Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drzewa Mają Oczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drzewa Mają Oczy. Pokaż wszystkie posty

4 listopada 2013

Drzewa mają oczy. Cz. VI [Baru Saya]

3 listopada 2013

Drzewa mają oczy. Cz. VI

Dzisiejszego dnia mija dokładnie rok od kiedy tu jestem. Oficjalnie uważam ten dzień za narodziny Baru. Z tej okazji skusiłam się na napisanie ostatniej części opowiadania. Zapewne będzie troche zagmatwana, ale z czasem wszystko się wyjaśni.

***

      Żółte oko przeszywało mnie na wylot. Zesztywniałem.
- Przecież powiedziałem Ci, że nie wygrasz. - zaśmiał się drwiąco i wstał do pionu. Przekręcił głowę, tak, że dało się słyszeć charakterystyczne strzyknięcie kręgów.
      Moje serce waliło jak oszalałe. Wiedział o tym, wystarczyło, że na chwilę spojrzał mi w oczy. Zacisnąłem kły, byłem wściekły. Co ja mu mogę do cholery zrobić?! Przecież to maszyna do zabijania. Przecież On nawet nie ma... I właśnie w tym momencie mnie olśniło. Nie byłem pewien, czy to pomoże, ale przecież nie dam się tak łatwo zabić.
- ... uczuć. - wypowiedziałem myśl na głos i spojrzałem na niego, wzrok miałem przepełniony żalem, litością.
- Nie patrz tak na mnie! - burknął, był zmieszany.
- Mogę przestać, wtedy przynajmniej nie usłyszysz moich myśli! - z łagodnego spojrzenia przeszedłem na zimne.
- Mówisz? - bat znowu zaczął wysuwać się z jego rękawa. - A umiesz walczyć w ciemności? - uśmiechnął się drwiąco i ruszył w moją stronę. Odskoczyłem w bok i ruszyłem przed siebie ile w łapach sił.
- Żartujesz sobie? - zaśmiał się - zapomniałeś kim jestem? - obejrzałem się za jego głosem, nie było go. Zatrzymałem się gwałtownie i szybko rozejrzałem.
- Bu! - stał przede mną, szybkim ruchem kopnął mnie w mostek, zaskomlałem wywalając się i turlając kawałek dalej. Kurwa... Zapomniałem, że jest dhampirem, nie mam co uciekać. Ta walka musi rozegrać się na tym polu. Przybrałem humanoidalną postać, podparłem się na ręce i rozmasowałem obolałe miejsce, wyraźnie nie zadowolony.
- Wiem kim jesteś. - wycisnąłem przez zaciśnięte zęby. Spojrzał na mnie mrużąc oczy. Powoli zacząłem się podnosić.
- A Ty wiesz Membu? - nasze spojrzenia się skrzyżowały, oba były równie zimne.
- Wiesz?! - tym razem podniosłem ton. Milczał, ale widziałem jak gniew w nim wzrasta. - To Ci powiem. Jesteś nikim Membu, nikim. - prawie przeliterowałem ostatnie słowo. Jego oczy zabłysły wrogo i ruszył na mnie. Chwyciłem za szablę... Zaraz... Nie miałem szabli... Moja pewność siebie zniknęła w mgnieniu oka, udało mi się jednak wykonać zgrabne salto w tył i nadal żyłem. Idiota! Wkurzyłem go na maxa nie mając przy tyłku broni. Jakie to typowe.
- Kim będziesz musiał być ty, skoro taki Nikt cie zabije. - ruszył za mną, a wraz z nim czerwony bat. Biegłem w stronę szabli, która utknęła w drzewie. Nagle poczułem zacisk na mojej nodze i szarpnięcie. Krzyknąłem z bólu lądując twarzą w ziemi. Ucisk był coraz mocniejszy, a do tego te małe kolce. Po chwili wisiałem do góry nogami, twarzą w twarz z moim oprawcą.
- Gdzie ta twoja pewność siebie Baru? - na Jego twarzy zagościł dobrze znany mi, kpiący uśmiech.
- Czemu po prostu mnie nie zabijesz? - zaciskałem zęby, bat powoli rozcinał skórę na mojej nodze.
- Lubię się bawić ofiarami, taki już ze mnie psychol. - otarł kroplę krwi z jednej rany i oblizał palec.
- Jakoś Ją chciałeś zabić szybko. - wydyszałem łapiąc trochę powietrza. Zastygł, zacisnął wargi. Tak... zauważyłem w tym swoją szansę.
- Szybko i bezboleśnie, mimo tego co zrobiła, nie chciałeś żeby cierpiała. - coraz ciężej było mi mówić, ale starałem się, naprawdę, bardzo się starałem. - Ja wiem... - nie zdążyłem dokończyć, załapał mnie za gardło, bat puścił lecz On cisnął mną o drzewo, poczułem jak łamią mi się z dwa żebra.
