Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza przeszłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza przeszłość. Pokaż wszystkie posty

14 sierpnia 2014

Z pamiętnika młodego mordercy/ /Scena trzecia\ -ostatnia. [Baru Saya]

     Brzegi miasta, bliżej stąd do lasu niż centrum, ale bardzo uroczy zakątek. Piaszczysta dróżka, taka jak w bajkach, po brzegach obrośnięta kolorowymi kwiatami. Widać, że właścicielka lubi bawić się w ogrodzie. Tak, ten ogród nie jest wielki, ale bardzo kolorowy, wszystko tu do siebie pasuje. Drewniany domek, lekko na uboczu całej posiadłości, dominanta, jednak, dla odmiany, nie na środku ogrodu. Właśnie tutaj wszystko stało się jasne. Właśnie w tak urokliwej scenerii.

     Dziewczynka stała przy lustrze, trzymała w rączce białego, pluszowego misia, miała może z pięć lat. Lekko huśtała się na niewielkim taborecie i kołysała w rytm mruczanej piosenki. Dwa czarne warkocze opadały Jej na ramiona. Biała sukienka pasowała idealnie. Mała uśmiechała się szeroko. Szmaragdowe oczy spojrzały wesoło w odbicie, przytuliła misia. 
- No Panie Wite, wyglądamy niesamowicie - zaśmiała się - mamusia będzie zadowolona - pokiwała głową i odwróciła ją szybko w stronę drzwi, gdy na schodach usłyszała kroki. 
- Właśnie przyszła! - krzyknęła uradowana i ruszyła w stronę drzwi pokoju, entuzjastycznie wymachując Panem Wite. Otworzyła je szeroko, z równie szerokim uśmiechem. 
Tak walczę ze złem...
Dziewczynka przekrzywiła nieznacznie głowę, Jej uśmiech zbladł, jednak nie zniknął całkowicie. 
- Przyszedł Pan po mnie? - zapytała zbliżającego się mężczyznę. On podniósł na Nią wzrok, przestraszyła się. Wskoczyła za drzwi przymykając je lekko i obserwowała obcego zza małej szczeliny. 
- Zdecydowanie po Ciebie - odpowiedział oschle chłopak. Dziewczynka nie zwróciła uwagi na ton Jego głosu, spodobał Jej się ten nietypowy wygląd, no i oczy. Otworzyła drzwi nieco szerzej. 
...a zło rośnie we mnie z każdym dniem.
- Mama Pana wysłała? - zapytała zaciekawiona, kiedy On był coraz bliżej pokoju. 
- Nie - odpowiedział tuż przy drzwiach i kopnął je tak, że czarnowłosa wywróciła się na podłogę. Zatrzymał się w framudze. Dziewczynka podniosła się na łokciach i złapała za rozciętą wargę. W Jej oczach zebrały się łzy i spanikowana spojrzała na chłopaka. Przecież nie wyglądał na niemiłego. 
- Co robisz? - wyszeptała, zapomniała o tych wszystkich per Pan i Pani. 
- Chronię rodzinę - odpowiedział bezceremonialnie i złapał białą sukienkę, podniósł Małą do góry. Ta chwyciła Jego dłoń oburącz i bezwładnie machała nóżkami. 
- Puść mnie! - krzyknęła przerażona, po Jej policzkach płynęły łzy. A On? Nic już nie powiedział. 
Coraz mnie mniej...
Trzymał dziewczynkę cały czas przed sobą, z wyprostowaną ręką zaczął iść w stronę ściany. 
...a zło rośnie we mnie z każdym dniem.
Szarpała się i krzyczała. Nic to nie dało. Co zrobi ludzkie szczenie przy sile nadprzyrodzonej istoty? A On? Szedł wolno, patrzył Jej prosto w oczy, szmaragdowe, szklane od łez oczy. Uderzył... 
Jaki w tym sens?
Lustro pod wpływem uderzenia popękało. Szamotanie ustało, tak samo jak krzyki. Karmazyn spłynął po pęknięciach i szyi dziewczynki. Poplamił białą sukienkę i powoli kapał na podłogę. Chłopak nie zwrócił na to uwagi. Jego wzrok utknął w lustrzanym odbiciu... Puścił coraz zimniejsze ciało, nie mógł się ruszyć. Powinien się obudzić, a nadal tam stoi. Gdzie błękit? Gdzie błękit Jego oczu? Gdzie białe włosy? Gdzie dwa warkoczyki? 
- Gdzie do cholery jest Membu?! - krzyknął, a fiołkowe tęczówki niemiłosiernie patrzyły na Niego zza lustra. 
Gdy zabijam...
Chciał płakać, chciał schować twarz w dłoniach, chciał zdemolować całe mieszkanie. Chciał, ale nie mógł. 
...czuję się lżej.
Z Jego ust wymknął się śmiech, cichy śmiech, który po chwili zastąpiony został tym psychicznym. Spojrzał na ciało. Psychiczny śmiech przerodził się jakby w wycie, a zaraz potem chłopak po prostu złapał się za czarne włosy i krzyknął. Krzyczał z całych sił i upadł na kolana, prosto przed ciało dziewczynki. Miała wciąż otwarte oczy, a  z rozbitej głowy nadal leciała krew. Klęczał w czerwonej kałuży, która powiększała się coraz bardziej. Dotknął policzka małej. Uśmiechnął się ciepło, a po Jego poliku spłynęła jedna, osamotniona łza. 
- Przepraszam - wyszeptał - przepraszam, że nie żałuję... - dodał. Dopiero teraz dotarło do Niego to wszystko. Dziś dowiedział się do czego jest zdolny. Od początku myślał, że to tylko wyobraźnia. Cały czas wydawało mu się, że siada gdzieś wygodnie, a całą złość wyładowuje w swoim własnym umyśle. Myślał, że wypuszcza Pasożyta w głowie, że tam pozwala mu zabijać, że tak ma szansę na kontrolę. "Dla rodziny" pomyślał... dla Dali, dla Raku, dla Sera, Al czy Arjuny. Właśnie dla Nich chciał mieć kontrolę, dla Nich pozwalał targać swoimi myślami. Nigdy nie przypuszczał, że to fiołkowe oczy mordują, że to nie w Jego głowie, że te osoby naprawdę nie żyją. Dopiero teraz, kiedy zabił niewinne dziecko, dopiero teraz Jego mózg zdołał oprzeć się halucynacją wywołanym przez Pasożyta. Nigdy nie było błękitu oczu, ani białych włosów, Olga Jurii... szatyneczka, nawet Ją widział jako Angel. To wszystko było dla ułatwienia sprawy, dla pokazania, że może żyć z tą świadomością, że może zabijać, aby nie skrzywdzić bliskich. Membu naprawdę miał już dużą kontrolę. Chłopak zagryzł zęby. Nie mógł za wiele zrobić. Musiał ulec. Wstał i spojrzał na białego pluszaka umoczonego w karmazynie. 
- Meg? - usłyszał kobiecy głos i trzask drzwi. Jeszcze raz przyjrzał się ciału wołanej dziewczynki. W Jego zwykle roześmianych oczach nastała pustka. Pasożyt go wynagrodził, nie szepcze mu teraz do ucha, nie śmieje się, nie przywołuje złych wspomnień. Musi zabijać, musi się wyładować, dla rodziny. Inaczej Membu nie odpuści, nie zamilknie, a Baru w swoim obłędzie skrzywdzi kogoś z Nich. 
Chłopak otworzył okno. 
- Megi?! - usłyszał kolejne wołania i kroki na schodach. Usiadł na parapecie, spojrzał w dół. Musi skoczyć. 
- Dla rodziny... - szepcze i ogląda się za siebie. Kobieta otwiera drzwi, zastyga. Ich spojrzenia się krzyżują, fiołkowe oczy znikają. Czas zwalnia. Dopiero po chwili słychać krzyki rozpaczy. Dopiero gdy chłopak wychodzi z ogrodu.

     Baru szedł, szedł brukowanym chodnikiem. Syreny, czerwono-niebieskie syreny rozświetlają ulicę. Dostali zgłoszenie, przejeżdżają tuż obok chłopaka. Uśmiechnął się. Spokój w Jego głowie był zbyt błogi. Wziął głęboki oddech i ruszył w stronę lasu. 
- Dla rodziny... - wyszeptał pod nosem i założył ręce za głowę. 

[Opowiadań tego typu już nie będzie, co nie znaczy, że tajemniczych morderstw też nie. Jak kogoś natchnie to może to nawet wykorzystać do swojego opowiadania.]

30 lipca 2014

Z pamiętnika młodego mordercy. /Scena druga\ [Baru Saya]

