Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anaid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anaid. Pokaż wszystkie posty

20 marca 2012

"Opowiadanie na listę" [Anaid]

20 marca 2012
Otworzyła leniwie ślepia, przeciągając się i rozdzierając paszczę w potężnym ziewnięciu. Dźwignęła się na równe łapy, wynurzając nos z jaskini. Było zdecydowanie za cicho. To było wręcz niespotykane o tej porze w Stadzie Nocy. Zwykle już od rana dochodziły do uszu ledwie przebudzonych zwierząt odgłosy śmiechów, rozrywania upolowanych ofiar na strzępki, zabaw i rozmów. Dźwięki wykazujące, że HOTN wykazuje jakieś czynności życiowe.
Tym razem nie było nic. Jakby wszystko zanikło, ucichło, stało się podejrzane, a może powinnam powiedzieć, że tajemnicze….
_________________________________

Wybaczcie. Nie umiem tak pisać. To jest zbyt denne i nie ma w tym żadnych emocji. Po prostu nie potrafię. Przepraszam. Możecie mnie wyrzucić ze stada, etc, bo nie napisałam, bo nie mam weny, bo oczywiście ”mam to gdzieś”. Nie chcę być po prostu kimś, kto pisze, byleby było, bo to z całą pewnością nie mówi o oddaniu stadu.  
Ale wiem przynajmniej, że mi zależy i takie jest moje zdanie, dziękuję, że mogłam się wypowiedzieć.
Napiszę cokolwiek innego, jeśli jest taka możliwość. A jeśli nie.. Cóż, przepraszam za moją indywidualność raz jeszcze. 

PS. Nie chcę, by w jakikolwiek sposób zostało to źle odebrane. 

`An
Anaid (23:07)

1 grudnia 2011

Opowiadanie Stadne cz. XIX - the end. [Anaid]

30 lipca 2011

 Nie wszystko zawsze idzie ponaszej myśli. Najgorzej jest, kiedy najczarniejszy scenariusz zostaje wcielonyw życie. Wtedy wszystko przepada.
Spada na dno, powoli tonąc..
I tylko od nas zależy, czy uda nam się to uratować.
~*~
Brakowało im czasu. Przynajmniej odkąd dostały telepatyczną wiadomość od Killer. Musiały przyspieszyć, jeśli miały zdążyć uratować Aldieb.
Anaid przeklinała się w duchu, za ten przedłużony postój. Nie wiedzieć czemu, opadała z sił szybciej, niż mogło się to wydawać.
- Przemieszczamy za wolno. – warczała co chwilę. Warczała,gdyż obydwie bohaterki były pod wilczymi postaciami. Ich węchy, czucie, słuch iwszystko inne były wyostrzone, silniejsze, dające większą przewagę i szansę na pomyślny tok wydarzeń. Chyba.
Natomiast biała wadera, Lu, zdawała się tego nie słyszeć. Jak gdyby była zbyt zamyślona i skoncentrowana na misji. Oczywiście, że zachowywała się dojrzalej. Nie marudziła tak mocno, jak jej przybrana siostra.
Wszystko im umykało. Udało im się wytropić mnóstwo śladów, acz błędnych. Szara nigdy nie miała takich problemów. Zawsze z łatwością potrafiła znaleźć odpowiedni trop. Coraz bardziej martwiła się o samą siebie, jakkolwiek egoistycznie mogłoby to zabrzmieć. Od paru dni czuła zawroty głowy, nie było jej najlepiej.
Mimo wszystko przyspieszyła, po chwili jednak tracąc równowagę, co spowodowało upadek. Upadek?
Lu pobiegła za Anaid, która stoczyła się z niewielkiego wzgórka, na sam dół, na szczęście nie doznawszy większych obrażeń. Pisnęła mimowolnie, dźwignąwszy się na równe łapy.
Wymamrotała  coś pod nosem, trzepnąwszy energicznie głową. Czuła na sobie zatroskany wzrok siostry.
- Nic mi nie jest. – zapewniła ją, ruszając dalej, zupełnie nie zrażona. Nie zamierzała robić z siebie ofiary losu. Prędzej, czy późniejwydobrzeje, wolała być dobrej myśli. Najważniejsze było odnalezienie Aldieb.
Czujne spojrzenie błękitnookiej dawało się we znaki, toprawda. Lu wiedziała, jak zdenerwować, całkiem skutecznie, swoją siostrę. Annie miała jednak ni chęci, ni siły na wytłumaczenie swoich obiekcji białejwaderze. Szara nieraz miała już wrażenie jakby zupełnie opadła z całej werwy, energii, którą włożyła w misję, by tylko uratować Alphę. Jakby straciłanadzieję. Z każdym dniem, z każdym nowo postawionym, bezszelestnym krokiem.Była mała ciałem, ale wielka duchem. Mimo to, stawała się przygnębiona, w jakiś sposób podupadła na zdrowiu psychicznym. Co w pewnym sensie sprawiało również jej zaniedbanie jeśli chodzio wygląd. Zdawać się mogło, że jest o wiele chudsza i wątlejsza, niż wcześniejbyła.
Gdyby nie Luna, z pewnością załamałaby się. Czy coś w tendeseń. Gdzieś jednak błąkał się mały, zupełnie malusieńki cień nadziei, że możejednak się uda.
Wszystko mogło się zdarzyć. Należało spodziewać sięnieoczekiwanego.
~*~
- ONA NIE MA PRAWA! – wrzask poniósł się po lesie. – Żadnego, nawet najmniejszego prawa, żeby nami rządzić. Odkąd .. ona nie żyje,to w żadnym wypadku nie powinniśmy dopuszczać do tego jej córki. – dopowiedział wreszcie owy tajemniczy osobnik, wskazując zniekształconą dłonią na niską, nieco przysadzistą osóbkę, o zielonych oczach i płomienno-rudych włosach. W przeciwieństwie do swojej matki nie była taka piękna. A raczej obrzydliwa. Wyglądała jak typowy naukowiec, mimo, iż mogła mieć jakieś.. dwanaście, czy trzynaście lat. Na jej nosie tkwiły okulary o podwójnych, grubych szkłach i mocnych, brązowych oprawkach. Przyglądała się cyborgowi z odrazą, ale coś w jej spojrzeniu mówiło, że musiała być jednak bardzo inteligentną osobą. To akurat musiała odziedziczyć po rodzicielce. Jak na nastolatkę, w której stronę perfidnie rzucano wyzwiskami, to zachowywała się nadzwyczaj spokojnie. Z wyższością i takiego rodzaju dojrzałością, jakiej rzadko można było się spodziewać po dziecku, szczególnie w tym wieku.
- Czy chcesz mi powiedzieć, Agoramusie, że córka Lei niemoże nami rządzić? – zapytała po pewnej chwili ciszy jedna ze zgromadzonych naukowców. Jak wszyscy miała biały fartuch, ciemne włosy związane w schludny koczek. – A czy to nie jej właśnie przysługuje teraz władza nami? –kontynuowała kobieta, zwracając się konkretnie do cyborga.
Ten zmierzył ją chłodnym spojrzeniem, po czym wycelował w nią swoją zniekształconą dłoń, wyglądającą jak u robota, z mnóstwem kabelków, skomplikowanych wyrzutni nabojów i laserów.
- Byłem jej współpracownikiem, Poud. – warknął prosto w twarz ciemnowłosej. Jego ludzka połowa twarzy widocznie kipiała furią.
- To nie zmienia faktu.. – zaczęła, ale nie pozwolono jej dokończyć. Padła, zupełnie zaskoczona, o czym mówił jej wyraz twarzy, a z jej czoła sączyła się krew, z średniej wielkości otworu, po naboju.
Sprawca rozejrzał się po wystraszonych naukowcach, krzywiąc swoją okropną twarz w grymasie triumfu.
- Zabierzcie ją do środka. – zarządził.
I z fałszywym uśmiechem spojrzał prosto w dzikie, przerażoneoczy zwierzęcia niesionego w klatce, przykutego do prętów łańcuchami.
Spojrzał w oczy wilczycy.
Wilczycy o złotych ślepiach.
Ślepiach Stada Nocy.
~*~

 Czasem trudno wpaść nawet na coś oczywistego. Jeśli ma się jakiś poważny problem, jest się w rozsypce, to tym bardziej. Anaid wcale, a wcale nie kojarzyła, co się wokół niej dzieje. Zupełnie, jakby zażyła jakieś prochy. Dodatkowo, oczy powoli zachodziły jej mgłą. A najgorszy był fakt, że nie wiedziały, w którą stronę iść.
- An? Siostra, dobrze się czujesz? – po chwili usłyszała głos Lu i jej dłoń na swoim ramieniu. Zdążyły już ponownie zmienić postać. Było to jedną z niewielu rzeczy, na które było stać Szarą w owym momencie. Nie miała pojęcia, co się działo, ale wiedziała, że musi wziąć się w garść i pomyśleć, jak im pomóc w odbiciu Al, jak pociągnąć tą sprawę, w jaki sposób wykorzystać swoje moce, by wpłynęło to na rozwój misji.
Sylfida przytknęła opuszki palców do swoich skroni, przymykając powieki i pomrukując coś pod nosem.
Apparere cursus.. Dare signum..
I nagle – uderzyło.
Bunkier.
Za lasem.
Ludzie w bieli.
Klatka.
Krzyki. Krew.
..I ciemność.
Gwałtownie otworzyła oczy, spoglądając z przerażeniem na Siostrę.
- Is suus caedo. Et nobis caedo. Caedo omnis!

~*~
Wykrzykiwała te słowa wciąż i wciąż, a jej drobnym ciałem wstrząsały dreszcze.
Lu, która wszystko rozumiała, patrzyła na nią, równie wystraszona. Musiała to być jedna z wizji Anaid. A jej wizje nigdy nie przewidywały niczego dobrego. Zwykle była to niedaleka, najbardziej prawdopodobna, niezbyt przyjemna przyszłość.
- Prowadź. – orzekła tylko blondynka do brunetki, kiedy obie dostatecznie się uspokoiły, kiwnąwszy do niej głową, na znak, że już wszystko rozumie i nie warto tracić czasu.

