Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Error Buen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Error Buen. Pokaż wszystkie posty

21 września 2013

Frosty Night II [Error]

21 września 2013


Frosty Night II

 http://www.youtube.com/watch?v=VND16EnLROs

Dreszcz po raz kolejny posunął lodowatym szponem po jej kręgosłupie. Sierść na grzbiecie stanęła dęba, ruda pokręciła mordką. Niedobrze. Zatrzymała się i zadarła mordkę.

Wyglądała jak nieszczęście. Kaskady wyliniałego włosia bez entuzjazmu spływały po jej ciele.
Najgorsze było chyba to uwierające poczucie, miało swój początek w okolicy żołądka, promieniowało wgłąb każdego mięśnia. Nie wiedziała, czy to ból, zupełnie jakby tkanki rozkładały się, zaczynały gnić, przestawały tworzyć całość. Problemem była nieprzerwaność poczucia, bardzo rozwlekła tortura.
Głód? Może to było powodem. Kolejne doby bez jedzenia sprawiały, że czuła się coraz lżejsza.
Nawet, jeżeli ambicją byłoby zjedzenie czegoś, na drodze stało zbyt dużo przeszkód, a jej organizm swoją wybrednością lubił czasem zwrócić.

Kłąb pary umknął z jej pyska. Przez chwilę wyróżniał się w tle zasnutego szarością nieba, by zaraz zniknąć, rozpłynąć się zupełnie jakby jego istnienie nigdy nie miało miejsca. Naprędce stworzyła drugi obłok, by odgonić myśli wrzeszczące o urojeniach. Ten również zniknął.

Zęby bolały tak bardzo, że obawiała się o ich statyczność. Każdy z osobna, ale był i tępy ból ciągnący się aż po skroń. Mimo to bez własnej woli zaciskała szczęki i tarła, zdzierała wrażliwe szkliwo.
Przeżuwanie było torturą, po cóż więc jeść? Język i tak nie odczuwał smaków, na jego bokach widniały szramy, zupełnie jakby proszek zaorał wrażliwą tkankę szponami. Mięśnie zaciskały się nagłymi skurczami.
A źrenice były ogromne. Źrenice były lustrem jej wnętrza, wnętrza z którego raz kipiało szczęście, by zaraz później oddać miejsce niewiarygodnym pokładom cierpienia.

Powrót do szczęścia oznaczała już tylko trucizna.


Lisica stąpając delikatnie po mchach dotarła i zatrzymała się u stóp rozłożystej rośliny, tuż obok Aldieb. Jej futro wyblakło, ślepia nie śmiały błyszczeć, boki szpeciły wystające żebra. Straciła na masie, mimo to, że nigdy nie miała problemów z tuszą. Czując brak płomieni w duszy samicy ułożyła się tuż obok niej, opierając mordkę o jej kark. Gorący wydech pogładził futro wilczycy, wrzące od żywiołu którym władała lisica ciało dzieliło się z nią ciepłem.





cdn..?


19 maja 2013

Nie teraz. [Error]



