Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naphill Naomi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naphill Naomi. Pokaż wszystkie posty

28 listopada 2013

Północ cz. II [Naphill Naomi]

27 listopada 2013

Północ cz. II

    Poranek powitał mnie złocistą łuną. Promienie słoneczne zatrzymywały się na delikatnej mgle, która unosiła się nad zimną po nocy ziemią. Budynki i wszelka inna infrastruktura zdawały się być skąpane w złotym dymie. Miasto ożywało: na ulicach pojawiali się pierwsi ludzie - kupcy, którzy najwcześniej otwierali swoje przedsiębiorstwa, by móc przygotować się na przyjęcie porannych klientów. Udało mi się dostrzec także młodego mężczyznę w dziwnej szacie, niby sutannie. Był zapewne praktykantem; przyszłym kapłanem kultu Jedynego Słusznego Pana. Podczas pobytu w mieścinie odnalazłam świątynię im. św. Dawida. W lot więc pojęłam do jakiej sekty należy budynek.
   Wyszłam z zaułka, w którym spędziłam noc, rozprostowując łapy, przeciągając się. Czułam i słyszałam, jak moje stawy cicho narzekały na chłód i wilgoć. Powędrowałam w kierunku rzeźni z nadzieją, że załapię się na jakiś smaczny kąsek. Rzeźnik, dość pogodny mężczyzna o dość krągłych kształtach i pucułowatej twarzy, zmarszczył brwi, gdy tylko mnie ujrzał. Rzucił mi jakieś ochłapy, a gdy tylko je pochłonęłam, kazał mi uciekać.
   Udałam się do świątyni - lśniącej w porannych promieniach. Była to sporych rozmiarów budowla, przywodząca na myśl romańskie katedry w Niemczech - zwarte, osiadłe kompleksy o rozbudowanych masywach zachodnich; niekiedy z założeniem dwu-chórowym. Obiekty te wzbudzały podziw, ale jak od gotyckich, wertykalnych kościołów. Podczas gdy francuska Notre Dame, lekka i ozdobna, przypominała ażurową serwetę, klejnot w królewskiej koronie, romańska Spira emanowała siłą i potęgą godną bitnych władców. Właśnie taka była świątynia Davida Walkera - stanowiła syntezę miejsca kultu i zarazem warowni na wypadek niebezpieczeństwa. Dwie wieże dumnie zamykały w swych potężnych ramionach skromną w dekoracje fasadę. Nawa główna, zwieńczona dwuspadowym dachem, była tylko niewiele wyższa od naw bocznych - przykrytych pulpitami; nie miała też okien - typowe cechy pseudobazyliki. Korpus przecinała stosunkowo płytka nawa poprzeczna; a na skrzyżowaniu z nawą główną wyrastała kolejna, nieco większa od fasadowych, wieża. Podłużną bryłę zamykała półokrągła apsyda z czterema dobudowanymi kaplicami.
   Zbliżyłam się do bocznego wejścia, znajdującego się w południowej ściance transeptu. Drzwi były lekko uchylone. Prześlizgnęłam się przez otwór i czmychnęłam do środka. O ile słońce poczęło ogrzewać zziębniętą ziemię, to wewnątrz katedry było panował przejmujący chłód  - grube mury stanowiły świetną izolację od świata. Panował przyjemny półmrok; gdzieniegdzie tylko płonęły pochodnie. Ołtarz, zapewne marmurowy, zapełniony był świecami. Wnętrze, podobnie jak zewnętrzne dekoracje, było proste, niemalże surowe. Kolumnady oddzielające przestrzenie poszczególnych naw delikatnie rysowały się w półmroku, podtrzymując dość wysoki fryz, na którym opierało się krągłe sklepienie kolebkowe. Jedynym elementem, który zdawał się być całkiem innej epoki, były kaplice, widoczne już z zewnątrz. Tuż za ołtarzem wyraźnie odcinały się cztery wgłębienia, wypełnione masą złotych ornamentów. W każdej kapliczce widniał obraz. Gdy podeszłam bliżej i zadarłam łeb do góry, mogłam dokładniej określić, co na nich widniało.