- Gówno wiesz! - warknął w moją stronę i obrócił się na pięcie, chodził 5 kroków tam i z powrotem. Chwyciłem się za bok i powoli wstałem podpierając o drzewo.
- Kochałeś ją... - dodałem cicho. W odpowiedzi dostałem kolejny cios w szczękę, wywaliłem się, a z rozciętej wargi poleciała krew. Zakaszlałem, stał nade mną, wzrok miał nieobecny. Położyłem się na plecy i zaśmiałem do niego.
- Kochałeś, wiem. - otarłem krew z twarzy. Ponownie mnie podniósł.
- Zamknij się. - warknął i wymierzył kolejny cios.
- No dalej, przecież o to tu właśnie chodzi. - nie wiedziałem w sumie już co gadam, zacząłem się śmiać. Chwycił mnie za włosy i podniósł twarz tak, że patrzyłem mu prosto w oczy. Uśmiechnął się kpiąco.
- Chcesz mnie rozczulić? - zapytał bardzo powoli. Odechciało mi się śmiechów.
- Po co pytasz, przecież wiesz. - wysapałem ledwo, nadal mnie podduszał. Pokiwał głową i zaśmiał się pod nosem. Zluźnił trochę ucisk, zdołałem nabrać trochę powietrza. Czułem ból i w mostku i żebrach, zaciskałem zęby, w buzi nadal zbierała mi się krew. Nagle obraz przyspieszył, usłyszałem szczęk łamanych kości, poczułem okropny ból w ręce, potem po obu bokach, nos, polik i ... zatrzymałem się na plecach, łapiąc ledwo powietrze. Rzucił mną, mocno i daleko, byłem cały poobijany. Zakaszlałem wypluwając krew i prawie się ją dławiąc. Udało mi się przewrócić na jeden z boków i ciecz wyleciała całkowicie. Spojrzałem w prawo. Szedł w moją stronę. Spojrzałem w lewo. Leżało tam moje drugie ja. Zacząłem czołgać się w jego stronę.
- Nie uważasz, że pora to zakończyć? To spotkanie było nam pisane. Co nie bliźniaku? - zaśmiał się. Czołganie się sprawiało mi sporo trudności, ale nogi czułem i były całe, pomijając kilka rozcięć, więc nie szło mi najgorzej. Jego słowa docierały do mnie, chociaż nie bardzo nad nimi rozmyślałem. Chciałem dostać się do nieprzytomnego, teraz sam dokładnie nie wiem dlaczego, ale ten kierunek wydawał się bardziej odpowiedni niż... odwróciłem głowę. Był coraz bliżej. Przyspieszyłem trochę.
- Chcesz się pożegnać z kolegą? Nie pędź tak. - miał zadziwiająco dobry humor. Co za łeb ma dobry humor w takich chwilach? Mniejsza o to, w końcu dotarłem do celu. Chciałem się podciągnąć, chociaż spróbować wstać.
- Sory... - wyszeptałem do samego siebie i złapałem za wystający nóż z rany, miał stać się moją podpórką podczas podnoszenia. Kiedy zacząłem wstawać poczułem bat na drugiej nodze.
- Osz... - nie zdążyłem nawet przeklnąć. Jedyne co poczułem to ucisk na nodze i ból, kiedy przyciągał mnie do siebie.
- Żegnaj... - usłyszałem kpiący głos i przysłoniłem swoją twarz kiedy nachylał się nade mną. Cisza... Poczułem nagle ciepłą ciecz na poliku, powoli odsłoniłem jedno oko, drugą rękę miałem sztywną. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Z Jego oczu płynęły strumyki krwistych łez. Patrzyłem na ten obrazek w szoku. Dopiero po chwili zainteresowałem się co z moją drugą ręką, była pod Nim, a on na mnie.
- Kochałem... - usłyszałem nagle i ponownie na niego spojrzałem, patrzył na mnie inaczej, ale równie chłodno.
- Kocham... - wyszeptał znowu. Potrząsłem głową, aby się ocknąć. Uspokoiłem oddech i w końcu zrzuciłem go z siebie, tym samym uwolniłem dłoń. Moje oczy rozszerzyły się. Spojrzałem w stronę drugiego ja, nie było go tam. Puściłem narzędzie trzymane w dłoni, wbite w jego żebra. Nóż... Musiałem go wyciągnąć kiedy Ten mną szarpnął. Odruch, zwykły odruch obronny mnie ocalił.
- Nie umiałem... - usłyszałem kolejny szept. Klęcząc patrzyłem na Niego.
- Nie umiałeś. - odpowiedziałem. Poczułem się strasznie źle. Zrobiło mi się niedobrze.
- Bitwę wygrałeś Ty... Wojnę wygram ja. - usłyszałem tylko i ...