Ciepły oddech ducha niebios. Parapet pamiętał jeszcze liźnięcie słonecznego blasku, momentami przesadnie inwazyjnego. Wymowna cisza unosiła się wokół dziewczyny siedzącej na ciepłym jeszcze parapecie, nogi zwiesiła w dół przepaści pięter. Zmierzch zapadał leniwie nad szarym skupiskiem bloków. Było tak spokojnie.
- Jah, dlaczego milczysz? - Nieśmiały ton przeciął gęste powietrze. Zapytała siebie samą, jej głos pozostał jednak jedynym. Spoglądała na panoramę miasta zapadającego w sen. Ukłuta przez świadomość schowała twarz w dłoniach. I nie wiedziała już, czy bestia kiedykolwiek do niej mówiła. Nie wiedziała w jaki sposób ten świat mógł wydawać jej się wymagającym chęci. Nie wiedziała, czy chce podejmować się czegokolwiek. Grad pytań z których zrezygnowała zastąpiła bezkresna czerń. Tylko miarowe dudnienie jej serca, powietrze rzężące w płucach, szum ulic daleko w dole. I jakieś dziwne cierpienie, pozostawiające po sobie cierpki posmak. Głód? Stłumione, milczące wystarczająco, by pomylić je z krzykiem.
***
Na jej obliczu wymalował się zawadiacki uśmiech. Niedopowiedziana ekscytacja, narastająca tęsknota, głód? Kiedy w ich oczach zatańczył strach. "Być może tym razem zgubię się w tym świecie?". "Być może to będzie ostatnia kropla w kielichu". Myśli płynęły wolniej, niż działała chęć. Rozchylone wargi, ułożenie gorzkiego materiału pod językiem lub podrażnienie spojówek sypkim lekarstwem, połknięcie okrągłej pigułki, zaciągnięcie się z foliowej torebki, czy nawet oblizanie bibułki i umoszczenie tektury tipa w ustach. Cokolwiek. . Tak, jak uczyła mama.
Powiodła wzrokiem po obecnych. I wiedziała, że oni wszyscy również tracą część siebie w zamian za cud przebywania przez moment w innej rzeczywistości. Ale kochała ich w swej bezsilności tak, jak kochała zatracać tę część siebie. I czekała, aż uderzy.
***1.15
Wyszła na balkon, ulica huczała, kakofonia szumu samochodów, drzew, ludzi. Przez moment zastanawiała się, czy to współgra z czarnym niebem, sugerującym udanie się do krainy Morfeusza. Już pędzę, panie Noc, pozwól jednak, że zabiorę tam moich przyjaciół.
***
Teraz!
Zaczerpnęła głęboki wdech i zadarła brodę, wygięła kręgosłup w łuk. Rześkie powietrze nasączone ulotnością tej chwili upajało ją i rozkazywało, by krzyczeć. Zacisnęła pięści, jej oblicze wykrzywił grymas. Płynnie przerodził się w rozkosz, gdy poczuła strugę światła przeszywającą ciało. Otworzyła oczy.
Za balustradą miasto hipnotyzowało jaskrawym światłem. Latarnie rozbłysnęły, złote nici uniosły się w górę. Samochód. Przemknął, żółcią ślepi tnąc narastająca w dole mgłę samotności. Lecz przy niej, na balkonie, za nią, stały osoby które dostrzegały szare wstęgi trawiące niemal oślepiające świetliste kręgi.
Spojrzała na niego, zatopiła się w jego czarnych oczach. Tęczówki ustąpiły miejsca źrenicy, która rozpanoszyła się na tyle, by przyjmować jarzeniówkę niby najjaśniejsze słońce. Na dnie tego obrazu chorobliwego, panicznego szczęścia w jego obliczu dostrzegała też coś zupełnie innego. I czuła, że jest lisicą. Tak jak on posiadał myśli lwa, jak pozostali spoglądali ślepiami wilków, lisów, zwierząt.
Bo chcieli pozostać wolni.
Przecież chodziło tylko o to.
Tylko.

Rdzawa siedziała pośród swojej sfory.

Rozłożyła potężne ramiona skrzydeł, lotki zafurgotały, wiatr zatańczył z nimi, nucąc tak lubieżnie, jak tylko potrafił. Oparła się o barierkę, I zatonęła w rozbawieniu, śmiejąc się jak dziecko, przez cały czas rozmawiała z lwem, na co zwróciła uwagę dopiero gdy szczęście zastąpiło morze odczuć. Gdy przestali się śmiać on również oparł się o barierkę, mierząc wzrokiem oślepiający dywan konstelacji świateł i mroku. Jej skrzydła zadrżały, tak chętne by wzbić w górę bladą postać, tak skore by pochwycić poły wiatru.
- Kiedyś skoczysz, prawda? - Cichy ton lwa, jego spojrzenie. Kakofonia. Światła. Zrób wszystko. Wiatrak kręcący się za jego plecami. Ktoś przeszedł pod balkonem. Powiedział coś. Co powiedział? Dudnienie serca. Zatańcz. Krzycz.
Skocz.
- Wszyscy kiedyś skoczymy. - Odpowiedź która padła wybrzmiewając tak ciężko, jak topór pytania.
***
Rozeszli się. Jak wcześniej. Jak zawsze wcześniej. Głowa ciążyła. Nie, nie był to ból. Jej nieznośne wnętrze jęczało, skręcając się i wijąc. I tylko ta krótka myśl; może lepiej było robić to w Stadzie Nocy? Czy ceną za namacalność futra musi być nieznośny głód rozdzierający trzewia? Czy poczucie zmiany, która nie doprowadzi do niczego jej wartego? Czy naprawdę było lepiej?
Samotność. Samotność której nie wypełnią litery. Samotność którą wypełni obecność innych. Namacalna obecność.
Nie, nie zrezygnuję z niczego.
Naprawię wszystko.
Ale nie teraz. Teraz pozwól mi zanurzyć się w niebycie.
- Przegrałaś. - Szyderczy szept. Wykrzywiona w grymasie facjata demonicy.
Odpowiedź ledwie ślizgająca się pomiędzy szarymi ścianami pokoju. 
- Wygrałam. Miło Cię znów słyszeć, Jah. -



