Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie. Pokaż wszystkie posty

16 grudnia 2012

Moja Historia, cz. 3 [Kayoko]

Nie wiedzieliśmy że byliśmy obserwowani przez... mojego, brata.
Tak, mnie też to zaskoczyło kiedy się dowiedziałam, ale żebyście teraz i
wy mogli to lepiej zrozumieć, opowiem wam w skrócie, historię jaką
niesie przeszłość mojej Matki...
~
Moja Matka, miała potężną moc...
Zamieszkiwała w "Krainie Cienia" będąc partnerką najsilniejszego Wilka w całej tej Krainie.
Po paru miesiącach narodził się, Sadatake... mój brat... i mój wróg.
Wszystko było by dobrze gdyby któregoś dnia,
nie popełniła strasznego czynu, gdzie zdradziła swoją Krainę dla dobra innych.
Została wygnana za zdradę, i nieposłuszeństwo.
Znalazła w końcu swoje miejsce, daleko od byłego domu, gdzie spotkała swoją drugą połowę, zakochała się...
I tak urodziłam się ja.
Odziedziczyłam dużą część jej mocy, o której nic nie wiedziałam. Dorastałam, a wraz ze mną moja moc.
Dorastał i Sadatake...
Który był ze swoim Ojcem nadal w Krainie Cienia. On niestety odziedziczył niewielką część tej mocy. Wiedział co to była za moc, i jaka potężna ona jest.
Za wszelką cenę próbował, stać się taki jak Matka, i być niepokonanym.
Ale cały czas odnosił porażki, a z każdą porażką jego wściekłość wzrastała.
Któregoś dnia, w przypływie agresji zabił swojego Ojca...
stając się nowym panem Krainy Cienia.
A jego rządy były okrutne. Niegdyś piękna Kraina, stawała się coraz bardziej podobna do swej nazwy. Kiedyś ona nie była pustkowiem, ze zgniłym powietrzem i bez roślin. Była to piękna Kraina jedynie tylko położona w części świata gdzie szybko zapadał zmrok... Sadatake mimo swojej słabej mocy, wyczuł moją.
W końcu byliśmy rodzeństwem, z jednej Matki i różnych Ojców. Obserwował mnie... wszystko co robiłam, przez cały czas.
Na początku chciał mnie zabić i posiąść moją moc...
Ale zamiast tego pokochał mnie...
nie jak siostrę,
ale jak partnerkę. Zapragnął być ze mną. I mieć ze mną potomstwo które
by odziedziczyło w pełni moc naszej Matki...
~
Sadatake widząc mnie, leżącą w deszczu i oblizywaną przez Tsuginoriego...
Nie wytrzymał...

- Zabieraj! swoje łapy od niej...

Tsuginori, spojrzał w jego stronę, nie odsuwając się ode mnie, ani na krok

- Powiedziałem... zabieraj się od niej!!!
- Czego od niej chcesz?

Warkną Tsuginori na niego, a on ze strasznym uśmiechem i spokojem powiedział

- Co... nie pozwolisz mi, przywitać się z własną siostrą?

Powiększyły mi się oczy, wstałam i agresywnie powiedziałam

- Łżesz! nie jesteś moim bratem, ja nigdy nie miałam brata...!

Zaśmiał się jak opętany, i zaczął krążyć wokół mnie i Tsuginoriego, co chwila szyderczo się uśmiechając, opowiedział Historię mojej Mamy. Nie mogłam uwierzyć, Tsuginori bacznie go obserwował, warcząc na niego.
Kiedy zaczęło do mnie dochodzić, to co teraz się działo i wszystko poukładało się w jednolitą całość...

- Ty... to ty... porwałeś moich rodziców!

Sadatake wybuch swoim szyderczym śmiechem.
Tak i jesteśmy blisko, twojego domu... tego przeklętego domu, gdzie nasza Matka i twój ojciec, związali się ze sobą...
i w tym momencie Tsuginori
rzucił się na niego gryząc, gdzie popadnie. Ja stałam jak opętana,
On, był temu wszystkiemu winny i na dodatek był moim baratem... on...
~
Zagryzł Tsuginoriego bardzo boleśnie i zaczął uciekać, moje oczy się zaszkliły i
pobiegłam zanim w szaleńczym tempie, Tsuginori mimo ran biegł równo ze mną. Dzięki temu dobiegliśmy do Krainy Cienia, do tego pustkowia. A pośrodku niego była wieża, z dwiema smoczymi czaszkami...
Byliśmy wewnątrz niej, Sadatakę też został mocno poraniony przez Tsuginoriego, krew leciała mu z pyska... i znów zaczęła się konfrontacja, atakowałam razem z Tsuginorim, odskakiwaliśmy i znów atak.
Rozpoczął się morderczy taniec życia i śmierci...
Sadatake używając swojej mocy, odepchnął nas gwałtownym wybuchem...
i rzucił się na Tsuginoriego, zagryzając go na śmierć, jedyne co usłyszałam to głośny pisk, i cichy chichot...

- NIEEE...!

Skoczyłam na Sadatake, ze łzami w oczach, ale on był silniejszy, chwycił mnie łapą za gardło, lekko je rozcinając. Krew spłynęła mi z pyska na jego łapy...
Jak przez mgłę usłyszałam...

- Dlaczego tak cię kochają? co nas różni? masz wszystko, o nic nie musiałaś walczyć, o miłość Matki, przyjaciół...

Czułam jak oczy mi się powoli zamykają...

- Zasadzę w tobie nasienie, i urodzisz dla mnie istotę godną tej mocy...
Ale ta moc jest przeklęta, na co mi ona? jest s hańbiona, głupotą matki...
nie! nie potrzebuję cię...
Zabije, tu i teraz...

Stało się...
wbił mi swoją łapę w serce, zabił... bez litości, ale czemu potem mnie wskrzesił?
był roztrzęsiony że to zrobił, miał inne plany, ułożone ze mną... chciał mieć potomstwo... dlatego. Wydawało się że sam ze sobą toczył walkę... Zapomniał że nie chce mojej mocy, dla siebie. Tylko dla istoty którą miałam urodzić... nawet nie mogę sobie tego wyobrazić, co by się z tym szczeniakiem mogło stać, byłoby nieszczęśliwe, to nie byłoby wilczątko tylko narzędzie w jego łapach... pół wilk - pół duch... bez uczuć, emocji, bez nadziei na lepsze życie. Moja mama, wspaniała istota z mocą wskrzeszania i uzdrawiania, którą wykorzystywała do pomagania innym, gdzie za to została ukarana i wygnana, teraz była wykorzystywana do zabijania, i robienia z
normalnych wilków, bezdusznych zabójców...

Umarłam, a moja krew rozlewała się po szarym piasku...
Sadatake bez namysłu, wbił swój pazur w swoją żyłę w łapię, gdzie płynęła jego
zatruta krew... jedna jego kropla krwi, kapnęła mi do pyska, dając mi nowe życie, ale nie zrobił ze mnie swojej sługi, dostałam uczucia...
Wstałam w lekkim szoku i w przypływie agresji znów podjęłam się próbie ataku, kiedy nagle przede mną stanęło Wielkie Smoczysko, pół martwe... widać było jego stare ciało i kości. Opętane chroniło swego pana. Sadatake jak tchórz poszedł nie patrząc na rozwój wydarzeń. Ja wskoczyłam na grzbiet Smoka i zagryzłam w jego długą szyję z jego martwymi tkankami ciała. Nie było to trudne bo były już uszkodzone z
poprzedniego życia. Smocze ciało upadło a ja w pysku trzymałam jego
czaszkę. Kątem oka spojrzałam na to miejsce gdzie moje życie straciło sens... gdzie umarłam, i gdzie straciłam ukochanego... Już nie miałam siły na szukanie moich rodziców, czułam się rozdarta. Wiedziałam o tym że mnie zabił, dlatego coraz bardziej ściskałam w kłach trupią głowę Smoka... by być pewną że żyję...

Wyszłam ledwo na siłach, pozostawiając za sobą ślady krwi...
Zaczęłam błądzić, bez celu.
Przez parę długich lat.. coraz bardziej wyczerpana
Nie jadłam, nie piłam, dość długo wytrzymywałam pod wpływem zatrutej krwi
Aż w końcu doszłam... do was...
Straciłam przytomność
~
A wy zaopiekowaliście się mną, przygarnęliście... dając mi szansę
na drugie lepsze życie
gdzie jestem wam za to niezmiernie wdzięczna
i zawszę będę,
aż do końca
...
Teraz już wiecie...
Jaką ze sobą niosę historię
i jakie niebezpieczeństwo nam grozi...
jeśli tu zostanę
On nie odpuści...
nigdy...
~
Każde stado jakie mnie przygarniało, i kiedy opowiadałam im o swojej historii, wyganiało mnie... traciłam przyjaciół... i znów szukałam domu, i tak w kółko.
Nie chce żeby i tu, to samo się powtórzyło,
ale zrozumiem to...

7 grudnia 2012

Moja Historia, cz. 2 [Kayoko]

Parę lat później... 

Stałam się, nastoletnią Waderą.
Przepełniona bólem i nienawiścią do wszystkich i do wszystkiego co mi
było obce. Po tym co w moim życiu się wydarzyło, nie myślałam o niczym

innym jak o zemście...