       Chłopak siedzi, siedzi na krawędzi kamiennej fontanny. Znowu miasto, fiołkowe oczy, zwykle tak wesołe, teraz skrywa zaduma. Ciężko mu się skupić, do głowy docierają same złe wspomnienia. To jak jakaś klątwa.
      Spogląda na grupkę dzieci, grają w jakąś wyliczankę. Nie bardzo rozumie co tu robi, ale miasto zaczęło go w pewien sposób przyciągać. Tutaj mógł uwolnić swoje demony na wolność, tutaj mógł ponieść się wyobraźni. Z zamyślenia wyrwał go grosz, grosz wrzucony przez kolejnego człowieka do wody. Głupcy… sądzą, że to naprawdę przynosi szczęście. Zaśmiał się pod nosem. Jedyne osoby czerpiące z tego korzyści to żule, którym brakuje groszy do kolejnego piwa. Mimo wszystko obrócił się, ciekawość wygrała i chciał zobaczyć kto jest tym naiwniakiem. Zastygł. Jakim zdziwieniem było dla niego, kiedy zobaczył znajomą twarz, z zamkniętymi oczyma i dłońmi złożonymi do modlitwy. Patrzył na Jej brzoskwiniową cerę i białe włosy otulające twarz. Po chwili wzrok przeniósł na równie białą i zwiewną sukienkę. Nie wiedząc czemu, do głowy wpadło mu parę nieczystych myśli, szybko więc potrzepał głową i wrócił do kobiecej buzi. Teraz Jej oczy były otwarte, przyglądała mu się, jakby również go kojarzyła. Zastygli na chwile, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały.  Po chwili jednak dziewczyna odwróciła wzrok i truchtem pobiegła w przeciwną stronę, obejrzała się tylko za nim i zaraz zniknęła. Ruszył kilka kroków w przód, za dziewczyną,  jednak natrafił na postument fontanny i z głośnym sykiem stanął w miejscu. Zacisnął zęby. Chwilowe pożądanie przerodziło się w złość. Zacisnął pięści. Przecież dziewczyna nie żyje. Spojrzał za Nią ponurym wzrokiem. Ktoś znowu wrzucił grosza do fontanny. Wzrok chłopaka skierował się w stronę tonącego krążka. Błękitne tęczówki odbiły się w tafli wody, a na ustach pojawił się cyniczny uśmiech.
- Musisz trafić tam, gdzie powinnaś być… - dodał szeptem i ruszył w stronę, gdzie zniknęła białowłosa.
Znalazł Ją szybko, była niedaleko. Stała z czarnowłosą dziewczyną i rozmawiały. Zatrzymał się niedaleko Niej. Oparty o drzewo przyglądał się ich dziwnym gestom. To się szturchnęły, to pociągnęły za włosy, wskazywały na oczy i robiły rozmarzoną buzie. Stroiły dziwne miny i śmiały się. W pewnej chwili białowłosa spostrzegła chłopaka. Wyraźnie się speszyła, kiedy ich spojrzenia znowu się skrzyżowały. Uśmiechnęła się pod nosem i założyła włosy za ucho, zaraz później pożegnała się z koleżanką i ruszyła w stronę jednego z budynków. Najwyraźniej udało mu się zaintrygować dziewczynę. Ruszył za Nią. Weszła w drzwi jednej kamienicy, chciał też wejść, ale w framudze pojawił się mężczyzna, wynosił lustro, a wraz z nim jeszcze jeden facet. Chłopak zatrzymał się gwałtownie, utkwił spojrzenia w odbiciu. Białe włosy powiewały na lekkim wietrze.
- Uważaj jak łazisz dzieciaku! – krzyknął jeden z mężczyzn, lecz szybko zamilkł. Chłopak spojrzał na niego chłodno, od razu znalazło się miejsce w drzwiach więc żwawo wskoczył do środka budynku. Zaczął wspinać się po schodach, nie zaszedł wyżej niż na drugie piętro, dziewczyna stała na końcu kolejnej klatki schodowej.
- Śledzisz mnie? – zapytała spoglądając na chłopaka niewinnie. Chciał odburknąć, jednak wywęszył dobrą okazję. Zrobił zakłopotaną minę i podrapał się po tyle głowy.
- Uciekniesz jak powiem, że tak? – zapytał. Uśmiechnął się lekko, zaśmiała i pokręciła głową. Patrzeli tak na siebie dłuższą chwilę.
- Chcesz coś ode mnie? – zapytała. Oj pewnie… „Chcę abyś pozwoliła mi ochłonąć” pomyślał, lecz zdusił to w sobie.
- Może się przejdziemy? – wydusił jedynie. Zdziwiła się, było późno i ulice powoli pustoszały. Po chwili namysłu kiwnęła jednak głową i ruszyła za nim. Milczeli większość czasu, dopiero krótko przed fontanną znaleźli jakiś temat, dokładniej rozmawiali o tym co przy kamiennej ozdobie robili. Tam też się zatrzymali. Nikogo nie było.
- … tak więc pomyślałam, że warto spróbować z fontanną szczęścia – dokończyła jakieś zdanie, którego nawet nie słuchał, uśmiechnął się sztucznie, jednak Ona tego nie zauważyła i odwzajemniła uśmiech.
- I udało się? – zapytał od niechcenia.
- Ty mi powiedź – uśmiechnęła się i zawstydzona spojrzała w ziemię. Łatwiej być nie mogło. Przejechał dłonią po Jej policzku i podniósł głowę dziewczyny trzymając za brodę. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana.
- Nie wiem – dodał patrząc Jej w oczy.
- Masz niezwykłe oczy… - wyszeptała. Nie wiedział co niezwykłego w błękitnych oczach, ale wiedział, że ludzkie dziewczyny bywają dziwne, uśmiechnął się więc tylko i wplątał palce w Jej włosy.
- Nie zapytasz o moje marzenie? – wyszeptał Jej do ucha. Ciężko oddychała, była napalona i nastawiona na jakiś gorący pocałunek. Nastolatki…
- No tak, głupia ja… - zaśmiała się, jednak dłonią powędrowała na tors chłopaka. – Spełniło się? – zapytała.
- Właśnie się spełnia – dodał z tajemniczym uśmiechem. Rozgrzało to dziewczynę jeszcze bardziej.
- Bardzo tego chciałeś? – wysapała. Szybka była, nie ma co.
- Oj, bardzo, w końcu… - złapał Jej włosy mocniej, syknęła podniecona – w końcu musisz trafić tam, gdzie twoje miejsce – uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Nią zimnym wzrokiem.
- Matko… - wyszeptała – Ja cie znam… - Jej głos zadrżał, chciała się wycofać, jednak nie zdążyła powiedzieć nic więcej.
– Do piekła zdradziecka szma*o! – krzyknął i machnął kilka razy ręką.
Chłopak siedzi, siedzi na krawędzi kamiennej fontanny, centrum miasta. Opiera dłonie i czuje, że jedna z nich jest mokra. Wyciera ją w znoszone bojówki i odskakuje przestraszony. Czerwona ciecz odznacza się bardzo wyraźnie na piaskowych spodniach. Odwraca głowę w stronę fontanny, przy której leży ciało. Syreny, niebiesko-czerwone syreny oświetlają coraz bardziej brukowany plac.
- Wszystko dobrze? – ktoś łapie go za ramię, odwraca się gwałtownie, mundurowy. Nic nie odpowiada, mężczyzna patrzy przez chwilę na chłopaka dziwnym wzrokiem. Po chwili jednak zostawia go i podbiega do zwłok. Ślady krwi na fontannie i rozbita głowa.
- Poruczniku! – krzyczy policjant – To Olga Jurii… ta szatyneczka z pańskiej ulicy - wyszeptał jakby z niedowierzaniem i pokręcił głową. Podszedł do niego Wysoki.
- Kto znalazł zwłoki? – zapytał porucznik.
- Ten z fioletowymi oczami – mężczyzna wskazał palcem miejsce, w którym stał chłopak, ale było ono puste.
    
     Fioletowe oczy były już za miastem, a ich właściciel szedł do lasu, szedł głowiąc się, jednak z jakąś taką swobodą ducha. Ostatnie co zobaczył to kęp czarnych włosów w martwej dłoni dziewczyny… Przecież był tylko wypuścić swoje demony, swojego jedynego demona… Przecież po prostu dał upust wyobraźni… Chciał o tym pomyśleć, nie mógł, czuł się zbyt dobrze, Pasożyt był cicho, Baru miał swój chwilowy spokój.

[Opowiadanie będzie zawierać jeszcze jedną scenę, tam wszystko zostanie wyjaśnione.]
PS. Zadanie, które wykonał Baru jest powiązane, jednak akcja tych opowiadań dzieje się przed wykonaniem go.

25 czerwca 2014

Z pamiętnika młodego mordercy. /Scena pierwsza\ [Baru Saya]

      Wysoki mężczyzna stał na granicy lasu. Ubrany w bojówki i luźną koszulkę przyglądał się miastu, położonemu u jego stóp. Właśnie wybiła dziewiąta w nocy, ulice rozświetlały jedynie latarnie, a ludzie powoli schodzili się do domów. Dla nielicznych zaczynał się dzień i dopiero teraz opuszczali swoje ciasne pokoje. Byli idealni…
     Chłopak szedł wybrukowanym chodnikiem, nad miastem zbierały się chmury, wiało. Mimo wszystko grupki nastolatków, wychodzących wieczorem, narastały. Co chwilę wymijały go roześmiane dziewczęta, najczęściej chodziły trójkami. Chłopacy woleli większe grupy. On szedł sam, jednak nie bał się. Zaczepki zaczynały się o późniejszych porach, gdy zabawa dobiegała końca. Szedł więc spokojnym krokiem i oglądał wystawy sklepowe. Wiedział co musi zrobić, wiedział bardzo dobrze i był aż nad wyraz spokojny. Idąc w lesie nie mógł zapanować nad emocjami, jednak tutaj wszystkie ucichły. Wyłączył je, zrobił to dla Ich dobra, dla dobra własnej rodziny. Zatrzymał się nagle. Spojrzał na jedną z wystaw. Szyba sklepowa okryta była czarnym płótnem, przez co idealnie odbijała twarze przechodniów. Chłopak zastygł w bezruchu, jego źrenice rozszerzyły się pod wpływem ekscytacji. Podszedł do budynku i przyłożył dłoń do szyby. Wiatr rozwiewał jego krótkie, białe włosy. Dwa dłuższe warkoczyki tańczyły dookoła jego głowy. Uśmiechnął się delikatnie i odsłonił oczy spod grzywki. Błękitne tęczówki wwiercały spojrzenie w odbicie, kolor był równie zimny, co wyraz samych oczu. Ciemne obramowanie i blada cera. Dłoń chłopaka powoli zjechała po szybie. Odepchnął się od niej delikatnie i rozejrzał dookoła. Przez chwilę jakby nie wiedział gdzie jest. Z tego transu wyrwała go filigranowa dziewczyna. Kiedy zobaczył jej białe włosy, świat zwolnił. Znał tą twarz. Wybiegała zza zakrętu, roześmiana. Nie wiedząc kiedy, pojawił się na jej drodze. Wpadła na niego. Chwycił ją nad łokciem i nie mógł oderwać wzroku. Szok, to jedyne co było można wyczytać z jego twarzy. Mówiła coś, jednak głos był zbyt stłumiony. Dopiero kiedy wyszarpała się z uchwytu i podbiegła do koleżanek, ten ocknął się i odwrócił za nią.
- Jakiś wariat… - usłyszał tylko i poczuł na sobie pogardliwe spojrzenia.
- Ciacho, ale wariat… - dodarło jeszcze do jego uszu. Te spojrzenia. Chwycił się za głowę i jeszcze raz obejrzał na swoje odbicie. Tym razem na tle bordowego materiału. Miał wrażenie, że z materiału wynurzają się szkarłatne oczy. Dobrze znał te oczy, ale nie wiedział co myśleć. Te spojrzenia… Przypomniało mu się po co tu jest. Raz jeszcze odwrócił się za roześmianymi dziewczynami i ruszył w jeden z ciemniejszych zaułków. Nie musiał długo czekać. Siedział na starych oponach ułożonych na sobie, siedział przed jednym z tych miejsc spotkań młodzieży. Wyszła pierwsza grupa podchmielonych kolesi. Na chwiejnych nogach zaczęli odpalać od siebie papierosy. Chłopak spojrzał w ich stronę, siedział i uśmiechał się pod nosem. Zaraz sam się znajdzie. Koledzy gadali miedzy sobą rzucając kur*ami i podobnymi słowami. Nagle wybuchli śmiechem, każdy po kolei milkł. W kierunku chłopaka skierowano kilka kiwnięć głową i dyskretne spojrzenia. On nadal siedział, nie zmieniał ani pozycji, ani wyrazu twarzy. W końcu jeden z grupki obrócił się w jego stronę.
- Patrzysz mi na tyłek pedale? – spojrzał na kolegów i zaśmiał się. Chłopak skierował oczy tylko i wyłącznie na niego. Znalazł się. Patrząc na innych ten był w miarę trzeźwy. Żwawszym krokiem ruszył w stronę siedzącego. Zatrzymał się jednak z siedem kroków przed, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały.
- Zadałem ci pytanie, białogłowo! – powiedział podniesionym głosem i znowu spojrzał na kolegów, którzy oczywiście zaśmiali się jak na zawołanie. Chłopak nadal milczał, lecz jego uśmiech rozszerzył się bardziej. Nagle wybuchł śmiechem.
- Ujarany… - któryś się odezwał.
- Morda! – stojący przy chłopaku fuknął do swoich kompanów, znowu spojrzał na chłopaka i szybkim ruchem rozbił trzymaną w ręku butelkę, tak, że został mu sam „tulipan”.
- Bawi cie to?! – zaśmiał się wymachując popękanym szkłem blisko sylwetki chłopaka. Ten przestał się śmiać, chwycił nadgarstek napastnika i wstał. Kilka przekleństw poleciało w ich stronę. Chłopak okazał się wyższy od podpitego chojraka, który zesztywniał na chwilę. Do grupy pod drzwiami dołączyło kilka dziewczyn, również odpaliły papierosa i spojrzały co się dzieje. Akcja była szybka, druga ręka białowłosego zacisnęła się na szyi podpitego i podniosła wysoko w górę. Kolejne przekleństwa, kilka głośnych „puść go”. Nikt już nie ośmielił się choćby włożyć ustnika do ust. Wszyscy stali z otwartymi buziami. Potłuczona butelka wypadła z ręki wiszącego. Chłopak podniósł wolną dłoń i szybkim ruchem wbił w ciało trzymane w górze. Czas zwolnił… Cienkie krzyki dziewcząt, odgłos tłuczonego szkła, wypuszczone butelki z dłoni, przekleństwa. Papieros spada na ziemię… Z nieba zaczyna padać deszcz, a jego żar gaśnie. Nie spalony do końca, młody, leży. Jeden w kałuży deszczu, drugi w kałuży krwi. Chłopaka już nie ma. Tak samo jak życia w podpitym ciele. Syrena, czerwono-niebieskie światła rozświetlają zaułek.
     Chłopak idzie ulicą, idzie brukowanym chodnikiem, spogląda na latarnię, tak ciemną przy światłach syren. Patrzy na radiowozy, na ciało leżące przy oponach.
- Matko, co się tu stało? – pyta sam siebie. Kręci głową i idzie dalej, spogląda jeszcze na wystawę za jedną z szyb. Niezwykle elegancka, na jasnym materiale. Przygląda się jednemu z wisiorków, spogląda w swoje odbicie. Fiołkowe oczy, a w nich jak zwykle tańczące radośnie iskierki. Uśmiecha się do siebie, czuje się niezwykle lekko. Odwraca jeszcze raz głowę w stronę wypadku.
- Dlatego wolę stado – dodaje trochę zniesmaczony widzianą sceną. Wiatr rozwiewa jego czarne włosy na różne strony. Zasłania twarz przed gwałtownym podmuchem. - No Baru, czas do domu - dodaje i udaje się w stronę lasu.