12 lutego 2013

Once, I was lost [Error Buen]

11 lutego 2013

Once, I was lost

http://www.youtube.com/watch?v=u4izoTTkhcw&list=PLB69395BD9D0BE7EC

Blada stópka zetknęła się z kojąco chłodnymi kafelkami. Drobna noga zadrżała, niepokojąco zbyt słaba by udźwignąć tak niewielki przecież ciężar dziewczyny. Blond włosy spływały lekko na jej ramiona, grzywka chaotycznie przysłaniała wyblakłe oblicze. Wypełniła płuca powietrzem, które niczym rozżarzony do rdzy węgiel poparzyło jej wrażliwe zmysły. Nie prosiła wcale o ten oddech.
- Pozwól mi. - Wyrzęziła, utkwiwszy zamglone spojrzenie wprost w ślepiach zwierzęcia naprzeciw.
Dziewczyna z każdym krokiem ku rudej istocie zdawała się coraz bardziej przypominać usychający płat kwiatu, którego kres zaznacza ścieżka usypana pyłem. Na delikatnych policzkach perliły się łzy. Lisica nawet nie drgnęła. Spojrzenie jej czarnych oczu lśniło władczością. Być może zamroczony wzrok płatał figle, a może na jej pysku faktycznie widniał zawadiacki uśmiech. Jęk wydarł się ze strapionego gardła a wiotka ludzka istota z całą swoją siłą ruszyła na przód.
- Cierp! Umieraj z tęsknoty! I zgnij wreszcie pośród wszystkiego co niszczysz! - Jej rozrywający krzyk obił się po ścianach, na co zwierz na krótko uniósł wargi, obnażając kły w akompaniamencie głuchego warkotu. Łkanie blondwłosej ucichło gdy tylko runęła na ziemię, a zarówno z jej nosa, ust jak i oczu trysnęła czarna, gęsta maź. Blady policzek przy zetknięciu z kojąco chłodnymi kafelkami naznaczył się szramą. Usta zastygły rozchylone, by toczyć wciąż  smar. Oczodoły, wytrzeszczone pustką dawały kolejny wylot substancji. Lekkie włosy zamokły, zlepiły się, przybrały kruczy odcień płynu w jakim tonęły.
Ruda cofnęła się z odrazą i przeszła obok bladej kręcąc pyskiem z dezaprobatą.
I wtedy dłoń lepka od mazi pomknęła ku lisicy, niedoczekanie, posunęła tylko paznokciami po kafelkach.
- Masochistka. Cholerna psychopatka katująca siebie samą. Nie uciszysz mnie, nie uciszysz siebie samej. - Charkot nie ustawał, ciemna masa wciąż wypływała z dziewczyny.

_____________________________________________________________________________
Tęsknię. Umieram z tęsknoty. Chciałabym ubolewać. Jakże pomocne jest odczuwanie.

Siedziała na wzgórzu. Pośród jaśniejącej swą wolą życia kiełkujących roślin, pośród rześkiego zapachu istnienia, pośród szumu traw, nieśmiałego ptasiego śpiewu i delikatnego, równomiernego oddechu wiatru. Słońce padało na jej bladą skórę, dbając by nie próbowała narzekać na zimno. Gdzieś przed nią przemknął motyl, niepozorny anioł roztańczony w połach wiatru. Patrzyła na wszystko to, czym natura usiłowała przekonać ją do swego piękna. Niczym szary, gryzący się z resztą element. Patrzyła i mimo tego, że w jej oczach błyszczały iskry, nie była w tanie zająć się cała płomieniem radości. Chłonęła piękno wokół, lecz coś broniło jej zachłysnąć się i odczuć. Jej zmysły wcale nie chciały pozostać na łące, myślami i własną osobą była zupełnie w innym miejscu. Jak zawsze. Czuła, jak ciemna smoła po brzegi wypełnia jej blade ciało.