   Pierwszy od południa na pierwszy rzut oka zdawał się być cały czarny - słabe światło, dodatkowo rozpraszane przez metaliczne ozdoby, zatarło wszelkie niuanse dzieła. Dopiero po chwili dostrzegłam granatowe smugi i jaśniejsze pasma. Pióra, jakby spadające z ciemnego, burzowego nieba. Na lekko zaznaczonym piaszczystym podłożu leżała gruba księga z jakąś inskrypcją na okładce, a za nią stała świeca o wątłym płomieniu.
   Kolejny obraz, bliżej symetrycznej całej katedry, przypominał portret reprezentacyjny. Przedstawiał on dość majętnie ubranego młodzieńca na tle czerwonej draperii, zza której nieśmiało wyglądała antyczna kolumna z kanelurami. Mężczyzna trzymał w dłoni otwartą księgę, drugą dłonią wskazywał na pożółkłe, zapisane stronice. Przypominał on szlachcica-poetę, który propaguje swą twórczość, zachęca do pisania, obiecując jednocześnie pewny zysk. Barokowa kampania reklamowa.
   Trzecia rama obejmowała scenę niczym z Nowego Testamentu - Ukrzyżowanie. Lecz bez krzyża. Na kruczym tle widniała stojąca sylwetka nagiego mężczyzny, okrytego jedynie białym, ekspresyjnie odwzorowanym perizonium. Jego ręce swobodnie zwisały wzdłuż ciała. I nie byłoby w tym nic dziwnego... gdyby postać miała głowę. Całość wzbudzała niepokój: idealizujące ukazanie człowieka... inwalidy. Martwego. Wybrakowanego. Można by to nazwać profanacją ciała.
   Na ostatnią ilustrację jedynie zerknęłam -  czara ognia, także na ciemnym tle. Puchar dzierżący ogień podtrzymywany był przez parę rąk wyłaniających się z mroku.
   Kątem oka dostrzegłam ruch. Jednak nikogo tam nie było. Stałam sama w prezbiterium. Lecz znów zdawało mi się, że coś się poruszyło. Jakby... drgnął cień? Zastrzygłam uszyma, wytężyłam wzrok. Zadałam chyba najgłupsze pytanie, jakie mogłam:
   - Ktoś tu jest?
   Odpowiedziała mi cisza. Poczułam się nieswojo. Zdębiałam, gdy usłyszałam chichot. Śmiech poniósł się echem po ogromnej przestrzeni katedry, odbijając się od ścian i arkad między nawami. Potem rozległ się cichy, lekko zachrypnięty głos.
   - Co Dziecię Nocy robi tak daleko od domu?
   Nie wiedziałam, co robić. Co odpowiedzieć?
   - Nie będę rozmawiała z kimś, kogo nie widzę. - wyrecytowałam, niby z tomiku poezji. - Pokaż się, kimkolwiek jesteś.
    Nastała cisza. Głos nie pojawił się już, nie usłyszałam też żadnego szurania, czy czegokolwiek, co wskazywałoby na przemieszczanie się nieznajomej istoty. Sądziłam, że intruz zniknął, albo to halucynacje z niedożywienia. Potrząsnęłam lekko łbem. Wydawało mi się, że moje ciało nie jest na tyle wyczerpane, by tak oddziaływać na stan umysłu. Przecież nikt z tych okolic nie mógł wiedzieć skąd przybywam i kim jestem.
   Oddaliłam się od kaplic, rzucając ostatnie spojrzenie ku bezgłowemu bóstwu. Przeszłam z prezbiterium do transeptu, a potem nawy głównej. Idąc między rzędami ciężkich, drewnianych ław, zarejestrowałam dziwny dźwięk, który obijał mi się o uszy. Słyszałam ogrom tego miejsca. Przestrzeń. Ciężar stuleci, od których ta katedra obserwuje miasto i polemizuje z wiecznie żywymi płomieniami pochodni i świec.
   Zatrzymałam się u otwartych na oścież drzwi, prowadzących do narteksu. Rozejrzałam się jeszcze raz po wnętrzu monstrum, które wyszło spod dziesiątek, a może i setek ludzkich rąk. Usłyszałam jakiś szmer. Znowu. Tym razem nie rozległ się blisko mnie, lecz na drugim końcu świątyni. Zauważyłam światło - ktoś otworzył drzwi, którymi przed paroma minutami weszłam ja. Dostrzegłam ludzką sylwetkę. Podobną do praktykanta, którego miałam okazję obserwować niedługo po przebudzeniu.