Właśnie w tym momencie, zaatakowałam Lidera Stada Sarn.
Nie zwracając, nawet najmniejszej uwagi na popłoch, który tak szybko
stworzyłam, położyłam się pośrodku polany tego Stada i skręciłam
Rogaczowi kark na oczach jego młodych. Nie licząc się z ich uczuciami.
Pozbawiając Stado Przywódcy i Ojca Koźląt. żaden z członków nie odważył
się go obronić, ani mnie przepędzić, patrzyli tylko wszyscy bezradnie
jak wgryzałam się coraz bardziej w jego mięso, i oblizując się z krwi.
Wstałam jak gdyby nigdy nic i poszłam w swoją stronę, nie wiem co dalej
działo się ze Stadem, nie interesowało mnie to. Pozbawiałam się swoich
uczuć, już nie byłam tamtą szczęśliwą Wilczycą za czasów szczeniaka
chciałam mieć tylko pustkę w Sercu, nie czuć bólu ani smutku, chciałam
stać się groźna żeby mnie się wszyscy bali...
Zamyślona, poszłam w stronę mojego byłego domu i próbowałam sięgnąć jak
najdalej pamięcią, w którą stronę zabrano moich rodziców. Stanęłam za
drzewem tak jak wtedy kiedy się ukrywałam, kiedy obrałam już prawidłowy
kierunek, zerknęłam jeszcze po raz ostatni na mój dom, przypomniałam
sobie wszystkie wspomnienia aż do chwili obecnej i zaczęłam biec. Po
chwili zdezorientowana nie miałam pojęcia gdzie dalej iść... wiedziałam
że nie mogę się tak łatwo poddać, i od razu na wejściu. Ale nic nie
przychodziło mi do głowy gdzie mogli dalej pójść.
I dokładnie teraz usłyszałam szelest, zanim się zorientowałam ktoś lub ,

coś, powaliło mnie na ziemię obezwładniając.
Szarpałam się nie dając za wygraną. Kiedy się oswobodziłam, moim oczom
ukazał się Wilk.


- Spokojnie, nie chciałem cię aż tak przestraszyć
Milczałam...
- nie jesteś zbyt rozmowna...
- to dlatego że mnie wystraszyłeś!
- nie chciałem cię spłoszyć żebyś przypadkiem nie uciekła bo bym cię nie
dogonił...
- czego chcesz ode mnie?
- Porozmawiać... widziałem jak zabiłaś tego Kozła, dość niespotykane
zachowanie, ale wspaniała technika
- co masz na myśli mówiąc dość niespotykane?
- wyglądałaś na zagubioną, albo opętaną
- i śledziłeś mnie tylko po to by mi to powiedzieć?
- nie, nie do końca, przyglądając ci się pomyślałem że mogę zaoferować
ci swoją pomoc
- kto ci powiedział że potrzebuje pomocy? sama sobie świetnie radzę, nie
potrzebuje niczyjej łaski...

Sama sobie zaprzeczałam, ale nie byłam pewna czy mogę mu zaufać,
zaczęłam, próbowałam dalej węszyć, Basior widział moje zagubienie więc
znów spytał

- jesteś, tego pewna, że nie potrzebujesz mojej pomocy?
- Eh... ale ty jesteś natrętny... jeśli to cię usatysfakcjonuje to
szukam Krainy Cienia, zapewne nie wiesz gdzie to jest, a teraz idź i
mnie nie denerwuj...
- wiem...
Spojrzałam się na niego nie dowierzając
- dlaczego od razu zakładasz że nie wiem, no ale skoro nie chcesz mojej
pomocy...
- Nie! czekaj... przepraszam, że tak cię potraktowałam. Jestem
podenerwowana minęło tyle czasu odkąd zabrano moich rodziców, i muszę
ich odnaleźć, i nie wiem gdzie szukać...
- Zabrano ci rodziców...?

~

Opowiedziałam, mu całą Historię aż do teraz...
Dowiedziałam się że ma na imię Tsuginori, był oczywiście ode mnie
stosunkowo wyższy, jak inne Basiory, Ciemno-brązowy gdzieniegdzie
szczególnie w okolicach pyska i brzucha jasny brąz, może nawet beż.
Klika dawnych ran w okolicach szyi i nosa. Niebieskooki tak jak u mojej
mamy...


Długo chodziliśmy, aż w końcu się ściemniło... Ciemne chmury coraz
bardziej się zaczęły kumulować, zapowiadając deszcz. Tsuginori pobiegł w
stronę skał, szukając jakiejś wnęki żebyśmy schronili się przed deszczem
i odpoczęli. Nie chętnie schyliłam łeb i schowałam się razem z nim...
Popatrzył na mnie, rozbawiony tą sytuacją

- Co cię tak bawi?
- Nic, nic mnie nie bawi.
Próbował powstrzymać śmiech.
- Ej, to nie jest zabawne o co ci chodzi?!
I w tym momencie polizał mnie w pysk, ja zaszokowana odskoczyłam od
niego, czerwona, stałam w deszczu a serce szalało
- Wracaj tu, bo zamokniesz.
- Co to miało znaczyć?!?!
- Wyznałem ci gestem moje uczucie...
Wstał, powoli podszedł do mnie nie zważając już na deszcz, i znowu mnie
polizał, upadł ze mną na mokrą trawę. A ja, wciąż zaszokowana pozwalałam
mu na to. Jeszcze nigdy nie zaznałam takiego uczucia, przez które
brakowało mi tchu, i robiłam się czerwona.
Pierwszy raz odkąd zabrano moich rodziców, nie zaznałam takiej radości
aż do teraz, chciałam żeby czas się zatrzymał. Już nic innego mnie nie
interesowało. Niestety jego też nie...

Nie wiedzieliśmy że byliśmy obserwowani...


Cdn...

14 listopada 2012

Moja Historia, cz. 1 [Kayoko]

Wiele lat temu... byłam zupełnie inną Waderą niż jestem dzisiaj...
jakbyście mnie wtedy poznali zanim to się wszystko zaczęło nie
uwierzylibyście mi że taka kiedyś byłam...

Ale wszystko po kolei...

Kiedy byłam szczeniakiem może i nie miałam zbyt kolorowo ale to był
częściowo najlepszy okres mojego życia przynajmniej pierwsza połowa mojego
dzieciństwa
Byłam zawsze pełna energii i ciekawa świata
Bardzo szanowałam moich rodziców.
Po mojej Matce odziedziczyłam kolor sierści brązowo-szarawy miała
piękne błękitne oczy, Ojciec natomiast miał ciemniejszą sierść również

Szarą
prawie że Czarną po nim odziedziczyłam złotawe oczy

Chętnie słuchałam opowiadań mojego Ojca o różnych rzeczach jakie widział
ile złych wilków zabił, chciałam być taka jak on
być szanowaną i zobaczyć niezwykłe miejsca...
Matka natomiast uczyła mnie jak polować i skutecznie zabić po cichu
często mi się nie udawało ponieważ byłam jeszcze za młoda na polowanie
i poważne podchodzenie do życia. Moja mama śmiała się często z moich
daremnych prób a ja ze smutkiem wracałam do niej i wtulałam się w jej

sierść

- Znowu mi się nie udało...
- Nie martw się z czasem wszystko przyjdzie łatwiej
otarła swój łeb o mój uśmiechając się ciepło
Na dziś wystarczy wracamy do jaskini
uśmiechnęłam się do niej i jak zwykle po każdym polowaniu ścigałam się
z Matką w drodze powrotnej do groty...
Aż pewnego razu kiedy szybciej wróciłam do domu moim szczenięcym oczom
ukazał się widok który mnie sparaliżował...
Zobaczyłam mojego Tatę który krwawił z poszarpanych i bardzo głębokich
ran... stałam jak zamurowana... a oczy mi się zaszkliły
Za mną stanęła Matka i od razu zareagowała nie zwracając na mnie uwagi
cała drżałam chciałam wykrztusić z siebie
"Tatusiu... kto ci to zrobił"
Ale słowa utknęły mi w gardle tak jakby niewidzialna ręka mnie chwyciła.
Mama zabrała go w głębszy kąt jaskini też chciałam iść ale stanowczym i

agresywnym
głosem mnie wygoniła

Słyszałam... krzyki... płacz, później przerodziły się one w agresję i

kłótnie
nadal nie dowierzałam w zaistniałą sytuację
usłyszałam mały strzępek rozmowy moich rodziców...

- To nie możliwe... nie zgodzę się na to
Powiedziała Mama
- Musimy to zrobić widzisz do czego są zdolni
Odpowiedział Tata
- Nie nie zostawię jej tu samej
- Musisz jeśli chcesz żeby przeżyła!!!

Gwałtownie oczy mi się powiększyły w strachu a żółte ślepia zmniejszyły

Podeszłam do nich mimo zakazu
- Czy... ja umrę...?
Spojrzeli na mnie oboje, Matka przytuliła mnie płacząc gorzko
a Tacie zaszkliły się oczy...

"Stanowczo mogę powiedzieć że na tym zakończyła się ta dobra część
mojego dzieciństwa..."

- Musimy iść... zwrócił się Tata do Matki
Zaczęłam płakać, Matka odsunęła się ode mnie i powiedziała drżącym

głosem
- Nie kochanie... ty nie umrzesz...
Odeszła w stronę wyjścia z jaskini z wielkim trudem.
Wiedziała że musi, ale nie mogła. Zaraz za nią poszedł Tata
lekko trącając mnie w głowę mówiąc
- Bądź silna... pamiętaj co ci mówiłem, jeszcze wiele osiągniesz
pamiętaj...