once, I was lost
to the point of disgust
I had in my sight
lack of vision
lack of light
I fell hard
I fell fast
mercy me
it'll never last

14 stycznia 2013

Jedyny Słuszny Pan #1 [Error]

13 stycznia 2013


Jedyny Słuszny Pan #1

Wtedy właśnie zapadła ta niewymowna cisza, zdająca się wwiercać ciężkim przygnębieniem w czaszkę lisicy. Uroczystości dobiegły końca, a całe stado milczało teraz tuż przy miejscu spoczynku Kitsune. Śnieg nieprzerwanie prószył, ogromne płatki leniwie spadały na pokryte swoimi bliźniakami poszycie. Łkanie stało się teraz przyciszone, wszyscy wiedzieli, że jedyną możliwością na ciąg dalszy jest twarde utrzymanie się na nogach - zima robiła z nas odrobinę aspołecznych, głód, mróz i choroby chyba po raz pierwszy tej pory roku ucięły nasze regularne, radosne spotkania w jaskini. Rozłam teraz mógłby pociągnąć coś strasznego. Wtedy niebo przeciął ogromny kruk. Jego wielkie skrzydła uderzyły powietrze, osuwając płachty śniegu z koron drzew. Zdawał się być niemal tak wielki, jak nieboskłon - jego rozmigotane pierze było wiatrem.  I wszyscy zawiesili na nim wzrok. I nikt nie powiedział słowa.
 ***

- Nie bądź już taki cwany, Sir. - Rdzawa samica żwawo kłusowała przed siebie, podobnie jak jej potomek. Na jej mordce pojawił się zawadiacki uśmiech. On prychnął i żachnął się teatralnie, zadzierając pysk.
- Nie wyobrażasz sobie nawet ile poświęcenia wymagało ode mnie, żeby ten baran wreszcie uwierzył. - Lis zamilkł i nagle zamarł w bezruchu, ryjąc łapami w śnieżnej masie.Wpatrzył się w ciemny punkt, odcinający się kontrastem od bieli podłoża.
- Tam coś jest. - Konspiracyjny szept uwieńczył głośnym przełknięciem śliny.
- To Lisabeth, mistrzu intryg. - Ruda parsknęła śmiechem, delikatnie pociągnęła go kłami za ucho i ruszyła ku kotce. Gdy była już wystarczająco blisko, pewny uśmiech odrobinę jej zrzedł - spojrzenie czarnej ogniskowało się u zacienionych stóp drzewca nieopodal. Dochodziło stamtąd cichutkie, szarpane spazmami łkanie. Zwolniła i już otworzyła pyszczek, chcąc przemówić do gotowej do skoku Lis, ta jednak ją uprzedziła.
- Siedzi tam od trzech godzin. Wciąż płacze i mówi, a jest tam sama. Bełkota o przeklętym szamanie, rzezi kruków i wszystko wskazuje na to, że jest obłąkana. Krwawi, ale przeżyje tu jeszcze do rana. Później znajdzie ją ktoś równie głodny. Mam wrażenie, że to ludzkie szczenię. - Zdała relację. Po cóż siedziała sama, odmrażając łapki, obserwując człowieka przez godziny? Już wspominałam o tym, jak mieszkańcy Stada Nocy stali się odrobinę zdziwaczałymi dezerterami.
- Zaprowadźmy ją do Wielkiej Jaskini. Jeżeli ma umrzeć na tych terenach, to tylko po naszej decyzji. - Odparła druga. Wtedy też Syriusz, który wcześniej czając się obchodził Lisabeth, by upewnić się czy faktycznie nie jest zabójczym stworzeniem wielkości jego ogona, natrafił wzrokiem na zacieniony obszar pod drzewcem, z którego w objęcia światła księżyca wyłaniała się blada rączka, tuż przy jego łapie.
Nie trzeba tłumaczyć, że w mig zapomniał o swoim planie pozostania nieuchwytnym i niezauważonym. Z jego niepozornego gardła wydał się paniczny skowyt, ciskając śniegiem na boki, oraz dziewczynkę dobiegł do Error i Lis. Wściekle dysząc zdradził i umiejscowienie dwójki, łapa lisicy powędrowała w stronę pyska, w geście bezgranicznego załamania.
Rączka pędem schowała się w cieniu, a łkanie ustało. Ona widziała zwierzęta, a te jej nie, wyjątkowo stronniczy układ. Lisica wystąpiła na przód.
- Nie bój się, ludzkie szczenię. Pojawiasz się na terenach Stada Nocy, winnaś teraz udać się z nami do jaskini. Tam - "zależnie od naszej woli, śmierdząca łysa istotko." pomyślała - dostaniesz coś do jedzenia, a także schronienie w zamian za przysięgę, że nie przybywasz ze złymi zamiarami i wyjaśnienia co właściwie tu robisz.- przemówiła. Na moment przymknęła ślepia, by zaraz potem brzeg drzewca zajął się płomieniami, oświetlając dwunogą. Ogień nie trawił drewna, ale i nie dostarczał ciepła, swoista atrapa - przydatna, mało kłopotliwa sztuczka.
Dziewczynka miała długie, czarne włosy, delikatne rysy bladej buzi, napuchnięte policzki i duże, brązowe oczy, które mieniły się teraz płomiennymi barwami, łypały przerażonym, zmęczonym spojrzeniem. Trzymała w dłoni małą laleczkę, kilka skrawków materiału obszytych grubą, ciemną nicią. Zaraz wstała i ukłoniła się. Jej chude nóżki ledwie ją utrzymywały. Potwornie się trzęsła, mimo warstw otulających ją koców.
- Jestem Grace, a to Millvey. - Przedstawiła i lalkę. Jej głos wciąż drżał. - Pochodzę z miasta przy górach Dangey. Mam osiem lat i mama mówiła, że jutro mój wielki dzień, wybrali właśnie mnie, żebym została oblubienicą Jedynego Słusznego Pana. - Słodki głosik łamał się coraz mocniej. - I w nocy porwał mnie wielki, czarny ptak. Nagle znalazłam się wysoko w powietrzu, nie mogłam się poruszyć, nie mogłam - Rozkleiła się na dobre, zasłoniła umorusanymi rączkami oczy. Łzy wielkie jak główki kapusty toczyły się po jej policzkach.
- Porwał i wyrzucił tutaj? - Włączyła się Lisbeth, stawiając na sztorc czarne uszy.
- Powiedział, że zostałam ostatnia, więc jeszcze nie czas na moją śmierć, że jestem potrzebna. - Ledwie dało się zrozumieć co mówiła mała. - Głupi ptak.
Lisica spostrzegła, że to nie bród zalega na rączkach dziewczynki, to złowieszcza barwa odmrożeń. Decyzja była szybka i słuszna - ruszyliśmy do jaskini, by rozgrzać ją ogniskiem i wspólnie zastanowić się nad przyszłym losem.