      Naglę znowu siedziałem na gałęzi, widziałem teraz tą scenę jako osoba trzecia. Membu leżał, drugi ja wyraźnie się chwiał. Coś zaczęło swędzić mnie w gardle, oczy piekły. Zgłupiałem, znowu... Kaszel, pojawił się mocny kaszel. Sam zacząłem tracić równowagę próbując go uspokoić, czułem jakbym się dusił. Wtedy spadłem, wylądowałem pod gałęzią i syknąłem z bólu. Spojrzałem raz jeszcze na tych dwoje. Drugi ja padł obok Pasożyta, a ten, jakby wniknął w niego. Co?! Podniosłem się na łokciach i otarłem twarz, oczy piekły coraz mocniej, kaszel nie ustawał. Jedno mrugnięcie, kolejne, jeszcze jedno... Dookoła mnie pojawiają się płomienie i kupa dymu, las płonie. Głębokie wciągnięcie powietrza jest tak duszące i ogłupiające ze sztywnieje. Czuje żar przy mojej nodze i dopiero wtedy jestem w stanie się ruszyć. Wstaję szybko i wpadam na drzewo. Podpieram się o nie i rozglądam dookoła, w kupie dymu tańczą płomienie. Matko...
- Musiałeś nas poświęcić. - słyszę nagle znajomy głos i patrze na drzewo o które się opieram.
- Nie... - szepcze przerażony. Drzewo nagle staje w płomieniach, a ja słyszę ich krzyki, wszystkich. Odskakuje od niego i zatykam uszy, mało to daje. Ogniste języki smyrają moje ciało, które zaczyna mocno piec. Chwiejnym krokiem staram się znaleźć wyjście z tej pułapki. Kiedy w końcu mi się udaje świeże powietrze działa na mnie na tyle silnie, że prawie tracę świadomość. Obraz robi się mglisty, powoli opadam.
- Nie... - mruczę jeszcze w pół świadomy i padam, padam na granicy lasu, a polany. Ranny, poparzony i śmierdzący wędzarnią. Padam i zasypiam. Zapadam w naprawdę głęboki sen.

THE END.

13 października 2013

Drzewa mają oczy. Cz. V [Baru Saya]

12 października 2013

Drzewa mają oczy. Cz. V

Dzień 4:   