27 września 2013

"Who will tell the story of your life?" Cz. 6 [Raksha Morte]

27 września 2013


"Who will tell the story of your life?" Cz.6


Anger and agony
Are better than misery
Trust me I've got a plan
When the lights go off you will understand


    Ciemność otaczała ją ze wszystkich stron, nie opuszczała, otulała swym chłodnym uściskiem, dawała wytchnienie i kryjówkę. Zwykle. Jednak nie tym razem. Mrok przytłaczał, wydawał się ciężki i nieprzystępny, muskał ją zimnymi palcami i wywoływał nieprzyjemny dreszcz na kręgosłupie. Jej własne ja obróciło się przeciwko niej. Tylko że to nie był ten tak dobrze jej znany i ukochany Cień, ten był inny – zły i niebezpieczny. Niemal czuła złowrogi oddech na swym karku, problem jednak leżał nie wokół, a w niej samej – to ona nosiła w sobie Mrok, który powoli ją wyniszczał.
    Ciche, groźne powarkiwanie dobywało się z jej gardła, gdy ból falami przepływał przez zwykle silne i dumne ciało pantery. Łapy drżały słabo, gdy stawiała małe i powolne kroki, próbując dotrzeć do… Właściwie sama już nie wiedziała, gdzie zmierzała. Szła przed siebie, tylko po to, by nie poddać się wyniszczającej sile, by udowodnić sobie, że jeszcze posiada dawną wolę walki. Każdy mięsień spinał się w proteście, próbując zmusić czarną do postoju, do zatrzymania się, jednak ona szła dalej. Z pochylonym nisko pyskiem i zmęczonym wzrokiem fioletowo-zielonych ślepi utkwionym w lesie przed nią.
    Wspomnienia opanowały wszystkie jej myśli, mieszając się z palącą świadomością słabnącego organizmu. Chciała wiedzieć, dlaczego kiedyś przyjazne żywioły poczęły obracać się przeciw niej, dlaczego nie mogła przywołać ognia, nie odczuwając miażdżącego uczucia za uszami. Stając przy magicznych artefaktach, po raz pierwszy w tym życiu poczuła, że zaczyna poznawać swój los, rozumieć wspomnienia pierwszego życia, które ponownie nawiedziły jej umysł.
**
    - Dlaczego odczuwam ból? – zapytała białowłosa, spoglądając na Kasydiona, który spokojnie jechał na swym wierzchowcu tuż przy boku jej białej klaczy. – Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło – dodała ciszej, spuszczając wzrok na blade dłonie ściskające wodze.
    - Taki jest nasz los – odpowiedział powoli brunet, zwracając spojrzenie błękitnej tęczówki na dziewczynę. – Połączenie z każdym następnym żywiołem przynosi ból, im więcej żywiołów, tym większe cierpienie. Dlatego nigdy nie istniał żaden z nas panujący nad wszystkimi sześcioma – każdy prędzej czy później wariował i ginął.- Głos czarnowłosego był spokojny, ale również zabarwiony goryczą, zupełnie jakby znał los tych, o których mówił.
    Akallabeth wciągnęła na chwilę powietrze, przymykając powieki. Tylko dwa żywioły, tylko przy użyciu jednego odczuwała ból, a jednak echo tego ciągle tkwiło w jej umyśle, nigdy nie znikając.
    - Czy ty też tak cierpisz? – Spojrzała na mężczyznę, ale on nie patrzył już na nią. Wzrok utkwiony miał gdzieś w przestrzeni przed nimi.
    - Nie aż tak, Cień poniekąd niweluje ten efekt – odparł z zamyśleniem ale również pewnym smutkiem wymalowanym na twarzy. Spojrzał na dziewczynę, potrafiąc sobie wyobrazić, jak musiała cierpieć. Nie potrafił wytrzymać tej myśli, odwrócił wzrok. – Nacierpiałem się przez niego już wiele i jeszcze wiele się nacierpię. Nigdy też nie dam rady opanować żadnego innego żywiołu – dodał głosem wyzutym z emocji, całkowicie bezbarwnym.
    Białowłosa uniosła brwi w zdziwieniu. Ciągle łapała się na tym, że kiedy już zaczynała wierzyć w potęgę ich podobnym, Kasydion sprowadzał ją na ziemię. Przeczył wszystkiemu, co myślała.
    - Dlaczego?
    Uśmiech, jaki jej posłał, pozbawiony był humoru – ponury, pełen goryczy, ścisnął ją za serce bardziej niż jakiekolwiek słowa.
    - Cena za nietykalność. Nie urodziłem się z Cieniem, nie dostąpiłem połączenia, wykupiłem sobie jego posłuszeństwo – wyjaśnił spokojnie, coraz bardziej zadziwiając dziewczynę. – Ciemność jest jedynym żywiołem, który obdarzy połączeniem tylko wybranych. Inni muszą sobie na to zapracować.
    Chwilę milczeli, zanim do głowy białowłosej przyszło jeszcze jedno pytanie.
    - Da się jakoś pozbyć tego cierpienia?
    Kasydion posłał jej krótkie spojrzenie, po czym uśmiechnął się pod nosem.
    - Owszem – zaczął. – Musisz połączyć się z każdym żywiołem…
**
    Potknęła się, prawie niwecząc wszystkie swoje wysiłki w próbie nie poddania się mrokowi. Zacisnęła szczęki, podrażniając ledwie zasklepione ranki na dziąsłach – krew spłynęła spomiędzy kłów, ledwie widoczna na ciemnej sierści.
    Dwa żywioły. Tylko tyle, tylko dwa połączenia. Mrok demona musiał uruchomić mechanizm obronny, ale równocześnie sam w sobie zabijał ją od środka. Musiała przetrwać, tak jak przetrwała własną śmierć, ocalona przez Cień. Wybrana, obdarzona połączeniem.
    Warknęła wściekle, ogon strzelił przy drżących bokach, a pantera trzęsąc się, ponownie stanęła na równych łapach. Krok, jeden, drugi, trzeci. Mięśnie spinające się w proteście i miażdżący ból za uszami. Niewidzialny płomień spalał jej duszę, ale szła dalej.
    - Nie tym razem – mruknęła pod nosem, przyspieszając kroku. Wzrok utkwiony miała przed sobą, krew buzowała jej w żyłach, a śladowe ilości adrenaliny pozwalały przetrwać nieustępliwy ścisk w piersi. 
**
    Na polanie panowała całkowita ciemność, ognisko nie płonęło, a w oknach domków nie widać było żadnego światła. W ogromnym, drewnianym budynku panowało poruszenie, widzieli to nawet z przeciwległej strony obozowiska. Rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenia i zgodnie ruszyli stępem przez polanę. Coś było nie tak, gdy zatrzymali się przed drzwiami, Aldamir wychynęła z budynku w białej sukni i z łagodnym uśmiechem na twarzy, jakby właśnie ich oczekiwała.
    - Jesteście w końcu, nie mogliśmy doczekać się waszego powrotu – oznajmiła, kiedy zeskoczyli na ziemię, a ich wierzchowce zaczęły paść się spokojnie.
    Brunet od razu stał się podejrzliwy, zauważając brak bransolet na nadgarstkach przywódczyni. Ewidentnie coś knuła i obawiał się, że może to być dla nich bardzo niekorzystne.
    - Jak udała się misja? – zagadnęła, schodząc po kilku stopniach i stając tuż przy nich. Akallabeth widocznie również wyczuła groźbę niebezpieczeństwa, ponieważ rzuciła Kasydionowi krótkie spojrzenie, które nie uszło uwadze szatynki.
    - Dobrze, ale musieliśmy ich przegonić – odpowiedział brunet, zanim białowłosa zdołała się odezwać. Miał nadzieję jakoś odszyfrować zamiary przywódczyni. – Już się więcej nie pokażą, Akallabeth napędziła im stracha – dodał, uśmiechając się lekko do dziewczyny, która również odwzajemniła gest. Grali spokojnych i szczęśliwych z ukończenia misji, a przywódczyni zdawała się to kupować.
    - To nic takiego, po prostu trochę pobawiłam się ogniem – stwierdziła skromnie białowłosa, zgrywając nieśmiałą.
    Aldamir uśmiechnęła się ciepło, jakby właśnie była dumna ze swoich pociech. Niemal matczyne gesty wyglądały bardzo prawdziwie, jednak brunet nie dał się temu zwieść. Jego obawy rosły z każdą chwilą.
    - Świetnie. Chodźcie do nas, wszyscy chcą wam pogratulować. Nawet urządziliśmy niewielkie przyjęcie – powiedziała szatynka, puszczając im perskie oko i rozciągając usta w rozbawionym geście.
    - No sama nie wiem, jesteśmy zmęczeni – odparła powoli i jakby z zakłopotaniem białowłosa, ona również zaczynała mieć niepokojące przeczucie co do zamiarów ich przywódczyni.
    - Rozumiem, na pewno podróż was wykończyła – przyznała z troską Aldamir, jednak nie miała zamiaru odpuścić. – Ale może wejdziecie chociaż na chwilkę, długo na was czekaliśmy. Potem będziecie mogli odpocząć do woli – zaproponowała pojednawczo, jakby rzeczywiście w trosce o nich.
    Para wymieniła między sobą spojrzenia. Oboje nie chcieli tam iść, jednak wiedzieli, że nie mają wyjścia. Kasydion niemal niezauważalnie skinął głową, a Akallabeth uśmiechnęła się lekko i odwróciła do przywódczyni.
    - Dobrze, na chwilkę – zgodziła się. Podążyli za szatynką do wnętrza budynku, nie mając pojęcia, że ta noc skończy się dla nich gorzej, niż przypuszczali.
