Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fragaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fragaria. Pokaż wszystkie posty

8 września 2011

Time has come. Farewell. [Fragaria]

07 września 2011

Deszcz zacinał mocno zrywając delikatne liście ze starych drzew. Chmury kłębiły się przypominając góry, góry w oddali imitowały chmury. Wiatr wył pomiędzy białymi kamieniami. Pioruny uderzały tu i ówdzie kładąc rośliny i zwierzęta. Płomień trawił nieliczne trawy, szybko jednak był gaszony przez ulewę.
Krople osiadały perliście na futrze wilka.

-Nadszedł czas. Ten czas, o którym niektórzy z was marzyli, czas, do którego i tak się przyzwyczaicie w ciągu kilku dni. Odchodzę, drodzy HOTNowicze. Przez pół roku przebywałem należałem do waszego grona, jednak dzisiaj się to zmienia. Odchodzę. Czuję się zbędnym ciężarem, niepotrzebną wiązką liter wśród autorów. Nie jestem już tutaj niezbędny. Czuję się obco, więc stanę się obcym. Żegnajcie.

Dalsze słowa nie były potrzebne. Mógł oczywiście opowiadać o ich ciepłym przyjęciu, o tym, że byli jego rodziną... Byli.
Al, usuń mnie, proszę, z autorów.
Fragaria Invisibilis (20:58)

30 sierpnia 2011

Sutanna [Fragaria]

30 sierpnia 2011

Nieduży, biały kościół stał na wielkim, gigantycznym polu pomidorów. Niskie zielone krzaczki upstrzone rubinowoszmaragdowymi, małymi jeszcze owocami stały gęsto, tuż obok siebie, przytulone mocno do drewnianych tyczek. Do świątyni prowadziła wydeptana dróżka, jedna, jedyna. Piasek, którym została wysypana już dawno został ubity. Gładziutka i twarda ścieżka zazwyczaj była pusta, zaludniała się dopiero wtedy, gdy dzwony biły na mszę.
Połamane deski, zbite kilkoma drogocennymi gwoździami i powiązane kawałkami sznurka tworzyły prowizoryczny murek. Na wybetonowanej ziemi tu i ówdzie jawiły się plamy wody pozostałe po deszczu. Opuszczony budynek zamieszkały był teraz przez czwórkę dzieci. Czuły się w nim bezpiecznie, wśród gołych cegieł i odpadającego zgniłego tynku. Wilgoć wisiała wszędzie, powietrzem niemal nie dało się oddychać.
Gruby mężczyzna powoli wciskał się w czarną sutannę, pocharkując i dysząc. Niedaleko obok leżały białe, dziecięce szaty ministranta. Na samym końcu na szyję zarzucił srebrny krzyż i uśmiechnął się lekko. Otworzył drzwi zakrystii i wyszedł do ogrodu na tyłach kościoła. Bluszcz porastał tylną ścianę, na ziemi zaś gęsto rosły krzaki. Ksiądz ruszył w stronę stojącej w cieniu drewnianej huśtaweczki. Na niej także rosły już zwoje liści, nikt nie konserwował wiekowej bujanej ławki. Usiadł.
Obudził ich cichy szloch. Z dala od wygasającego ogniska siedziała długowłosa blondynka, jedna z dwóch dziewczynek. Płakała zgniatając papierowe wycinanki przedstawiające trzymających się za ręce ludzi, darła je na kawałeczki. Po policzkach spływały jej łzy.
-Emilio? Nie płacz, Emilciu... Wszystko jeszcze jakoś się ułoży, zobaczysz. Wszystko będzie dobrze-cichutko zaczął uspokajać ją czarnowłosy mulat imieniem Abraham. Niegdyś chodzili razem do szkoły. Druga z dziewcząt, Zofia siedziała na uboczu. Oparta o filar budynku bawiła się szerokim nożem, ostatnim co wzięła z domu przed ucieczką. Obok niej leżały strzępy pluszowego misia, zabawki jej brata, Valentina. Pamiętała jak dziś dzień, gdy chłopak urwał drobne rączki zabawki i rozszarpał zabawkę na kawałeczki. Plastikowe oko patrzyło na nich z wyrzutem.