   Stwierdziłam, że widok zwierzęcia w miejscu sacrum nie będzie przychylnie rozpatrzone, więc czym prędzej udałam się do przedsionka i do wyjścia głównego. Po drodze potknęłam się. Szybko jednak złapałam równowagę. Bandaż na mojej prawej łapie rozwiązał się w dużej mierze i zamiatał podłoże. Do niczego się nie nadawał. W sumie, i tak bandaże te były zbędne - stanowiły jedynie kamuflaż. Chwyciłam brudne krańce zębami i zerwałam płótno; rzuciłam je na ziemię. 
   Gdy rozprawiałam się z drugim opatrunkiem, znów usłyszałam głos. Tuż obok mnie.
   - Przeszłość fundamentem tego, co jest teraz, czyż nie? Trudno utrzymać cztery ściany z dachem, bez podłoża.
   Momentalnie podniosłam łeb ku górze i na prawo - gdzie powinna stać postać. Snop światła, wdzierający się do narteksu przez uchylone wrota, padał idealnie na czarną kotkę. Była drobna, wręcz filigranowa. Okazałe niegdyś uszy były ponadgryzane w paru miejscach, wybrakowane. Chudziutki ogonem, niczym kawałek sznurka oplatał równie wątłe łapki. Mimo niepozornego wyglądu, od kotki biła pewność siebie, a złociste ślepia tętniły życiem. Nim zdążyłam zastanowić się nad znaczeniem jej słów, przemówiła ponownie:
   - Jesteś Naomi, prawda? Słyszałam o tobie co nieco. Czemu zaszłaś tak daleko od domu? Wątpię, żebyś się zgubiła. Szukasz czegoś?
   Natłok pytań i informacje, jakie miała o mnie ta kocica, zbiły mnie z tropu całkowicie. Zdawało mi się, że katedra zaczęła oddychać - czułam lekki powiew powietrza od wnętrza; sierść na moim grzbiecie odruchowo nieco zjeżyła się. Pozbyłam się bandaży do końca.
   - Kim jesteś? I skąd mnie znasz? - zapytałam, bez większego namysłu.
   Ku mojemu zaskoczeniu, rozmówczyni zaśmiała się. Białe kiełki błysnęły w świetle.
   - Nie czas na to i miejsce, Naomi. Pozwól mi rozdawać karty, nie zawiedziesz się. - mówiąc, prześlizgnęła się przez szparę w drzwiach i zniknęła mi z oczu. Nie chcąc jej zgubić, również wyszłam. Czekała na mnie. Złote ślepia wpatrywały się we mnie, jak gdyby chciały przewiercić mnie na wylot.
   - Wiem po co tu przybyłaś, zagubiona duszyczko. - czarna zmrużyła ślepia. Cały czas miałam wrażenie, że na jej pyszczku błądzi uśmieszek. - Szukasz Stowarzyszenia Nocy, prawda? Też go szukam. Masz już jakiś trop?
   Kolejny natłok pytań, i to tak trafnych, wzbudził mój niepokój. Ta mała szkarada była zbyt pewna siebie. Zastrzygłam uszyma.
   - Skąd te pytania?
   - Bo są uzasadnione.
   - Bez sensu...
  - Owszem, ma to sens. A jaki sens ma zakrywanie tych blizn? Skoro zdecydowałaś się na ich zachowanie podczas kreowania nowego ciała, to chcesz o nich pamiętać, albo masz do nich sentyment - zazwyczaj przecież dążymy do doskonalenia siebie, prawda? A takie paskudztwo jest skazą.
   Poczułam jak serce we mnie zamarło. Wiedziała zbyt wiele o mnie, podczas gdy ja nie wiedziałam praktycznie nic. Po jej komentarzu poczułam dyskomfort, chciałam znów zakryć pozostałości po ranach - zdawały się piec i swędzieć. Miałam wrażenie, że wszyscy je widzą, czytają z nich moja historię, niczym z otwartej księgi.
   - Kim jesteś i skąd masz te informacje? - zapytałam wprost.
   Kocica przecięła ogonem powietrze, a jej oczy zdawały się pałać jeszcze większym zainteresowaniem moją osobą.
   - Jestem Filaret. Niegdyś odwiedziłam tereny twojego stada, przywiedziona energią, która tam zamieszkiwała. Wraz z momentem, gdy impuls osłabł, wróciłam tutaj. A teraz, nie przedłużając, chodź za mną. Pokażę ci jak znaleźć to, czego szukasz.
______________________________________________________________
Tak historyczno-sztucznie - macie takie piękne opisy. Zrozumienie opisu katedry dla bardziej ambitnych i zaintrygowanych dziwnymi nazwami.
W następnej części będzie więcej akcji, aniżeli opisów - coby Was nie zanudzić.