**
    - Głupia, miałaś tam nie iść – szepnęła, przymykając powieki, oczami wyobraźni widząc wnętrze. Twarze przyjaznych magów, lekko smutne, błękitne oczy złotowłosego Alcarina, błyszczące się brązowe tęczówki Lithii i czarne tatuaże wokół nadgarstków Aldamir. To były jej wspomnienia, i chociaż tak odległe, z zupełnie innego życia, bolały jak prawdziwie.
    Łapy zadrżały niebezpiecznie, gdy przystanęła na chwilę, by nabrać głębszy oddech. Otworzyła ślepia, spoglądając na ściółkę, na liście poruszane przez jej urywany, ciężki oddech. Mrok przeszywał ją bólem wręcz porównywalnym do tego, który czuła w tamtym życiu. Jakby spalano jej duszę, jakby coś niszczyło ją od środka, powoli pożerało ciało i ducha, na zawsze. Nie miała już siły iść, nie miała siły by walczyć, ledwie trzymała się w pionie. Czuła, że zaraz uderzył o podłoże, upadnie i już nie wstanie. 
**
    - Wybacz, nie mogę pozwolić, byś chodziła pośród nas….
   - Co?! Czekaj, co wy robicie?! – Próbowała się wyrwać, ale przywiązali jej nadgarstki do metalowych obręczy, była całkowicie unieruchomiona.
    - Czy tego nie widzisz? Już niszczysz samą siebie, my tylko oszczędzimy ci cierpień…
    - Nie… Nie, poczekajcie, przecież nic wam nie zrobiłam – rozpaczliwe próbowała się bronić, ale smutny wyraz oczu Aldamir mówił wszystko. Tej nocy miała zginąć, na zawsze, i nikt nie mógł jej pomóc.
    - Stwarzasz zagrożenie dla siebie, tak samo jak i dla nas. Już oszalałaś, nie mamy wyjścia…
    Ogień. Czarny ogień ogarnął wiązki drewna ułożone wokół niej. Powoli piął się po gałązkach, aż w końcu sięgnął jej skórzanego stroju. Duszący dym dostał się do gardła, powodując uciążliwy kaszel, niemal uniemożliwiając wykrzyczenie tego, jak wielki ból przeszył jej nogi, a potem ramiona. Ogień powoli trawił skórę, ale równocześnie jakimś nieznanym sposobem zdawał się rozpalać wnętrze klatki piersiowej, rozprzestrzeniać się wewnątrz ciała. Gorące powietrze wysuszało każdą łzę, która zdołała spłynąć po osmalonych policzkach. 
    W obliczu niechybnego końca miała wrażenie, że przed oczami widzi dwukolorowe tęczówki bruneta. Ciemność ogarniała ją, powoli mieszając się z bólem, który począł być dziwnie odległy. Wpadła w stan otępienia, chociaż jej ciało i dusza ciągle spalały się w czarnym ogniu. Miała zostać unicestwiona na zawsze, taki był plan. Przymknęła powieki, czując, jak odpływa. Zanim całkiem wyłączyła się jej świadomość, zanim zaakceptowała fakt, że umiera, usłyszała jeden, znajomy szept: „To jeszcze nie jest koniec…”
    Przymknęła powieki, a lekki uśmiech rozciągnął jej wargi. Biały płomień, niczym błyskawica przeszywając burzowe niebo, rozświetlił na sekundę Mrok pochłaniającej ją Czarnej Śmierci, zanim jej dusza na zawsze opuściła to ciało.
**
    Krok, jeden, drugi, trzeci. Drżące ciało, tak słabe, że prawie niezdolne do ruchu. Miażdżące uczucie w czaszce, które odbierało zdolność logicznego myślenia.
    Poddaj się, to już koniec…”
    Ból rezonujący z piersi aż po koniuszek ogona, falami zalewający każdą kończynę, pozbawiając panterę uczucia równowagi. Chwiała się, próbując utrzymać się na równych łapach, podpierając się bokami skrzydeł. Uszy ciasno położyła na czaszce, ogon ledwie ruszał się przy boku. Chrapliwy oddech wydobywał się spomiędzy zaciśniętych szczęk. Strużka krwi zastygła na brodzie, a poranione dziąsła dodawały otępiającego bólu. Świat wydawał się rozmazywać przed oczami, gałęzie poruszały się leniwie, szeptały jej do ucha niestworzone opowieści, budząc dziwny lęk, ściskając za wnętrzności. Z Mroku dziwne stwory szczerzyły do niej upiorne szczęki pełne ostrych kłów, blade ślepia obserwowały każdy ruch z zakamarków Cieni. Księżyc zdawał się wyśmiewać marne próby dojścia do celu podróży.
    „Nie dasz rady, poddaj się…”
    Czarny płomień znów spalał jej wnętrze, domagał się ofiary, której pożądał, której nie dostał, a która należała mu się od dawna. Łaknął duszy, pożerał ją, przywołując wszystkie bolesne wspomnienia. Rujnował wyobrażenie świata, spychał w dół przepaści, z której nie było już ucieczki. Naśmiewał się z jej daremnych wysiłków, uczynił z drapieżcy swą własną ofiarę.
    Chrapliwy, wściekły warkot dobył się ze spierzchniętego gardła pantery. Pazury wbiły się w poszycie, a mięśnie napięły w gotowości, boleśnie protestując. Uśpiona wola walki na nowo zaczęła rozpalać wnętrze czarnej, walcząc z ogarniającą ją beznadzieją. Ogon począł na nowo strzelać przy bokach, oddech przyspieszył niebezpiecznie, a w żyłach wraz z Mrokiem popłynęła adrenalina.
    - Nie tym razem – powtórzyła, warcząc pod nosem. Zeschnięty przełyk palił nieprzyjemnym bólem, ale przynajmniej odciągał myśli od wyniszczającego Mroku.
    Czuła, jak jej barki trzęsą się z wysiłku. Jak łapy ledwie utrzymują ciężkie ciało, a mięśnie z każdą sekundą słabną. Usłyszała też, jak wokół poczęła zrywać się wichura, poczuła, jak powietrze wypełnił zapach nadciągającej burzy, pod przymkniętymi powiekami dojrzała biały blask pioruna, a po chwili ciszę przerwał potężny grzmot. Nowe odczucia wypełniły jej ciało, ucisk na czaszce zdawał się mniejszy, a spalający ją Mrok wezbrał na sile. Zatrzymywała w sobie to wszystko, każdy dźwięk, każdy zapach, każde pojedyncze drgnięcie ciała, każdą falę przeszywającego bólu, aż wreszcie stała się kłębkiem czystej wściekłości. Gdy ściana deszczu uderzyła o ściółkę, wraz z kolejnym grzmotem dała ponieść się instynktom, uwolniła tę najpierwotniejszą istotę. Z rykiem całkiem niepodobnym do niej wybiła się z miejsca i ruszyła przed siebie, gnając przez las tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu.
    Mięśnie z każdym krokiem wysyłały fale drętwiejącego bólu wzdłuż kończyn, Mrok coraz szybciej począł rozprzestrzeniać się po jej ciele, mieszając się z adrenaliną buzującą w krwi, a zmęczenie zamieniło się w czystą furię. Obłęd w fiołkowo-zielonych ślepiach, chrapliwy oddech i obnażone, pokryte krwią kły – tak prezentowała się teraz pantera, sama ze sobą walcząc, by przebiec kolejne metry. Wiatr gnał ją do przodu, deszcz strugami obmywał umęczone i obolałe ciało, ziemia pod stopami była miękka i idealna do biegu, błyskawice raz po raz rozświetlały niebo, wypełniając powietrze ogłuszającym dźwiękiem, a cienie wychylały się ze swej kryjówki, by owinąć chłodnymi mackami panterę. Mrok w jej duszy zaczął powoli wycofywać się, opuścił kończyny, gnieździł się w piersi, niemal odbierając oddech. W finalnej fazie, gdy myślała już, że zaraz braknie jej tchu, gdy ostatecznie ból ścisnął jej serce, wypadła spomiędzy drzew na pustą polanę, a Mrok rozpłynął się po kończynach, pozostawiając za sobą tylko echo niedawnego cierpienia.
    Zamrugała, dysząc ciężko i rozglądając się wokół. Deszcz zelżał, wiatr niemal całkiem się uspokoił, a błyskawice przestały przecinać zachmurzone niebo. Jeszcze chwila, a burza całkowicie odeszła, księżyc na nowo pokazał się na nieboskłonie, oświetlając polanę swym blaskiem.
    Ostatkiem sił zrobiła kilka drżących kroków w stronę niezapalonego ogniska, słaniając się na boki ze zmęczenia, ledwie utrzymując się w pionie, dla podparcia używając skrzydeł. Pokonała wyniszczający ją Mrok, ale czuła, że jeszcze bardzo długo będzie osłabiona, a zdarzenie to odciśnie piętno na jej życiu.    
    Upadła bokiem na ziemię tuż przy drwach ustawionych na ognisko, nie dała rady przejść więcej. Ciężki oddech powoli uspakajał się, gdy leżała na wilgotnej trawie, wpatrzona przed siebie. W fiołkowych ślepiach niewiele było widać prócz zmęczenia, a jednak wydawały się być spokojne, nawet zadowolone. Cienie przenikały skórę pantery, owijając jej ciało czymś przypominającym niewielką mgiełkę.
    Podniosła wzrok na wilgotne drewno, jakby przygotowane do rozpalenia ogniska. Nie namyślając się długo wykrzesała ostatnie dawki adrenaliny buzującej jej w żyłach i posłała iskrę, która roznieciła płomień. Po chwili wszystkie drwa zajęły się ogniem i oświetliły polanę wokół, dostarczając przyjemnego ciepła. Niewielki ból przeszył czaszkę czarnej, ale nie wydawał się już taki zły. Przeciwnie, ból zmęczonych mięśni wydawał się najsłodszym uczuciem, jakie teraz ogarnęło jej ciało – jedynym prawdziwym i słusznym.
    „To jeszcze nie koniec…”
    Uśmiechnęła się lekko pod nosem i przymknęła ślepia, nasłuchując dźwięków lasu.