     Mieliście kiedyś tak, że świat zwolnił? Że ktoś przeszywał was wzrokiem? Zimnym, przepełnionym nienawiścią wzrokiem. Ja miałem, właśnie w tamtej chwili. Membu patrzył na mnie swoim błękitnym okiem, drugie miał schowane, ale ja wiedziałem, znałem jego zdolności. On zapewne znał i moje. W tej chwili nie zastanawiałem się już jakim cudem mnie widzi, teraz myślałem o tym, co będzie dalej.
     Przykucał, nadal wpatrzony we mnie, nadal z tą empatią wyrysowaną na twarzy. Chrząknąłem, byłem już pewien, że wcale mi się nie zdaje. Powoli podniosłem się i otrzepałem z brudu. Podniosłem głowę aby na niego spojrzeć... Stał przede mną. Normalne, powiecie. No właśnie nie, bo to ja zmieniłem miejsce, nie wiem jak, ale znalazłem się przed swoim omroczonym klonem. Spojrzałem na sztylet wbity w jego ciało, potem na oprawcę. Uśmiechał się. Nie był to uśmiech przyjazny, raczej przepełniony pewnością siebie, był to uśmiech szaleńca.
- Witaj, Membu. - odpowiedziałem w końcu, również posłałem mu uśmiech, mój jednak był serdeczny. Przekrzywił głowę, zupełnie tak samo jak przy pierwszym spotkaniu.
- Zwodzisz mnie? - zapytał, oglądając przy tym swoją dłoń.
- Zwodzę? - nie bardzo wiedziałem co ma na myśli, po chwili dotarło do mnie, że zapewne nie podoba mu się mój uśmiech. Chciałem odpowiedzieć, ale najwyraźniej nie miał On ochoty na pogawędkę. Z jego rękawa zaczął wypełzać czerwony bat, owijał się dookoła drugiej ręki, tak długo, póki jego rączka nie znalazła się w dłoni Pasożyta.
- Wiesz gdzie jesteś? - posłał mi kpiące spojrzenie. Oderwałem wzrok od jego broni i spojrzałem w oko. Drugie nadal miał zasłonięte, więc na razie był to bezpieczny ruch.
- Nie. - odparłem mrużąc lekko oczy.
- Lepiej dla mnie. - zaśmiał się i skoczył w moją stronę. Zesztywniałem. Nigdy nie walczyłem na białą broń, nie było takiej potrzeby, szkolenie na wojownika dopiero co zacząłem, krótko po odejściu z rodzinnego stada. Bat niczym żywy wąż ruszył razem z Nim, w moją stronę, na całej jego powierzchni pojawiły się małe, ostre kolce.
"Walcz!"
Usłyszałem znajomy głos i szybko chwyciłem za czarną szablę, wiszącą przy moim boku. Bat natrafił na jego ostrze, jednak szybko owinął się dookoła kalecząc kolcami moją dłoń. Syknąłem cicho i puściłem broń, która szybko poleciała w inną stronę, wbijając się w jedno z drzew. W tym samym czasie Pasożyt zadał mi cios pięścią. Wywaliłem się i poturlałem kawałek. Wylądowałem na brzuchu, szedł w moją stronę. Podniosłem się do czworaka i otarłem krew w rozciętej wargi. To nie miało sensu. Wpadłem więc na pewien pomysł.
- Czyżbyś nie usłyszał mojego mulai* ? - zaśmiał się kpiąco. Zagryzłem wargę i zmarszczyłem nos, spojrzałem na niego z determinacją w oczach. Wiedziałem, że walczę o coś ważnego, nie wiedziałem, czy chodzi o życie, czy co innego, ale nie mogłem przegrać.
- Pertinax sum, tu scis?** - odpowiedziałem, zatrzymał się, a z mojego pyska wydobył się warkot. Stałem tam teraz jako wilk, sierść na moim grzbiecie najeżyła się, a pazury wbijały w ziemie. Obnażałem długie kły w jego stronę. Użycie przeze mnie łaciny zdecydowanie mu nie odpowiadało. Nienawidził tego języka, zapewne z powodu Seth'a. Wiedziałem o tym, miałem nadzieję, że też się przemieni, wtedy miałbym jakieś szanse w walce. 
- Nie mów do mnie językiem plebsu. - warknął. Tak, warknął, udało się... Teraz i On był wilkiem. Nie dałem po sobie poznać, że właśnie o to mi chodziło. Oka nadal nie używał, więc wątpię, że odczytał coś z moich myśli.
- Zrozumiałeś... - nie dał mi dokończyć.
- Milcz psie, nie jestem tu dla rozmowy. - dodał z kpiącym uśmiechem i skoczył w moją stronę. Warknąłem głośniej i ruszyłem na Niego. Wiedziałem, że będzie ciężko go trafić, był nieco niższy co dawało mu przewagę w zwinności, jednak sam nie narzekałem na jej brak. Mimo rozmiarów, nabrałem większej pewności siebie. W tej formie czułem się bezpieczniej. Zaczęła się walka na kły i pazury. Długi czas doskakiwaliśmy do siebie, używaliśmy tylko uników. On wiedział o mojej truciźnie paraliżującej, ja o jego zdolnościach. Wiedzieliśmy, na co musimy uważać. W pewnym momencie udało się. Odbiłem się od drzewa i wylądowałem za Jego plecami, chwyciłem szybko za kark, wbiłem się kłami naprawdę głęboko, po czym rzuciłem w stronę większej grupy drzew. Wyszczerzyłem zakrwawione kły i warknąłem w Jego stronę. Zatrzymał się na jednym z drzew, jego forma zmieniała się, raz dhampir, raz wilk, w końcu wypadło na postać humanoidalną. Tak, trucizna szybko powinna zadziałać. 
     Ruszyłem w Jego stronę, powoli, mięśnie nadal miałem napięte, tak jakby co. Nagle zesztywniałem... usłyszałem śmiech. Zaczął się podnosić, zatrzymał się na czworakach.
- Widzisz Baru... - ponowna salwa tego irytującego śmiechu. - Bo każda technika, ma jakąś słabą stronę. - spojrzał na mnie z tą swoją kpiącą, wyraźnie zadowoloną miną, z jego karku i pleców ściekała krew. Podniósł jedną rękę i... Odsłonił oko.
"Kurwa" pomyślałem, a On ponownie się zaśmiał, teraz dokładnie znał wszystkie moje myśli.

CDN.
___
* - Start.
** - Jestem uparty, wiesz?

28 września 2013

Drzewa mają oczy. Cz. IV [Baru Saya]

28 września 2013


Drzewa mają oczy. Cz. IV

Podejście nr. dwa. Piszę tę część jeszcze raz, ponieważ sama pogubiłam się w poprzedniej wersji. Tak przy okazji dodam, że jestem wcześniej.
***
Dzień 3 cz.2 :