~*~
Zapadał zmierzch. Pora dnia, która zawsze przerażała Szarą najbardziej. Mocniej, niżeli noc. Nie miały możliwości zapalenia pochodni choćby z tego powodu, że mogłyby, zupełnie nieświadomie i zapewnie niechcianie, zwrócić na siebie uwagę. Pozostało im radzić sobie w inny sposób. Jako, że Lu, była kocicą, to jej wzrok nadal pozostawał bardzo dobry, mimo, iż była wpostaci ludzkiej. Prowadziła jednak Anaid, po dłuższych rozmyślaniach, jak będzie mogła prowadzić, skoro nie posiadała tak wyostrzonego spojrzenia, zmieniając postać na koto-podobną, co robiła doprawdy rzadko.
Były już u skraju lasu, mogłyby już wychodzić zza gęstwiny, lecz istniała pewna drobnostka, która skutecznie to uniemożliwiała. Jak narazie, wizja nie zawodziła i rzeczywiście była jakaś klapa w ziemi, tyle, że stało przy niej dwóch uzbrojonych mężczyzn. Niech to..
Obydwie poruszały się bezszelestnie. Byleby tylko nie.. trach! Pękła gałązka. Nie wiedzieć, podczyją stopą.  Zamarły. Jeden zestrażników szepnął coś do drugiego, który kiwnął tylko głową i ruszył wprost nanie. Szczęśliwy był fakt, że jeszcze ich nie widział. Zdążył jedynie podejść izaraz słyszeć można było głośny ryk, a mężczyzna został wciągnięty w zarośla.Kocica sprawnie skręciła mu kark. Drugi już chciał sięgać po krótkofalówkę, ale, ku (jego) nieszczęściu, w porę Lu poderżnęła mu gardło swoim sztyletem. Naiwniacy. Poszło łatwiej, niż mogło się wydawać. Anaid wyszła zza gęstwiny,już w postaci humanoidalnej, nieco podirytowana, ale za to z cynicznym uśmieszkiem wymalowanym na twarzy. Wytarła krew z kącika ust. Dziewczyny wymieniły triumfalne spojrzenia.
- Myślisz, że nie jest zaryglowana? – zapytała Lu, nachylając się nad wejściem i przyglądając się klapie.
- Od zewnątrz nie. – przyznała, z lekka zaskoczona, ale zaraz zadowolona. Czyli, że było to jeszcze łatwiejsze? Dobrze dla nich. Mosiężna płyta wyglądała dość solidnie. Miała dwa uchwyty.
- Ja z jednej, ty z drugiej. – zakomenderowała blondynka, kiwnąwszy głową w stronę Anaid, poniekąd, by ją pospieszyć. Brunetka wykonała polecenie i obie złapały za uchwyt po swojej stronie. – Trzy.. cztery! – na ostatnie słowa pociągnęły klapę w górę, która zaskrzypiała głośno, a zaraz potem zatrzeszczała. Byleby ci na dole nie usłyszeli..
[ MUZYKA ]
Kiedy spoglądało się w dół, miało się wrażenie, jakby patrzyło się w głębię studni. Tyle, że zejście do owego tajemniczego miejsca umożliwiała drabinka. Siostry nie musiały się komunikować, żeby zgodnie zadecydować, że schodzą. Pierwsza poszła Lu, za nią An, która, zupełnie przypadkiem, nie zamknęła klapy. Starsza dała znak, że mogę ruszać dalej, gdyż korytarz, z którego sączyło się niebieskozielone światło, był ‘ czysty ‘.  Musieli ją tu trzymać. Nie było innej możliwości. Wreszcie należało ją znaleźć i sprowadzić do stada.
Cichutko przemierzały korytarz, uzbrojone w sztylety. Po dwa na jedną. Wszystkie drzwi były pozamykane, na kłódki i zabezpieczone kratami. Tylko na nielicznych widniały tabliczki. Alfabetyczne. Od chimery i cerbera, przez hipogryfa i memrotki, po wilę, wilkołaka. Szary sufit, zimna posadzka dokuczliwie wprawiała Sylfidę w dreszcze pod naporem jej nagich stóp. Gdzieniegdzie widniały czerwonawe plamy na, także szarych, ścianach. Jednak panowała w tym miejscu wszechogarniająca cisza. Nawet najmniejszego szeptu rozmów pomiędzy naukowcami, świstów, szelestów, czegokolwiek. Jakby wszystko tam.. umarło. Czyżby mogły się spóźnić?
- Nie podoba mi się tutaj.. – szepnęła z odrazą, a także i jakiegoś rodzaju przestrachem Anaid.
- Mówisz? – odrzekła zdawkowo starsza siostra, zwalniając kroku. Rozwidlenie korytarza. – Rozdzielamy się.

~*~

Musiała być dwa razy czujniejsza. Samemu, w pojedynkę, przemierzać teren wroga, to nie jest zabawa. Tym bardziej, że Anaid nie opuszczały wspomnienia wizji. No i te zawroty głowy, nie najlepsze samopoczucie.. Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze z trzewi ze świstem. Bądź silna, Anaid. – wmawiała sobie, dla irracjonalnego podniesienia siebie na duchu. Trzęsła się calutka, jak osika. Wbrew sobie. Uszczypnęła się, jakby dla ocucenia. Przecież to nie sen. Nie trzęś się tak, idiotko! Nie szczękaj zębami! Co z tobą? Wymiękasz?
Nie była pewna, czy głos w jej głowie należał do niej samej, czy do kogoś innego. Już teraz niewiele wiedziała. Zachwiała się niebezpiecznie, w porę złapawszy się lodowatej ściany, podparłszy się na niej.
I raptowny wrzask. Z drugiej strony korytarza.
Lu. Aldieb.
Niebezpieczeństwo.
Postrzelone ciało.
Krew.
Kolejna wizja, szybka, sprawiająca, że Anaid nie zdążyła zapamiętać, kto leżał na posadzce.
Zebrała się w sobie i pognała w stronę coraz głośniejszych krzyków. W pewnym momencie pomyślała, że zaraz upadnie. Brakło jej sił. Natrafiła na otwarte drzwi i wbiegła do środka, nie zastanawiając się ani chwili i nie bacząc na konsekwencje. I widok był przerażający. Aldieb leżała w klatce, jakby nieżywa, jej grzywa opadała w nieładzie na pysk i oczy, Lu krzyczała w niebogłosy, będąc przyciśniętą do prętów przez jakiegoś wyrośniętego mutanta, a lufę pistoletu przytkniętą miała do skroni.
[ MUZYKA STOP - ~KLIKAMY NA TO~
I nagle brunetka poczuła się taka mała, bezbronna i bezradna. Kompletnie nie wiedziała co ma ze sobą zrobić, z tą całą sytuacją. Szukała jakiejś broni w pomieszczeniu, czegoś, czym mogłaby załatwić cyborga, który wprawiał ją w niejakie rozbawienie, jakkolwiek bezmyślnie i głupio by to zabrzmiało.
Kroki.
Ludzie na korytarzu.
Jak armia.
Musiała się pospieszyć. Wyjęła zza pasa sztylety. Chciała, żeby czarna wilczyca się obudziła. Wtedy mogłaby dać jakiś znak Lu, jakikolwiek..
- Och, daruj sobie. – zaczął nagle mutant, odwracając się, podirytowany. I wtedy wydawał się jeszcze większy, a Anaid wyglądała przy nim jak mróweczka, robak, którego mógł zdeptać z łatwością. Szarpnął blondynką, przyciskając ją tym razem do siebie, za szyję, ciągle przystawiając pistolet dojej głowy.
- Ona ma żyć? Chcesz, żeby zdechła? – zapytał, krzywiąc swą ludzką połowę twarzy w grymasie udawanej rozpaczy. Luna zamachała rękoma  ipokręciła przecząco głową, by jej siostra przypadkiem nie uległa. Byleby się nie poddała. Nie o to tutaj chodzi. Anaid zaciskała dłonie na sztyletach. Usta ścisnęła w wąską linię, z narastającą, histeryczną złością na niego patrząc. Bezradna, bezradna.. Nie mogła pozwolić na to, żeby znów ktoś zginął. Już za wiele bliskich osób straciła. Zdecydowanie za wiele. Ale.. żeby nie pozwolić, by ją zabił, musiała..
- Zabij ją. Jeśli chcesz, to zabij. Tylko wiedz, że ja potem tobie nie dam żyć. Przez całe swoje marne życie będzie dręczyć cię poczucie winy, że tyle niewinnych osób zginęło z tych rąk.
Powiedz, co chcesz osiągnąć? Powybijać wszystkich i rządzić światem? Mieć władzę? To do niczego nie prowadzi. – zaczęła monolog. Nie tyle, żeby go do czegoś przekonać, bo tego pewnie nie dało się zrobić, ale żeby go zakręcić w swoich słowach. Zachichotała cicho, zorientowawszy się, jak on.. poniekąd słucha.
- A może chciałbyś, żebyśmy przyprowadzili do ciebie wszystkich ze stada? Każdy z nas ma jakieś moce. Mógłbyś mieć armię, rządzić.. Byłbyś niepokonany, najmądrzejszy, najsilniejszy.. A taki z ciebie przystojniak.. stary.. Zawojowałbyś świat. – przeszła szybko z jednego tematu na drugi. Cyborg najwyraźniej był z lekka podenerwowany, ale miał jakiś taki.. dumny wyraz tej swej ludzkiej części twarzy. I co najważniejsze, luzował uścisk. Lu zorientowała się o co chodzi, ale milczała, gotowa, by sztylet wbić w jego słabą, normalną nogę. Bo jakimś cudem nie zauważył, że cały czas była uzbrojona.
- Mam wojsko. – rzekł nagle niskim barytonem cyborg, ręką, którą trzymał pistolet, pogładziwszy się po brodzie. I to był ten moment. Luna wbiła z całej siły, jak najgłębiej potrafiła, jeden ze sztyletów w udo dziwadła i wybiegła z pomieszczenia. Cyborg wrzasnął przeraźliwie głośno, aż An zatoczyła się, zakrywając uszy dłońmi. Zdążył wycelować w nogę blondynki i wystrzelić. Trafił. Starsza z sióstr zawyła, padając na ziemię. W tym momencie brunetka nabrała sił, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem, zaklęcie. Plectere invisibilis funis.
Po tych słowach mutant złapał się za szyję, rzężąc. Niewidzialna lina oplatała jego szyję, skutecznie go podduszając. Był wściekły, że dał się nabrać. Idiotą nie mógł być, ale patrzcie.. Dwie dziewczyny z lasu go wykiwały. Łapał za niewidzialne sploty, chcąc je rozerwać. Anaid przyglądałamu się spokojnie, z lekko przymrużonymi oczyma. Wewnętrznie wciąż kipiała złością. Długa, ciemna grzywka przysłaniała jej jasne oczy i opadała na twarz młodszej z sióstr. Udawała gotową do dalszej walki.
  