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all


[Naszło mnie, więc powstała ostatnia część tej serii. Dość niejasna, ale taka ma być. Mrok, o którym jest tutaj mowa, to ten z naszego zadania - jak pewnie niektórzy się domyślali. Trochę krótkie, średnio mi się podoba, ale chyba ujdzie w tłumie. Gratuluję tym, którzy przebrnęli.
Fragmenty tekstu pochodzą z piosenki "Pain" - Three Days Grace]

30 czerwca 2013

"Who will tell the story of your life?" Cz.5 [Raksha Morte]

    - Kim jestem? – cichy głos Akallabeth przebił się przez szum wodospadu.
    Leżała na polanie, wpatrując się w ogromny księżyc, który oświetlał ich swoich bladosrebrnym blaskiem. Na niebie gdzieniegdzie można było dojrzeć pojedyncze gwiazdy, jednak oprócz nich i łagodnego półkola nic nie rozświetlało wyjątkowej czerni nocy. Cisza raz po raz przerywana była przez świerszcze lub zwierzęta, które tylko nocą wychodziły ze swych kryjówek. W niewielkim jeziorku odbijał się obraz nieboskłonu, a woda falowała z wolna, poruszana przez łagodny wietrzyk.
    - Anioły, demony, przeklęci, czarnoksiężnicy, opętani. Różnie nas nazywano – odpowiedział jej niski głos należący do czarnowłosego, który zasiadł obok niej, jak zwykle zajmując się czyszczeniem swego miecza. Czarna klinga lśniła złowrogo w srebrzystym świetle, emanując dziwną poświatą.
    Białowłosa podniosła się, opierając na łokciach i spoglądając na mężczyznę. Twarz miał skupioną, a jednocześnie o wiele bardziej zrelaksowaną niż gdy przebywali na terenie obozu, mimo to cała jego postawa wskazywała na ciągłą czujność, jakby w każdym momencie spodziewał się nadejścia niebezpieczeństwa.
    - Jesteśmy tacy sami? – zapytała, mając nikłą nadzieję, że może towarzysz podniesie na nią wzrok, jednak ten pozostał skupiony na mieczu.
    - Nie – zaprzeczył, ale nie pokusił się o więcej wyjaśnień.
    Dziewczyna, nieco już zirytowana zdawkowanymi odpowiedziami, usiadła prosto, wbijając spojrzenie w sylwetkę Kasydiona.
    - Ponieważ… - zaczęła, specjalnie przeciągając końcówkę słowa.
    Czarnowłosy podniósł na nią wzrok dwukolorowych tęczówek, a widząc jej nieustępliwą minę, westchnął cicho. Schował miecz do pochwy leżącej obok niego i odłożył go na bok, ale tak by był w zasięgu ręki. Nie chciał odpowiadać na pytania, obawiał się, że posiadana przez niego wiedza może tylko zaszkodzić białowłosej, jednak nie mógł dłużej odmawiać rozmowy. Akallabeth nauczyła się stawiać na swoim.
    - Jeszcze parę dni temu miałem wątpliwości, jednak kiedy przyswoiłaś nowy żywioł bez problemu, potwierdziły się moje obawy – zaczął, a jego głos stał się o wiele poważniejszy niż zwykle, przyprawiając o niepokojąco szybkie bicie serca dziewczyny. – Różnimy się, chociaż tak naprawdę jesteśmy identyczni. Różnica polega na tym, że ja jestem starą duszą, a ty nowonarodzoną – zakończył, kładąc dłonie na skrzyżowanych nogach i spoglądając na białowłosą w celu sprawdzenia jej reakcji.
    Zmarszczyła brwi, przetwarzając w głowie ledwie zasłyszane informacje. Nie miała pojęcia co znaczyły terminy użyte przez Kasydiona, jednak to zupełnie inne słowo przykuło jej uwagę.
    - Jakie obawy się potwierdziły? – Podniosła wzrok i napotkała spojrzenie dwukolorowych tęczówek, nad wyraz poważnych i spokojnych, a jednak skrywających o wiele bardziej skomplikowane emocje.
    - Twoja aura wydawała mi się znajoma, ale miałem nadzieję, że jednak nie jesteś taka jak ja – powiedział, unosząc kącik warg w smutnym uśmiechu. – To nie jest życie, jakiego bym ci życzył – dodał, a białowłosa niemal wstrzymała oddech.
    - Tylko… - zaczęła, chcąc zatuszować własne pogmatwane uczucia i zażenowanie z tego wynikające, próbując myślami wrócić do jego poprzednich słów. – Dlaczego nazwałeś siebie starą duszą, a mnie nową? – zapytała, wykorzystując fakt, że Kasydion zaczął w końcu odpowiadać dłuższymi zdaniami.
    - Nowonarodzoną – poprawił ją, a białowłosa uśmiechnęła się lekko. – Starą, czyli nie żyję po raz pierwszy, to już któreś z kolei moje ciało. Twoja dusza za to dopiero się narodziła, to twoje pierwsze życie – wyjaśnił.
    Słysząc jego słowa, niemal uniosła brwi w zdziwieniu. Mężczyzna miał moc reinkarnacji, odradzał się niczym feniks, za każdym razem jako ktoś inny a jednocześnie taki sam. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić, a jeśli dobrze zrozumiała, ona była taka sama. Poczuła dziwny ucisk w klatce piersiowej na samą myśl o tym.
    - Skąd wiedziałeś, że jestem nowonarodzoną? – W jej fiołkowym spojrzeniu zabłysnęły iskierki zainteresowania, ale również niespotykanej ekscytacji, jakby dowiedziała czegoś niezwykłego i zakazanego równocześnie.
    Kasydion w duchu poczuł dziwną satysfakcję na myśl, że dziewczyna ucieszyła się i z tak wielkim zapałem zadawała kolejne pytania. Jednak to świadomość, że wreszcie znalazł kogoś takiego jak on sam, była najprzyjemniejsza. W dodatku, białowłosa zdawała się mieć w sobie coś jeszcze, czego nie posiadali inni, kiedyś mu znani, również im podobni.
    - Twoje włosy – zaczął, pochylając się nieco w jej stronę i chwytając w palce biały kosmyk. – Są białe, jak u wszystkich w pierwszym życiu. Posiadają też znak pierwszego opanowanego żywiołu – dodał, przesuwając opuszkami wzdłuż pasma i muskając także czerwone. Uniósł wzrok znad jej włosów na fiołkowe tęczówki, znając sobie sprawę z tego, że są bliżej siebie niż jeszcze chwilę temu. Za blisko. – Woda. Przyjęłaś kolejne połączenie bez szwanku i to w niezwykle szybkim tempie. Tylko w pierwszym życiu jest to możliwe – zakończył, puszczając kosmyk i odchylając się na większą odległość. Odwrócił wzrok, sam czując nieznane napięcie w klatce piersiowej.
    Akallabeth wypuściła powietrze, które nieświadomie wstrzymała w płucach. Ciągle czuła ciepły oddech na swoim policzku, a rumieńce paliły jej delikatną skórę. W roztargnieniu odgarnęła za ucho kosmyki, którymi jeszcze przed chwilą bawił się czarnowłosy.
    - Który raz już żyjesz? – zapytała, nerwowo skubiąc rąbek swojej tuniki, nagle jakoś bojąc się spojrzeć w dwukolorowe tęczówki.
    - Trzeci albo czwarty – odpowiedział, kątem oka obserwując spięta dziewczynę.
    - Czy za każdym razem… - Wzięła głębszy wdech, instynktownie bojąc się zadać nurtujące ją pytanie. – Jesteś kimś zupełnie innym? – wyrzuciła na jednym wydechu i przymknęła powieki, czekając na odpowiedź.
    Przez chwilę między dwójką magów panowało niewygodne milczenie. Brunet uśmiechnął się lekko pod nosem, sam nie wiedząc czemu, cieszył się, że owe pytanie padło z ust białowłosej, która w dodatku zdawała się nim bardzo przejmować. Czyżby myślała o następnych życiach? Może kierowało nią coś więcej niż tylko ciekawość? Nie miał pojęcia, ale ciepło zdążyło rozprzestrzenić się po jego klatce piersiowej.
    - Nie – powiedział, a Akallabeth momentalnie podniosła głowę, przez co ich spojrzenia skrzyżowały się po raz kolejny. Tym razem jednak znajoma iskra zdążyła przeskoczyć między nimi. – Dusza się nie zmienia, wygląd praktycznie też. – Białowłosa przygryzła wargę, słuchając go uważnie i nie zdając sobie sprawy z tego, jak podobne były ich myśli. – Jedynie kolor włosów, oczu może ulec zmianie, ze względu na żywioł z jakim się odrodzimy – dodał, znów wędrując wzrokiem na białe kosmyki dziewczyny. – Może mi nie uwierzysz, ale też kiedyś miałem białe włosy. – Uniosła brwi, jakoś nie potrafiąc sobie wyobrazić bruneta w owym kolorze. Kiedy znów spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się lekko. Podniósł palec, przesuwając nim po bliźnie ciągnącej się od policzka do łuku brwiowego. – Tego też nie miałem. Nabytek tego życia, ciężar Cienia – wyjaśnił, odpowiadając na niezadane pytanie.
    Zamilkł, a ona znów przygryzła wargę, zastanawiając się nad wszystkim, czego zdołała się dowiedzieć. Czyli możliwym było, że jeśli się odrodzi, będzie wyglądała inaczej niż teraz. Nie wiedziała czy powinna się z tego cieszyć. Lubiła swoje włosy, nawet to czerwone pasmo. Nie chciałaby za to innego koloru tęczówek. Jeszcze nigdy nie spotkała drugiej osoby o takich oczach jak ona i cieszyła się z tego niezmiernie, chociaż nie miała pojęcia, dlaczego właściwie nie są barwy reprezentującej jej żywioł.
    W zamyśleniu chwyciła źdźbło trawy, bezwiednie obracając je w dłoni. Kolejne pytania zagościły w umyśle, ale nie miała odwagi, by zadać połowy z nich. Krążyły po jej głowie i kuły nieprzyjemnie, domagając się wypowiedzenia na głos.
    - Jest nas więcej? – odezwała się w końcu po dłuższej chwili, przerywając przyjemną ciszę, która zapanowała między nimi po ostatnich słowach bruneta. Mimo iż nie znali się zbyt dobrze, teraz spędzali wiele godzin w nocy po prostu milcząc, wspólnie czerpiąc przyjemność z rześkiego powietrza i blasku księżyca.
    Brunet, usłyszawszy pytanie, jakby nagle się spiął, a po chwili rozluźnił, jednak jego spojrzenie stało się bezbarwne. Myślami odpłynął gdzieś daleko i wrócił dopiero po dłuższej chwili, westchnąwszy cicho.
    - Nie, byłem ostatni – powiedział, umyślnie stosując czas przeszły. W końcu, właśnie znalazł osobę, która uświadomiła mu pomyłkę i jakoś wcale mu to nie przeszkadzało.
    - Dlaczego? – zapytała z wyraźnym niedowierzaniem wymalowanym we fiołkowych tęczówkach. Jego słowa właśnie całkowicie zaprzeczyły poprzednim. – Przecież, skoro się odradzamy, powinno nas być o wiele więcej – dodała, będąc przekonaną, że zdolność reinkarnacji czyni z nich osoby, które nie mogą umrzeć całkowicie.
    Kasydion prychnął cicho, jakby ze złością. Spojrzenie dwukolorowych tęczówek stało się ostre i obce, ale na szczęście skierowane było na przeciwległą ścianę lasu a nie białowłosą, której i tak włoski na karku stanęły dęba, gdy zobaczyła bruneta w takim stanie.
    - Istnieją magowie, którzy uważali nas za zło i za wszelką cenę próbowali wszystkich wybić – odparł z goryczą w zachrypniętym głosie, który przesłał nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa dziewczyny. – Prawie im się udało, prawie – zaakcentował, a białowłosa odniosła wrażenie, że w tych słowach zawarta była jakaś groźba.
    Wzięła głębszy oddech, zanim zebrała dość odwagi, by kontynuować rozmowę. Nie chciała przepuścić okazji, kiedy mogła się dowiedzieć tylu przydatnych rzeczy, a brunet był teraz bardziej skłonny do udzielania odpowiedzi niż zwykle się mu to zdarzało.
    - Nikt nie wie, kim jesteś – bardziej stwierdziła aniżeli zapytała. Uśmiech, który zawitał na wargach mężczyzny, niemal zmroził krew w jej żyłach. Po raz pierwszy zrozumiała, dlaczego wszyscy tak bardzo się go obawiali, ponieważ w tej chwili sama poczuła się dziwnie nieswojo w towarzystwie czarnowłosego.
    - Nikt – potwierdził, przyznając jej rację z niezdrową satysfakcją. – Cień na tyle przesiąkł już moją aurę, że nikt nie rozpozna, kim jestem naprawdę – dodał z zadowoleniem, jednak kiedy spojrzał na Akallabeth i dojrzał iskierkę strachu w jej fiołkowym spojrzeniu, uśmiech goszczący na jego wargach momentalnie zbladł. Niemal się zapomniał, znowu. Prawie pozwolił, by mrok zawładnął nad umysłem, ale w porę się opanował. Spuścił wzrok, przymykając na chwilę powieki i, wziąwszy głęboki wdech oraz wydech, ponownie podniósł spojrzenie na białowłosą. – Niestety, ty nie masz takiej ochrony – powiedział, ale tak cicho, że niemal wyszeptał.
    Akallabeth poczuła jak jej serce ponownie przyspiesza, ale już nie ze strachu, a ogarnięte jakimś dziwnym ciepłem, które przepłynęło po całym ciele. Pochyliła się do czarnowłosego, opierając się na jednej ręce i podnosząc drugą dłoń, by przesunąć nią po policzku Kasydiona. Skrzyżowała swoje spojrzenie z jego dwukolorowymi tęczówkami, w których zauważyła niewielką dozę zdziwienia zmieszaną z zadowoleniem. Uśmiechnęła się lekko, teraz już wiedząc, że nie ma czego się obawiać.
    - Mam ciebie – również szepnęła, unosząc kąciki warg w rozbawieniu. Brunet zaśmiał się cicho, a atmosfera wokół nich rozluźniła się. Kiedy podniósł wzrok, również w jego oczach zabłysnęły wesołe iskierki. – Po za tym… - Przesunęła dłoń z jego policzka w bok, przeczesując czarne kosmyki palcami. – Dam sobie radę, nie jestem takim znowu niewiniątkiem – dodała, mrugając do mężczyzny porozumiewawczo.
    Kasydion, wykorzystując jej chwilową nieuwagę, chwycił białowłosą w pasie i pociągnął do siebie tak, że wylądowała na jego kolanach. Zaskoczona, nawet nie zdołała się przed tym uratować, przez co na jej bladych policzkach zakwitł różowy rumieniec.
    - W to akurat nie wątpię – usłyszała jeszcze przy uchu jego zachrypnięty głos, a na ciele poczuła przyjemne dreszcze, zanim otaczających ich świat znów przestał mieć większe znaczenie. 

