, miał duże cielsko więc potrzebowałam czasu, aby dobrać się do jego płynów wewnętrznych. Spojrzał na mnie i zaśmiał się.
- Daj mi chwilkę, zaraz się z tego wyplącze, a wtedy, pożałujesz, że ze mną zadarłaś - warknął.
- Uznam to za prośbę w podjęciu decyzji - zruszyłam ramionami.. już prawie, jeszcze chwila.
- Zabawna jeste.. - spojrzał na swoja łapę, a potem na mnie - Co się dzieje?!
- Myślisz, że tylko ty masz jakieś zdolności? 3/4 tego stada dało by sobie z tobą rade szybciej ode mnie, więc szybka decyzja. Zostajesz ? - zmrużyłam wzrok, spoglądał nadal na swoją łapę.
- Nie mogę ją ruszać! - krzyknął
- I już nie poruszasz... jest zamrożona od środka - uśmiechnęłam się wrednie - udowodnić?
- Wywłoko.. cofnij to !
- hmm.. a to uznam za tak - podeszłam do niego uderzyłam mocno w jego zamrożoną łapę, która po prostu rozsypała się jak bryła lodu. Krew nawet nie leciała, kolejna część łapy była tez już zamrożona. Wilk zrobił zdziwione i przerażone oczy. - Powtórzę pytanie.. Zostajesz ?
- Puść mnie... Co ty zrobiłaś! Moja... - był w szoku, spojrzałam mu w oczy.
- Odejdziesz czy przechodzimy do wyższych części ciała? - zapytałam z cynicznym uśmiechem. Kiwnął głową na tak. - Pamiętaj, jeden niewłaściwy ruch a będziesz stadnym posążkiem. - dodałam na pocieszenie i powoli zaczęłam roztapiać unieruchamiające go ,,lodowe nitki,,. Kiedy w końcu się podniósł, spojrzał na mnie, w jego oczach nie było już widać tej pewności siebie.
- Nigdy więcej... - powiedział.
- Ty się ciesz, że trafiłeś na mnie. - skrzywiłam pysk - a teraz spadaj... już !
- Zapamiętam to.. - dodał jeszcze, ale nie wyczułam w jego słowach groźby, pozbawiony jednej łapy wzbił się w powietrze. Widać było, że nadal jest w niemałym szoku. Patrzyłam za nim, czy na pewno się oddala. Kiedy zniknął z widoku, westchnęłam ciężko i ruszyłam w stronę stada, aby powiadomić o wszystkim Szerę. Na szczęście siedziała akurat na polanie, więc podbiegłam do niej i zdałam raport.
Koniec.
____
Nie wiem, czy się podoba czy nie, ale liczę na szczere opinie.
Padma (21:39)

26 października 2011

Zadanie na czujkę nocną cz.1 [Padma]