W tym samym czasie Lu natrafiła na naukowców, w którym była też córka Rudej. Nie byli uzbrojeni, ku jej uciesze, więc mogła ich śmiało zahipnotyzować, rzucić czar, mimo, iż ból w nodze był nie do zniesienia. Omamiła ich, stworzyła kukły. Jak na razie, musieli pozostać w takim, nieco podłamanym stanie psychicznym i fizycznym. Nie zdołała jednak doczołgać się do siostry. Za daleko. Noga wręcz paliła. Gotowa była jednak na następną ‘dostawę’ ludzi w białych fartuchach. Bo słychać było kroki. Szybsze i szybsze..  

Przypadki chodzą po ludziach.. a raczej cyborgach. A może.. Po wszystkich żywych istotach – ujmijmy to w ten sposób. An nie uwzględniła faktu, iż mutant będzie mógł się zorientować, że wystarczyło przestać walczyć z więzami, by rozplotły się. Tak też zrobił, z chrypliwym wrzaskiem, więc brunetka po raz kolejny stała się bezbronna. Znaczy.. Miała sztylety, ale.. Miała rzucić jednym z nich w cyborga? Było to niebezpieczne, bo gdyby chybiła, byłoby już po niej. Mutant dyszał, nabierając sił. Dziewczyna rozejrzała się, w gorączkowym poszukiwaniu pomocy. Przecież nie mogłaby się na niego bezmyślnie rzucić. Był w połowie robotem.Zaraz, zaraz. No właśnie. Był w połowie robotem,a roboty mają jakieś źródło zasilania. 
W tym samym czasie, kiedy brunetka miała zacząć działać, dwie kocie sylwetki mignęły jej przed oczami, z impetem powalając oniemiałego mutanta na ziemię.
Było to jej na rękę, bo należało wyjąć Aldieb z klatki. Rzuciła się więc na ratunek. Najgorszy był fakt, że ciało smukłej, czarnej wilczycy wyglądało paskudnie chudo, wystawały jej żebra, musiała być osłabiona.. albo, co najgorsze, martwa.
Mutant nie zamierzał ryzykować, więc spomiędzy wielkich, kocich ciał, drapiących i wyżerających jego skórę, wystawił zniekształconą dłoń z pistoletem.
- Nie pożyjesz za długo. – wycharczał tylko. – Na pewno nie dłużej ode mnie. – przepowiedział i wtedy Anaid jeszcze raz mignęła przedoczyma wizja.
Ciało.
Na posadzce.
Krew.
Ciemne włosy, opadające na twarz.
To była ona sama.
I strzał. Już nie w wizji.

~*~

Krwawiła tak obficie, że już po chwili leżała w czerwonej kałuży. Dwie kocice walczyły zażarcie z cyborgiem, którego ludzka połowa ledwiezipała. Kwiczał, niczym zarzynana świnia.
- Odłą..odłączcie zasilanie. – wycharczała brunetka, próbując podciągnąć się na rękach i wstać. Miała wrażenie, jakby jej cząstka już umarła. I, że to dopiero początek powolnej śmierci. Oczy powoli zamykały się jej, zupełnie mimowolnie.
To bez sensu. Jak dwa duże koty mogą odłączyć zasilanie? Jak to.. I jak.. uratują Al.?
I dopiero, jak dwie kotopodobne zmieniły postać na ludzką, poznała w nim członkinie stada.
Szera. I Killer. Szeptały coś między sobą. Lady zajęła się klatką i Aldieb, a medyczka podbiegła do Anaid, spoglądając na nią z przerażeniem. Brunetka czuła powoli zbierający się w jej ustach smak krwi. Splunęła czerwoną mazią, krztusząc się.
Szera przez dłuższy moment przyglądała jej się badawczo, a zaraz potem zerknęła na plamę krwi u nóg Sylfidy i jej pokrwawione uda.
- O mój Boże.. An, ty byłaś w ciąży.
Tylko te słowa, jak echo w uszach drobnej postaci, zakrwawionej, z długimi, czarnymi włosami opadającymi na twarz. A potem już nic. Ciemność.

~*~
[ TAMTA MUZYKA STOP - ~KLIKAMY NA TO~ (poczekajcie chwilę, aż się rozwinie, lub sami przewińcie do 1:10) ] 

Wszystko poszło tak, jak było zaplanowane. Cała reszta członków misji dołączyła potem. Aspeney i Lu wyczyściły naukowcom pamięć i przeteleportowały do ludzkiego miasta, daleko, daleko stamtąd.
Szera i Lady Killer wykończyły cyborga. Aldieb została uratowana. Faktycznie, okazało się, że była mocno wycieńczona, ale z tego wyjdzie. Anaid nieprzytomna była przez całą drogę powrotną, wieziono ją razem z Alphą. Nie dało uratować się dziecka, brunetkaporoniła. Kulę wyjęto z jej rany, oczyszczono i zabandażowano. Luny nogę opatrzono. Starszą z sióstr transportowano na klaczy Aspeney.


Mogli wracać.
W szczęściu i nieszczęściu. Wymieniając smutne uśmiechy i zmierzającku domowi.

To już jest koniec..
Nie ma już nic.
Jesteśmy wolni..
Możemy iść.




[ Zakończyłam opowiadanie, całą serię. Przepraszam, naprawdę przepraszam, że tyle zwlekałam. Biorę się w garść, szykuję zadania dla tych, dla których jest mi dane to zrobić. 
I tak, Anaid straciła dziecko. 
Dziękuję za uwagę. ] 

Anaid (22:19)

19 listopada 2011

Idę po Ciebie, Yuuv - cz. 6 [Anaid]

19 listopada 2011

PODKŁAD ] 

- Cholera. – Destroy zaklęła siarczyście, po czym poleciała z jej pyska dalsza wiązanka. Były otoczone ze wszystkich stron. Gnolle. Niepozostawało nic innego jak walczyć, prawda? Kitsune spojrzała na każdą z samic kolejno, by zaraz potem ocenić sytuację i dać im sygnał do ataku.
Ruszyły. Mimo, że te przeklęte humanoidy miały przewagę liczebną, podjęły się walki. Anaid zmieniła postać na ludzką, wręcz w locie. W takiej najlepiej jej się walczyło. Rzuciła się na pierwszego lepszego gnolla,wyjmując wcześniej sztylety zza pasa. Wbiła ostrza w nogę stworzenia, gdyż jego pierś chronił pancerz. Humanoid zawył, padając na ziemię. Zaraz potem Des rzuciła się na niego, jako zabójca dobijając wroga.
Parszywe pyski wykrzywione w grymasach przypominających uśmiech
Przybywa ich..
Smocza łuska.
Klacz parskająca przeraźliwie.
I hieni rechot, tuż za nią.
Wizja na czas ostrzegła.
- Roz! – zdążyła wykrzyknąć Anaid, zaraz po niej Koga i Kitsune oraz Szera. Dziewczyna rozejrzała się nerwowo, by zaraz potem z dzikim wrzaskiem zaatakować szarżującego na nią od tyłu kolejnego z wrogiego stada. 
Każda miała co najmniej dwóch humanoidów do pokonania, a ciągle ich przybywało. Ciemnowłosa powaliła na ziemię potwora, siadając na jego klatce piersiowej i szybkim ruchem sztyletu przecięła mu tętnicę szyjną. Koga rzuciła się na pomoc klaczy. Reszta walczyła zbyt zaciekle, by zauważyć zniknięcie także Tiffany i Leiko. Dostrzegła to wybawczyni Rozalii, jeszcze chwilę przed wstrzyknięciem kwasu siarkowego w skórę gnolla. Zakomunikowała to,wyjąc. Humanoid jednak odrzucił ją wielkim łapskiem, nie dając wilczycy zatruć go mocniej, by jakoś to wpłynęło na jego zdrowie. Rzucił, tak, dosłownie, klacz w stronę innego osobnika jego gatunku, który stał bliżej lasu, samemu znikając w gęstwinie.
Stwory powoli zaczęły się wycofywać, co jeszcze bardziej umożliwiało wyciągnięcie pomocnej dłoni w stronę Rozalii i pościg za oprawcami.
- Gońcie skurwiela! – darła się Destroy, samej nie mogąc sięruszyć, oczywiście nie szczędząc też wulgaryzmów. Skoczyła na jednego z gnolli i skręciła mu kark, momentalnie. Drugiego spróbowała odepchnąć tylnymi łapami. Dziewczyna rzuciła jej się na pomoc, podcinając wrogowi stawy skokowe w obydwóch nogach. Potem starała się przedzierać przez tłum stworów, co było wręcz idiotyzmem, ale musiały cofnąć się po Roz. Przy okazji wykorzystała trik z podcinaniem stawów, lecąc na dwa sztylety. Odór krwi gnolli zaczął unosić sięw powietrzu, bo reszta wykonawczyń misji, Destroy i Kitsune w szczególności,wzięły sobie za cel dokończenie roboty ciemnowłosej.
Szera ruszyła do przodu, wyłapując trop pozostałychosobników, które zdołały uciec.
[ WYŁĄCZYĆ PODKŁAD ]
~*~
- To nie ma sensu. – sapnęła Des, doganiając resztę, gdy jużsię ‘ wybawiła ‘. Oblizała się długim jęzorem z krwi i spojrzała na swoją siostrę, która miała nietęgą mimikę pyska. –Sama przyznaj, nie dogonimy ich. – dodała sceptycznie.
Reav’zhotka milczała, wpatrując się w ziemię, ale tempo chodu wciąż pozostawiała jednolite, równomierne. Najwyraźniej starała sięwszystko ułożyć w głowie i przemyśleć wszystko.
W tym samym czasie, ciemnowłosa dziewczyna dopadła jednego zdrzew, biorąc głęboki wdech przy samej korze. Miała zamiar rozpoznać zapachy,pomóc Szerze złapać trop, bo niestety gnolle nie były takie głupie i potrafiły porządnie zmylić.
- Nic z tego. – rzekła, jakby potwierdzając słowa Des, którepowiedziała przed chwilą. Szera skinęła łbem, wyrażając swoje zdanie.
Liderka grupy zatrzymała się, obracając łeb, by zorientowaćsię, jak daleko zaszły. – An, wyślij telepatyczną wiadomość do stada. Niech przyślą nam posiłki i odbiją Roz, potem odeskortują do stada, nie ma co jej dalej w to mieszać. – poleciła dziewczynie, unosząc wargi i odsłaniając kły w nieznacznym grymasie. Była zdenerwowana.  
W czasie, gdy brunetka odeszła od grupy, by przesłać informacje w odosobnieniu, Kitsune zaczęła niespokojnie kręcić się w miejscu, natomiast reszta grupy usiadła na zmęczonych zadach. Większość utkwiła swoje spojrzenie w przewodniczce wyprawy. Głucha cisza powodowała niemałe napięcie, które z całą pewnością napawało liderkę jeszcze głośniejszym biciem serca,większym mętlikiem w głowie. Co będzie, jeśli Roz już nie żyje? A jeśli posiłkinie dotrą? Jeżeli nie podołają zadaniu, to co wtedy?
Gdy Anaid powróciła do zgromadzonych, jedynie kiwnęła ku Reav’zhotce,teraz już siedzącej, głową na potwierdzenie, iż wykonała rozkaz. Samicapodniosła się, trzepnąwszy energicznie głową.
Skierowała swoje spojrzenie ku kierunkowi, z którego przyszły.
- Kits, dokąd się wybierasz? – Destroy poderwała się z miejsca i pobiegła za siostrą.
- Dokończyć misję.