[Trochę krótkie, nudnawe i nic się nie dzieje, ale chciałam co nieco wyjaśnić, no i to przedostatni część tej serii, więc chciałam, by była spokojna. W sumie jestem z niej całkiem zadowolona, teraz będę mogła się wziąć za zadanie. Gratuluję tym, którzy przebrnęli. ]

18 kwietnia 2013

"Who will tell the sotry of your life?" Cz.4 [Raksha Morte]

  Tego samego dnia, w którym do ich obozu przybył czarny jeździec, zaczęły dziać się rzeczy niesamowite. Jednak tylko białowłosa mogła o tym wiedzieć, bo tylko jej zaczęły się przytrafiać. Do czasu. Wróćmy zatem do tamtego dnia, kiedy ich spojrzenia się spotkały, a drogi przeznaczenia zaczęły kształtować się przed nimi.
   Wieczorem tegoż samego dnia, kiedy cienie poczęły zalegać na dolinie, a magowie powoli udawali się na spoczynek do swych chatek, jedna osoba nie mogła zasnąć. Targały nią nieznane niepokoje i uczucia, a napięcie nie opuszczało ciała. Dziwna ekscytacja, niewiadomo czym wywołana, kazała wyjść z bezpiecznego domku i zapuścić się w las, który o tej porze wydawał się być mroczniejszy i bardziej magiczny niż za dnia. W cieniach między krzewami można było dostrzec ciekawskie oczy, gdzieniegdzie zabłysnął kieł jakiegoś dzikiego zwierzęcia, a pohukiwanie sowy zdawało się być złowieszcze i pocieszające zarazem. Nic nie zakłócało spokoju, nawet pewna osóbka, delikatnie stąpająca po grubym poszyciu. Jej blada skóra i białe włosy wydawały się lśnić srebrzyście w blasku księżyca, a czerwone pasmo przybrało barwę brunatnej krwi, odcinając się na nieskalanej bieli jej postaci. Nawet duże, fiołkowe oczy jakby pełniejsze życia, spoglądały na wszystko z fascynacją. Dziewczyna czuła się wolna pośród mroków nocy, wydawało jej się, że nikt nie zauważy jej pośród cieni, kiedy świeciła niczym sam księżyc.
   Wiedziona cichym śpiewem strumyka, a potem głębszym szumem, doszła do niewielkiej polanki. Przed nią wznosiła się ściana z oszlifowanych przez wodę kamieni, a pod dużym wodospadem widniało jezioro, które głębokością mogło przerazić. Oczywiście białowłosa nie zdawała sobie z tego sprawy i podeszła do krawędzi wody, mocząc bosą stopę w zimnej wodzie. Nie przeszkadzał jej chłód, a wręcz był dla niej przyjemny podczas tej gorącej, letniej nocy. Uklękła i zanurzyła dłonie w jeziorze, które wydawało się niesamowicie przejrzyste, a równocześnie odbijało granatowe niebo usiane gwiazdami i niezwykłą postać białowłosej. Zdziwiła się, kiedy ujrzała jak blask księżyca odbija się od jej białych jak śnieg włosów, jednak bardziej przejęła się miłym dreszczykiem, który przebiegł po jej ciele, zaczynając się przy zanurzonych w wodzie placach. Czuła jak moc pulsuje w tym dość dużym zbiorniku wodnym i opływa jej dłonie, przekazując część tej siły, która teraz stała się jej własną.
  Uśmiechnęła się lekko, jednak kiedy usłyszała nieznany głos za plecami, podskoczyła i szybko obróciła się do źródła dźwięku.
  - Wybacz, że ci przeszkadzam, jednak świecisz niczym gwiazda pośród nocy, pani – odezwał się niski, zachrypnięty głos, który zdawał się dobiegać znikąd. – Czemu więc zeszłaś do nas? – Po jej ciele przeszedł dreszcz i wtedy go dostrzegła.
  Wyłonił się z mroku, nagle materializując się tuż przed nią, na wyciągnięcie dłoni. Wiatr zamarł, jakby nie chcąc zakłócić tej chwili, a ona spoglądała na niego z fascynacją. Powoli cienie opuściły jego osobę, aż znów ujrzała przed sobą tajemniczego jeźdźca, który spoglądał na nią zza kurtyny swych czarnych włosów okiem tak intensywnie błękitnym jak niebo w samo południe.
  - Czasem warto oderwać wzrok od nieba i spojrzeć na rzeczy przyziemne – odpowiedziała, nie spuszczając z niego wzroku swych fiołkowych oczu.
  Jeździec uśmiechnął się lekko, jednak był to gest tak nikły, iż białowłosej wydawało się, że się przewidziała.
  - Chciałabyś wzlecieć do nieba? – zapytał cicho, swoim zachrypniętym głosem, podchodząc bliżej do dziewczyny.
  Zauważyła, że sięga mu zaledwie podbródka, chociaż sama była wysoka. Tym razem jednak nie odpowiedziała, spuszczając wzrok i przygryzając lekko wargę. Jego obecność tylko wzmogła dziwne napięcie, które przez cały czas jej towarzyszyło, a które teraz stało się naprawdę dokuczliwe. Nagle zawstydziła się i już nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy, a właściwe to jedno, które pozostało niezasłonięte.
  - Spójrz na mnie – szepnął, delikatnie ujmując jej podbródek długimi palcami i unosząc głowę, by ich spojrzenia znów się skrzyżowały. Przesunął kciukiem pod jej dolną wargą i pociągnął za nią lekko, tak by wysunęła się spod zębów. Przez jej ciało ponownie przeszedł ten dziwny dreszcz. – Akallabeth.
  - Skąd znasz moje imię? – zapytała niemal bez tchu, przytłoczona jego bliskością, a on tylko uśmiechnął się do niej, unosząc jeden kącik swoich pełnych ust.
  - Jestem Kasydion – przedstawił się tylko, ale ciągle nie zabrał dłoni, a jego kciuk zatoczył niespieszne kółko na policzku białowłosej.
  Akallabeth, kierowana nieznanym jej przeczuciem czy też może uczuciem, podniosła swoją dłoń i odgarnęła burzę czarnych włosów z twarzy mężczyzny. On niemal natychmiast przymknął powieki, a dziewczyna wyczuła, że nagle cały się spiął, jakby gotowy do ucieczki. Wiedziała już, czemu chował prawą stronę twarzy. Jego łuk brwiowy i powiekę zdobiła długa blizna, kończąca się dopiero na kości policzkowej, wyglądała na nabytą kilka lat wcześniej. Białowłosa przesunęła po niej delikatnie palcem, a kiedy dotarła do jej końca, brunet w końcu otworzył oczy. Drugie, to które zawsze zakrywał, było całkowicie czarne.
  - Niesamowite – szepnęła, spoglądając na niego z fascynacją i zaciekawieniem.
  Nie przywykł do takiego zachowania, wszyscy zawsze uciekali, widząc jego dwukolorowe tęczówki i długa bliznę, zupełnie jakby był czymś naznaczony. Nie mieli nawet pojęcia jak blisko byli prawdy, jednak ta dziewczyna okazała się zupełnie inna. Powinien był się tego spodziewać.
  - Pozwolisz pani, bym coś ci pokazał?
  Zadrżała na dźwięk jego zachrypniętego głosu i uśmiechnęła się lekko, czując jak we śnie.
  - Jeśli tylko tego zapragniesz – zgodziła się.
  Brunet odwzajemnił uśmiech, po czym wolną ręką objął dziewczynę w pasie, przyciągając blisko swego ciała. Teraz prawie nie było między nimi żadnej przestrzeni, a ich oddechy mieszały się ze sobą. Przez chwilę myślała, że złączy ich usta w pocałunku, jednak po chwili poczuła dziwne mrowienie w miejscach, gdzie ich ciała się stykały. Ten sam przepływ mocy, którego doznała przy kontakcie z wodą. Spojrzała na mężczyznę zaskoczona, ale on tylko uśmiechnął się tajemniczo i nakrył jej wargi swoimi, a ona poczuła jak po jej wnętrzu rozlewa się przyjemne gorąco.
  Kiedy wplotła palce w jego gęste włosy, czuła się jakby spadała i tylko on ją podtrzymywał. Rozpływała się, czując przyjemne dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Miała wrażenie, jakby poczuła go wszędzie, w każdej komórce swego ciała, wzmagając nieznane napięcie. Wszystko zblakło w momencie, kiedy oderwał się od niej, a tylko ich urywane oddechy i szybkie bicie serca świadczyły o intensywności tego w czym właśnie uczestniczyli.
  - Czy to chciałeś mi pokazać? – zapytała cichym szeptem, próbując wyrównać oddech.
  Brunet uśmiechnął się tylko i odwróciła głowę w prawą stronę.
  - Nie do końca, chociaż nie przeczę, że było warto.
  Powędrowała spojrzeniem za jego wzrokiem i niema krzyknęła ze zdziwienia. Właśnie stali na szczycie kamienne ściany, z której spływał wodospad szumiący zaraz za jej plecami.
  - Wszystkich potrafisz tak przenosić? – W jej głosie pobrzmiała ciekawość, ale równocześnie także jakaś nieznana nutka. Poczuła dziwne ukłucie na myśl, że kiedyś już w taki sposób kogoś przenosił.
  - Nie, to był pierwszy raz – powiedział, a ona spojrzała na niego z zaskoczeniem.
  Uśmiechnął się do niej lekko, tajemniczo.
  - Spójrz w dół.
  Skierowała wzrok na wodę w jeziorze, która pieniła się niemal zaraz pod nimi. Stali na samej krawędzi, wystarczyłby tylko krok, by znaleźć się na dole w dość nieprzyjemny sposób. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że było tu tak wysoko, a wizja kąpieli nie wydawała jej się zbyt przyjemna.
  - Skocz – polecił jej, stając tuż za nią i zabierając dłonie, co powitała z lekką niechęcią.
  - Po co miałabym? Nie umiem pływać – odrzekła, spoglądając na niego ze zmarszczonymi brwiami.
  - Zaufaj mi, będę tuż za tobą.
  - Czy to jest właśnie to, co chcesz mi pokazać?