Nie... nie, nie mogłam uwierzyć że to się dzieję
- Dlaczego mnie zostawiacie...?!
Krzyknęłam z płaczem za nimi
- Nie mamy wyboru... to dla twojego dobra
Odpowiedział Ojciec
- Ucieknijmy razem... proszę nie zostawiajcie mnie...

Dalej nalegałam i nalegałabym dłużej gdyby nie zawyłyby wilki

- Szybko! uciekaj już tu są!!!
Krzyknął Tata

Przestraszyłam się... uciekłam... mogłam zostać, wiedziałam że powinnam
była tam zostać...
Gdybym była wtedy odważniejsza i mogłabym cofnąć czas wszystko by
potoczyło się inaczej...

Moich rodziców zabrano do Krainy Cienia gdzie wilki są opętane
i wykorzystują innych dla własnych korzyści.
Chowałam się za drzewem i patrzyłam jak ich zabierają, chciałam
krzyczeć... ale nie mogłam znowu niewidzialna ręka mnie chwyciła
za gardło...
łzy powoli mi leciały... zostałam sama, zdana na siebie, nic nie mogłam
zrobić nic... zupełnie nic...
Kiedy odzyskałam kontrole nad sobą, zaczęłam biec a może uciekać?
nie wiem biegłam... jak najszybciej od domu... byłego domu. Z czasem
poczułam zmęczenie a także coraz bardziej narastający głód, mogłabym
zapolować ale nie miałam już siły.
Straciłam przytomność...

Cdn...

29 października 2011

Historia gen. Sarah

29 października 2011

Przed kilkoma członkami stada staje wilczyca. Na oko wzrostu wysokiego człowieka, choć nie bardzo wysokiego. Stoi na dwóch, tylnych łapach, ręcę trzyma w kieszeniach płaszcza, sam płaszcz nie jest niczym szczególnym. Jest zwykły, ciemnoszary, na ramionach ma wojskowe pagony, na górze zakrywa całą szyję, sięga po kostki. Pagony składają się ze splatających się srebrnych lin i trzech złotych gwiazd. Brak obuwia rekompensuje wojskowa, koloru płaszcza czapka. Niektórzy przypominaja sobie, że kiedyś, gdzieś Sarah mignęła im w ciemnogranatowej furażerce. Sierść ma ciemnoszarą, przechodzącą w czerń. Ma ładne, żółte oczy, pod płaszczem coś lekko pobrzękuje.
Wilczyca siada na większym kamieniu, spod płaszcza wydobywa cygaro, zapala je, zaciąga się puszcza obłok dymu i zaczyna snuć opowieść...
"Rok 1944... W Berlinie panuje atmosfera napięcia, stresu, przygnębienia. Alianci, zdrada Zwiazku radzieckiego, to wszystko wymusza na niemieckich naukowcach wzmożone działania. Projekty V3, Wielki Babilon, Silber Vogel są już ukończone, jednak nie ma możliwości użycia ich obronnie, więc prototypy muszą poczekać. Eugen Sänger, człowiek którego potem nazywałam ojcem wpada podczas grubo zakrapianego przyjęcia na pewien pomysł..." Zaciąga się i znów wypuszcza dym, zamyśla się na chwilę "... jeszcze tej nocy siada w swoim mieszkaniu, zamyka się na 3 spusty, zaczyna rysować plany. Nad ranem dzwoni do swego przyjaciela:
- Hallo?
- Sven, masz jeszcze tę hodowlę?
- Tak, a co?
- Kupuje od Ciebie piętnaścioro młodych wilcząt. Tylko samce, żadnych suk. Młode, silne i w sobotę chce je widzieć w moim laboratorium w Berlinie.
- Ale...
- Nie targuj się, dam ci 20 milionów marek za sztukę!
- Ale...
- Co!?
- Mam tylko 14 samców.
- Niech Ci będzie ta jedna samica... W sumie nawet lepiej.
- Widzimy sie w sobotę.
- Tak w sobotę.
I rozłączył się. Usiadł do planów. Siedział tak non-stop przez trzy dni. Tylko co jakiś czas parzył sobie kawę. Po trzech dniach wstał, rozluźnił się i zemdlał. Znalazła go leżącego sprzątaczka, która odwiedzała go w każdą środę. Wzięła jego plany, schowała do teczki i zniosła go na dół, do automobilu. Zawiozła do szpitala. Tam podłączony do kroplówki dochodził do siebie jeszcze przez kilka godzin, po czym wdzięczny swojej sprzątaczce za przywiezienie teczki zaczął przeglądać papiery i doszukiwać się błędów...
W piątek, mimo oporu lekarzy opuścił szpital. Złapał taksówkę i pojechał prosto do laboratorium. Przygotował wszystko po czy zdąrzył się jeszcze przespać w małym pokoju specjalnie do tego celu przygotowanym. Obudził go woźny zapowiadający jego znajomego. Eugen wyszedł przed budynek i przywitał swego przyjaciela z radością. Kazał woźnemu przenieść wszystkie klatki z ciężarówki, po czym po cichu dodał aby odprowadzono pojazd pana Svena. Zaprosił przyjaciela do środka, lecz gdy tylko przekroczyli próg laboratorium, mój ojciec wyciągnął broń z tłumikiem i zastrzelił swego kompana. Nikt nie mógł wiedzieć o projekcie Wolf Hof." Zakaszlała i zaciągnęła się znów "Naukowiec zaczął prawdziwą pracę. Po pół roku ciężkich prac miał wreszcie wyniki. Chociaż dwa wilki zdechły podczas zabiegu, 13 przeżyło. W tym jedyna wilczyca. Ojciec przewidział, że będę miała wpływ na braci, więc ustanowił mnie przywódczynią. Alfą i Omegą. Alfą bo byłam przewodnikiem, Omegą bo miałam zginąć jako ostatnia. Zostaliśmy niesamowicie wyposażeni przez naszą matkę, naukę i ciotkę propagandę. Mieliśmy być nasieniem Rzeszy, lub zarazą reszty świata w przypadku upadku* Wzdryga się od ostatnich dwóch słów" Wyposażono nas tak, że moglibyśmy biec w nieskończoność pod warunkiem, że mieliśmy wodę. Mogliśmy sami przejąć władzę i stworzyć kolejną Rzeszę. A ja mogłam najwięcej. Byłam główną bazą informacji. Było jeszcze coś. Mój skomplikowany układ trawienny jest w stanie rozdzielać poszczególne pierwiastki, a..." dłużej zastanawia się, czy dokończyć to zdanie "aaa... a... Ech... Jest też mój główny system zasilania. Generator wodorowy. Zimna fuzja. Woda działa na mnie jak narkotyk. Gdy się napiję, mój układ trawienny oddziela wodór od tlenu czemu towarzyszy uczucie otępienia. Potem jest lepiej. Nagły skok energii, jednak jeśli jej nie opanuje, zaczyna palić od środka. Zawsze zresztą kiedy przeprowadza fuzję dla energii musi część ciepła oddać do otoczenia. Ale to jest jeszcze znośne. Najgorsza jest zasada 3 warunków, swoisty system zabezpieczeń. W przypadku gdy spełnione będą 3 warunki - Upadnie Rzesza, Zginą wszystkie dzieci projektu Wolf Hof, i ogarnie mnie rozpacz zostanie przeprowadzona tzw. gorąca fuzja, czyli celowe przegrzanie rdzenia i wywołanie wybuchu nuklearnego. Początkowo ładunek Trytu był niewielki i starczyłby "jedynie" na zmiecienie z powierzchni ziemi ćwierci obszaru Stanów Zjednoczonych z radiacją zapobiegającą osiedlaniu przez najbliższe 240 lat. Jednak przez 67 lat egzystencji ładunek wzrósł. Początkowo nie miał tego robić, jednak uszkodzenie 8 maja 1945 roku zmienieło nieco strukturę reaktora i tak jakoś wyszło..." wzdycha... "Uff... wyrzuciłam to z siebie. W każdym bądź razie, mieliśmy niecały rok na swobodne "dzieciństwo". W maju '45 alianci zaatakowali Berlin. Walczyliśmy. Zbieraliśmy tysięczne żniwo. Straciłam 3 braci. Pod wieczór 8 maja zwołano nas do Reichstagu. Nic nie rozumiejących zakuto w kajdanki, związano łańcuchami, pozamykano w skrzyniach. Czuły słuch mówił nam jednak co sie dzieje. A działo się podpisanie aktu kapitulacji. Byłam wściekła, tak wściekła, że staraciłam kontakt z braćmi. Miotałam się. Nie mogłam uwierzyć, że Rzesza upada." Chwila zastoju. Słuchacze widzą, że ciężko jej o tym mówić. Przełyka ślinę" Potem nie było już nic. Mój świat składał się wyłącznie z pustki. Nad ranem znaleźli nas Amerykańscy piloci. Wszyscy moi bracia byli martwi. Zabiłam ich, odcinając się. Ja byłam bazą, ja byłam źródłem zasilania. Zdradziłam ich. A oni mi ufali. Ale... ale to chyba nie z mojej winy? Prawda? Potem już było z górki. Amerykanie próbowali mi zrobić pranie mózgu, nie udało im się, jednak wyzwolili mnie z fanatyzmu. Potem uciekłam. Błąkałam się po świecie, jednak nie miałam siły spełnić 3 warunków. Choć 2 już były spełnione... Jakoś wróciłam do Europy. Udałam się do Norwegii w nadzieji na odnalezienie bazy swoich. Nic z tego. Znalazłam jedną bazę naukową, jednak była opuszczona. Znalazła tam jednak adres opuszczonego satelity Thora. Skontaktowała się z nim i przekazała dużo energii. Właściwie to uratowała jego software przed zaniknięciem. W ten sposób Thor zgodził się jej służyć, jednak rządał w zamian energii. Zgodziła się, Co to było? Jeden satelita? Miała rezerwy dla 12 superżołnierzy! Potem nie było już nic ciekawego. Błąkał się po Europie, dokształcała, czasem ogarniała ją kurwica i rozwalała w drobny mak jakiąś Ukraińską wioskę. Miała wiele watah, jednak z niektórych ją wydalano, bojąc się 3 warunku, inne się rozpadały, z jeszcze innych odchodziła z własnej woli..." I tak to właśnie było. To już wszystko *zgasiła cygaro i schowała do wewnętrznej kieszenie płaszcza* Żegnam was, i dziękuje. Ulżyło mi.
gen. Sarah (17:58)

12 stycznia 2011

Jah? Kimże jesteś? [Glola/Jah]

Muzyka:
http://www.youtube.com/watch?v=PtlemJ0BNQU&feature=related

||: Jeżeli dasz radę przeczytać do końca będę Cię wielbić. Prawda i historia Jah. I hope you like it.