Fuuuu. Spieprzyłam D: Pojechałam po całości, wyszłam z wprawy, no. Muszę więcej pisać~ @________@'' Przepraszam Cię, Kits ;A; 
A. Pisałam w wordzie, więc za sklejenia i literówki przepraszam także. Podkład za długi trochę i ogółem jakieś to takie.. Ble. 
Anaid (22:23)

20 sierpnia 2011

Back to black. [Anaid]


20 sierpnia 2011

Wszyscy są tacy sami.
Kłamią. Nigdy w życiu Cię nie zdradziłem.
Oszukują. Zawsze Cię kochałem i kocham nadal.
Dlatego, prędzej czy później, trzeba z nimi skończyć.
Zakończyć tą całą szopkę, nic nie wartą.
Bo okazuje się, że Twoje uczucia nigdy nic nie znaczyły i znaczyć nie będą.

                                                  [ Muzyka ] 
Siedzę na drewnianej werandzie tego teraz już pustego, tylko mojego domu. Pada deszcz, jednak nie moknę. Tylko mi zimno, mam gęsią skórkę. Ale ja tego już nie czuję.
Obracam powoli szklaneczkę z whisky, wpatrując się w trunek w taki sposób, jak gdybym miałabym coś tam ujrzeć. Coś ważnego. Wciąż słyszę słowa przyjaciółki, której zdradę zdążyłam już wybaczyć. Tak wiele rzeczy już jej odpuściłam, tak wiele przez nią straciłam. Ale nie mam do niej tak wielkiego żalu, nie okazuję tego. Nikomu więcej nie wybaczam. Uświadamiam sobie parę rzeczy.
I przypominam. Ten siarczysty policzek, od którego wymierzenia dłoń bolała mnie przez cały wieczór. Furia i bezradność, które mnie ogarniały. Wtedy nimi emanowałam. Byłam wściekła.
Ale teraz już jestem spokojna. Zadziwiająco spokojna. I obojętna. Reset. Wszystko mi jedno, mogę teraz nawet wbić sobie nóż w dłoń. Uodparniam się. I zapominam. Stawiam przed sobą barierę i jestem twardsza. Nawet śmieję się ze swojej naiwności. Nie jest to nieszczery, cyniczny śmiech. Rechoczę jak idiotka, zupełnie prawdziwie. Upijam z naczynka whisky i wstaję, poprawiając zwiewną sukienkę.
Wychodzę spod dachu werandy, wprost w ulewę. Okręcam się powoli wokół własnej osi. Nie mija chwila, a ubranie lepi mi się do ciała, podobnie jak włosy do moich policzków. Zaczynam tańczyć. Przymykam powieki, wczuwającsię w rytm, zupełnie wyimaginowany, w mojej głowie. Bosymi stopami sunę pomokrej trawie, wijąc się, kołysząc biodrami. Zadzierając głowę i pozwalam, by wielkie krople deszczu zmywały mi makijaż z twarzy,  by tusz spływał po moich bladych policzkach, zupełnie swobodnie, jakbym pozbywała się trosk, wszystkiego co mnie martwi, jakby to pomagało. Sunę dłońmi po swym ciele, talii, włosach, analizując siebie samą, chcąc mieć pewność, czy to na pewno ja. Wyłączam się, jakbym posiadała jakiś przycisk, który pozwoliłby mi na to. Stop. Nie ma mnie.
Nie ma..
Nie ma..
Nie ma..
Nie ma.. 

 Czas to zaakceptować. Więc tańczę dalej. Nie mów do mnie. Nie odzywaj się. Nie przeszkadzaj. Nie ma mnie, nie ma Cię. Nie ma nas.
Teraz tańczę.
                                                   [ muzyka STOP ]
I rozdzierający płacz dziecka. Naprawdę głośny, przebijającysię nawet przez muzykę w mojej głowie. Otwieram oczy.
Biegnę w stronę werandy, przeskakując parę stopni niewielkich schodków i zgarniam szklankę.
- Już idę,Thel. I’m back to black.   

Taki króciutki randomik. Dziękuję za uwagę @__@ .. o ile przeczytaliście ten szajs na trzech kółkach. 
Anaid (15:04)

7 lutego 2011

Opowiadanie stadne cz. XV [Anaid]

06 lutego 2011


Kobieta bez słowa, ani żadnego komentarza, odwróciła się od szamanek i skierowała wzrok w stronę widoku za oknem. Przez jakiś czas chatkę zajmowała tylko cisza. Obydwie dziewczyny spoglądały po sobie co chwila, wymieniając spojrzenia. Nie wiedziały, co zrobić. Coś stosownego. Staruszka wyglądała bardzo sędziwie, jakby wiele przeżyła i wiedziała praktycznie wszystko. Może dlatego hiena nakierowała An i Lu właśnie na nią.
- Proszę pani.. – zaczęła Sylfida ostrożnie. Kobieta uniosła dłoń, nakazując dziewczynie tym gestem, aby zamilkła.
Minuty wlekły się jak godziny. Obydwie szamanki padały z nóg, a starsza niewzruszenie wpatrywała się w widok za oknem.
- Słońce zbliża się ku zachodowi. Niebezpieczny jest las po zmroku. – odezwała się w końcu. – Potwory na żer wychodzą, a padlinożercy ostatnie tchnienie i strzępy ciała z ofiary wysysają. – dodała, nie odwracając się. Ani brunetka, ani blondynka nie miały nic do powiedzenia. Stały jak wryte, słuchając kobiety. Ta zastukała długimi paznokciami, wyglądającymi jak szpony, w parapet okna. – Czas płynie, a maszyny pracują. Niszczą.. – świszczący i ostry głos kobiety odbijał się echem od ścian izby. Zrobiła krótką przerwę, a następnie znów zaczęła mówić.
- ..i zabijają. Mordują. Łapią i już nie wypuszczają. Ten, kto tam trafił, nie wracał. Ginął po nim słuch. – powiedziała, każde zdanie oddzielając stuknięciem szpona w parapet. – Czarną wilczycę porwano. Czy jesteście aż tak dumne i głupie, by podejmować próbę jej ratowania? Zginie, jak każde inne żywe stworzenie. Prędzej, czy później. – kontynuowała monolog. –  Niemądre ludzkie istoty nie potrafią tego zrozumieć i same zabijają, by zakamuflować ból. Nie macie pojęcia, jak ciężko im jest. – staruszka przejechała pazurem po szybie. To spowodowało, że po chatce poniósł się zgrzyt. Obydwie dziewczyny odruchowo zasłoniły uszy. Anaid zacisnęła szczękę. Jej uszy były wyjątkowo wrażliwe na tak dużej wysokości dźwięki.
Obydwie młode dziewczyny traciły cierpliwość.
I kobieta także.
- Sądzicie, że tego nie czuję? Nic nie widzę, nic nie słyszę? Źle wam się wydaje. Nie jestem pomiotem ludzkim. – dodała, odwracając się. Źrenice starej znacznie się powiększyły, a tęczówki powoli przybierały czarny kolor. Brunetka przełknęła ślinę. Dostrzegła, że jej towarzyszka powoli wyciąga zza pasa sztylet. Sama dyskretnie złapała za swój. – Nikt. N i k t nie powinien naruszać spokoju w mojej izbie. Tym bardziej dwie zadufane dziewczyny, chcące bezmyślnie stawić czoła takiej potędze. – nie przerywała mowy. Jej ton głosu był podniesiony, coraz bardziej przeszkadzający Sylfidzie, która znosiła go gorzej niż blondynka. Starucha podeszła o kilka kroków bliżej, jednak nadal zachowywała dystans między nimi.
- Jesteście niczym. – jej głos coraz bardziej podnosił ton, sprawiając, że brunetka ukucnęła, próbując szczelnie zakryć uszy dłońmi. Uczucie, że bębenki uszne zaraz jej pękną, nie mijało. Za wysokie tony, słyszała je jako piski. Dokuczliwe, jakby wrzeszczało wprost do ucha Anaid tysiące chochlików, chcących, aby ogłuchła.
Sylfida powoli zaczynała rozumieć słowa hieny. Skierowała spojrzenie na Lu. Widziała zacięty wyraz twarzy blondynki i jarzące się złością oczy.
Siwe, wręcz białe włosy kobiety, spięte w zgrabny, wysoki koczek, momentalnie się rozwiązały,  ‘’zawisnąwszy ‘’ w powietrzu i okalając pomarszczoną twarz starej.  Wyglądała coraz groźniej, szykując się do ataku. Długie szpony wycelowała wprost w Lunę, nie zwracając uwagi na brunetkę, kulącą się w kącie i zupełnie bezradną.
Blondynka, nie zwlekając, zaatakowała, rzucając się na staruszkę, która upadła na ziemię.
Stara najwyraźniej nie była taka słaba. Podniosła się wręcz błyskawicznie, zrzucając z siebie Lu i pędząc w stronę ogłuszonej An.
Sylfida dźwignęła się z ziemi. Drżała. Wyjęła zza pasa sztylet, kierując go w stronę kobiety.
- Ani. Kroku. Dalej. – wycedziła, czując jak po jej czole spływa strużka potu. Luna nie próżnowała. Szła tuż za starą, której pomarszczoną twarz wykrzywiał złośliwy, niedowierzający uśmiech. Blondynka zamachnęła się, uderzając siwowłosą w głowę. Ta padła na drewnianą podłogę izby.
- Szukaj w szufladach. – poleciła Lu brunetka, powoli słysząc coraz lepiej.
Sama rzuciła się do tego samego. Stara nie długo będzie nieprzytomna, więc musiały się pospieszyć.
Anaid zaglądnęła pod stare, skrzypiące łóżko mieszkanki chaty. Nic ciekawego, oprócz paru koszyków z ziołami, brudu, śmieci, pająków i mnóstwa kurzu. Sylfida bała się, że stara nie miała na papierze drogi do obozu. A gdyby wszystko miała ją w głowie? Możliwość ta budziła niemałe wątpliwości w jakąkolwiek szansę na znalezienie wskazówki.
- Mam coś! – wykrzyknęła Lu, rozwijając stary, pożółkły papier listowy i notes z mapą. – Wynosimy się stąd. – zakomenderowała jeszcze.
W tym momencie, kiedy obydwie siostry skierowały się w stronę drzwi, starucha uniosła głowę. Na jej twarzy wymalowany był pewien triumfalny grymas.
- Alea iacta est. – wymamrotała, znów opuszczając głowę, by jej lico zakryły siwe, cienkie włosy.
Towarzyszki po mozolnej i wyczerpującej ucieczce, a potem dalszej wędrówce przez las, legły wymęczone przed ogniskiem, otoczone płaszczem nocy. Po posiłku, który je nieco zregenerował, rozpoczęły przegląd papierów znalezionych w chacie. List był ciekawy, mówiący o jakiejś przepowiedni, coś na kształt tego, co opowiadała stara.
Notes miał w sobie mapę, która powinna im pomóc w dotarciu do obozu trzeciego. Na uratowanie Aldieb miały coraz mniej czasu. Piasek w klepsydrze przesypywał się z wolna, ale czas sprawiał, że to wszystko znacznie przyspieszało obrót sprawy.
Anaid westchnęła, opierając się o Lu i ostrząc na nowo swój sztylet, gdyż stwierdziła, że nie jest on wystarczająco ostry.
- Damy sobie radę? – zapytała, jakby nie do końca była tego pewna. Blondynka kiwnęła głową, ścisnąwszy jej dłoń w geście otuchy. Wymieniły uśmiechy, przepełnione ulgą.
- Co ona wtedy powiedziała? To alea iacta est. – zapytała tym razem Lu, marszcząc nieznacznie brwi i spoglądając kątem oka na An.
- I to mnie właśnie zmartwiło. Kości zostały rzucone.                                                     
_________________________________________
Bez komentarza. Pisałam to bardzo długo. Trochę z braku czasu, trochę z braku weny. Najmocniej za to przepraszam, to moja wina, wybaczcie. W ten sposób opóźniłam moment zakończenia opowiadania. Nie wiem, kto tam zechce pisać po mnie, jak już chcecie.                                                                                                                 
Jeszcze raz przepraszam. Mam nadzieję, że nic Wam się nie stało podczas czytania tego.. czegoś. (Wiecie.. skutki uboczne takie jak epilepsja, padaczka, paraliż, drgawki.)
Anaid (18:45)