  Nie odpowiedział, ponownie obdarzając ją tym półuśmiechem, od którego krew w jej żyłach zawrzała. Znów spojrzała na wodę i wzięła głęboki wdech. Najwyżej wyparuje całą wodę z jeziora, żeby się wydostać, a to przecież wcale nie tak dużo. Zrobiła krok w przód i od razu poczuła, jak spada, ale tym razem naprawdę. Bardzo różniło się od tego co przeżyła przed chwilą, zwłaszcza że po sekundzie uderzyła w wodę, zagłębiając się w niej na kilka metrów.
  Oddech wyrywał jej się z piersi, a do ust zaczęła napływać woda. Białowłosa w panice poczęła machać dłońmi i nogami, chcąc jak najszybciej zaczerpnąć powietrza, jednak ktoś złapał ją za ręce, unieruchamiając w miejscu. Przez chwilę dusiła się, woda wypełniała jej płuca, wywołując niemiłosierny ból zdolny rozsadzić jej klatkę piersiową. Szarpała się, próbując wyrwać z żelaznego uchwytu, ale nic to nie dało. W końcu poddała się, czując, że już nie da rady dłużej walczyć, a ból stał się zbyt duży. Właśnie w tej chwili, kiedy woda wokół nich się uspokoiła, białowłosa poczuła, że już nic jej nie boli. Zamrugała, zdając sobie sprawę z tego, że wcale nie potrzebuje powietrza.
  Ktoś kto do tej pory trzymał ją w żelaznym uścisku, teraz poluzował nieco uchwyt i powoli wyciągnął ją na powierzchnię. Kiedy tylko jej głowa znalazła się nad wodą, dziewczyna niemal zachłysnęła się powietrzem. Chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do ponownego oddychania i uspokojenie swojego szybko bijącego serca. Dopiero, kiedy jej stopy bezpiecznie dotknęły piaszczystego podłoża, powoli odgarnęła ociekające wodą włosy z oczu i odwróciła się twarzą do bruneta, który ciągle ja obejmował.
   - Jesteś też magiem wody? – zapytała, jakby niedowierzając i zapominając o tym, czego przed chwilą sama doświadczyła.
  Do tej pory spotkała tylko jedną osobę, która posługiwała się dwoma żywiołami i była to Aldamir. Pewnie dlatego tak bardzo ją to zaskoczyło, a własne przeżycia zeszły na dalszy plan. Zwłaszcza, że tajemniczy jeździec niezwykle ją fascynował.
  - Teraz ty też nim jesteś – powiedział, nagle uświadamiając jej, że właśnie dostąpiła połączenia z kolejnym żywiołem i tym samym również posiadła zdolność panowania nad dwoma żywiołami.
   Podniosła dłoń nad wodę i skupiła się, marszcząc przy tym brwi. Nad bladą skórą zaświecił biały płomyk, całkowicie niezmieniony od czasu poranka, który jednak zdawał się świecić żywszym blaskiem i dawał więcej ciepła, które równocześnie wydawało się być chłodne. Z dziecinną ciekawością Akallabeth ostrożnie włożyła dłoń z płomykiem pod wodę. Ciecz nie wyparowała, a ogień nie zgasł, nadal płonąc żywym blaskiem pod powierzchnią jeziora.
  Białowłosa wstrzymała oddech, równocześnie dostrzegając swoje odbicie. Nic się nie zmieniło, dalej wyglądała jak przedtem, a może tylko w świetle księżyca nie mogła dostrzec niczego nowego. Zgasiła płomyk, ciągle nie potrafiąc uwierzyć w to co się wydarzyło.
  - Jak to możliwe? – szepnęła, spoglądając w dwukolorowe tęczówki bruneta.
  - Jesteś wyjątkowa, Akallabeth – odpowiedział, głosem bardziej zachrypniętym niż wcześniej, wysyłając dreszcze przez całe ciało dziewczyny. – Jak ja – dodał już o wiele ciszej, pochylając się nad nią i odgarniając mokre kosmyki bladej twarzy białowłosej.
  Poczuła się, jakby ogień znów zawrzał w jej żyłach, a jednak wcale nie płonęła.
  - Co masz na myśli? – zapytała cicho, nie śmiejąc mówić głośniej niż szeptem.
  Nie odpowiedział. Przesunął kciukiem wzdłuż linii jej dolnej wargi i uśmiechnął się lekko, by po chwili ponownie złączyć ich usta w długim pocałunku. Znów poczuła, jakby spadała, rozpływając się w jego silnych ramionach, jednak tym razem nigdzie się nie ruszyli, nie przejmując się tym, że stoją po pas w zimnej wodzie.
***
Uhuhu, dawno już miałam to napisać, ale dopiero dzisiaj dostałam napływ weny, a i tak troszku krótkie to, eh. Wybaczcie mi moją chwilową nieobecności, a raczej brak aktywności. Miałam zwariowany tydzień i niestety najbliższe nie będą lepsze. Postaram się jutro odpisać na komentarze i częściej wchodzić, ale to zależy od ilości mojego wolnego czasu i chęci. W każdym bądź razie mam nadzieję, że się podobało. Będzie jeszcze jeden albo dwa odcinki z tej serii, a potem nowa.

18 marca 2013

"Whp will tell the story of your life?" Cz.3 [Rkasha Morte]

 Nikłe promyki południowego słońca ledwie przebijały się przez gęste korony drzew. Puszcza zdawała się być cicha i tajemnicza, gęste poszycie lasu zapewniało kryjówkę niejednemu stworzeniu. Powietrze było tu tak wilgotne, że niemal wydawało się ciężkie i nawet żaden powiew wiatru nie burzył tego spokoju. Ogromne, wysokie konary wznosiły nad głową czarnej pantery i przypatrywały się z ciekawością temu niezwykłemu gościowi. Raksha przemierzała tą puszczę już od dobrych kilku dni, odkąd niedawno wyruszyła poza tereny Stada Nocy, by poszukać tego tajemniczego osobnika. Wiedziała, że odchodziła w złym czasie, ale coś usilnie próbowało ją zaciągnąć do tego miejsca. I oto jest. Po środku ogromnego lasu, kryjąc się w długich cieniach, nie mając pojęcia dokąd zmierza.
 Schylona nisko nad ziemią, na ugiętych łapach, powoli poruszała się między drzewami. Niestety musiała iść dołem, zamiast, tak jak lubiła najbardziej, skakać po gałęziach, a to dlatego, że nie chciała zostać zbyt szybko zauważona. Jej fiołkowo-zielone oczy sondowały teren w poszukiwaniu jakiś znaków, które mogłyby świadczyć o obecności kogoś oprócz niej. Kierowana dziwnym odczuciem spojrzała w górę, by zaraz przed sobą, na jednym z drzew, ujrzeć poszukiwanego przez nią czarnego lamparta. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, gdyż ukryta w gęstwinie krzewów była niewidoczna dla leżącego na gałęzi samca. Przesunęła wzrokiem po całym drzewie, na którym się znajdował i wypatrzyła dogodne miejsce. Cieszyła się teraz w duchu, iż był odwrócony do niej tyłem, mogła spokojnie pojawić się na gałęzi umiejscowionej tuż za nim. Skupiła się na owym miejscu i poczuła jak powoli jej ciało zaczyna rozpływać się w cieniach, by po chwili zmaterializować się za plecami niczego niedomyślającego się lamparta. Nie miała pojęcia, że wyczuł ją, kiedy tylko się tam pojawiła, dlatego jego słowa były dla niej niemałym szokiem.
 - W końcu raczyłaś się pojawić, Raksho - powiedział, zwracając na nią swe błękitne ślepia. Po raz kolejny zaskoczył ją kolor tych oczu i pewność, że wie kim on jest, że skądś go zna.
 Otrząsnęła się już z początkowego zszokowania i zmrużyła swoje ślepia, wpatrując się w samca.
 - Skąd wiedziałeś, że to ja? Niczym się nie zdradziłam, co więcej, na pewno mnie nie zauważyłeś - rzekła, nieco chłodniej niż chciała i po nie w czasie zdała sobie sprawę, iż zabrzmiało to jakby była nieco zbyt pewna siebie, czego nie miała w zamiarze. Stwierdziła tylko oczywisty dla niej fakt.
 Lapmart podniósł się i spojrzał na nią z tym swoim tajemniczym półuśmiechem.
 - Wyczułem twoją aurę i to, że użyłaś mroku, by się tu dostać - odpowiedział, wyglądając na niemal zadowolonego z faktu, iż udało mu się ją czymś zaskoczyć.
 Pantera przekrzywiła pysk, zastanawiając się nad jego słowami. Zaciekawiła ją aura, o której wspomniał, czyżby miał umiejętność widzenia ich? Na to wyglądało. Spojrzała na niego z kiepsko ukrywanym zainteresowaniem wymalowanym w ślepiach, ale samiec zdążył ją uprzedzić z odpowiedzią.
 - Zanim zdążysz zapytać, tak, widzę aury innych, ale twoja jest inna, dlatego potrafiłem wyczuć ją z większej odległości nawet cię nie widząc - wyjaśnił, obserwując jakie wrażenie wywrą na niej nowe informacje.
 - Inna? Pod jakim względem? - zapytała, teraz już wcale nie próbując zamaskować zainteresowania, ale także niewielkiego zdziwienia.
 Tym razem to on przekrzywił pysk, spoglądając na nią w nieco inny sposób niż wcześniej, jakby ze... smutkiem? Nie, musiało jej się wydawać. Cokolwiek pojawiło się przez tą chwilę w jego ślepiach, zniknęło zbyt szybko, by mogła jednoznacznie stwierdzić.
 - Jest podobna do mojej - odpowiedział. Po raz kolejny zbił ją z pantałyku tak, że nie wiedziała co powiedzieć, jednak nawet gdyby chciała, nie zdążyłaby. - Widzę, że ciągle nie pamiętasz. - Westchnął i odwrócił się, jakby chcąc odejść. - Wróć, kiedy dowiesz się wszystkiego - dodał i już chciał zniknąć jak poprzednio, jednak słowa Rakshy zatrzymały go w półkroku.
 - Nie wiem nawet jak się nazywasz...
 Spojrzał na nią tymi swoimi błękitnymi ślepiami i uśmiechnął się lekko.
 - Dowiesz się wkrótce Raksho, lub jak kiedyś zwykłem do ciebie mówić, Akallabeth - powiedział i rozpłynął się w mroku, pozostawiając panterę w jeszcze większym szoku.