Ta chwila utkwiła w pamięci już do końca. Nie końca życia, kruchego przecież jak leżąca na parapecie od lat porcelanowa lalka, a końca istnienia. Wokół nie było już prawie ludzi, noc zatopiła w swej posoce otoczenie po kres horyzontu. Trudno spamiętać numery rejestracyjne, czy pogodę.
Dwa obrzydliwe, żółte oczyska reflektorów łypiąc sprzed czarnej maski oślepiły smugami jasności. Oddech ugrzązł w piersi, na ten ułamek sekundy ciągnący się w nieskończoność serce przestało łomotać. Nie zdążyła wydusić z siebie nawet słowa, a słowem tym byłoby”dziękuję”.
Struga delikatnych krwistoczerwonych chabrów ozdobiła ulicę jednocześnie znacząc ją piętnem śmierci. Rdzawe smugi,niby wstęgi zawiązujące sojusz życia ze śmiercią. Dywan agonii coraz szczelniej pokrywał jezdnię naokoło jej ciała. Ktoś zasłonił usta dłonią, ktoś krzyknął, ktoś uciekł z miejsca wypadku. A Ona leżała, niemymi przeszklonymi oczyma wpatrując się w nieboskłon,starając się odnaleźć sens w konstelacjach gwiazd.
***
Ruda smukłymi łapkami stąpała po zamarzniętej tafli Storm Eden, niebo pełne gwiazd niemalże na wyciągnięcie dłoni było tak piękne. Od jakiegoś czasu wyczuwała tę woń niepewności, odór śmierci czy strachu. A sączył się on tylko do jednej postaci. Wraz z narastaniem zapachu narastała też niepewność w jej sercu. Ale tym razem nie był to omam.
Wielkie,masywne cielsko natarło od boku, pchnęło ją. Lód zaskrzypiał niepewnie,pękając pod naporem ciężaru potwora. Świat zawirował, tępy ból w okolicy żeber świadczył o upadku. Jeszcze raz coś potężnego szarpnęło ją i pozostawiło leżącą na ziemi, obolałą. Zaskomlała cicho, poczuła w pyszczku krew. Kto i za co…? Potrafiła odpowiedzieć na pierwsze pytanie. Otworzyła oczy i ujrzała wielką bestię. Żebra i kręgi wyraźnie rysowały się na jej wychudzonym cielsku. Wężowy język wynurzył się z jej uzębionej paszczy, by znów zniknąć w jej otchłani. Szła w kierunku lisicy. Poruszała się jak wąż. Ucieleśnienie strachu, z długim pyskiem wiecznie wykrzywionym w zawadiackim, nienaturalnie szerokim uśmiechu.Podeszła, sadzając wielkie łapsko na szyi rudej. Lisica starając się ją odepchnąć wiła się, nie bacząc na honor czy kpiarskie spojrzenie.Fukając cicho przekrzywiła pyszczek i zdołała zatopić kły w łapsku. Bez reakcji. Kiedy wielka spojrzała jej w oczy, ryże ciało zastygło. Przez chwilę tak spoglądały na siebie w milczeniu, uwięzione przez czas z gwałtu bestii. W jej ślepiach migotała frustracja. Rozbiegane, a jednocześnie tak spokojne. Błękitne jak gdyby obejmowało wszystko wąską źrenicą, pałało jasnością odcinając się kontrastem od czerni futra,ciemne zaś, zamglone było przerażająco spokojne. Strach szarpnął rudym ciałkiem. Ona wiedziała. Wydała z siebie barytonowy pomruk.
-Jestem Glola, królowa tych terenów, zostaw mnie. – Syknęła przez zęby lisica. Łapa nie dusiła jej, ale ograniczała ruchy. Szpetny,drażniący zmysły rechot potwora poniesiony echem nocy rozszedł się po polanie.
-TY?! – Zaczęła, unosząc wargi, ukazując żółć szeregu ostrych kłów. – Ty jesteś królową Ty jesteś królową! Wszystko zniszczyłaś! Wszystko! -Charczała. Buzująca w niej konsternacja zdawała się uchodzić. – Ja byłam kimś! Wszyscy mnie kochali! Byłam przyjacielem wszystkich! Byłam słodka, byłam zabawna, byłam piękna! – Z każdym słowem napierała naszyję lisicy coraz bardziej. Ruda zacharczała, a ślepia zaszły jej łzami. Otworzyła pyszczek nie mogąc odetchnąć.Przestała się miotać. -To wszystko Twoja wina! Wszystko zniszczyłaś! JA JESTEM POTWOREM! -Przepełniony frustracją krzyk powoli zamieniał się w lament. Wielkim cielskiem wstrząsnął dreszcz.
- Jak mnie zabijesz umrze ostatnia nadzieja dla Ciebie… – Wyszeptała ostatkiem życia.

Zakazana HISTORIA JAH opowiedziana po raz pierwszy
Lairai od dziecka uzależniona była od leków uspokajających. Brała coraz to większe dawki. W końcu przestały na nią działać dawki śmiertelne valium, które brała codziennie. Stracona została z początku maja2010.Miało to ścisły związek z jej córką, która w rzeczywistości niebyła z nią spokrewniona i Lordem Deathem.
Glola umarła naturalnie w wieku czterech lat, przed majem 2010.
Ich dusze były połączone, jak mawiali Indianie najbliższe sobie serca ze wszystkich. Związane ze sobą magicznie.

Aspeney wskrzeszała do ciała Gloli. Robiła to wbrew naturalnemu przebiegowi,opierając się na własnych umiejętnościach. I dziwnym trafem do ciała lisicy trafiła dusza Lairai.

Ta szybko zauważyła, że aby żyć w spokoju musi podawać się za zwierzę. Mając odmienny charakter od rudej zmieniła jej… swoje w tej chwili życie. Przede wszystkim jako beta hotn odsunęła się od niego. Wprawiając wszystkich w osłupienie przestała zachowywać się jak głupie dziecko, a jak przystało na Lairai stała się poważniejsza i bardziej kobieca. Starała się by prawda nie wyszła na jaw, naśladując rudą jak mogła. Nikt jednak nawet nie wpadł myślą na tę zamianę. Pokochała Renoiego, odnajdując w Nim Margotha i ułożyła sobie zwierzęce życie.

Tym czasem Glola, czy raczej Jej duch, niematerialna dusza była już w drodze do realnego świata. Jednak poprzedzona przez kogoś wprowadziła w między świecie nutę chaosu. Kontaktowała się z szamanami, na czele z tymi których magia jest zakazana, bo tylko ci mogli jej pomóc. Czarnymi siłami ubrali duszę w ciało Lairai. Jako kobieta Glola chodziła po świecie 24godziny, podczas których magia szamana walczyła wewnątrz duszy Gloli z magią która zabiła wampirzycę. I magia która zabiła wampirzycę wygrała,ponownie przerzucając Glolę (już z uzależnieniem od Valium i lękiem przed samotnością – sposobności Lairai) do zaświatów.Tam coraz bardziej rozgoryczona zagłębiała zakazaną magię u najpotężniejszych szamanów, by tylko dostać się do świata żywych i odzyskać własne rude futro i czarne ślepka. Chciała znów żyć. Udało jej się zmaterializować,lecz tym samym ściągnęła na swój kark cienie mroku,gromadziła w swojej podświadomości złe moce. Zmaterializowana, niczym potwór, coraz bardziej z resztą zagorzały zmusiła bliskiego przyjaciel aby ten oddał jej swoje ciało, sam wcielając się w truchło jakim się zmaterializowała [ten fragment tu] .Dawczyni była samicą rasy syberian husky, błękitnooką o imieniu Allelujah. I tak powstała Jah. W momencie nieczystej zmiany ciał,nienawiść do osoby która ukradła jej lisią postać rozsadzała już Glolę.Ciemne dusze przyczepiły się na zawsze, szpecąc jej ciało. Czarne, prawe ślepie Gloli lewe, błękitne ślepie Allelujah. Schizofrenia spowodowana uzależnieniem od valium, nasilonym po stu kroć przez wszystkie zakazane obrządku rozsadzała jej umysł. Gloli nie udało się przejść do końca do realnego świata, a przynajmniej ten świat wygląda zupełnie inaczej w jej oczach. Błądziła zbyt długo między światami,gdzie iluzja idzie w parze z prawdą, a sen z rzeczywistością. Zbyt długo hodowała w sobie wściekłość i złość. Nie myśli już racjonalnie,jest agresywna i zabija dla własnej satysfakcji. Zaczęła to, by powrócić do ciała które zajęła Lairai, teraz nie wie już kim jest,dlaczego. Dlaczego. To pytanie zadaję sobie w kółko.