18 grudnia 2010

Zadanie na przywódcę szamanów. [Anaid]

17 grudnia 2010


''Przywódca Szamanów. Osobnik muszący rozpoznać źdźbło zioła, uzyskać kontakt z duchami, oraz potrafiąca ożywić umarłego. Żyjąca w zgodzie z naturą, słuchająca szeptów wiatru.
Feniks. Mityczne stworzenie o nadprzyrodzonych mocach. Żyje na otwartych przestrzeniach, choć ostatnio pojawiają się też w cienistych lasach. Jeden ze Złocistych Feniksów Królewskich, jest bardzo chory. Wielu śmiałków próbowało rozpoznać wirusa/bakterie, lub inne cholerstwo, jakie go zatruwa. Przyjaciel – Pharrel-, będący jednocześnie gońcem z ich stada, przekazuje mi informacje dotyczące stanu zdrowia feniksa. „Choroba postępuje… Jeżeli nie odkryjemy, co to za paskudztwo się nim zajęło, wkrótce zginie.” – oto słowa Pharrela. Twoim zadaniem jest uleczenie stworzenia, bądź ulżenia mu w śmierci. Musisz zebrać jak najwięcej informacji, oraz – jeżeli to możliwe – stworzyć antidotum ze znanych ci ziół. Nie eksperymentuj, jeśli nie jesteś pewna. I pamiętaj – czasu masz bardzo mało...''