26 października 2011

Postanowiłaś wybrać się na wieczorny spacer. Nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Wszyscy jak zwykle zajmują się swoimi sprawami. Zamyślona tracisz rachubę czasu, aż nagle orientujesz się, że zapadła noc, a Ty znalazłaś się na granicach HOTN. I w tedy cały spokój pryska. Trafiasz na świeży ślad, który nie należy do żadnego zwierzęcia zamieszkującego te tereny. Sprawdź co to za stworzenie i jak najszybciej wezwij członków stada. Jeżeli jednak dasz radę, postaraj się wygnać stworzenia za granice terenów HOTN - podejmując decyzję pamiętaj, że nie masz obowiązku walczyć. Musisz się szybko zdecydować. Istnieje prawdopodobieństwo, że stado jest w niebezpieczeństwie...
Mgła otacza mnie ze wszystkich stron, rozglądam się dookoła powoli i ostrożnie. Spoglądam na ślady pozostawione przez obce mi zwierzę, przykładam swoją łapę i ogarnia mnie nie jakie przerażenie.
- O cholera - szepcze, widząc, że ślad jest 3x większy od mojego. Jedyne co wiem jak na razie to, to że tajemnicze stworzenie jest psowate. Przytykam nos do podłoża i ruszam powoli za zapachem, uszy postawione mam na sztorc, nasłuchuję i rozglądam się dookoła. Nie wiadomo czy mi coś zaraz nie wyskoczy zza krzaków. Jakiś szelest i ruch, automatycznie moje ciało zniża się do ziemi, łapy przygotowane do skoku, albo ucieczka, albo atak. Przyglądam się, wystawiam lekko łeb znad trawy i... Niewielka sarna wychodzi z krzaków, niby norma, ale moją uwagę zwróciło jej zachowanie. Była nieco poddenerwowana, dało się to wyczuć, no i najdziwniejsze, była sama. Te zwierzęta z natury unikają samotnych podróży. Zaburczało mi lekko w brzuchu, dawno w sumie nie jadłam. Przygotowałam się do skoku i wbiłam wzrok w swoją ofiarę, była widocznie zdezorientowana. Napięłam mięśnie tylnich łap, aby wyskoczył jak najdalej, oblizałam pysk i skok. Jeden, drugi, trzeci, wykonywałam duże susy, dopiero kiedy wyskoczyłam w powietrze, sarna zauważyła mnie i uchyliła się lekko. Wylądowałam na jej grzbiecie, wbijając pazury w grzbiet i długie kły w kark. Zwierzę straciło równowagę i wywróciło się w stronę krzaków, razem ze mną. Okazało się, że po drugiej stronie jest dosyć spory spad, zaczęłam razem z nią koziołkować w dół, coraz szybciej i szybciej, szok.. Zdziwiona i lekko wystraszona przebiegiem sytuacji wbiłam pazury głębiej w jej ciało. Nie wiem czy to szczęście czy zwykły przypadek, ale zatrzymałam się na pniu ściętego drzewa, spojrzałam na zwierzę, którego uczepiłam się na samej górze i poczułam zapach krwi, dużej ilości krwi. Sarna już nie żyła, przy lądowaniu nabiła się na wystający kawałek gałęzi. Podniosłam głowę znad jej ciała i znieruchomiałam. Kilka metrów przede mną leżały ciała członków jej stada, bynajmniej tak mi się wydawało... Podniosłam się, powoli wyczepiając pazury z martwej zdobyczy i ruszyłam w stronę odkrycia. Rozglądałam się do niewielkiej polanie, której były porozrzucane ciała. Naglę odwróciłam łeb w stronę północną i wyczułam zapach, ten sam co przy śladach. Idzie.. błyskawicznie przybrałam postać elfa i wspięłam się na najbliższe drzewo, aby nie roznosić za bardzo swojego zapachu. Przykucnęłam na jednej z wyższych gałęzi i obserwowałam teren. Po ok. 7min. dało się zauważyć z daleka kontury skrzydeł, były dosyć spore, po chwili zza drzew wynurzył się cały stwór. Przysunęłam się kawałek na gałęzi, aby zobaczyć go lepiej, rozglądał się po polanie i węszył... Naglę warknął i machnął skrzydłami, ruszył w stronę mojej ofiary i zniknął na chwilę mi z oczu, po chwili wbiegł ponownie na polankę, wtedy zobaczyłam go dokładnie.
[foto: http://liengod.deviantart.com/favourites/?offset=48#/dnk3ko ]
Prawie ześlizgnęłam się z gałęzi widząc jego wielkie szpony i ten wzrost.. Nie mogłam dokładnie określić, ale zdawał się mieć spokojnie 2 metry, na dodatek solidnie zbudowany. Złapałam się innej gałęzi, aby utrzymać równowagę. Wielki wilkopodobny krzątał się po polanie i węszył, chyba nie wpadł na pomysł by poszukać wyżej. ,,Po co mu skrzydła, skoro z nich nie korzysta,, zastanowiłam się i skrzywiłam lekko. Przyglądałam się dalej, było coraz ciemniej, ogólnie było ciemno, ale teraz jedyne co widziałam to delikatny ruch jego ciała. Przysiadłam i czekałam na odpowiedni moment, wiedziałam jedno.. Sama nie dam rady, muszę wrócić i powiadomić stado o nowym gościu. Nie wyglądał na przyjemnego i miłego, biorąc pod uwagę to ile je też nie jestem za tym by został na naszych terenach. Siedziałam tam może jakieś 10min. kiedy postanowiłam, że schodzę.. Przyzwyczajona do bezszelestnego zachowania w lesie, podniosłam się i cicho przeskakiwałam z jednego drzewa na drugie, kiedy stwierdziłam, że jestem już wystarczająco daleko, zeszłam powoli i nie zwracając uwagi na nic ruszyłam pędem w stronę stada.
Padma (15:52)

13 października 2011

Zadanie na profesję zielarki. [Kitsune]