***

Yayayaa. Moim zdaniem w fabule za bardzo narzucono tok, ale generalnie w moim łepku zapowiada się dobrze. Następni Lisbeth, albo Seth w jaskini - wedle uznania. Żeby zrozumieć trza przeczytać fabułę.

Lis, propsy, ogromne propsy za fabułę, jesteś moim mentorem, maaaan.
I proponuję nazwać szereg tego opowiadania "Jedyny Słuszny Pan"



23 grudnia 2012

Nice try, winter [Error]

22 grudnia 2012

Nice try, winter



Było tak spokojnie.
Dziewicze połacie białego puchu.
Ja, znacząca swoją drogę płytkimi śladami lisich łap. Drepcząca niespiesznie przed siebie, z nosem przy ziemi, w poszukiwaniu pożywienia, które pozwoliłoby mi się złapać. Zimno, potwornie zimno.
Cisza wokół była wręcz inwazyjna. Wymowne milczenie drzew przykrytych śniegiem. Raz po raz na ziemię osypywały się kaskady zamarzniętych drobinek, zupełnie jakby gałęzie się z nich otrzepywały.
Byłam tak paskudnie głodna. Poszukiwałam już od ponad godziny, wcześniej napotkałam gromadę saren, spojrzały na mnie z wyższością i dumnie przekłusowały niemal ocierając się o mój rudy bok. Wiedziały, że moje krwiożercze paszcze są niczym gdy dane mi mierzyć się z kopytnym. Niedobitki zimy zostały już dobite, chłód i głód skutecznie mnie wyręczyły.
Pozostawało mi iść przed siebie w nadziei na przychylność przymarzniętej natury.