                             ~             ~              ~              ~
     Młoda Sylfida siedziała na trawie, pod rozłożystym dębem. Widziała stamtąd przede wszystkim taflę jeziora, sięgającą aż po horyzont. Chłodny wietrzyk muskał jej twarz. Zima nieuchronnie zbliżała się do terenów stada. A nawet już zawitała. Jednak dziewczyna, jakby nie odczuwając przeszywającego mrozu, ubrana w zwiewną sukienkę, powoli zdjęła buty i zamoczyła nogi w lodowatej wodzie. Przymknęła powieki. Przypomnieć sobie te wszystkie chwile, które dotychczas były radosne, przyjemne, ciepłe, a teraz sprawiały to dziwne ukłucie w sercu, które za każdym razem stawało się coraz bardziej uciążliwe, bolesne i przepełnione żalem.
Nie wiedziała co o tym myśleć, jak się zachowywać. Te myśli nie opuszczały jej głowy, nawet jeśli chciała ich się pozbyć za wszelką cenę. Energicznie trzepnęła głową. Miała na niej nie tylko te sprawy.
Zadanie na przywódcę szamanów było dość skomplikowane, An nie mogła tracić czasu.
Wyszła z wody, osuszyła stopy i udała się do swojej jaskini. Postanowiła zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy. Woreczek z ziołami, podręczny sztylet, swój amulet i parę drobiazgów. Nigdy nie widziała feniksa. Znała je jedynie z opowieści. Próba uzdrowienia jednego z tych niezwykłych stworzeń była nie lada wyzwaniem. Musiała się przygotować psychicznie i fizycznie. Nie do końca wiedziała, którędy udać się w stronę cienistych lasów, toteż zdała się na instynkt.
      Nie przypuszczała, że pójdzie jej tak łatwo. Bez problemu dotarła do owych borów. Konieczne teraz było znalezienie stada. Gdzie mogły ukrywać się Złociste Feniksy Królewskie? Na drzewach? To nie był głupi pomysł. Jednak jak tam zbudować osadę, bądź jakiekolwiek stado? Pytanie godne zastanowienia.
Przymknęła powieki. Wsłuchać się w szept wiatru. Po niedługiej chwili usłyszała cichy szelest. Podmuch uniósł w górę tuman białego puchu. Tam..  Wiatr poniósł śnieg pomiędzy drzewa, a An skierowała się za nim. Dotknęła dłonią kory jednego z drzew. Gdy tylko przyłożyła do niej rękę, odpadł jej spory kawałek. One też musiały chorować. Dziewczyna zmarszczyła nieznacznie brwi. Szła, ostrożnie stawiając stopy na ośnieżonym poszyciu leśnym. Może rzeczywiście niedaleko. Słysząc skrzypienie śniegu, najwyraźniej pod naciskiem czyichś kończyn, weszła w gęste krzaki. Mimo, że były pozbawione liści, idealne kryły. 
- Kto tam jest? - usłyszała nagle. Głos był dziewczęcy , nieco piskliwy. Anaid przytknęła dłoń do sztyletu tkwiącego za jej pasem. Ostrożnie, jakby z ociąganiem, wychyliła się z poza gałęzi. Jako Sylfida posiadała możliwość stania się niewidzialnym, toteż owa postać nie mogła jej zauważyć. Parę metrów dalej o drzewo opierała się drobna blondynka. Na oko miała około czternastu, może piętnastu lat. W ręku trzymała włócznię. Rozglądała się, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Wyglądała na wystraszoną. Na jej szyi zawieszony był skórzany woreczek.
Tymczasem ciemnowłosa podjęła próbę wyjścia z pomiędzy gałęzi. Niestety bluzka jej się zaczepiła o jedną z nich. Zaklęła pod nosem, szarpiąc za materiał. Nie chciało puścić. No dalej.  Nic z tego. Wreszcie, ewidentnie zdenerwowana i zniecierpliwiona szarpnęła na tyle mocno, że wypadła z krzaków na śnieg, jednocześnie ujawniając swoją tożsamość. Bluzka rozdarta była na brzuchu, prawie sięgając biustu. Sylfida dźwignęła się z ziemi, otrzepując się. Dziewczyna stojąca nieopodal przyglądała jej się nieufnie, widać było, że nie wiedziała co ze sobą zrobić. Włócznię wyciągnęła w kierunku szarookiej. Ręce jej się trzęsły. Anaid uniosła dłonie na znak poddania się, kapitulacji. Blondynka powoli opuściła broń, nie spuszczając wzroku z nieznajomej. Szatynka podeszła kawałek bliżej, ostrożnie, aby nie wystraszyć tamtej.
- Wiesz, gdzie przebywają Złote Feniksy Królewskie? - zapytała bez ogródek, czym wyraźnie zadziwiła młodą dziewczynę.
- Ta informacja jest poufna. - odparła, patrząc na Anaid wymownie.
- Jednak sądzę, że powinnaś mi jej udzielić. - padła odpowiedź ze strony ciemnowłosej, wypowiedziana stanowczym tonem głosu. - Jestem szamanką,  upoważnioną do udzielenia pomocy jednemu z nich. - dodała. Spojrzała na blondynkę wyczekująco, uniósłszy brew. Ta natomiast od razu wybałuszyła oczy. Rzuciła się do przeprosin, ale widząc zirytowane spojrzenie Sylfidy, zamilkła. Wytłumaczyła jej, że chory feniks jest w pobliskiej osadzie ludzkiej, ściśle związanej ze stadem tych niezwykłych stworzeń, jak nikt inny. Oznajmiła Anaid, że zaprowadzi ją do wioski, w której również mieszkała. Dziewczynie na imię było Einah. Zajmowała się zielarstwem. Opowiedziała ciemnowłosej o chorym zwierzęciu. Miał gorączkę, dreszcze, koszmary senne, halucynacje, a dodatkowo jego piękne złotoczerwone pióra traciły swój kolor. Nikt nie mógł dociec, co go dręczy. Szamanka nie mogła w żaden sposób tego skomentować, póki nie zobaczyła stworzenia na własne oczy. Wolała się także nie dzielić podejrzeniami, że stan zdrowia feniksa może mieć związek z chorującymi drzewami.
                                                    ~*~
Kiedy doszły na miejsce, ciemnowłosa powierzyła Einah swoją torbę, którą blondynka zaniosła do chatki, którą zamieszkiwała. Anaid skierowała się do siedziby starej kobiety, która sprawowała rządy w wiosce.
Zapukała do drzwi. Usłyszawszy ciche, jakby przytłumione ''proszę'', weszła do środka, uprzednio ostrożnie je uchylając. W izbie siedziała stara kobieta. Swoich czarnych jak noc, zatroskanych tęczówek nie odrywała od ptaka leżącego na łóżku. Nie było to zwykłe stworzenie. Złocisty Feniks Królewski. Jego niegdyś zapewne czerwonozłote pióra były szare. Wyblakły. Tylko gdzieniegdzie widać było przebłyski złotego koloru, który z każdą sekundą zanikał. Staruszka zanurzała szmatkę w wiadrze z wodą, stojącym koło jej nogi i moczyła dziób i głowę zwierzęcia. Wiło się ono. Nie wyglądało to najlepiej.
- Moja torba. - powiedziała na to ciemnowłosa. Spostrzegłszy się, że Einah nie ma w pomieszczeniu, wybiegła stamtąd, kierując się do jej mieszkania.
Nikt nie otwierał. Szarpnęła za klamkę. Nic. Zaczęła walić pięściami w drzwi. Zero reakcji. Obiegła chatę dookoła, zatrzymując się dopiero przy oknie. Zajrzała do środka. Widok, jaki miała przed sobą był wręcz proszący się o wściekły wrzask. Przy stoliku siedziało małe dziecko, a dokładniej jasnowłosy chłopczyk, na oko mający około czterech lat. Na blat wysypał całą zawartość torby Anaid. Zioła zgniecione były na miazgę, porozrzucane po całej izbie. Do rąk chciał wziąć także zapałki, ale zrezygnował. Najwidoczniej nie spodobało mu się opakowanie. Było zwykłe, szare. Nic interesującego.
Tymczasem Einah wracała z powrotem do domu. Widząc Sylfid stojącą przy oknie, zaczęła mieć złe przeczucia. Przełknęła ślinę. Ciemnowłosa odwróciła się. Jej mina była bezcenna - mieszanka złości i wyrzutu, a także rozpaczy.
- Co się stało? - zapytała ostrożnie młoda dziewczyna.
- Co się stało.. Co się stało.To ja powinnam o to cię zapytać! Co ten chłopiec robi? Jak mogłaś położyć torbę w zasięgu jego ręki? Jak teraz pomogę feniksowi, skoro nie mam ziół? - wykrzyczała w odpowiedzi An. Blondynka podbiegła do drzwi. Otworzyła je, jednocześnie wyrywając dzieciakowi torbę. Na próżno. I tak jej zawartość niczego sobą nie reprezentowała.
- Pięknie. Myślałam, że jesteś bardziej odpowiedzialna. A może to moja wina, bo powierzyłam ci moją własność. Masz może przy sobie jeżówkę, gotu kolę, korę białej wierzby, czy może gorzknika kanadyjskiego? - zapytała rozzłoszczona szarooka.
- Cóż.. jestem pomocniczką zielarki, ale nie ma jej w wiosce, wyjechała, a ona zawsze ma zioła przy sobie, więc.. - zaczęła Einah, ale Sylfida jej przerwała.
- Nie masz, prawda? Ja w kieszeni posiadam tylko parę główek jeżówki. Wątpię, by mogło to cokolwiek zdziałać. Dziękuję ci. Będę musiała zdać się na łaskawość wiatru. - rzuciła tylko i udała się w stronę chaty starej kobiety. Blondynka zwiesiła głowę, na znak skruchy, ale tego An nie zdążyła dostrzec.
                                               ~*~
Staruszka opuściła izbę, toteż Anaid od razu zabrała się do pracy. Nie zwlekając, przyrządziła napar z główek jeżówki. Kiedy był gotowy, wlała go do dzioba stworzenia, delikatnie gładząc jego podgardle, aby przełknął. Wypicie tego napoju często powoduje mrowienie warg, gardła, toteż ptak kaszlnął kilka razy. Napar sprawił, że gorączka nieco spadła, zwierzę uspokoiło się.
Następnie ciemnowłosa związała włosy w zgrabny koczek, by lepiej myśleć. Usiadła po turecku przed łóżkiem, na brudnej podłodze. Dłonie położyła na udach, uprzednio przymknąwszy powieki.
Wsłuchaj się w szept wiatru.
Słuchaj..
Yskaa'r Otreei..
Do izby wdarł się lekki, chłodny wietrzyk, uprzednio otworzywszy drzwi na oścież. Zaczął delikatnie muskać twarz dziewczyny. Po chwili nasilił się, wzmocnił. Stał się o wiele zimniejszy, przeszywający i lodowaty. Przewrócił wiadro z wodą. Co prawda było już ono prawie puste, jednak bardzo ciężkie, gdyż było miedziane. Wiatr tak szalał, że o mało nie wymiótł całej zawartości chaty. Jednak zarówno feniks, jak i An nie ruszali się z miejsc, jakby byli przykuci łańcuchami. Szarooka zaczęła mruczeć coś pod nosem. Stworzeniem zarzuciło tak mocno, iż znalazł się na drugim końcu łóżka. Zwierzę odkaszlnęło głośno, momentalnie podmuchy ustały, znikły. Kolory zaczęły wracać, pokrywając sobą ciało ptaka. Złote i czerwone barwy przeplatały się ze sobą, świetnie współgrając i łącząc się. Anaid uśmiechnęła się triumfalnie.
                                                     ~*~
- Nie wiemy jak ci dziękować. Drzewa również zostały uleczone. Tylko nie wiemy jakim sposobem. Zapewne i tym, jak został oswobodzony Dygo. - dość sporej wielkości, złotoczerwony Królewski Feniks stanął przed dziewczyną, ukłoniwszy się z lekka, z całym szacunkiem. Stali na placu, przed chatą Einah.
- Nie musicie. Był to dla mnie zaszczyt, Pharrelu. Jest wielkim zaszczytem móc nieść pomoc jednemu z was. - odparła, nieco beztrosko, a także łagodnie, uniósłszy w górę kąciki ust, tworząc coś na kształt uśmiechu.
- Nigdy ci tego nie zapomnimy. - dodał drugi ptak, skinąwszy do niej głową, upstrzoną złotymi cętkami. Był to Indygo, feniks, któremu szarooka ocaliła życie. Następnie obydwa stworzenia zatrzepotały skrzydłami i odleciały. Odgłos poruszania się ich skrzydeł zdawał się być piękną muzyką, szczególnie dla wrażliwych, sylfidzich uszu.
Po chwili z izby wyszła blondynka. W dłoni trzymała czerwone pióra. Podeszła do ciemnowłosej, wsuwając je do kieszeni jej spodni.
- Zatrzymaj je. Podobno mają magiczne właściwości. - powiedziała, zwracając się do niej życzliwie i obdarzając ją uśmiechem, pomimo tego, że jeszcze niedawno nakrzyczała na nią. Sylfidą targały wyrzuty sumienia. Przeprosiła młodszą, za to wszystko. Wybaczyła jej. Wręczyła jej też męską koszulę, aby ''zakryła ten goły brzuch'' - jak się wyraziła.
      Wydawać się mogło, że wszystko zakończyło się dobrze. Anaid powróciła do stada z wykonanym zadaniem. Jednak musiała jeszcze zajść w jedno miejsce.
                                                     ~*~
Wyszła spomiędzy drzew, uważnie przyglądając się widokowi, który miała przed sobą. Dokładnie to chciała zobaczyć. Nie wiedziała, dlaczego chciała przyjść w to miejsce, czemu znów miała nieumyślnie przywołać wspomnienia. Ostatni raz. Obeszła dookoła niedokończony budynek. Badawczym wzrokiem mierzyła każdy zakamarek, każdy cal, każdą chwilę łapała w swoje ręce, jednocześnie chcąc je odgonić.
Usiadła na schodkach, mających za zadanie prowadzić do frontowych drzwi. Pociągnęła nosem. Teraz ci się zebrało na sentymenty. Dziewczyna otarła parę łez, które mimowolnie spłynęły z jej oczu. Łokcie oparła na udach, a na otwartej dłoni oparła głowę.
Pomyśleć, że miało to wyglądać zupełnie inaczej.
================================
Koniec. Ta dam. Musiałam napisać jeszcze raz, bo mi się usunęło i wgl. -.-'
Mam nadzieję, że się spodobało.
Zadanie wykonane.
Anaid (21:07)

4 grudnia 2010

Wiersz na konkurs. [Anaid&Midnight]

04 grudnia 2010


Słyszysz zew?- Tak wolność brzmi.
Boisz się?- Zaufaj mi!
Porzuć troski i zmartwienia,
odnajdź miejsce ukojenia.
Chcesz już wiecznie biec samotnie?
Chcesz swe smutki tłumić w sobie?
Zwolnij wreszcie i chodź ze mną
Tam gdzie wszyscy razem biegną,
Tam gdzie ślady się mieszają
Gdzie do nieba blisko mają.
I choć ślady nikną w dali,
Przyjaźń nasza cie ocali.
Chodź więc wreszcie, pora na nas
Czas porzucić miejski hałas.
Tam przyjaciel nowy czeka,
Zrozum wreszcie,
Chodź, nie zwlekaj.
Nie myśl o złym, chwilach trwogi,
Wkrocz już dzisiaj w stada progi.

Gotowe. By Anaid & Midnight. 