- Uspokój się.. coś wymyślimy Glolu…-

23 października 2010

Historia Sunset.

23 października 2010


Postanowiłam napisać kilka słów o sobie, oczywiście trochę dłużej niż wczoraj. No więc...
Zaczęło się to tak...
Odkąd sięgam pamięcią, mieszkałam w wysoko położonej dolinie na Wzgórzach Północnych. Nasza wataha była dużą i silną grupą. Urodziłam się o godzinie 6:43 w wschód słońca. Od tego pochodzi moje imię.  Przewodniczyły tylko wilczyce, ponieważ nie chciały, aby coś wymknęło się spod kontroli. miałam 3 miesiące, gdy zaczęto mnie szkolić na przyszłą władczynię watahy.Moja babcia - królowa, starała się jak najlepiej mnie wychować. Przez 4 miesiące nieustannie trenowałam siłę, charyzme i silną wole. Gdy nagle w 7 miesiącu mego życia, rodzice mnie zostawili i odeszli z większością naszego stada. Moje życie legło w gruzach, lecz starałam trzymać się na równi. Przez kolejny rok nie miałam łatwo. Starałam się dobrze wypełniać wszystkie moje obowiązki. Miałam półtora roku, gdy zmarła moja babcia. Miałam po niej przejąć kontrolę, lecz moja siostra, Melody, wtargnęła na tron. Zapanowała bieda i wieczne wojny domowe. Próbowałam z nią walczyć, lecz nie miałam tyle siły. W walce odniosłam liczne obrażenia, niektóre blizny zostaną do końca życia. Uciekłam. Przyrzekłam sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Jednak tak nie będzię, będę musiała wkroczyć na rodzinne ziemie i odebrać panowanie złej siostrze. Po odejściu zostałam samotnikiem. Przemierzałam góry, pustynie i lasy, alby w końcu znaleźć swój cichy i ciepły kąt, gdzie mogłabym zostać już do śmierci. Pewnego dnia zmierzyłam się oko w oko z demonem. Był straszny. Wyglądał jak wielki, czarny kruk. Miał poszarpane skrzydła, z jego oczu sączyła się strumieniami krew. Wystarczył tylko jeden cios . Upadłam i straciłam przytomność. Leżałam kilka godzin w wielkiej kałuży krwi. Po przebudzeniu nie zorientowałam się, co się ze mną stało. Wyglądałam zupełnie inaczej. Stałam się dużą, śnieżnobiałą wilczycą, z oczami czarnymi, pełnymi pasji i chęci walki. Od tej pory radziłam sobie doskonale. W nocy musiałam przejść przez Las Melancholii położony na północy, daleko, daleko stąd . Napotkałam na swojej drodze szamana. Także był podróżnikiem. Niezapomnę jego słów do końca życia : " Pamiętaj córko, masz w sobie demona o potężnej mocy, lecz zmusić go musisz, do czynienia dobra, bo wymknąć spod twej kontroli się może. Idz na południowy wschód, tam znajdziesz odpoczynek i szczęśliwy los. " Podróżowałam jeszcze 16 dni. Co jakiś czas zdołałam tylko upolować jakąś małą sarnę , lub królika. Pewnej nocy, ułożyłam się już wygodnie do snu, gdy coś nagle mnie zaatakowało. Był to nieznany wilk, o brązowej sierść z mądrymi, błękitnymi oczyma. Walczyłam z nim, ile tylko sił. Nagle poczułam straszliwy ból, rozrywający mnie w środku.Straciłam panowanie nad sobą. Spojrzałam na przeciwnika, a ten padł półprzytomny na mokrą, wieczorną trawę. Podeszłam do niego i jednym szybkim ruchem rozerwałam mu brzuch. Leżał już martwy. Odeszłam. Znalazłam cichy zakątek, aby móc przespać się i zregenerować siły. O wschodzie słońca wyruszyłam w dalszą podróż. I tak oto natrafiłam na HOTN . Postanowiłam tu zostać, by móc spokojnie założyć rodzinę i zestarzeć się w dostatku i ciszy. Zaprzyjaźniłam się już z kilkoma osobnikami tutaj i mam nadzieję poszerzyć swoje znajomości w przyszłych dniach...

Dziękuję Wam, za to, że mogę znaleźć tu szczęście i przyjaciół, których w dzieciństwie nie miałam . Obiecuję robić wszystko co w mojej mocy, abyście byli moimi przyjaciółmi, nigdy wrogami. Dziękuję też, za miłe chwile spędzone wczoraj, za to, że mogłam się wygadać, że było mi miło, jak nigdy. Czuję się lepiej niż w domu, chociaż jeszcze tęsknię za rodzinnym stadem. Być może w przyszłości zbuduję własną watahę. Na wszystko przyjdzie czas. Dziękuję. Dobranoc. *uśmiechnęła się ze łzami w oczach i odeszła na spoczynek*
Sunset (21:24)

28 lipca 2010

Moja historia - którą znacie [Tiffany]

28 lipca 2010

ZNALAZŁAM!!!
Notkę o mnie!
Jak dołączyłam do HOTN itp
Pisałam to jak tu dołączyłam i miałam 2 miech więc zaczynam:


*Podchodzi do stada*
Już czas byście o mnie się czegoś dowiedzieli…
Ok. jakiś 2 miesięcy temu narodziły się 2 wilczątka Alpha.
Ojciec o imieniu Tojo kochał je nad życie no właśnie nad życie.
-Kochanie-mówił Tojo do swojej żony Ziry- Co tam u naszej Tiffany i Kovu?
-Nie nic, poprosiłam parę Beta by się nimi zajęli gdyż chciałam się z tobą wybrać do lasu.
Zira i Tojo poszli do lasu. Niestety jak doszli Tojo był zawiedziony. Zobaczył, że żona doprowadziła go na górę śmierci pośrodku lasu.
-Tojo teraz ty musisz wybrać Ty czy Tiffany?- zapytała ochrypłym tonem.
-hmm….ja mam większe szanse że przeżyje
Tojo wiedział że przegra walkę, ale wiedział też, że paro godzinna Tiffany też na pewno nie wygra.
-Chodźcie-Zira zawołała w głąb lasu.
Z lasu wydobyły się zwierzęta ze stadami które nie cierpiały Toja.
-Jestem gotów.-powiedział z odwagą w głosie
Zira ze stadami rzuciła się na Toja ten uciekał na górę Śmierci. Chciał tam umrzeć bo Zira zabiła tam ostatnio ich dziecko o imieniu Jake.
Walczyli pare godzin. Lecz to Zira wróciła do domu z wygraną miną.
-O czy to nie sama królowa nas odwiedziła-para zakochanych oddała pokłony
-Nie inaczej przyszłam po małą Tiffany, mam ją wziąć do męża chce się jej przyjrzeć.
-Nie będę królowej zabraniać
Wzięła Tiffany i zaniosła ją pod wodospad gdzie rosło jedno drzewo w którym kiedyś mieszkały lisy(oczywiście w norze).
Położyła ją obok wejścia do nory i rzuciła się na nią. Nie przewidziała jednego że ziemia jest mokra i mała wślizgnie się do nory do której wilczyca się nie mieści.
Tiffany siedziała skulona w norze, a Zira wkładała jak najdalej swoją łapę do nory.
Gdy Zira odeszła, 3 lisów weszło do nory.
Jedno z nich miało 4 tygodnie, drugie miało 2 lata, a trzecie 5 lat
Ten co miał 4 tygodnie nazywał się Per
2 latek nazywał się Mik
A 5 latek znaczy latka nazywała się Anna Luiza
Tak przynajmniej Tiffany przez najbliższy tydzień się do niej zwracała pozostali czyli Mik i Per mówili do niej ciociu.
Uwielbiała dzieci. Gdy zobaczyli Tiffany zdziwili się, mała wilczyca u nich. Choć nie poznali od razu że jest potomstwem wilków. Wzięła ją do siebie choć było ciasno. W tydzień który Tiffany mieszkała u Anny Luizy, Per zachorował, bardzo, bardzo zachorował był przy śmierci Mik był bratem Per’a więc został. Tiffany umiała sobie radzić już całkiem nieźle więc powiedziała że może odejść.
-Anno Luizo?
-Tak, moja droga?
-Wiem że Per jest chory a w norze brakuje miejsca…
-Tak?- powtórzyła
-…więc ja chętnie odejdę, chyba wilczyca mieszkająca u lisów to nie za bardzo…
-Czujesz się na siłach masz dopiero tydzień-powiedziała babka.
-Czuje-uśmiechnęła się miło.
-Skoro, tak nie zatrzymuje cię.
Tiffany wyszła z nory i podążała przed siebie.
Przez 5 dni nic nie jadła tylko piła na postojach przy jeziorach.
Jak tak szła zobaczyła stado, stado lwów dokładniej.
Podeszła.
-Witam.-mówiła nieśmiało-Chciałam zostać u was… widzicie mam smutną historie i jestem sama na świecie jestem już dość duża by sama żyć bez opieki i nazywam się Tiffany.
Gdy wypowiedziała imię, zaczęły się szepty.
Wszyscy rozeszli się na boki a na środku szedł 2 tygodniowy książę.
-Jak się nazywasz?- spytał.
-Ja? Ja jestem księżniczka Tiffany-ukłoniła się-A ty?
-Ja jestem książę Eric-ukłonił się-dziwne że mnie nie znasz, lwy i wilki oddają mi hołd od kiedy się urodziłem.
-Ostatnio żyłam w śród lisów.-od razu pożałowała że to powiedziała
-A więc nie jesteś księżniczką?!-krzyczał ktoś z tłumu
-Jestem-Wilczyca opowiedziała swoją historie
-A więc dołącz powinnaś się przyzwyczaić.
Dziewczyna patrzyła na całe stado, zauważyła dziwną rzecz
-Czy są tu jakieś wilki?
-Tak… ale tylko jeden nazywa się Jason.
Wilczątko wystąpiło.
-Nazywam się Jason i jestem w wieku księcia-mówił kłaniając się-O pani.
-Nie mów tak do mnie jestem w twoim wieku, jakieś 2 tygodnie
-Naprawdę? - zdziwiony spojrzał na nią
Ona tylko potwierdziła kiwnięciem łba
Jeszcze tego samego wieczoru Jason podszedł do jej jaskini.
-Tiff?
-Tak?- wstała z posłania
-Może się przejdziemy chce ci coś pokazać
Tiffany poszła za nim.
Wyszli na wielką polane z której było widać gwieździste niebo.
-Ale pięknie-szepnęła do niego
-Tak, stado nie wie że jest coś tak pięknego według nich gwiazdy to strata czasu.
Tiffany wpadła na pomysł i położyła się na trawie przez co była cała mokra przez rosę. Ale nie przeszkadzało jej to.
-Co robisz?- zapytał ją Jason
-Ja nic, tak lepiej oglądać
Jason posłuchał jej rady i położył się obok niej.
Tiffany przysunęła się i liznęła go w pysk.
-Dzięki że mi pokazałeś.
-O nie musimy iść!- zerwał się nagle
-Czemu?
-Zaraz patrol tu będzie!
Oboje pobiegli do jaskini.
Rano nie było już tak fajnie.
-Zawołajcie do mnie nową!- krzyczał ojciec Eric’a
-Tu jest-mówili straże
-Tak królu?- Tiffany patrzyła pytająco na Erica.
-mówili mi że ostatniej nocy byłaś na polanie z Jasonem. Czy to prawda?
-Tak, to prawda. Gwiazdy były przepiękne.
-A więc pozostaje mi tylko jedno… -W tym momencie odezwał się Eric
-Ojcze czy mogę ja ją o coś zapytać?
-Oczywiście
-Tiffany czy to prawda że ci się podobało na polanie? I to w nocy?
-Tak to prawda
Eric posmutniał
-Ericu może ty wybierzesz kare śmierć czy wygnanie?
Spojrzała na niego badawczo
-Wybieram wygnanie
-Słyszałaś masz się wynosić i to teraz!
Wilczka odchodziła ze smutkiem na pysku.
Jeszcze tego dnia trafiła na watache dawnych lat
-Witam-mówiła to straży-mogę się widzieć z Alpha?
-Niech pani poczeka.
-Nie mówcie mi pani mam dopiero 2 tygodnie
-A jak tak to won póki mam dobry humor
Uciekała.
Postanowiła użyć mocy by zmienić wygląd na starszy i mówić że ma ok. 2 Lat a nie 2 tygodni.
Szła szła i szła w końcu natrafiła na pewną lisice
-Hej Tiff –podeszła do niej lisica podając łapę-Jestem Glola.
-miło mi z kąd mnie znasz??
-nie znam Cię, ale słyszałam o tobie…
-Skąd?
-z tąd że jak idziesz obok strumyka nie gadaj tyle bo woda wszystko rozgaduje xD
-A ty…
-Bo jestem Glolką! Lisicą numer Jeden!
-należysz do jakiejś watahy??
-no tak a Ty?
-na razie nie, chyba że mnie zaprowadzisz…
-Jasne!!!
A resztę znacie.
*kłania się*
*I odchodzi podskakując *
Papa
Tiffany |Samotna Fala| (14:07)

5 czerwca 2010

Historia Lady Killer

Jako szczenie dopiero stawiające pierwsze kroki byłam inna. Radosna, ciekawa życia. Miałam normalne dzieciństwo, kochającą matkę. Jedyne czym różniłam się od rówieśników był wygląd, i to że nie miałam ojca. Nie znałam go w ogóle. Ma matka, opowiadała mi o nim. Podobno był potężnie zbudowany, i kochał mnie, jednak musiał odejść na bitwę, i tam poległ. Po jakimś czasie, przestałam o niego pytać, iż widziałam że matka słabnie w oczach. Była coraz bardziej wychudzona, a ja coraz częściej nie dostawałam jedzenia. Niedługo potem nie widywałam już rówieśników ani ich rodziców. Nie chciałam wychodzić z małej groty. Rośliny pousychały, nie było ani jednego zielonego listka czy źdźbła trawy. Co krok spotykało się szczątki zwierząt, lub wilki walczące o strzępek skóry. 
  Wtem nadszedł dzień w którym Alfa zwołała wszystkie wilki na polanę. Kazała tez zabrać ze sobą szczenięta, co było zbędne bo żadne z rodziców nie zostawiło by swych pociech samych w obawie że zostaną zjedzone.  Alfa była mniej wychudzona, była w lepszym stanie.
-Panuje głód. --Syknęła w stronę watahy--Nie przeżyjemy tak jak dotychczas, ale nie wyniesiemy się z tych terenów. Wilki są nam potrzebne, niektóre wilczyce też. Ale szczenięta i wiele ich matek to zbędne gęby do wyżywienia!-- Słysząc jej jadowity ton skryłam się między łapami matki. Nie rozumiałam co ma zamiar zrobić, ale ona to czuła.-- Młode, oczywiście nie każde, da się czegoś nauczyć. Ich matki nie! Co tydzień będę wydawać na pożarcie dwie wilczyce, lub szczenięta. Dziś będzie to Katsu i Rege.--Słysząc wypowiedziane jako drugie imię matki spanikowałam. Osobniki stojące obok zaczęły ją wypychać. Kurczowo chwyciłam się jej łapy. Ktoś pchnął ją mocniej, przewróciła się i upadla tuż pod łapami Alfy. Wtuliłam się w jej wyleniałe futro. Obok niej upadła inna wilczyca, siostra wilczycy która wydała ten wyrok. Moja matka uniosła łeb i wyszeptała:
- Katorgo, nie mogę zostawić Lady...
- Twoja córka wydana zostanie za tydzień. Obiecuje Ci to. --Zaśmiała się szyderczo.-- Teraz nadeszła Twoja kolej.-- Dopiero teraz zauważyła moje małe ciało skulone za matczynym grzbietem.-- Ahh, Lady. Chcesz uratować matkę?-- Skinęłam głową, przeszły mnie dreszcze.-- Chcesz mnie zabić, z w imię zemsty?-- Znów potwierdziłam, sparaliżowana strachem.-- Patrzcie, jakie bezczelne szczenie! Pokazać mi ją. -- Jedna z Czujek doskoczyła do Rege-mojej matki-i wbijając kły w mój kark podniosła i stanęła przed Katorgą. Pisnęłam z bólu, jaki czułam po raz pierwszy. Po moich czarnych włosach spłynęła krew.
- Doskonale. Wiesz, Rege? Powiem Ci że Lady nie zostanie pożarta. Szkoda by było takiej sztuki Wilka Celtyckiego. Już ja wiem co z nią zrobię.-- Pochyliła się i szepnęła do ucha wilczycy: ,,Wykorzystam ją do moich celów.'' Potem wbiła kły w jej tętnice, szarpnęła chłepcząc krew. Zaczęłam się z wrzaskiem miotać. Czujka trzymała mocno. Posoka matczynej krwi trysnęła na mój pyszczek, zmieszała się z łzami rozpaczy.
-Jedzcie wilki!-- Zarządziła i to samo zrobiła ze swoją siostrą. Wataha rzuciła się na ,,pożywienie''
-NIEE!!--Wrzeszczałam-- Zostawcie ją!!
  Alfa podeszła w końcu do czujki, sama chwyciła mnie w zęby i zaczęła odchodzić.
Koniec cz I