Wtedy nagle spokój został przerwany. Zdążyłam wydać z siebie tylko krótki jęk, ziemia osunęła się pode mną. Zdawało mi się, że spadam bez końca, świat zawirował. Masa śniegu wydusiła ze mnie powietrze. Dreszcze szarpały moim ciałem, a mróz kąsał bez opamiętania. Przez chwilę jeszcze w akcje konsternacji usiłowałam kopać łapami, by wydostać się z tej mroźnej pułapki. W końcu znieruchomiałam. Rozwarłam pyszczek, starając się odetchnąć, śnieg wpadł mi tylko do gardła. Uchyliłam ślepia i zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia ani jak głęboko się znajduję, ani do czego właściwie wpadłam, ani w którą stronę jest powierzchnia. Mogłam oddychać, ale czymże był ten płytki oddech rzężący mi w płucach?
Wciąż było tak spokojnie.
Nie wiem jak długo słabłam bez cienia oporu.
Cisza opływała mnie zupełnie tak jak śnieg, który tak bardzo niechciany wtulał się czuje w moje rdzawe futerko. Nie było mi już zimno. Było gorąco, każdy centymetr mojego ciała parzył, ale były to jakieś złudne języki płomieni, nie były moimi sprzymierzeńcami. Ogień we mnie tlił się już tylko słabo. Jakby się poddawał.
Pięknie, lisico. Zginiesz tu, pod śniegową czapą, pomyślą, że znów uciekłaś, zostawiłaś ich bez słowa. Twoje ciało jak ostatnio zapłonie przy ostatnim tchnieniu, topiąc śnieg, wyzwalając Cię o tych kilka godzin za późno.
Nie.
Zacisnęłam zęby i odepchnęłam z całej siły ubitą masę pod łapami. Opuszki piekły, jak nigdy dotąd, czułam, że pragnę uciec z grobowca najeżonego setkami igieł. Zdaje się, że kwiliłam, czy fukałam coś bez znaczenia, rozpaczliwie wijąc się w tej walce z przeznaczeniem, siła uciekała ze mnie, porywana zdaje się przez puch, który z każdą minutą stawał się coraz mocniejszy.
I wtedy dojrzałam za swoimi plecami krótki uskok, centymetrową dziurę w białym zabójcy. Spoglądał z niej księżyc, zdawał się roztaczać swoją jasną łunę właśnie dla mnie. Żebym się nie poddała.
Nie pamiętam jak działałam. Nieprzytomność usiłowała porwać mnie w swoje szpony, zdawało mi się że nie mam już władzy w łapach, że całe moje ciało jest lodowym posągiem, obróciło się przeciwko mnie, w sojuszu z beznamiętną porą. I to chyba nie byłam już ja. To ktoś inny walczył, kopał, szarpał pazurami twardy grunt.
Podniosłam się, podniosłam niczym śniegowy potwór, niczym zaspa która postanowiła udać się na spacer. Nie miałam siły by się otrzepać, padłam, dysząc ciężko, delektując się powietrzem które samo wpływało mi do mordki. Było tak potwornie zimne. Było mi tak potwornie zimno. Było mi tak ciepło. Było mi tak dobrze.
Było tak spokojnie.
Cisza omamiała mnie, ośnieżone drzewa zdawały się śpiewać anielskimi tonami, śpiewać kołysankę specjalnie dla mnie. Nigdy nie było mi tak wygodnie. Kłęby pary równomiernie otulały moje zamarznięte, zbite w kępki lodu futro. Już nic mnie nie bolało.
Cisza wokół mnie smukłymi palcami wodziła po moim ciele, składała lubieżne pocałunki, nęcąc, bym nie przerywała jej raz po raz oddechem, bym jej się oddała.  
I kiedy miałam już zamykać ślepia, zadął wiatr. Uniosłam wzrok, spojrzałam w oblicze księżyca.
Nie.
Wydałam z siebie przeciągły jęk i podniosłam się. Moje łapy drżały, sama tak bardzo miałam ochotę się poddać.
Było tak cicho.
Więc zawyłam, zawyłam przerywając tę okrutną ciszę, nasączając swój ton wolą walki, niemocą, żałością, nawet tęsknotą. Czekałam tylko chwilę. Z oddali, ze Stada Nocy doszło mnie wycie. Później dołączyło kolejne. Kazali mi iść, kazali moim nogom utrzymać ciężar i wlec się na przód. Słysząc zewsząd znajome głosy posuwałam się przed siebie. I wtedy dostrzegłam jaskinię. Kiedyś mieszkał w niej Rubin, zamierzchłe czasy. Zapomniałam o jej istnieniu a właśnie teraz miała pozwolić mi przeżyć noc. Gdyby dostrzegł mnie jakikolwiek większy niż ja drapieżnik, gdybym znów gdzieś wpadła.
Dotarłam, dostrzegając znajomy, wyrzeźbiony starannie napis "Włości Rubina. Jak u mamy.". Zaśmiałam się w duchu i zanurzyłam się w cieple jaskini, ułożyłam się na stercie siana w kącie i skuliłam, w nadziei że obudzę się żywa, bez martwicy łapek, w nadziei że jutro uda mi się upolować coś do jedzenia.