W sumie powinno być napisane sam Midnight, gdyż ja + tworzenie wiersza, to mieszanka wybuchowa. Napisałam pięć ostatnich linijek.
To tyle.
Udzielać się, kartofle. Jak na razie idzie Wam świetnie.
`An.
Anaid (13:08)

12 listopada 2010

Opowiadanie stadne, cz. X [Anaid]

12 listopada 2010


         Atmosfera robiła się gorąca. Prawie wszyscy byli rozproszeni. Zapadał zmierzch, więc niebezpieczeństwa czyhały na nich z każdej strony. Mieć się na baczności - był to ich priorytet. Anaid przesunęła dłońmi po twarzy. Wraz z Jenn oraz Mi wróciły do pozostałych. Sylfka pokręciła jedynie głową w geście bezradności. Była ich siódemka- ona, Tee, Jenn, Mi, Luna, Tiara, a także Tiffany. Paru osób m brakowało, a na uratowanie Alphy było coraz mniej czasu. Potrzebna im była wskazówka. Nie mogli tak długo czekać. Dziewczyna usiadła koło Lu. Patrzyli po sobie, oczekując znaku.
        Raptownie wszyscy usłyszeli charakterystyczny chichot. Najpierw pojawiły się łapy, potem tułów i głowa zwierzęcia. Hiena stworzona z cienia ponownie wydała z siebie dźwięk mający za zadanie przypominanie śmiechu. An zmrużyła oczy, patrząc podejrzliwie na swego demona. Ta od razu przeszła do rzeczy.
- Jah. Znacie taką? - zapytała piskliwym głosem.  Zgromadzeni wymieniali zdumione spojrzenia.
- Znamy. - odrzekła wreszcie Lu. Wszyscy wiedzieli, iż jest ona ściśle związana z Glolą. Istota cienia weszła do środka koła, przez nich nieświadomie utworzonego. Zasyczała cicho, oczy się jej zajarzyły. Spoglądnęła na Anaid, lecz na miała kamienny wyraz twarzy. Schyliła łeb i rozglądnęła się.
- Nie jesteście tu bezpieczni. - powiedziała i przekręciła łeb. - Tu roi się od niebezpieczeństw. - dodała, syknąwszy jak wąż, co w ogóle nie pasowało do charakterystyki hieny. Nisha kontynuowała. - Jaah. Taak. Widziałam ją. Rozmawiałam. Próbowała się połączyć z czarną kocicą. - powiedziała.- Ale ona nie słyszała. Kazała mi przekazać to waam. - powiedziała i zamilkła na chwilę, uśmiechając się głupkowato.
- Mów wreszcie. - ponagliła poddenerwowana An. Hiena znów robiła wszystko, aby jej dopiec. Niestety dziewczyna nic na to nie mogła poradzić, musiała się z tym pogodzić.
- Aldieb nie ma tutaj. Jest daaleeko stąd. Bardzo daleko. - oczy demonicy zabłysły. Zaczęła mówić niskim głosem, uparcie wbijając wzrok w swoją ''właścicielkę''.
Za ciemnym lasem, gdzie rzeka początek swój bierze,
Jeśli uratować Ci trzeba ważne życie,
Ze starą kobietą zawrzyj przymierze,
Ona drogę wskaże, nie daj jej krzyczeć,
Bo drogi do obozu który numer ma trzeci,
Nikt poza nią nie wie, moje drogie dzieci.
Hiena, wyrecytowawszy te słowa, zniknęła. Rozpłynęła się w ciemnościach, które ogarnęły okolicę, pozostawiając za sobą jedynie głośny chichot. Spojrzenia zgromadzonych powędrowały na Anaid. Utkwiły tam. Ta westchnęła cicho. Zmarszczyła brwi. Zmierzwiła swoje włosy, intensywnie myśląc. W końcu zdecydowała się, że zacznie mówić, bo gdy nie zaczną niczego robić, może to spowodować nieodwracalne skutki.
- Słuchajcie. Nie czekamy, ale działamy. - sylfka związała włosy w zgrabny koczek, aby było jej lepiej organizować i myśleć. - Na pewno nie pójdziemy wszyscy. Tiffany, Jenn, Tee. Zostańcie proszę. Tiar razem z Wami. Oczywiście lepiej by było, jakbyście poszli, ale Jenna jest ranna. Tee, zostań, bo możesz ją obronić w razie niebezpieczeństwa. Tiffany i Tiara, jesteście skrzydlate. Możecie nas zawiadomić, jak coś się stanie albo kiedy wróci reszta. Lu i Mi idą ze mną. Wybaczcie. - powiedziała, siląc się na przepraszający uśmiech. Ci, co mieli zostać, zaoponowali, zaczęli robić kwaśne miny, aż w końcu się z tym pogodzili. Dziewczyna pozwoliła im jednak iść za nimi, gdy tylko pozostali do nich dołączą, ale najpierw powinni wysłać z tą wiadomością którąś ze ''skrzydlatych''.
Szykowały się do wyprawy. Naostrzyły bronie, posiliły się. W środku nocy wyruszyły. Były pełne dobrej nadziei, która zmotywowała je do działania. Musiały na początek znaleźć starą kobietę, o której mówił demon Anaid. Wszystkie trzy miały za oświetlenie jedynie własne oczy. Pochodnią nie chciały zwabiać żadnych niepożądanych istot, które prowadziły nocny tryb życia i w każdej chwili mogły pozbawić je życia, a uprzednio oczywiście zaatakować.
Po niedługim czasie były brudne, przemoczone, gdyż zastał je deszcz, ale zdeterminowane. W niektórych momentach myślami wracały do tych, którzy zostali przy chacie. Czy sobie poradzą? Powinni. Muszą.
         Wtem coś poruszyło się w krzakach. Ciemnowłosa zmrużyła oczy. Rozejrzała się.
- Tam. - szepnęła Mi, dyskretnie wskazując łapą na wprost nich. Lu i An wyciągnęły zza pasów sztylety i powoli zaczęły skradać się w kierunku źródła zamieszania. Obie miały zacięte wyrazy twarzy. Mi- chan szła za nimi, bezszelestnie stawiając łapy na ściółce leśnej, wyłożonej liśćmi. Usłyszały ciche warknięcie. Ale za sobą. Odwróciły się gwałtownie z takim synchronem, jakby ćwiczyły to godzinami. Przerażone i jednocześnie zaskoczone wpatrywały się tępo w widok malujący się przed nimi.
                                                        ~*~
Tak, tak. Wiem, że głupie i do d..  Dawno nic nie pisałam i teraz mam szansę to poprawić, ale nie sądzę, żeby mi wyszło. Zważywszy na fakt, że w tej trzyosobowej grupce jest Mi , to proponowałabym, żeby ona napisała kolejną część.
Dziękuję za uwagę. Udzielajcie się! Korzystajcie z długiego weekendu, Ci, którzy go mają  ( a zakładam, że większość z Was ) ! No. C:

AnaidFeatherHope, Córka Wiatru (15:19)

1 września 2010

Love is a beautifull felling. [Anaid]

01 września 2010
      Siedziała na trawie. Ze złości skubała jej źdźbła. Mówiła coś pod nosem, nie bardzo zrozumiale. Zacisnęła zęby. Doprowadzała ją do szewskiej pasji. Nie wiedziała, czy to przez jej złośliwość, czy może nieświadome żarty. Po prostu tego nie wytrzymywała. Nisha zachowywała się okropnie. Wstała i z napadu agresji podniosła całkiem spory kamień lezący przed jej nogami i rzuciła nim o drzewo. Zrobiła wściekłą minę.
     Raptownie usłyszała charakterystyczny chichot hieny. Ledwo widoczna, cień.
- Z czego rżysz? - zapytała dziewczyna, nie odwracając wzroku.
- Z Ciebie. - odparła, zaśmiawszy się złośliwie. - Jesteś żałosna. O co Ci chodzi? - zapytała spoglądając kpiąco na Anaid.
- Powinnaś być ze mną związana emocjonalnie, a w ogóle tak nie jest. Wcale się nie starasz. - rzuciła ciemnowłosa.
- Bo ja wcale nie muszę. - odrzekła, śmiejąc się złośliwie. Szarooka odwróciła głowę, by spojrzeć demonicy w oczy. Przez chwilę mierzyła prawie niewidoczną postać spojrzeniem. Hiena spokojnie patrzyła na dziewczynę. Jakby się zupełnie nic nie działo. Robiła z An idiotkę, co ciemnowłosej bardzo się nie podobało, a hiena miała niezły ubaw. Uniosła jedną brew, nadal przyglądając się dziewczynie.
- Idź stąd. Mam Cię dosyć.- rzekła w końcu szarooka, odrywając spojrzenie od demonicy. Nisha zachichotała, jak na hienę przystało i w mgnieniu oka rozpłynęła się.
      Ponownie się wkurzyła. Ze łzami w oczach stanęła przodem do drzewa i walnęła w nie czołem. Warknęła coś pod nosem. Osunęła się na ziemię i wyciągnęła nogi. Dotknęła medalionu zawieszonego na szyi. Westchnęła cicho, pociągnęła nosem.
- Płaczesz? - usłyszała głos za sobą. Gwałtownie się poderwała i oglądnęła. Uśmiechnęła się delikatnie. Ac stał przed nią, przyglądając się jej uważnie.
- Nie. - odparła jak gdyby nigdy nic. Pokręcił głową i zaśmiał się. Przytulił ją mocno. Przejechał kciukiem pod jej oczami, ocierając łzy. Nic nie powiedział. Po prostu był. I z tego się cieszyła. Najbardziej.
                              >>Podkład muzyczny<<
       Noc rześka i gwiaździsta wręcz zachęcała do przechadzki. Poszła na niewielkie wzniesienie na polanie. Lubiła tam przebywać. Wdrapała się na niewielką, porośniętą trawą górkę. Usiadła, wyprostowawszy nogi. Raptownie niebo się zachmurzyło. Kilka wielkich kropel spadło na jej głowę, ramiona. Siedziała w ciszy, słuchając tylko odgłosu deszczu. Kap, kap. Zamknęła oczy. Cicho westchnęła. Tyle dobrego przydarzyło jej się ostatnio. Acebir, Mikey.. I przyjaciele, którym mogła ufać. Uśmiechnęła się pod nosem. Po chwili była cała przemoczona. Włosy, koszulka, spodnie. Dłońmi przejechała po twarzy. Czuła się o wiele lepiej. I cały czas myślała o Acebirze. Nigdy nie przypuszczała, że będzie w związku. Nigdy nie przypuszczała, że znajdzie miłość. Jednak miłość znalazła ją. Podciągnęła kolana pod brodę i położyła ją na przemoczonym materiale. Lało niemiłosiernie, jednak cały czas siedziała niewzruszona. Uśmiechała się do siebie. Twarz oblepioną miała mokrymi włosami, t-shirt przylegał do ciała. Otworzyła oczy i zaczęła pustym wzrokiem wpatrywać się w ziemię. Jakby z niewiadomych powodów miała  ją prześwidrować szarookim spojrzeniem. 'Czas wracać.' - pomyślała. Wstała i zwróciła wzrok ku chmurom.
-Dziękuję. -wyszeptała ledwie dosłyszalnie. Zbiegła ze wzniesienia. Włożyła ręce w kieszenie. Sznurówki od starych trampek ciągnęły się za nią. Było jej zimno. Jednak uśmiech nie schodził z jej twarzy. Kiedy powoli dochodziła do jaskini, zobaczyła znajomą sylwetkę, siedzącą pod drzewem. Postać patrzyła na nią. Odwzajemniała spojrzenie. Podeszła bliżej. Siedział tam. Czekał? Bez słowa podbiegła do niego i przytuliła się. Czuła się bezpiecznie. Podniosła głowę.
- Nie przeszkadza Ci, że jestem cała przemoczona?
- Ani trochę. - odpowiedział i dotknął jej włosów. Zaśmiała się cicho i zamknęła oczy. Kap.
                                                     ***
Takie trochę.. nie wiem jakie, ale musiałam to napisać.
PS. Musiałam drugi raz opublikować, bo tamtego nikt nie przeczytał i zostałam perfidnie zepchnięta. ._.
PS2. Ale już jest great. 83
AnaidFeatherHope, Córka Wiatru (15:47)