Jeden krok, drugi, trzeci. Stop. Spojrzałem na spalony pień, potem na każde drzewo po kolei.
- Zrobimy to po mojemu. - powiedziałem stanowczo i zmrużyłem ślepia. Usiadłem wygodnie, wziąłem głęboki wdech i zamknąłem oczy. Już po chwili znajdywałem się w postaci humanoidanej, siedziałem po turecku, a wiatr lekko rozwiewał moje włosy. Nagle jednak natchnęła mnie pewna myśl. Otworzyłem szybko oczy i wstałem. Uśmiechnąłem się w stronę Zielonych i ruszyłem ku nim. Położyłem dłoń na chropowatej korze jednego z drzew i chwyciłem zwisającą gałąź.
- Nie wiem co wam zrobił, ale pokonamy to razem. - spojrzałem po Nich wszystkich, zupełnie jakbym spodziewał się jakiegoś potwierdzenia. Nie musiałem długo czekać. Wierzba, pod którą stałem, pod wpływem wiatru oplotła mnie swoimi wiotkimi gałązkami, reszta drzew poszła za nią, kolorowe liście z ich koron zatańczyły pod moimi nogami. Zaśmiałem się.
- Proszę, proszę, co za entuzjazm. - uśmiechnąłem się szeroko i kilkoma szybszymi ruchami wspiąłem na jedną z niższych gałęzi.
Znowu siedziałem w siadzie skrzyżnym, miałem zamknięte oczy, a dookoła mnie wirowały liście.
- Co tam się wydarzyło? Pokażcie mi. - wyszeptałem i pozwoliłem działać wyobraźni. Wiatr zawiał mocniej. Czułem to na swojej skórze. Nie wiedziałem czy uznać to za zwykłe zjawisko, czy może za groźbę. Zostałem jednak na gałęzi, nie zmieniając pozycji. Obraz w mojej głowie znowu zaczął powstawać. Te same drzewa. Jednak coś się różniło. Spalony pień nadal był cały. Zrozumiałem, że mój umysł cofnął się w czasie. Historia nie toczyła się od nowa, usłyszałem ciche gwizdanie, moje gwizdanie. Wróciłem do sceny, którą widziałem ostatnio. Szedłem powoli przed siebie. Jego ciemna sylwetka zbliżała się w moją stronę, sunął między drzewami. Naglę poczułem dotyk na ramieniu. Wystraszyłem się i otworzyłem oczy. Obok mnie siedziała dziewczyna, ta sama, która kolorowała świat mojej wyobraźni. Uśmiechnęła się smutno.
- Jak? - zdziwiłem się, przecież była tylko w mojej głowie. Jak trafiła do świata rzeczywistego?
- Będziesz musiał nas poświęcić. - powiedziała, znanym mi, delikatnym głosem. Nie bardzo rozumiałem, nie wiedziałem co tu robi, a tym bardziej o czym mówi. Spojrzałem na nią pytająco. W odpowiedzi wskazała palcem drogę. Obróciłem głowę w tamtą stronę i zobaczyłem siebie. Zatkało mnie. Nie wiedziałem. Jestem w świecie rzeczywistym, czy tym w mojej głowie? Ponownie obejrzałem się za dziewczyną.
- Musisz być cicho. - patrzyła na tamtego mnie. - Teraz. - kiwnęła głową w tamtą stronę. Rzecz jasna spojrzałem za jej wzrokiem. Drugi ja nie był już sam... Pasożyt właśnie wyszedł mu na przeciw. Z wrażenia aż wstałem, chciałem zobaczyć wszystko dokładnie.
- Cofnąłem się w czasie? - spojrzałem za dziewczyną, ale jej już tam nie było. Zacisnąłem mocno zęby. Nic nie słyszałem. Nie słyszałem naszego dialogu. Rozejrzałem się dookoła. Zobaczyłem kilka idealnie rozłożonych gałęzi.  Ruszyłem powoli w stronę drugiego ja i Pasożyta. W tym czasie oni wymieniali się słowami. Napięcie narastało, On zrobił krok w stronę mojego klona. Poruszając się po gałęziach przyspieszyłem kroku. Spojrzałem pod nogi, kiedy przeskakiwałem na kolejne drzewo, udało się. Spojrzałem na nich opierając się o pień, drugi ja wisiał już w górzę.
- Cholera... - mruknąłem pod nosem, wiedziałem, że zaraz nie zdążę. Ruszyłem jeszcze szybciej, prawie biegłem, przeskakiwałem z drzewa na drzewo. Wyciągnął sztylet... Jeszcze tylko jedno drzewo. Wbił go... Na samo wspomnienie o tym zabolało mnie pod żebrami. Chwyciłem się za to miejsce, na chwilę zapomniałem, że biegnę. Razem z moim klonem upadłem, on od ciosu, ja z powodu potknięcia. Podniosłem wzrok, Pasożyt kucnął przy boku mojego drugiego ja. Patrzyłem na tą scenę z niedowierzaniem. Trzymałem się gałęzi, na której się wywaliłem, oczy miałem rozszerzone, a buzię lekko otwartą. Co teraz? Napięcie ponownie wzrosło. Drugi ja był już nie przytomny, tu zaczynała się moja amnezja.
- Witaj Hilarem... - wyszeptał do mojego klona. - Witaj Baru Saya... - gwałtownym ruchem podnosi głowę i spojrzał prosto na prawdziwego mnie. Nasze oczy się spotkały, a na jego twarzy namalował się kpiący uśmiech...
Widzi mnie...
- Nie przywitasz się?  - dodał z tą samą miną, a mnie sparaliżowało...
CDN.

16 lipca 2013

Drzewa mają oczy, Cz. III [Baru Saya]

Dzień 3:
Otworzyłem ślepia w środku lasu. Leżałem na ziemi i czułem mocne pieczenie w tylnej łapie. Podniosłem się powoli, byłem wykończony, nie wiem czym, nie pamiętam. Rozejrzałem się dookoła, to nasze tereny, nie wywiało mnie aż tak daleko. Chciałem ruszyć, wrócić na tą cholerną polanę, spróbować jeszcze raz. Jednak kiedy postawiłem kilka pierwszych kroków uczcie w łapie nasiliło się. Rozcięta, spojrzałem na nią, w tym momencie amnezja z spędzonej nocy ustała.