Cześć druga mojej historii... No cóż...
  Nowa Alfa,Katorga zabrała mnie ze sobą. Nigdy nie widziałam kości mojej matki, nie wiem czy gdzieś je pochowano, wyrzucono czy zniszczono. Co noc nawiedzały mnie koszmary,przecież byłam jeszcze szczeniakiem. Pamiętałam konia który próbował ją powstrzymać, a potem odbiegł. Nie wiedziałam że kiedyś jeszcze ją spotkam, że była to Glola. Teraz chcę jej za to podziękować.
  Katorga... Pamiętam ją doskonale. Choć wolała bym o niej zapomnieć, nie mogę. Do dziś.  Hmm, to co ze mną zrobiła jeszcze bardziej doprowadziło do tego ze stałam się inna. Tyle że teraz ,,stado'' traktowało mnie jak zabawkę. Każdy mógł popchnąć, wyżyć się na małym szczeniaku. Bo co byłam i jestem warta? Nic. Właśnie w tym rzecz. Katorga wychowywała mnie tak, żebym była maszyną do zabijania. I udało jej się. Osiągnęła cel, jednak to ją zgubiło.
  Gdy osiągnęłam dorosły wiek nie miałam skrupułów. Nikt nie ważył się mnie tknąć, budziłam respekt.  Przez cale życie planowałam jak się zemścić. Alfa wiedziała że mogę coś takiego zrobić i dlatego wpędziła mnie w pułapkę... w której sama zginęła. To ludzie ją zabili. I całe stado. Tamtej nocy gdy napadli na te tereny, pierwszy raz posmakowałam ich krwi. I... obudziłam Bakarę. Zemściłam się, ale dlaczego czuję smutek gdy o tym myślę, lub piszę? Czyż nie to chciałam osiągnąć?
  Potem razem z Demonem włóczyłam się po świecie, niszcząc i zabijając. Moim celem stali się myśliwi i kłusownicy. To nie tak że zabijam każdych. To tylko zanim upadło HOTN do którego zawędrowałam. ,,Każdy się zmienia''? Nie,nie. Ja się nie zmienię już nigdy. Patrzyłam na zbyt wiele cierpienia i bólu żeby teraz stać się normalna wilczycą.
  Moja matka nie dała mi na imię Lady Killer. Lady. Tak mnie nazwała. To Katorga je zmieniła, a mi się to spodobało. Choć...Nie... Po prostu nie miałam odwagi jej się wtedy sprzeciwić i myślałam że tak miało być.  Chciałam żeby inny zwracali na mnie uwagę, nie traktowali mnie jak podrzutka. ,,Lady Killer'' brzmiało tak mrocznie i zimno!
  Teraz już za późno na zmianę tego, a mnie zna mnóstwo istnień jako Panią Zabójcę. Niektórzy nazywają MoonDance... To jest wspaniałe imie. Tak podobno nazywała się matka mojego ojca. Nikt nigdy nie pomyślał ażeby nazwac mnie Rege. Tak jak nazywała sie moja rodzicielka. Nikt! Tego imienia zapomniałabym tak jak chciała tego Katorga gdyby nie koszmary. To, że we śnie widziałam tę wilczycę, szeptającą tak cicho, że nie moglam jej usłyszec. I nadal te mary mnie nawiedzają... Resztę historii nie musicie znac. po upadku HOTN... Nie jestem dumna z tego co robilam. I to nasza slodka tajemnica. Moja i Bakary. A dlatego że nikt nigdy nie nauczył mnie komuś ufac, kochac lub nawet przyjaźnic nigdy nie bede normalna. Nie umiem tego. I nie naucze się już. Zbyt wiele istnień pozbawilam istnienia dla zabawy, i muszę czekac na kare ktra skrada się w mroku...

Historia Szery I

Historia Szery:
*Siedziała pod drzewem obserwując gwiazdy migoczące na niebie. Jedna z nich spadła. Gepardzica podążyła za nią wzrokiem, a gdy gwiazda znikła za horyzontem spojrzała na stado. Każdy zajmował się sobą. Niektórzy siedzieli razem. Wstała po cichu i wyszła na polane. Rozglądnęła się i gdy znalazła odpowiednie miejsce dla siebie ruszyła w tym kierunku. Położyła się wygodnie na szerokim zwalonym pniu i wczepiając pazury mruknęła cicho. Niektórzy spojrzeli na nią, ale inni nadal zajęci byli sobą. Mruknęła jeszcze raz tylko, że tym razem głośniej. Większość już patrzyła w jej stronę, tylko nieliczni nie zwracali zbyt wielkiej uwagi. Jej oczy zabłysły w mroku.* A więc jak obiecałam opowiem wam moją historię. Przynajmniej jak na razie jej część.*Zaczęła spokojnie* Nie jest ona krwawa, ani dramatyczna. *Na chwilę urwała* Mimo to nie jest też szczęśliwa.*Patrzyła na stado po czym przeniosła wzrok jakby wypatrując czegoś.* A więc zacznę od początku...
Żyłam w normalnym stadzie. Moi rodzice nie byli nikim ważnym... Ja jako młode nie byłam zbyt silna. Zazwyczaj byłam na uboczu. Żadne z młodych do końca mnie nie akceptowało... "Cóż, czasem bywa i tak.." ktoś by powiedział... Ale nie... ja chciałam to zmienić. Zaczęłam częściej przebywać z innymi młodymi i obserwowałam dorosłych jak polują. Nie wiem jak, ale udało mi się... Reszta mnie w końcu zaakceptowała. Przebywałam z innymi nie martwiąc się o nic "I żyli długo i szczęśliwie." Ta... chciałoby się.... Mimo, że uwielbiałam towarzystwo czasami brakowało mi samotności... Tego dnia, to uratowało mi życie. *Przerwała. Jednak po chwili wznowiła opowieść* A więc wszystko się układało, ale potrzebowałam spokoju. Odeszłam od stada, aby być sama... Gdy wróciłam jedyne co zastałam to ślady innych gepardów i krew... Walka oczywiście nie obejdzie się bez ran. Gdy mnie nie było zaatakowało nas inne stado więc moja rodzina po przegranej walce musiała odejść. Nie widząc co mam robić ruszyłam ich śladem. Podążałam tak parę dni. Byłam wykończona. Położyłam się aby odespać kolejną noc. Kiedy się obudziłam nie poznałam miejsca. Było tam pełno zieleni. Musiała to być inna część terenów, tych, których jeszcze nie znałam. Nade mną stałą wilczyca uśmiechając się lekko. Podawała mi coś co pachniało niesamowicie *Uśmiechnęła się do siebie* Przyjęłam to z wdzięcznością. A miejsce, w którym się znajdowałam było watahą wilków. Nie atakowały mnie. Dziwiłam się temu, ale zostałam tam... Zaczęłam się zadomawiać, a wilczycę, która mnie uratowała traktowałam jak matkę. Czułam się szczęśliwa w mojej nowej rodzinie mimo tego, że była innego gatunku. Nabierałam sił szczęśliwa, że nie jestem już sama. Ale szczęście nie trwa wiecznie. Wataha przeżyła obławę, w której zostałam rozdzielona z matką. Musiałam uciekać. Nie wiedziałam kim są te dwunożne istoty, ale wiedziałam, że muszę uciekać. Biegłam długo. Kiedy poczułam się bezpieczna przystanęłam. Nie mogłam teraz wrócić do stada. Musiałam poczekać do następnego dnia. Położyłam się osamotniona i zasnęłam.
Śniły mi się koszmary, ale jeden był najgorszy... Moja matka siedziała i płakała, a ja stałam obok jej. Nie wiedziała mnie. Nie mogła mnie zobaczyć. Nie mogła mnie usłyszeć.. Nie czuła, że jestem obok niej. Po prostu tak jakbym była duchem. Starałam się ją pocieszyć,ale nie mogłam nic zrobić... *Zamknęła trochę szkliste oczy i zamilkła na chwilę. Ponownie otworzyła oczy i wróciła do opowiadania* Po prostu siedziałam obok niej próbując zwrócić na siebie uwagę... Ale byłam bezradna. A koszmar trwał i trwał... Może i powiecie, że przesadzam, ale dla niektórych to naprawdę nie byłoby takie łatwe...
Do dzisiaj czasami nawiedza mnie ta wizja, ten koszmar... I zawsze jestem tak samo bezradna...
Następnego dnia wykończona jakoś wróciłam na teren watahy, ale nikogo tam nie zastałam. Obława rozbiła stado, które obawiało się wrócić na dawne terytorium... Nie wiedziałam czy reszta stada jest już razem czy błąkają się samotnie... Każdy podczas ataku uciekł w swoją stronę... Starałam się jakoś znaleźć trop matki, ale wszystko było zamazane. Zapachy się mieszały i nie dało się żadnego rozpoznać. Znowu zostałam sama...
*Spojrzała po stadzie* Dalszą część opowiem kiedy indziej. Teraz nie będę was zanudzała dłuższym opowiadaniem *Wstała leniwie i gładko zeskoczyła z pnia drzewa po czym w milczeniu oddaliła się kierując w miejsce, w którym wcześniej leżała. Nasłuchiwała co robi reszta stada. Po chwili znikła w mroku nocy*

Historia. [Vian]