O ironio, płytki rów.
Nice try, winter.
Jeszcze nie.




12 listopada 2012

Opowiadanie na konkurs. [Error Buen]

11 listopada 2012


Opowiadanie na konkurs.

Marsz to nie było dobre słowo. Sunęła, ciągnąc za sobą łapy. Nie miała siły, by iść dalej, nie zawiniły jednak mięśnie, a umysł, umysł po którym od lewej do prawej ścigały się myśli, tupiąc niemiłosiernie, powodując harmider jakiego dawno nie było. W końcu rozejrzała się, czy wokół nie ma aby żadnego śmiałka chętnego podbiec i wykrzyknąć "O BOŻE LISIE POMÓC CI?". Niewątpliwie śmiałek miałby później uraz do małych, futrzastych stworzonek, a ją kosztowałoby to energię. Teren był czysty. Padła jak długa, uderzając pyskiem o wilgotną glebę. Zmysły rozkrzyczały się piskliwie, zupełnie jakby dopiero teraz dotarła do nich temperatura otoczenia. I miały rację. Było potwornie zimno.
Nie ważne, nic nie ważne. Z ziemi wokół niej nagle buchnął ogień. Czerwone języki łapczywie trawiły poszycie, miały chrapkę na futro lisicy, ale ich stwórczyni nie podzielała entuzjazmu. Otoczyły ją kręgiem i drżącymi na wietrze wstęgami pognały w górę.
Splotły się nad jej ciałem, kumulując siły, raz po raz rozbłyskając jasnym światłem. Niby skrzydlate bestie iskrzyły się i walczyły ze sobą, tańcząc niczym oszalałe, aż nagle się spłoszyły. Każdy z płomieni pognał inną stronę. Każda gałąź potężnego, płonącego drzewa unosiła się wysoko nad lisicą i uspokajała karkołomny bieg, gdy napotykała jej spojrzenie. A ruda, leżąc wciąż na ziemi, tak szara w porównaniu do jaskrawych kaskad iskier wystrzelanych w górę, starała się zrozumieć, dlaczego każdy z konarów wielkiego tworu biegnie w innym kierunku.
Dlaczego jej myśli nawet w tak mobilnej, bez ustanku pędzącej formie nie są w stanie stworzyć stabilnej, zrozumiałej całości, którą byłaby w stanie przyjąć. Była pniem tej ogromnej rośliny i nie potrafiła zapanować nad bez przerwy rozrastającymi się palcami płomieni.
Pokręciła z rezygnacją rudym pyskiem. Chciała coś zmienić. To krótkie zwolnienie wszystkich blokad, pozwolenie jestestwu tworzyć bez jej ingerencji nie zdało się na wiele. Tylko tyle, że pozostawi odbicie swojego ciała, zabawne, zamiast kredą pozostanie oznaczona popiołem, inni zamiast zastanawiać się kto zginął, będą dumać nad losem jęczącej z bólu trawy.
Przymknęła ślepia, by poczuć, że płomienie wbijają się głęboko w ziemię, iskrzące się duszyczki rosną w siłę, ziemia pulsowała od ich wrzącego tańca, stanowiąc podstawę ogromnego tworu. Pozostało jej to. Upewnić się, że ramiona nie tworzące całości nie runą tak łatwo. Stworzyć fundamenty, rozżarzyć podziemia korzeniami tworu.
Podniosła się ciężko i westchnęła krótko unosząc mordkę, wiodąc wzrokiem za wiecznie przecinającymi niebo płonącymi ptakami jej własnego umysłu.
Może kiedyś nastanie lepszy czas i konary pokryją liście, może nawet kwiaty?
Zaśmiała się krótko, ironicznie, sama do siebie. Nigdy nie wiedziała, dlaczego to robi. Może czuła się samotna. Może czuła, że wreszcie komunikuje się z kimś z jej kasty.