Było tak spokojnie.
Dziewicze połacie białego puchu.
Ja, znacząca swoją drogę płytkimi śladami lisich łap. Drepcząca
niespiesznie przed siebie, z nosem przy ziemi, w poszukiwaniu
pożywienia, które pozwoliłoby mi się złapać. Zimno, potwornie zimno.
Cisza wokół była wręcz inwazyjna. Wymowne milczenie drzew przykrytych
śniegiem. Raz po raz na ziemię osypywały się kaskady zamarzniętych
drobinek, zupełnie jakby gałęzie się z nich otrzepywały.
Byłam tak paskudnie głodna. Poszukiwałam już od ponad godziny, wcześniej
napotkałam gromadę saren, spojrzały na mnie z wyższością i dumnie
przekłusowały niemal ocierając się o mój rudy bok. Wiedziały, że moje
krwiożercze paszcze są niczym gdy dane mi mierzyć się z kopytnym.
Niedobitki zimy zostały już dobite, chłód i głód skutecznie mnie
wyręczyły.
Pozostawało mi iść przed siebie w nadziei na przychylność przymarzniętej natury.
Wtedy nagle spokój został przerwany. Zdążyłam wydać z siebie tylko
krótki jęk, ziemia osunęła się pode mną. Zdawało mi się, że spadam bez
końca, świat zawirował. Masa śniegu wydusiła ze mnie powietrze. Dreszcze
szarpały moim ciałem, a mróz kąsał bez opamiętania. Przez chwilę
jeszcze w akcje konsternacji usiłowałam kopać łapami, by wydostać się z
tej mroźnej pułapki. W końcu znieruchomiałam. Rozwarłam pyszczek,
starając się odetchnąć, śnieg wpadł mi tylko do gardła. Uchyliłam ślepia
i zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia ani jak głęboko się znajduję,
ani do czego właściwie wpadłam, ani w którą stronę jest powierzchnia.
Mogłam oddychać, ale czymże był ten płytki oddech rzężący mi w płucach?
Wciąż było tak spokojnie.
Nie wiem jak długo słabłam bez cienia oporu.
Cisza opływała mnie zupełnie tak jak śnieg, który tak bardzo niechciany
wtulał się czuje w moje rdzawe futerko. Nie było mi już zimno. Było
gorąco, każdy centymetr mojego ciała parzył, ale były to jakieś złudne
języki płomieni, nie były moimi sprzymierzeńcami. Ogień we mnie tlił się
już tylko słabo. Jakby się poddawał.
Pięknie, lisico. Zginiesz tu, pod śniegową czapą, pomyślą, że znów
uciekłaś, zostawiłaś ich bez słowa. Twoje ciało jak ostatnio zapłonie
przy ostatnim tchnieniu, topiąc śnieg, wyzwalając Cię o tych kilka
godzin za późno.
Nie.
Zacisnęłam zęby i odepchnęłam z całej siły ubitą masę pod łapami.
Opuszki piekły, jak nigdy dotąd, czułam, że pragnę uciec z grobowca
najeżonego setkami igieł. Zdaje się, że kwiliłam, czy fukałam coś bez
znaczenia, rozpaczliwie wijąc się w tej walce z przeznaczeniem, siła
uciekała ze mnie, porywana zdaje się przez puch, który z każdą minutą
stawał się coraz mocniejszy.
I wtedy dojrzałam za swoimi plecami krótki uskok, centymetrową dziurę w
białym zabójcy. Spoglądał z niej księżyc, zdawał się roztaczać swoją
jasną łunę właśnie dla mnie. Żebym się nie poddała.
Nie pamiętam jak działałam. Nieprzytomność usiłowała porwać mnie w swoje
szpony, zdawało mi się że nie mam już władzy w łapach, że całe moje
ciało jest lodowym posągiem, obróciło się przeciwko mnie, w sojuszu z
beznamiętną porą. I to chyba nie byłam już ja. To ktoś inny walczył,
kopał, szarpał pazurami twardy grunt.
Podniosłam się, podniosłam niczym śniegowy potwór, niczym zaspa która
postanowiła udać się na spacer. Nie miałam siły by się otrzepać, padłam,
dysząc ciężko, delektując się powietrzem które samo wpływało mi do
mordki. Było tak potwornie zimne. Było mi tak potwornie zimno. Było mi
tak ciepło. Było mi tak dobrze.
Było tak spokojnie.
Cisza omamiała mnie, ośnieżone drzewa zdawały się śpiewać anielskimi
tonami, śpiewać kołysankę specjalnie dla mnie. Nigdy nie było mi tak
wygodnie. Kłęby pary równomiernie otulały moje zamarznięte, zbite w
kępki lodu futro. Już nic mnie nie bolało.
Cisza wokół mnie smukłymi palcami wodziła po moim ciele, składała
lubieżne pocałunki, nęcąc, bym nie przerywała jej raz po raz oddechem,
bym jej się oddała.
I kiedy miałam już zamykać ślepia, zadął wiatr. Uniosłam wzrok, spojrzałam w oblicze księżyca.
Nie.
Wydałam z siebie przeciągły jęk i podniosłam się. Moje łapy drżały, sama tak bardzo miałam ochotę się poddać.
Było tak cicho.
Więc zawyłam, zawyłam przerywając tę okrutną ciszę, nasączając swój ton
wolą walki, niemocą, żałością, nawet tęsknotą. Czekałam tylko chwilę. Z
oddali, ze Stada Nocy doszło mnie wycie. Później dołączyło kolejne.
Kazali mi iść, kazali moim nogom utrzymać ciężar i wlec się na przód.
Słysząc zewsząd znajome głosy posuwałam się przed siebie. I wtedy
dostrzegłam jaskinię. Kiedyś mieszkał w niej Rubin, zamierzchłe czasy.
Zapomniałam o jej istnieniu a właśnie teraz miała pozwolić mi przeżyć
noc. Gdyby dostrzegł mnie jakikolwiek większy niż ja drapieżnik, gdybym
znów gdzieś wpadła.
Dotarłam, dostrzegając znajomy, wyrzeźbiony starannie napis "Włości
Rubina. Jak u mamy.". Zaśmiałam się w duchu i zanurzyłam się w cieple
jaskini, ułożyłam się na stercie siana w kącie i skuliłam, w nadziei że
obudzę się żywa, bez martwicy łapek, w nadziei że jutro uda mi się
upolować coś do jedzenia.
O ironio, płytki rów.
Nice try, winter.
Jeszcze nie.