Nie przejmowali się tym, było im obojętne co ta kupka szczątek o nich myśli...
Słodki smak winogron wypełnił delikatne, przyzwyczajone do rarytasów podniebienie księdza. Delikatnie bujał się na huśtaweczce, u boku leżał talerz wypełniony przysmakami, który przed paroma chwilami przyniosła Maria, nowa służąca. Nagle usłyszał cichy szczęk. nie był pewien czego... Ale leżały tu przecież różne dziwne przedmioty...
Valentin patrzył pustym wzrokiem na świeże, krwawiące jeszcze z ran na nadgarstkach zwłoki ośmioletniej siostrzyczki. Bezwiednie poruszał ustami, jak ryba złapana w sieć. Po policzkach toczyły się łzy, w garści trzymał zakrwawioną żyletkę daną mu przez siostrę. Nieco dalej, na grubych linach wisieli Abraham i Emilia. Trzymali się za ręce, jakby dodając sobie otuchy w tej ostatniej wspólnej podróży. Jedenastolatek padł na kolana przed zwłokami siostry i ścisął mocno jej zimną dłoń. Wiedział co zrobi, zrobi za nich wszystkich.
Zaskrzypiała zardzewiała furtka ulokowana niedaleko huśtaweczki. Już od dawna nikt z niej nie korzystał, toteż klecha zdziwił się. Cichy szelest trawy zbliżał się, jednak krzewy zasłaniały ojcu Federico zobaczenie nadchodzącej osoby. Nagle go zobaczył. Kasztanowe włosy do szyi, delikatny zarost. Na oczach ciemne okulary awiatorki i ten straszny uśmiech... Ksiądz zerwał się z huśtawki, zrzucając półmisek na ziemię i ruszył pędem przed siebie, drąc sobie sutannę o ostry żywopłot. Biegł, a za nim kroczył powoli dwudziestoparoletni mężczyzna w długim skórzanym płaszczu. Ten nie podzielał pośpiechu duchownego. To on był drapieżcą. Odgłos wystrzału z pistoletu wyposażonego w tłumik nie był głośniejszy niż oddech. Kula przebiła się przez kolano klechy, rozrywając rzepkę i krusząc staw. Mężczyzna zacisnął zęby i wydał z siebie opentańczy ryk, upadając na ziemię.
-V... Valentin? Dlaczego?-wyjęczał sługa Chrystusa.
-Pamiętasz mnie? Trochę się zmieniłem przez te ostatnie lata, prawda?-brodaty młodzieniec uśmiechnął się lekko.-Ale nie martw się. Nie jestem już taki jak wtedy...
-Valentin...
-Zamknij się! Czekałem na tą chwilę piętnaście lat! Piętnaście lat, rozumiesz klecho? Nie umarliśmy, gdy wygonili nas nasi rodzice. Żyliżmy dalej, pomimo tego co nam zrobiłeś, skurwysynu!
-Valentin, wybacz...
-Powiedziałem zawrzyj ryj!-spod okularów pociekły łzy.-Pamiętasz ich? Abraham, Emilia, Zofia i ja... Pamiętasz swoją zabawę? Ufaliśmy Ci, sukinsynu! Tak Ci ufaliśmy! Myśleliśmy, że rozmawiasz z Bogiem. Że zanosisz nasze modlitwy do Niego, że będzie nam lepiej... A ty...
-Valentin, proszę...
-Nie proś mnie o nic! Nie jestem twoim pierdolonym bogiem, ja nie wybaczę!
Cicho szczęknął spust pistoletu, oddech zagłuszył świst kuli. Ołów zagłębił się w czaszce księdza i wydrążył ją na wylot. A wiatr cicho wył w dzwonnicy.
Valentin otarł łzę rękawem. Najstraszniejszy kozsmar wreszcie go opuścił.
Fragaria Invisibilis (21:20)

15 sierpnia 2011

Klaun [Fragaria]