13 października 2011
Zadanie na profesje zielarki.
W zapasach stada brakuje jednej rośliny. Niestety jest to niezbędny składnik to utworzenia lekarstwa dla jednego z członków stada. Ziele to rośnie na szczytach gór nieopodal terenów HOTN. Jednak musisz uważać. Występuje tam bliźniacza roślina. Różni się ona jednym drobnym szczegółem. Na liściach trującej znajdziesz ledwo widoczny biały paseczek, który w blasku zorzy zalśni lekko. Jednak to nie wszystko. Roślina ta jest wyjątkowo rzadka i cenna dlatego strzeże jej Strażnik Gór. Musisz wykazać się sprytem, aby przekonać go by pozwolił Ci zabrać roślinę i zdradził sposób przygotowywania, gdyż każdą z nich preparuje się inaczej. Zdobądź składnik wraz z informacjami i jak najszybciej dostarcz wszystko do medyków.

Słońce rozbłysło nad polaną. Niebo było bezchmurne, a Ciemnoszara uważnie słuchała tego, co miała jej do powiedzenia Szera. W umyśle analizowała sobie wszystkie zebrane informacje na temat zadania na profesję zielarki. Błękitnooka wadera skończyła mówić, a Reav'zhotka skineła jej łbem i przybrała postać demonicy. Odgarnęła z czoła kosmyki czarnych włosów, które miała zapięte w kok. Sterczały z niego dwa jastrzębie pióra, w tym jedno od nieznanego osobnika. Dziewczyna miała na sobie wąskie, ale wygodne spodnie koloru khaki ; przywiązana do ich nogawki jest skórzana pochwa na sztylety (W tym dwa na skórzanym pasku), szarą koszulkę z rękawami do łokci, długą brązową kamizelkę, sięgającą do bioder i związaną czarnym sznurkiem. Do tego pas na ekwipunek, przywiązany na prawym ramieniu [Pod łukiem, założonym na ów ramię] i kołczan. Uśmiechnęła się doń i i odebrała od niej zwój z raportem, chowając go do skórzanej torby.
- W takim razie wykonam je jeszcze dzisiaj. To do zobaczenia - posłała wilczycy łagodne spojrzenie. Uśmiechnęła się lekko i oddaliła się po to, by kroczyć po leśnej ścieżce, która prowadziłą w tylko jej znanym kierunku. A mianowicie do jej skromnego domostwa gdzieś na pustkowiu. Rzadko tam bywała. Miała teraz okazje zobaczyć, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Rozejrzała się po podwórzu, otaczającym niewielki dworek, po czym poczęła podejść do karej klaczy, pasącej się niedaleko. Pogładziła czule po chrapach i dosiadła.
- Ruszaj, Eris - szepnęła doń spokojnie, przeczesując smukłymi palcami jej czarną grzywę. Stuknęła ją nogą w bok, by ruszyła. Zwierze nagle ruszyło pędęm, uderzając swymi kopytami rytmicznie o podłoże. Zdawać się mogło, że ziemia pod nimi drży. Jej właścicielka zacisnęła dłonie na lejcach. Wbiła pusty wzrok w kierunku gór do których zmierzała. Czas mijał nieubłagalnie szybko. Otaczający je sosnowy bór oddalał się z każdą chwilą, a po dłuższym odstępie czasowym już zupełnie zostawał daleko w tyle. W końcu dotarła do miejca docelowego i zeszła z klaczy, która mogła odpocząć.
- Możesz wracać do domu, poradzę sobie - rzekła, zerknąwszy nań. Eris pokiwała łbem, bowiem rozumiała, co mówi do niej jej właścicielka. Zaczęła powoli zmierzać z powrotem do domu. A w tymże czasie Kitsune przybrała postać lekko umięśnionej i smukłej Reav'zhotki, która była przystosowana do warunków górskich oraz wspinaczek. Bez chwili zastanowienie poczęła biec przed siebie, omijając zwinnie każdą przeszkodę lub ją poprostu przeskakując. Od tego szalonego, desperackiego pędu już brakowało jej tchu, jednak ani myślała się zatrzymać. Nie teraz. Jednak w pewnym momencie wilczyca zatrzymała się i zadarła łeb, by móc ujrzeć wierzchołek góry. Była już bardzo blisko. Wystarczyło, że przeskoczy nad niewielką przepaścią tuż przed nią, zejdzie na