Wbiegłem wściekły w las, złość wzrastała wraz z moim tempem. Moje myśli zastępowały typowo zwierzęce instynkty. Kiedy wybiegłem za granice terenów poczułem dziwny zapach, niezwykle kuszący. Z cichym warkotem ruszyłem w jego stronę, doprowadził mnie on do ogrodzenia, drucianego ogrodzenia za którym poruszały się nieznane mi jeszcze zwierzęta. Moja obecność niezbyt im pasowała, zaczęły panicznie zbierać się w grupę i wydawać ostrzegawcze odgłosy. Spodobała mi się ta panika, uznałem je za potencjalne ofiary. Przy swoim wzroście bez problemu pokonałem przeszkodę przed moim nosem, w przeciągu kilku sekund byłem już za ogrodzeniem. Węszyłem w powietrzu i powoli zbliżałem się do wystraszonego bydła, które robiło coraz większy hałas. Nagle moją uwagę przykuło światło, oddalone o kilkadziesiąt metrów. Dom. A co to oznacza? Jeżeli jest dom to są i ludzie. Przypomniały mi się słowa Asharada, o tym jak to fajnie się ich straszy. Razem z tym wspomnieniem na chwilę wrócił zdrowy rozsądek.
"Masz zwierzynę w lesie"
Jednak tak szybko jak się pojawił, tak szybko i znikł. Dlaczego? Przed dom wyszedł człowiek. Poczułem jego woń, przestraszone bydło już zupełnie przestało mnie interesować.
Pamiętasz adrenalinę? - w głowie zabrzmiał znajomy głos - Idź do niego... - wyszeptał.
Z początku stałem w miejscu, po chwili jednak ruszyłem powoli przed siebie. Właściciel bydła szybko mnie dostrzegł, a raczej ruchy jakie wykonywałem, gdyż zlewałem się idealnie z otaczającym nas mrokiem. Krzyknął coś głośniej, a po chwili usłyszałem huk, rozbrzmiał wysoko w niebie, jakby burza, ale pachniało zupełnie inaczej, wrogo. Wystawiłem długie białe kły i ruszyłem nieco szybciej w jego stronę. 
Idź po swoją adrenalinę - podpowiadał głos - Dorwij go.
Usłyszałem kolejny huk i świst, coś przeleciało obok mnie, raniąc lekko bok. Obejrzałem się na ranę, kątem oka zobaczyłem las.
"Zostaw go, wracaj!" 
Usłyszałem rozkaz i zastygłem w bezruchu.
Baw się, dorwij go - znowu ta sprzeczka.
Usłyszałem kolejny strzał, pudło, ale było blisko, wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Bydło biegało jak oszalałe, ja stałem, on ładował broń. 
"Pamiętaj kim jesteś!"
Te słowa zadziałały jak lekarstwo, wyrwały mnie z zamyślenia, cofnąłem się kilka kroków i biegiem ruszyłem w stronę lasu, prosto na ogrodzenie. Wyskoczyłem wysoko, jednak tu siatka miała dodatkowe zabezpieczenie i zahaczyłem tylnią łapą o drut kolczasty. Lądując warknąłem z bólu, jednak to całe zamieszanie spowodowało, że uczucie to było tylko chwilowe. Usłyszałem po raz ostatni strzał kiedy wbiegałem już w las, nie zatrzymywałem się ani nie zwalniałem do puki nie przekroczyłem naszych granic. Dopiero wtedy pozwoliłem sobie na chwilę wytchnienia, po krótkim spacerze położyłem się i po prostu zasnąłem.

Mrugnięcie, kolejne mrugnięcie wyrwało mnie z tego wspomnienia, potrzepałem łbem i zamknąłem ślepia. Kompletnie nie wiedziałem co się dzieje, ale miałem jakieś cholerne przeczucie, że On chce mi coś zrobić. Tylko po co? Wkurzał mnie coraz bardziej.
- Nie dam się kapujesz? - powiedziałem przez zaciśnięte zęby i otworzyłem ślepia. Nie miałem ochoty na dalszą walkę z Nim, nie dziś. Jednak wcześniej wypowiedziane słowa dały mi do zrozumienia, że muszę. Nie mogę od tak Mu darować. Ruszyłem więc na polanę, gdzie miała odbyć się kolejna próba rozmowy.

CDN.