15 sierpnia 2011

Noc wzięła już Cirkhaven w swe dobre objęcia. Harmonii czystego nieba nie burzył nawet najmniejszy strzęp chmury. Gwiazdy odcinały się punkcikami na stropie świata, przypominając samotne łódki na spokojnej tafli jeziora. Wiatr dął i pochylał wysokie drzewa. Zwierzęta dawno już spały, zupełnie z resztą jak i ludzie, pochowani w burych blokach. Nieliczni tylko przemierzali ulice, czy to z chęci, czy obowiązku...
Oczywiście największym zainteresowaniem cieszył się sklep monopolowy, pod którego drzwiami niezbyt trzeźwi panowie pili któreś już z kolei piwo, a ci, którzy polegli wygrzewali ziemię pod ławeczkami. Oczywiście powinna się zjawić policja, zabrać na izbę wytrzeźwień, sęk jednak w tym, że ostatniego policjanta zabił tydzień temu dwunastolatek, gdy stróż prawa próbował zabrać mu papierosy. A jednak mimo wszystko miasto nie narzekało na straszne niedogodności, poza zdarzającymi się falami zaginięć. Ale czymże były zaginięcia, skoro i tak żyło się dobrze?. Mieli nawet własny cyrk...
Harmonię nocy burzył ten właśnie namiot, wielki, pasiasty, biało-czerwony... Światła zeń biły na stojące opodal wierzby płaczące i jaskrawo pomalowane barakowozy artystów. Diament, bo tak właśnie nazywał się ten cyrk, był chyba najczęściej, poza monopolowym oczywiście, przybytkiem rozrywki. Praktycznie codziennie wykupione były wszystkie bilety. Pasjonaci przychodzili nawet kilka razy w tygodniu. Nikt nie pamiętał kiedy cyrk przyjechał po raz pierwszy pojawił się na obrzeżach miasteczka, ale pewne było, że dobrych kilkadziesiąt lat temu. Może nawet z setkę... Cyrkowcy nie asymilowali się ze społecznością lokalną, żyli w swoim własnym obozowisku. Tam rodzili się, uczyli akrobatyki, grali a potem umierali. Powstał nawet mały cmentarzyk oddzielony od cmentarza parafialnego materiałowym parawanem wyszytym w kolorowe rąby.
Dobiegał końca ostatni występ, treser lwów niedbale trzaskał biczem, gdy płowe bestie przestawały biegać w kółko i skakać przez płonące kręgi. Pył spod ich łap unosił się wszędzie, włażąc oglądającym do oczu, jednak ci niewiele się tym przejmowali. Niektórzy od urodzenia oglądali ten pęd, obserwowali tą zniewoloną siłę, ale i tak za każdym razem dziwili się, jakby widzieli bestie po raz pierwszy.
Za kulisami siedziało dwóch klaunów, czekających na swą kolej. Pomieszczenie przepełnione było smrodem potu, końskiego łajna i zepsutego mięsa, zawalone zakurzonymi gratami. Stary gramofon powtarzał ten sam fragment kilkudziesięcioletniego utworu. Jeden z połykaczy ognia wypróżniał się na połę, zaś na sianku dwoje akrobatów wypróbowywało nowe pozycje. Nie tylko akrobatyczne.
Kurwa... Nie chcę tam znowu wychodzić, to żałosne. Dlaczego ja to robię?
Robisz bo musisz, takim zostałeś stworzony. Nie martw się tym tylko rób swoje. Uśmiechaj się i wydurniaj.
Ale ja nie chcę tak!
Nie dyskutuj. Dawno temu wybrałeś ten zawód. Płać za pomyłkę...
Niech Cię szlag...
Jeden z klaunów wykrzywił się demonicznie i odgryzł głowę szprotce. Zielone kręcone włosy tworzyły marną imitację afro. Drugi, niższy i grubszy przeczesał palcami czerwone gniazdo ulokowane na jego głowie. Wziął do ręki czarną kredkę, by szybko naprawić nim namalowane nad oczami gwiazdki. Westchnął cichutko...
Już za chwilę przed wami sławni Bracia Klauuuun! zawył głośnik. Niski zmełł w ustach przekleństwo i wstał, poprawiając barwne, niekształtne spodnie. W jego dłoni błysnął szeroki tasak...
Szykowała się kolejna fala zaginięć.

-------
[No trochę do dupy wyszło >.>]
Fragaria Invisibilis (17:13)

24 czerwca 2011

Ćma. [Fragaria Invisibilis]

(Zapewne wiele z was już to zna, bo publikowałem to już na KOLT, a Napcię zupełnie tym wierszem zbombardowałem [tak z 7 razy] *Wink*. Ale sądzę, że jednak nie wszystkim udało się to przeczytać.)

Jeszcze uderza,
Aksamitnymi płatkami skrzydeł
Jeszcze walczy
Z niewidzialnym wrogiem
Ogłupiała prawdziwym fałszem
Bezgranicznym więzieniem
Mrocznym światłem latarki
Bije
W mosiężne sklepienie swego świata
Upada
Na nieistniejącą ziemię
A jej oczy zasnuwają się mgłą
Jeszcze uderza
O twarde powietrze
Jeszcze walczy
W tej walce bez zwycięzcy
Jak aktor odgrywa swą ostatnią rolę
I jak świeca
Gaśnie

Fragaria Invisibilis (10:50)