leśną ścieżkę i będzie cały czas biec. Cofnęła się o kilkanaście kroków w tył. Nabrała powietrza do płuc, wypuszczając je z cichym świstem. Starała się opanować strach, ponieważ musiała to zrobić. Przełknęła ślinę i wzięła spory rozbieg, napinając przy tym każdy mięsień, aby przygotować się do skoku. Po chwili odbiła się od ziemi, wykonując widowiskowy wyskok. Podczas 'lotu' spojrzała w dół. To był błąd. Przednie łapy Ciemnoszarej dotykały już ziemi, lecz całą reszte grawitacja nieuchronnie wciągała w przepaść. Z jej gardła wydobył się stłumiony warkot. Wysyczała także wiązankę przekleństw i wbiła panicznie pazury w ziemię, której się trzymała choćby nie wiem co. Coś ją zmotywowało, że zebrała w sobie siły, by z powrotem wgramolić się na ląd. Nie chciała ginąć. Jak już to napewno nie w taki żałosny sposób. Przecież miała dla kogo żyć - chyba. W każdym bądź razie wadera wspięła się na górę, po drodze zahaczając łapą o wystającą skałę, która dotkliwie zraniła jej udo. Sukces. Udało jej się przeżyć. Leżała na ziemi, dysząc ciężko. Spojrzała za siebie, by zobaczyć jak poważna jest rana. Miała lekko rozszarpane udo i chyba skręconą łapę. Czyli nie tak źle. Mimo tych obrażen dźwignęła swe ciało z podłoża i kontynuowała bieg, nie zważywszy na zmęczenie oraz tępy ból w okolicy tylnej kończyny, który nasilał się za każdym razem, kiedy dotykała nią ziemi.
Jakiś czas później była na samym szczycie góry, skąd było widać większość dobrze znanych jej terenów Stada Nocy. Przycupnęła na krótką chwilę, by odsapnąć. Wykorzystała tą okazje, by się rozejrzeć. Zerknęła więc na niewielką lepiankę z której dobiegały ciche chrząknięcia. U jej progu leżał wychudzony wilczur, skubiący mięso z podrzuconych mu kości. A kawałek dalej było powoli wygasające ognisko, jednoznacznie świadczące o czyjejś obecności. Zaczęła zatem szukać tej rośliny. Przetrząsała dosłownie każdy kąt, by ją znaleźć. I szczęśliwym trafem znalazła. Rosła obok wcześniej wspomnianej lepianki. Razem z drugą, bliźniaczą. Oba kwiaty miały identyczne błękitne płatki, jednak wyróżniał je mały szczegół, ale był nie widoczny gołym okiem. Mały, biały paseczek na listku, który właśnie zalśnił lekko w blasku zorzy. Tańcząca wesoło na niebie rozbłysła się nad lasem niczym jasny, seledynowy płomień, będący niczym spektakularny pokaz. To był piękny widok i raczyła się jego pięknem. Kitsune była już w stu procentach pewna, że to jest ta roślina. Podeszła więc doń i chwyciła ją za łodygę, wyciągając z ziemi tak, by się nie uszkodziła. I w tymże momencie ktoś ją zaszedł od tyłu i położył zimną, szponiastą łapę na grzbiecie. Wadera niemalże podskoczyła ze strachu. Jednakowoż mimo stanu lękowego przepełniającego jej ciało postanowiła się odwrócić. Ujrzała wtedy szpetny, jaszczurzy pysk. Stwór był wyższy od niej samej. Ciało miał pokryte ciemno-zieloną łuską, a nosił jedynie poszarpane lniane spodnie i kamizelkę z futra. Do pasa miał przywiązany bukłak z wodą, topór oraz nożyk myśliwski. W łapie zaś dzierżył dzidę, zakończoną metalowym, lekko zardzewiałym ostrzem. Jego pomarańczowo-żółte ślepia zdawały się przeszywać Kitsune na wkroś.
- Kim jesteś?
- Strażnikiem Gór. Czego tu chcesz? - jaszczur odezwał się barytonowym głosem i machnął grubym oraz silnym ogonem z niejaką irytacją, uderzając nim z hukiem. Po chwili wysunął z pyska bladoróżowy jęzor, sycząc przy tym niczym żmija.
- Potrzebuje tego. Jest mi niezbędne do wykonania pewnej misji. A Tobie nic do tego.
Po jej pysku przebiegł wyjątkowo cyniczny uśmiech. Gad zmarszczył brwi, przykładając ostrze dzidy do jej krtani.