[ Już jestem i z tej okazji kolejna część opowiadanka, mam nadzieje, że zainteresowała. ] 

28 czerwca 2013

Drzewa mają oczy, cz.II [Baru Saya]

Dzień 2:
Prawdę mówiąc nie było mi do śmiechu. Wczorajszy dzień zakończył się porażką, stwierdziłem jednak, że będę twardy, nie poddam się. Nie pozwolę Mu wejść sobie na głowę. Pierwszy raz w życiu poczułem taką determinację, miałem wrażenie, że się przełączyłem, na tą chwilę stawałem się kimś innym. Łapy zaprowadziły mnie na miejsce, znowu usiadłem i spojrzałem na drzewa. Zupełnie jakbym chciał poznać każdą ich rysę, dokładną budowę, wszystkie szczegóły. Nabrałem powietrza i przymknąłem ślepia.
Idź, płyń, oddaj się, poczuj to...
Nie...
Złącz się, znajdź, odnajdź ...
Nie.
Chodź do mnie...
Nie!
Otworzyłem oczy, te głosy, można było się pogubić. Zacisnąłem zęby.
- Dam radę. - wyszeptałem.
Głośniej...
- Co? - rozejrzałem się dookoła.
Głośniej...
Usłyszałem to kilkakrotnie, zaraz potem delikatny, kobiecy śmiech, taki kojący każde nerwy. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
- Dam radę! - krzyknąłem, a w duszy aż coś drgnęło. Niezwykle dziwne, ale przyjemne uczucie. Poczułem się jak ogromny dzban wypełniony pozytywną energią. Kącik mojego pyska uniósł się lekko, a ja ponownie opuściłem powieki. Nie wiem czemu, ale coś kazało mi wyobrazić sobie te drzewa, odrysować każdy ich szczegół. Widziałem to. Zupełnie jakbym chwycił w dłoń kawałek węgla i szkicował na kartce. Drzewa, otoczenie, wszystko jednak od razu się poruszało. Wyglądało jak prawdziwe, lecz bez kolorów.
Baru...
Delikatny przyjazny głos powrócił, poczułem przyjemny powiew wiatru, a w wyobraźni pojawiła się dziewczyna, kobieta. Biegła tak lekko, otulona sukienką, tańczyła. Nagle roześmiana zatrzymała się i pokiwała mi. Na pysku pojawił się uśmiech. Odpływałem.
Daj się porwać Baru...
Dawałem. Dziewczyna pomagała mi w szkicowaniu krajobrazu. Wypełniała go kolorami.

W końcu udało mi się odtworzyć i siebie. Nieznajoma pogładziła mnie po czarnym łbie i zniknęła nadal się śmiejąc. Spojrzałem tylko za nią i pożegnałem uśmiechem, wszystko było takie dziwne. Siedziałem identycznie tak, jak w prawdziwym świcie. Stwierdziłem, że w taki sposób drzewa chcą pokazać mi do czego zaszło, a Ona była jakimś duszkiem żyjącym w symbiozie z Zielonymi.
Zatrzymaj to...
Ledwo, ale usłyszałem. Coś mi nie pasowało, poczułem w gardle jakąś kluchę.
Idź, biegnij, znajdź to...
Ten głos mnie uspokoił, chociaż dziwne uczucie raczej narastało niż malało. Podniosłem się i ruszyłem przed siebie.
Stój...
Nie patrz, idź...
Szedłem, powoli, zacząłem kaszleć, nie w wyobraźni, w realnym świecie.
"Dam radę!" pomyślałem i trzymałem się dalej.
Baru stój...
Głos był już coraz słabszy, ale minimalnie go słyszałem.
Chodź do mnie...
"Idę!"
Nie!
Jakby ktoś próbował się przebić.
Milcz... Chodź do mnie...
Delikatny głos zdecydowanie wygrywał, nagle w oddali zobaczyłem siebie, zupełnie tak jak z wspomnień ostatniego dnia, nic nie spodziewający się, wyluzowany, jednak niewyraźny. Cieszyłem się jak głupi, zaraz się dowiem, już zaraz.
Chodź...
"Biegnę, pędzę, lecę!"
Baru... Nie...
Słyszę jakiś szmer w wyobraźni, odwracam łeb i widzę sylwetkę Jego. Już wtedy szedł w moją stronę.
Chodź do mnie... Mój kontainer
Wyszeptał delikatny głos, a mnie zatkało, zatrzymałem się. "Mój kontainer?" Przecież...
Baru nie słuchaj Go, to On! Otwórz oczy! Otwieraj!
Głos który starał się przez ten cały czas przebić teraz był bardzo wyraźny.
Nie! 
Delikatny głos zniknął, a pojawił się Jego. Przestraszyłem się i szybko otworzyłem oczy...

Na samym wstępie chlusnąłem z pyska krwią, byłem jak naćpany, obraz się rozmazywał, dopiero po chwili zorientowałem się, że leże. Nic nie czułem, nabierałem głośno powietrza starając się uregulować oddech. 
- Co do? - wysapałem kiedy doszedłem do siebie, rozejrzałem się dookoła. Nagle jedno drzewo stanęło w płomieniach. Usłyszałem jego krzyk, cholernie głośny krzyk, nie wiem co wtedy poczułem, ale było to straszne, nie mogłem się ruszyć. Widziałem jak umiera i nie mogłem się ruszyć.
Przepraszam Baru, musiałam.
Usłyszałem nagle. To pomogło mi się wyrwać z szoku i ruszyłem do jeziora, nie wiem w co wlałem wody, ale przybiegłem jak najszybciej i oblałem pień Płonącego. Ogień zamiast zgasnąć buchnął jeszcze bardziej parząc lekko moją rękę, odskoczyłem i dopiero teraz zorientowałem się, że jestem w postaci humanoidalnej. Nie wiedziałem co zrobić, cofałem się małymi kroczkami i patrzyłem jak płonie.
- To ja przepraszam... - wyszeptałem i usiadłem na ziemi zasłaniając twarz dłońmi. "Co się stało?"