***
 Białowłosa weszła do białego budynku tuż za nieznaną jej szatynką, która nie wydawała się być zbyt przyjaźnie nastawiona. Wnętrze nie różniło się zbytnio od domku, który został jej przydzielony. Przy ścianach stały drewniane meble, w dużych oknach wisiały bladożółte zasłony, a podłoga wyłożona była jasnym drewnem. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że znajduje się w hallu i właśnie kierowali się do jednego z pomieszczeń umiejscowionych na jego końcu. Weszli do pokoju urządzonego w równie ciepłych barwach, jednak tutaj można było dostrzec więcej brązu z akcentami zieleni. Po środku stało duże, dębowe biurko, a za nim skórzany fotel, w którym to zasiadła owa tajemnicza kobieta. Pomieszczenie to pewnie było gabinetem, o czymś świadczyły, właśnie biurko i rzędy półek pełnych rozmaitych książek, ustawione przy dwóch równoległych do siebie ścianach. Akallabeth nie zdołała dobrze przyjrzeć się pomieszczeniu, gdyż jej obserwację przerwał chłodny, kobiecy głos.
 - Jestem Aldamir, przewodzę tutejszym magom - zaczęła, po raz kolejny swoim spojrzeniem niemal przeszywając duszę dziewczyny na wskroś. - Rozumiem, że chcesz tu zostać by rozwijać swoje umiejętności? - zapytała, chociaż znała już odpowiedź. 
 Białowłosa spojrzała w oczy przywódczyni i dopiero teraz zrozumiała, dlaczego jej spojrzenie wydawało się tak niezwykłe. Nie sposób było określi jakiego koloru były jej oczy, raz wydawały się stalowo szare, raz jasno zielone, a po chwili brązowe. Akallabeth zebrała się w sobie i odpowiedziała.
 - Tak, zawsze też chciałam poznać innych podobnych do mnie. 
 Aldamir uśmiechnęła się lekko, przez co nie wydawała się już tak straszna jak jeszcze przed chwilą, mimo to dziewczyna nie wyzbyła się tego dziwnego zaniepokojenia, jakby coś było nie tak z tą kobietą. 
 - W takim razie myślę, że Alcarin i Lithia z chęcią przedstawią ci innych, prawda? - spojrzała na pozostałą dwójkę, która dotychczas milczała. 
 - Oczywiście - odpowiedział chłopak, uśmiechając się lekko do białowłosej.
 - A ja z chęcią nauczę ją co nieco o naszym żywiole - dodała entuzjastycznie rudowłosa, puszczając Akallabeth perskie oko. 
 - No dobrze, w takim razie nie zatrzymuję was dłużej, gdybyś miała jakieś pytania, możesz zawsze do mnie przyjść - powiedziała na koniec Aldamir, uśmiechając się do nieco zakłopotanej dziewczyny, która jednak teraz uśmiechnęła się lekko.
 Cała trójka wyszła z gabinetu i wszyscy zgodnie odetchnęli, po czym sami nie wiedząc dlaczego, zaczęli się śmiać. Mimo iż niepokój ciągle dręczył umysł posiadaczki białego płomienia, w końcu poczuła, że jest właśnie tam, gdzie być powinna i gdzie zawsze należała.
***
 Akallabeth siedziała właśnie na polanie przed domkami, przyglądając się Alcarinowi, który pokazywał młodszemu magowi, jak powinien łapać promienie słońca, oświetlające ich teraz swoim złotym blaskiem. Spędziła tu już dwa tygodnie, ucząc się coraz to nowych rzeczy o swoim żywiole i żywiołach innych, ale ciągle nie mogła wyzbyć się uczucia niepokoju, które zawsze nawiedzało ją, gdy Aldamir obserwowała jej ćwiczenia. Zwłaszcza, gdy inni magowie po raz pierwszy widzieli jej biały płomień, nie mogąc się temu nadziwić, prosili ją o pokazywanie go raz za razem, aż w końcu jakoś się do tego przyzwyczaili. Teraz już nikt nie reagował tak na jej ogień, jednak wiedziała, że ta tajemnicza kobieta coś wiedziała na ten temat. Szczególną uwagę zwracając zawsze na jej włosy. Tylko co było w nich takiego niezwykłego? Prawda, były białe z czerwonym pasmem, ale także odzwierciedlały jej żywioł, więc nie wiedziała, dlaczego tak bardzo wszyscy się nimi zachwycali. Zauważyła już, że większość miała wygląd w jakimś stopniu wskazujący na ich żywioł. Lithia miała rude włosy, jak ogień, Alcarin złote, wskazujące na światło, użytkownicy ziemi brązowe, często także posiadali zielone oczy. Żywioł wody charakteryzował się niebieskimi oczami, a wiatru - szarymi. Tu także wyjaśniła się tajemnica oczu Aldamir. Od Alcarina dowiedziała się, iż jest ona pobłogosławiona nie tylko ziemią, ale także i wiatrem. Rzadko, kiedy spotykany był mag, posługujący się dwoma żywiołami, dlatego wzbudzała ona powszechny szacunek i wszyscy zdawali się ją podziwiać i lubić. Więc dlaczego białowłosa ciągle czuła niepokój, gdy tylko ją widziała? Nie potrafiła tego stwierdzić, widocznie miało to pozostać tajemnicą jeszcze przez jakiś czas.
 Jej rozmyślania zostały przerwane przez szmer dobiegający od strony domków. Zwróciła tam swoje spojrzenie i zobaczyła, iż kilku innych magów wyszło na polanę i rozmawiało ze sobą przyciszonymi głosami, równocześnie spoglądając na ścieżkę przecinającą ścianę lasu. Akallabeth wstała, marszcząc brwi i już chciała zwrócić się z pytaniem do Alcarina, jednak ten zdołał ją uprzedzić.
 - Czekają na przybycie jakiegoś nowego maga - powiedział, spoglądając na dziewczynę i ich oczy spotkały się.
 Dotarły do nich pogłoski, iż zmierzał do nich ktoś posługujący się cieniem, jednak nikt tego nie potwierdził, ani temu nie zaprzeczył. Białowłosa zagryzła wargę i odgarnęła czerwone pasmo z oczu, zakładając je na powrót za ucho. Spojrzała na wyjście ścieżki z lasu. Dziwne uczucie zakiełkowało w jej sercu, jakby napięcie pomieszane z oczekiwaniem, zupełnie jak wtedy, kiedy zmierzali w to miejsce. Jednak tym razem uczucie było jeszcze silniejsze, podświadomie czuła, że to wydarzenie będzie miało niebanalne znaczenie dla jej przyszłości. 
 - Chodź, podejdziemy bliżej - dodał.
 Skierowali swe kroki do grupki innych magów, jednak nawet nie zdążyli tam dojść, kiedy z lasu wyłonił się czarny, jak noc jeździec. Wjechał na polanę lekkim kłusem, zatrzymując się tuż przed nimi i spoglądając na nich z końskiego grzbietu. Czarna sierść rumaka lśniła w blasku słońca, a długa grzywa poruszana była lekkimi podmuchami wiatru. Jeździec również cały odziany był w czerń, a na jego plecach można było dostrzec przymocowany długi, obusieczny miecz. Zeskoczył lekko na ziemię i odwrócił się do zebranych na polanie magów, zatrzymując swój wzrok na białowłosej. Długie do ramion włosy były rozwichrzone przez wiatr i niemal zasłaniały połowę jego twarzy, przykrywając całkowicie jedno oko. Akallabeth podniosła swój wzrok, ich spojrzenia skrzyżowały się i poczuła, jak przez jej ciało przeszedł dreszcz. Wstrzymała oddech. Tak błękitnych tęczówek nie widziała nawet u magów wody. Zastanawiało ją tylko dlaczego zasłaniał drugie oko, skoro były tak pięknego koloru. 
 - Witaj, czekaliśmy na ciebie. Jestem Aldamir, przewodniczka tego klanu. - Jakby znikąd pojawiła się brązowowłosa, po raz kolejny wzbudzając dziwny niepokój w sercu białowłosej. Uśmiechała się, w jej mniemaniu pewnie bardzo uroczo, witając nowo przybyłego. - Może zechciałbyś pójść ze mną?
 Nieznajomy zwrócił swój wzrok na mówiącą, jednak jej słowa i nawet uśmiech, zdawały się nie sprawiać na nim większego wrażenia. Pogładził delikatnie szyję swojego wierzchowca i skinął, zgadzając się pójść za nią. Aldamir uśmiechnęła się i odwróciła, idąc w stronę głównego budynku.
 Gdy czarnowłosy mijał milczących magów, jego spojrzenie jeszcze raz napotkało fiołkowe tęczówki, a białowłosa po raz kolejny poczuła, jak jej ciało przeszywa dreszcz. Wiedziała, że właśnie jej przeznaczenie powoli zaczynało się formować.
*** 

[Uff, w końcu. Strasznie długie mi to wyszło, więc jeśli komuś chciało się to przeczytać i dotrwał do końca, gratuluję. Jak zwykle chciałam zamieścić zbyt wiele informacji w jednej notce. Myślę, że będę jeszcze może ze dwie notki tej serii, a potem zacznę kolejną, już w większości dziejącą się w czasie obecnym. Miło by mi było, gdyby jednak ktoś to przeczytał. Jeśli ktoś zastanawiał się, kim był samiec z poprzedniej notki "Jedyny Słuszny Pan", którą pisałam, to mam nadzieję, że właśnie się dowiedział. No, koniec ogłoszeń.]