17 sierpnia 2010

Zadanie [Anaid]

17 sierpnia 2010
Zadanie.


    Łapy zwinnie odbijały się od ziemi, coraz bardziej przybliżając do celu. Jeszcze kilka chwil. Te parę centymetrów dzielących ją z upragnionym. Ostatni sus i...
   
Wilczyca dopadła zwierzyny. Wbiła pazury w zad, powalając potężnego jelenia. Przebiła krtań. Umościwszy się wygodnie koło zdobyczy, dobrała się do najsmakowitszego. Szarpnęła, odrywając kawał mięsa. Z uwielbieniem wciągnęła woń pożywienia. Po niedługiej chwili wilczyca miała cały pysk umorusany krwią. Ten zapach, ten smak.. Już od dłuższego czasu nie pożywiała się. Tym bardziej nie tak obficie. Wadera mlasnęła jęzorem i westchnęła z zadowoleniem. Przełknęła kolejny kęs i kolejny. Czując już, że zjadła już wystarczająco, dźwignęła się z ziemi. Przeciągnęła się leniwie i rozłożyła skrzydła. Ostatni posiłek przed zadaniem. Trzeba się wykazać. Śnieżne Wzgórza, Śnieżne Wzgórza.. w którą to stronę? Gdy już wiedziała w jakim kierunku ma zmierzać, nie zwlekając, ruszyła.
     Wadera biegła w mało obeznanym kierunku. Węch. Zapach. Kieruj się tym. Wtedy dasz radę. Poruszała nozdrzami. Dwa dni drogi stąd. Jednak żwawe tempo poruszania się w krótszym czasie doprowadzi ją do Śnieżnych Wzgórz.
      Ośnieżone szczyty były już dobrze widoczne. Wilczyca nie robiła przerw. Leciała, omijając korony drzew i intensywnie wpatrując się w białe punkty, coraz bardziej powiększające się. Już tylko parę godzin.
      Stanęła u stóp wzgórz. Ac miał rację. Dostanie się tam, to nie lada wyczyn. Śniegi zaczynały się trochę wyżej. Dalej widać było mieniący się w słońcu lód. Poczęła się wdrapywać, ostrożnie stawiając łapy. Dotknęła opuszką łapy białego puchu. Śnieg. Jak dawno go nie widziała. Dobra, nie czas na rozczulanie się. Stanowczo postawiła łapę i nagle ześlizgnęła się o parę metrów w dół. Lód. Szlag by to trafił. Powoli, idiotko, bo zaraz spadniesz. Wskoczyła wyżej. Wbiła pazury w zamarzniętą wodę.
      Trzy godziny żmudnej wspinaczki, a szczyt jeszcze daleko. Jaskinia. To jest to. Zaczęła szukać czegoś wzrokiem. Jak na zawołanie. Ujrzała wgłębienie w lodzie. Grota. Weszła do niej. Ciemno i zimno, jednakże mogła się zdrzemnąć i przez chwilę odpocząć.Ułożyła się i położyła łeb na łapach. Przymknęła zmęczone ślepia. Po niedługiej chwili otworzyła je, wyczuwając czyjąś obecność. Wbiła wzrok w dwa rażące bielą punkty. Wstała i cofnęła się na bezpieczną odległość. To musiał być nie kto inny jak.. Śnieżna Dama. Bladoniebieska, potężna wilczyca wyszła z ciemności. Anaid starała się nie ruszać. Co Ty robisz, głupia! Ratuj się! Trzepnęła łbem i spojrzała wyzywająco na Białą.
- Dawaj, kochana. Pokaż, na co Cię stać. - rzekła, spoglądając na Damę. Ta ruszyła na przeciwniczkę, rzucając w nią lodowymi sztyletami. Brązowa rzuciła się do ucieczki. Ślizgała się po lodzie lepiej niż niejeden łyżwiarz. W pewnym momencie Biała doskoczyła do wilczycy, łapiąc ją za łapę. An warknęła głucho. Szarpnęła. Nie da rady. Jest za silna. Walcz! Chyba nie jesteś na tyle niemądra, aby się poddać. Odwróciła się, wyginając ciało. Kłapnęła paszczą w ogon Śnieżnej. Był lodowaty. Puściła, a wadera, korzystając z okazji, zaczęła biegać wokół Białej jak wariatka. Zdezorientowana Dama próbowała złapać mniejszą od siebie, raz, po raz rozwierając wielki pysk, wyposażony w setki lodowych, mocnych zębów. Robiąc ostatnie okrążenie, wystarczyło popchnąć Śnieżną, by spadła z wysoka i roztrzaskała się na miliony małych odłamków.
        Anaid nawet nie zauważyła, że ratując się przed Białą, wspięła się znacznie wyżej. Czerwone błyski. Szkarłatny Rubin już blisko.Wilczyca weszła jeszcze wyżej, pokonując zakręty. Niewielka wyrwa w skale. W niej dobrze widoczny, jednak mały klejnot. Co najgorsze, pod warstwą lodu. Zmieniła postać na ludzką. Wyjęła sztylet, zaczęła nim miarowo uderzać w przeszkodę. Odgarnęła niesforne kosmyki włosów, zasłaniające jej widoczność. Szybciej, no. Jeszcze parę razy. Jeszcze, jeszcze... Już. Koniec. Delikatnie, z największą ostrożnością wyjęła z lodu Rubin, aby go nie uszkodzić. Włożyła do skórzanego woreczka i włożyła do kieszeni. W drugiej miała scyzoryk, także schowany w woreczku.
        Droga powrotna upływała szybciej. Znacznie szybciej.
        Jeden dzień.
        Do terenów Stada Nocy już niedaleko.
        Dziewczyna szła spokojnie, co chwila sprawdzając czy klejnot nadal jest w kieszeni. Westchnęła z ulgą. Chciała skrócić sobie drogę. Robiło się ciemno. Wieczór. Przechodziła koło jakiejś małej, ludzkiej wsi. Nagle poczuła nóż pod szyją. Ni stąd, ni zowąd. Człowiek. Niewiele większy od niej, lecz bardzo silny. Mężczyzna.
- Poznajesz mnie? - usłyszała szept.
- N-nie. -wydukała.
- No cóż. Anaid kochana córeczko, tatuś wrócił.
Ciemnowłosą przeszedł dreszcz. Nigdy nie znała ojca. Był złym człowiekiem. Raczej wilkiem pod postacią ludzką. Matka opowiadała o nim same złe rzeczy.
- Oddaj Rubin.
- Nie.
- Oddaj, bo Cię spotka zły los. - pociągnął ją za włosy.
- Już mnie spotkał. - odparła krótko. Rakai powalił ją na ziemię. Kopnął w brzuch.
                           >>Podkład Muzyczny<<
- Gadaj, bo zginiesz.
- Jesteś.. Jesteś potworem. - rzekła łapiąc się za obolałe miejsce. Złapał ją za bluzkę i uderzył w twarz.
- Odechce ci się wyzywać własnego ojca. - z nosa leciała jej krew. Była wycieńczona.- Mów.
- W.. w lewej.. lewej kieszeni. - wyjąkała, przymknąwszy oczy. Wyjął zawiniątko i uderzył ją po raz kolejny, mocniej. Zadał cios w nogę nożem i odszedł zostawiając ją samą. Samą. Resztkami sił wyciągnęła drugi woreczek z kieszeni. Ścisnęła go w dłoni i wstała. Wyciągnęła sztylet z rany. Chwiejnie ruszyła przed siebie. Stawiała nogi niepewnie. Czuła, że zaraz się przewróci. Przewróci się i nikt jej nie znajdzie. Umrze. Trzymając się drzew, poruszała się, by znaleźć się jak najszybciej  w Stadzie. Własny ojciec. Robiło jej się ciemno przed oczami. Mimo tego, że świtało. Nigdy go nie znała. Nie widziała. Wychowywała się.. sama. Sama.. Nie może umrzeć. Nie. Nie teraz, kiedy znalazła miłość, rodzinę. Nie. Nie rób mi tego. Usłyszała jakieś odgłosy. Odgłosy stada. Nie umieraj. Wyciągnęła zawartość zawiniątka i wyrzuciła woreczek. Jedną ręką ciągle trzymała się za brzuch. Wyszła spomiędzy drzew. Przerażone spojrzenia członków stada skupiły się na niej. Otworzyła drugą dłoń, ukazując Szkarłatny Rubin. Uśmiechnęła się triumfalnie i upadła.
                                                       ***
Czytu, czytu , czytu. Zadanie wykonane. Chyba długa notka o.o'.  Może podkład trochę za długi. Podobało się?
      
AnaidFeatherHope, Córka Wiatru (14:01)