- Hola, hola. Nie tak szybko. Nie oddam Ci jej tak łatwo - warknął głucho - Najpierw udowodnij, że jesteś godna otrzymania tejże rośliny.
- A jak mam to niby udowodnić?
- Poprzez pojedynek.
- Pojedynek? A co masz konkretnie na myśli? - zdezorientowana Kitsune uniosła brew ku górze.
- Zwykły sprawdzian umiejętności bitewnych, ot co - rzekł, zabierając ostrze od jej gardzieli.
Srebrnooka pokiwała łbem na znak przyjęcia wyzwania. Gad odłożył swą dotychczasową broń, ale za to użył innej - toporka, który był przywiązany do paska. Wilczyca nastroszyła futro na karku i wymierzyła w jego kierunku cios szponiastą łapą, lecz jaszczur zdążył zrobić szybki unik, jednakże lekko oberwał w ramię. Syknął wściekle. Nie pozostając jej dłużnym podniósł na nią swój topór, którym ranę w okolicy żeber. Kits w odpowiedzi zawarczała nań, doskakując mu z zawziętością do szyi. Zanurzyła płytko zębiska, czując smak obrzydliwej posoki, lecz zwierz odepchnął ją, kopiąc z impetem w mostek, przez co straciła na chwilę oddech. Gad chwycił za szyję, tamując krwotok. Rana nie była jednak poważna. Jej zaś zakręciło się w głowie, jednak nie poddawała się. Znowu wznowiła kontratak. Walczyli tak conajmniej przez kwadrans, może dłużej. Raczej nie można było tego nazwać bitwą na śmierć i życie. Każdy cios był zadawany z precyzją, ale żaden nie był na tyle poważny, by od niego umrzeć. Zmęczona tą bijatyką Kitsune przytruchtała szybko do przeciwnika. Była poraniona i cała we krwi gada. Lewą tylną łapę miała poszarpaną, przednie łapy też, ale w znacznie mniejszym stopniu, oraz jedną poważniejszą w okolicy żeber. Zniżyła łeb i położyła uszy po sobie w niewiadomym celu. Jedynie zmarszczyła pysk, a jej końcówka ogona podrygiwała nerwowo. Jaszczur zwątpił. Odebrał to jako poddanie się, więc opuścił zakrwawiony topór. Wadera zaraz po tym uśmiechnęła się pazernie i chwyciła gadzinę za kark. Mimo iż był większy (Ale lżejszy) od niej o głowę- rzuciła nim z impetem o ziemię, że ten aż uderzył o pobliski pniak. Pokiereszowany jaszczuroczłek wstał. Otarł posokę z pyska i rzekł :
- Krótko mówiąc wygrałaś, dzięki swemu sprytowi, podstępności i sile. Ale zanim Ci zdradzę sposób przygotowania wywaru powiedz mi - po co Ci ta roślina?
- Jak już mówiłam. Jest mi potrzebna do wykonania mego zadania na profesje zielarki, którą pragnę być, bowiem zielarstwo to moja pasja od małego szczenięcia. Oprócz tego wywar z tego zielska ma uleczyć ciężko chorego członka mojego stada. Wystarczy?
Gad pokiwał twierdząco łbem, a następnie wyciągnął z kieszeni zżółkły zwój, związany brązowym sznurkiem i wręczył go Reav'zhotce.
- Proszę. Tu jest w całości opisany sposób przygotowania na leczniczą miksturę. Jest on wysoce skomplikowany. Pamiętaj tylko o jednym - wywar musi być przygotowany podczas pełni księżyca, bowiem ten kwiat o tej porze ma niezwykłe zdolności lecznicze.
- Dobrze, będę pamiętać. Dziękuje Ci jeszcze raz i do rychłego zobaczenia - rzekła nader spokojnie i ruszyła żółwim tempem w drogę powrotną do domu, by dostarczyć do Szery to, czego chciała, a następnie zająć się sobą i swoimi obrażeniami.

***
Poprawione. Wcześniej źle uwględniłam to spotkanie z tym 'Tajemniczym Szamanem', dlatego usunęłam ten wątek, bo w ogóle tu nie pasował i był nierealny, że tak powiem. Błędy też zniwelowałam. Mam nadzieje, że wszystko jest jasne i dobrze opisane. 

I jeszcze jedno: Al, Ireth jest nieobecny. Miałam Ci przypomnieć o tym, że napisał notkę o swojej nieobecności, ale zapomniałam Ci o tym powiedzieć .o. Tak samo jak Koga (Ma szlaban na komputer) i Anaid.
Kitsune Kagerou De'Ayamari (22:20)