Zamiast odpowiedzi dostałem kolejne pytania...

Nie wiem czy długo tam siedziałem, ale podniosłem wzrok dopiero gdy krzyk ucichł, zobaczyłem spalony pień. Coś okropnego wypełniło moje serce, a po poliku spłynęła łza. Jedna, jedyna, samotna, wytarłem ją szybko. Nie pamiętałem żebym kiedykolwiek płakał. Spojrzałem proszącym wzrokiem na inne drzewa.
- Co się stało? - wyszeptałem. Milczały. - Co się stało do cholery!? - Wykrzyczałem i cisnąłem w ziemie pojemnikiem, w którym były jeszcze resztki wody. Poturlał się i zakręcając koło zatrzymał. Ulokowałem w nim spojrzenie, ponownie przetarłem oczy, przemieniłem się i wściekły ruszyłem w głąb lasu...

Zamiast odpowiedzi dostałem kolejne pytania.
Zamiast odpowiedzi poznałem co to smutek, żal, poczucie winy...

CDN. 


22 czerwca 2013

Drzewa mają oczy. Cz.1 [Baru Saya]

Kiedy wróciłem z rodzinnych stron, długo rozmyślałem o moim Pasożycie. Trudno o nim zapomnieć, skoro cały czas zabrudza mi myśli swoimi chorymi przygodami. Tak, chorymi, przeraża mnie fakt, że mam w sobie kogoś pozbawionego tak wielu uczuć, kogoś pozbawionego sensu istnienia. Racja, jestem pozytywnie nastawiony do życia, ale powoli dopada mnie jakaś furia. Każde dobre słowo, dobry gest, pozytywne emocje, to jedna wielka walka. Toczy się we mnie wojna i coraz częściej mam ochotę krzyczeć...

Dzień pierwszy.
Jakiś czas temu byłem na spacerze z Raksh, może to trochę dziwne, ale dopiero przy rozmowie z nią olśniło mnie, że mogę wykorzystać swoje umiejętności do poznania zdarzeń po mojej utracie przytomności. (Opowiadanie pt. "Ostatni Dzień") Tak dla jasności, pogadać z drzewami, świadkami tamtej sceny. Ruszyłem więc jednego dnia na miejsce swojej "przemiany".
Kiedy dotarłem do celu, przeszły mnie zimne dreszcze, zatrzymałem się i spojrzałem na miejsce, w którym jeszcze kilka miesięcy temu leżałem owinięty dziwacznym batem, ranny i nieprzytomny. Uświadomiłem sobie, że właśnie tu jest mój nowy początek, właśnie tu leży Hilarem. Szum drzew, lekki powiew wiatru, trawa popalona promieniami słonecznymi, nic, jakby nic tu się nie stało. Pewnie nie jeden by przysiadł i rozmyślał nad tym "dlaczego?". Ja jednak nie zadaje sobie tego pytania, najwyraźniej tak miało być i tyle. Otrząsnąłem się z chwilowego zamyślenia i spojrzałem na ścianę Zielonych, kołysali się delikatnie, jakby w wspólnym tańcu. Usiadłem wygodnie i posłałem im uśmiech.
- Witam! - wypaliłem z entuzjazmem, po czym lekko się skrzywiłem - Skup się ciole... - mruknąłem do siebie pod nosem i zamknąłem ślepia. Chciałem, na prawdę chciałem, ale tyle zapachów, odgłosów. Nagle wybuchnąłem śmiechem. Dlaczego? Przypomniało mi się kilka zabawnych scen z życia. "Jak tu z takim pracować?" zapytałem siebie w głębi ducha. Nie znalazłem niestety odpowiedzi. Wstałem, kręciłem się, znowu siadałem, kolejna próba i jeszcze jedna. Nie... Po 4 razie po prostu wymiękłem. Walnąłem się plackiem na trawę i zmęczony myśleniem o koncentracji zacząłem przysypiać.
- Nie myśl, czuj, wczuj się... - usłyszałem przyjazny głos, mówił do mnie, odpływałem.
- Zamknij się! - nagły krzyk wyrwał mnie z błogiego stanu spokoju ducha. Rzecz jasna krzyk w mojej głowie. Pasożyt, jak zawsze. - Giń, wspominaj, zabijaj, cierp... - kontynuował, przyjazny głos umilkł, a ja dostawałem białej goraczki.
- Oj zamknij się już! - krzyknąłem niby sam do siebie, jednak kierowałem to do Niego. Umilkł. Westchnąłem i zrezygnowany pokręciłem łbem, zdałem sobie sprawę, że czeka mnie kolejna walka.

CDN.

[ Część pierwszą uznajcie za wprowadzenie, następne będą zdecydowanie dłuższe. ]