Dobra, więc obiecałam że coś napiszę... Postanowiłam że ta notka to będzie moja historia :) Wiem że trochę spóźnione no, ale cóż... Przecież tam, a zresztą co tu gadać...
Brrr...Zimno było by każdemu innemu, ale nie mi. Jestem dostosowana do tych zimnych klimatów. Nie wiem ile dokładnie ale już od dłuższego czasuszukam stada w którym mogłabym zamieszkać i nie czuć się obco. Tak więcwędruję. Przez  te dni dużo rozmyślałam na różne tematy. Ale jednympodstawowym pytaniem było:Czy uda mi się kiedyś odnaleźć stado doktórego będę pasować? Nie znałam odpowiedzi, ale już miałamprzypuszczenia że chyba jednak nigdy mi się to nie  uda. Pewnego dnia,a właściwie pod koniec tego dnia zauważyłam światło. Coś się paliłotego byłam pewna. Postanowiłam zobaczyć o co chodzi z tym światłem.Dość szybko lecz cicho posuwałam się do przodu. Zauważyłam ludzi.Śpiących ludzi.
   - Świerze mięso.- szepnęłam do siebie
Znałamdobrze ten zapach i z łatwością potrafiłam go odnaleźć. Musiałam sięnauczyć zdobywać pożywienie, ponieważ moi rodzice mnie porzucili dośćszybko, a wręcz za szybko.
Tak więc byłam głodna. I to bardzo...Wszystkie zwierzęta uciekały przede mną szybciej niż ja biegałam.Ostatnio jednak nabrałam lepszej kondycji.
Wciągnęłam kilka razyzapach, który wydzielało pożywienie. Odwróciłam głowę w stronę torby.Tak... To tutaj. Powoli podeszłam, żeby nie obudzić tych obcych mistworzeń. Obwąchałam jeszcze raz dokładnie torbę i włożyłam do niejpysk.Nosem napotkałam mięso. Chapnęłam je i wyciągnęłam. Szybko zjadłami już miałam ruszyć, gdy nagle człowiek się poruszył. Zobaczył mnie, aja jego.Wyszczerzyłam zęby gotowa się na niego rzucić. Człowiekwyciągnął taką rurkę...nie wiem co to było... I nagle BUM! Z tej rurkiwystrzelił pocisk. Na szczęście ugodził mnie tylko w ramię, bo gdybymstała w miejscu było by po mnie.
Jak na zawołanie obudzili siępozostali ludzie. Patrząc na mnie z dużym zdziwieniem. Zobaczyli też żez mojego ramienia leje się krew. Niedaleko stała przyczepa, którejwcześniej nie zauważyłam. Drzwi od nie się otworzyły i wyszła z niechstarsza kobieta. Gdy tylko mnie zobaczyła, a raczej moją krew wrzasnęła.
  -Czy wyście zgłupieli!?- krzyknęła- Czemu szczelasz?
 Nagle poczułam na moim karku sieć.
  - Wybacz że chcieliśmy żyć! - oburzył się jeden z mężczyzn
   - Odwiń to zwierzę! -krzyczała kobieta, lecz mężczyźni  nie mieli najmniejszej ochoty tego robić.
   -W życiu! Zbije nas! A jeżeli tak bardzo tego chcesz to sama sobie to zrób!
 Kobieta rzuciła krótkie spojrzenie pozostałym i podeszła do mnie. Jejzwinne ręce odplątały sieć. Byłam wolna, mogłam uciekać ale niezrobiłam tego i właściwie sama nie wiem dlaczego. Kobieta patrzyłateraz na moją ranę, szybkim ruchem wzięła jakąś szmatę i przyłożyła domojej skóry. Drgnęłam. Kobieta jakby wiedziała że ją zrozumiem zaczęłado mnie mówić.
   - Jeśli chcesz to mogę ci to zagoić...
  Poczym wstała i gestem ręki zaprosiła mnie do przyczepy. Patrzyłam na niąprzez chwilę rozważając. Ta czekała cierpliwie. Niby mnie uratowała...Ale nie wiem do czego są zdolni ludzie... Jednaki jej wyraz twarzy:pełen nadziei mnie ostatecznie przekonał.  Trzej mężczyźni patrzyli jakwchodzę do przyczepy.
    - Arabello... Przecież... -mówił jeden ale nie           dokończył.
    Kobieta tylko spojrzała i weszła do pomieszczenia w którym się znajdowałam.
   Szybko usadowiłam się na miejscu wskazane przez Arabellę, a ta zaczęłaodkażać, wyciągać, szyć... O dziwo nie bałam się ze coś mi zrobi. Wkońcu skończyła.
    -Już... możesz iść...
  Powiedziała patrzącna mnie smutnym  wzrokiem, lecz ja nie chciałam. Nie chciałam znowuwracać do tego złego świata. Tutaj czułam się bezpieczna. Więc nieruszyłam się. Arabella uśmiechnęła się i powiedziała
    - Możesz tu spać.
 Przezwiele dni, albo nawet tygodni podróżowałam z nimi. Kobieta porobiła minawet takie warkoczyki związane koralikami. Nazwała mnie Wivian wskrócie Vian.  Oznacza to pełna życia.
    Obudziłam się.Zobaczyłam że w przyczepie nie ma pani która się mną opiekowała.Otworzyłam drzwi, z niewielkim trudem. Wyszłam na zewnątrz. To cozobaczyłam było nie do określenia. Wszystko porozrzucane, zniszczone,pełno rozlanej krwi... a w tym wszystkim martwi ludzie, z którymipodróżowałam.
     Przeżyłam szok. I to niemiłosierny. Byłam donich przywiązana,nawet z tymi mężczyznami się zaprzyjaźniłam, azwłaszcza z tą starszą kobietą, Arabellą. Gotowała się we mnie złość.Rozejrzałam się. Nie zauważyłam nikogo.Chcę ich złapać i muszę. Ciktórzy zabili ludzi,  do których byłam przywiązana.
     Obwąchałam teren. Znalazłam trop i ruszyłam za nim.
      Wędrowałam dosyć długo, aż w końcu trop się urwał.
       -A niech to! – warknęłam
     Rozejrzałam się. Zauważyłam przemieszczający się cień. Podążyłam zanim.
    Szybko znalazłam się przy nim i poczułam urwany zapach. Postanowiłamsię na niego rzucić. Zabiłam go beż problemu. Okazało się że tomężczyzna z tą rurką z której się strzela.
     Niedaleko znajdował się ich obóz. Cicho zaczęłam się skradać.
    Było tam pięciu ludzi i każdy z nich miał tą rurkę. Wskoczenie tammogłoby być niebezpieczne. Postanowiłam po kolei ich tutaj zbawiać.Poruszyłam się w krzakach by to usłyszeli.
-       Co to? – rzekł jeden z niepokojem
-         Nie wiem... Pójdę to sprawdzić.
   I ruszył w moją stronę. Czekałam.Zanurzył się w krzakach a ja gocapnęłam zębami tak by mógł wydać ucięty krzyk przerażenia.Po koleizbawiłam wszystkich aż zastało tylko dwóch. Teraz bez żadnychpodchodów, zaatakowałam.
"Bitwa" była krótka aż za nadto.  Gdy było już po, przyjrzałam się  ludziom i zauważyłam coś migoczącego.
W kieszeni jednego znalazłam noże przyczepione do paska. Założyłam jedno na łapę i uznałam że mi się przyda.
Poparu tygodniach i kilku dziesiątkach stoczonych walk bardzo dobrzeposługiwałam się sztyletami.  Samej bardzo mi się nudziło. Szybko jużwyczuwam zagrożenie i wiem z której strony nadejdzie.
Sporoludzi spotykałam, i wszystkich pozabijałam gdyż nikt nie przypominał miArabelli, wcielenia dobra, która uratowała mi życie. Czułam jakby byłaczęścią mnie, jakby mną w wcieleniu człowiekiem.
Nadchodziła burza, czułam to. Ta duszność i zwierzęta uciekające do swoich domów. Ja jednak szłam dalej.
Zagrzmiało raz i drugi, aż zaczęło padać na tyle mocno że czułam jakby obijały się o mnie setki małych kamyków.
Weszłamdo pobliskiej jaskini. Była wielka i na pewno skrywała jakąś tajemnicę.Położyłam się na podłodze i zmrużyłam oczy, zmęczona powoli usypiałamgdy nagle usłyszałam za sobą   przeraźliwy ryk. odwróciłam się zwinniei ujrzałam potwora. Nie wiem jak można byłoby go opisać... Po prostucoś strasznego!
Stwór nagle się na mnie rzucił. Zrobiłam unik lecz musnął mnie swoją łapą. Poczułam niemiłosierny ból. Poraził mnie prądem.
Trzęsąc się patrzyłam na potwora. Jego wzrok był pełen nienawiści. Przeszkadzało mu to że jestem w jego jaskini.
Wyprostowalam się. Moje zamiary były jasne : zabić go. jeszcze nie wiedziałam jak tozrobić, bo przy dotknięciu raził mnie prądem.
Gdy rozmyślałam onw tym czasie się znowu rzucił. nie zdążyłam tego uniknąć. znowupoczułam ten ból. Zignorowałam to i użyłam swoich  noży rozdzielającprzy tym jego skórę. Pozostawał tylko mały ślad. Musiałam dostać się doszyi, która była chroniona grubym pancerzem. Skoczyłam na niego. jakbymkopała dziurę wbijałam swoje pazury w ten pancerz.
Stworzenierzucało się na wszystkie strony próbując mnie zrzucić udało się mu.Spadłam koło jego prawego boku na który on upadł przyciskając mnie doziemi. poczułam podwójny ból. nie poddam się, myślałam. Skoczyłamjeszcze raz na pancerz i wdrapałam się pod spód. Zwierzę znowu mnieodrzuciło ale nie spadłam na ziemię. Nagle zaskrzeczało z bólu.Znalazłam jego czuły punkt. Wgryzłam się i zatopiłam zęby w jego skórzewyrywając kawałek ciała. Jeszcze jeden ogłuszający ryk, zachwianie iupadek. Zabiłam go.
Nagle poczułam fale, dziwną falę przeszywającą moją skórę.
Zmęczona walką położyłam się i już spokojna zasnęłam.
Obudziłamsię następnego ranka i ruszyłam w dalszą drogę. po drodze zaliczyłamwalkę z 'jedzeniem". Okazało się że zdobyłam nowe moce zabijającpotwora. Mogłam razić prądem.
Po tygodniu dotarłam do was i teraz nie muszę się już martwić tym że mogę liczyć tylko na siebie. :-)
Vian (20:45)