23 listopada 2013

Północ cz. I [Naphill Naomi]

23 listopada 2013

Północ cz. I

    Noc zapadła niecałą godzinę temu. Temperatura obniżyła się, a na trawie osiadła rosa, sprawiając, iż cienkie źdźbła ugięły się pod ciężarem wody. Firmament śmiało chwalił się gwiezdnym arsenałem, nie zasłanianym przez najmniejszą choćby chmurkę. Powietrze - rześkie i przepełnione charakterystyczną wonią wilgotnej ściółki - bez najmniejszego oporu odbywało wędrówkę do moich płuc; i z powrotem. Pozostawiało po sobie przyjemną lekkość. Zdawało się mieć w sobie coś magicznego; coś, co skłaniało do refleksji nad otaczającym mnie światem. A w szczególności nad tym, jak ów świat wpływa na mnie.
   Zrobiłam coś, czego nie powinnam - zdaniem innych. Coś, za co mogłam zapłacić słoną cenę.
Stałam pośrodku głównej ulicy ludzkiego miasta, gdzieś na północy. Dookoła mnie panowała cisza. Lecz nie był to ten rodzaj milczenia świata, który sprawia, że w uszach dzwoni nieprzyjemny pisk. Ta cisza była względna - nie słyszałam żadnych odgłosów, które sugerowałyby, iż w najbliższym otoczeniu istnieje jakiekolwiek życie; ale moje uszy rejestrowały inne dźwięki: krople niedawnego deszczu ściekające z dachów i uderzające o bruk; szum okolicznych drzew i głuchy stukot ich nagich gałęzi. Zdawało mi się, iż słyszę szept gwiazd, które wyrażały chęć podzielenia się ze mną tajemnicami Wszechświata.
    Przyzwyczaiłam się do mokrych łap. Lecz dopiero teraz poczułam, że zaczynają się wychładzać. Bandaże ubrudzone były błotem. Już dawni wymagały wymiany, jednak nie miałam przy sobie nikogo, kto mógłby to zrobić. Podróż okazała się być dłuższa, niż sądziłam; podobnie jak ludzie, których tu zastałam. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję na odnalezienie magicznej szajki, przy której mogłabym czuć się swobodniej, niż w otoczeniu zwykłych śmiertelników. Przeliczyłam się. Od blisko trzech dni kluczyłam wąskimi i szerokimi uliczkami, poszukując kogokolwiek, kto byłby zdolny udzielić mi pomocy.
    O ile moje ciało było w dobrej kondycji - nie licząc wizualnego wyglądu, który pozostawiał wiele do życzenia; mokre i brudne futro nie prezentowało się najlepiej - to moja psychika niemal wołała o ratunek.
    Musiałam jakoś skontaktować się ze stadem. Nie miałam tylko pojęcia - jak? Dzieliły mnie setki kilometrów od Stada Nocy. Nie znałam nikogo, kto udzieliłby mi wsparcia. Miałam ochotę usiąść i wyć. Wiedziałam jednak, że to na nic. Jedynie mógł ktoś wyjść z domu i pogonić mnie widłami.
    Szukaj, a znajdziesz, mówią. Do odważnych świat należy. Bez ryzyka nie ma zabawy.
    Poczułam, jak resztka sił mnie opuszcza. Usiadłam, tak, jak stałam, pośrodku ulicy, nie wiedząc, co ze sobą począć. Dotychczas spędzałam noce w piwnicy pewnego sklepu, teraz jednak jej drzwi były zamknięte. Tyle smutku, tyle żałości.
   Kiedyś było łatwiej. Zamknięta na świat kryształowa kula, wewnątrz której znajdowało się istnienie. Istnienie, którego tak naprawdę nikt nie mógł poznać, ani dokładnie obejrzeć - kryształ załamywał światło tak, że obraz stawał się niewyraźny. Można było rozpoznać kolor obiektu, mniej więcej określić jego objętość - ale konkretne właściwości pozostawały nieodgadnione.
   W pewnym momencie ten kryształ zaczął topnieć, niby lód pod wpływem ciepła. Wszyscy mogli poznać, czym jest istota wewnątrz szklanej zbroi.Byt ów stał się podatny na wszystkie zewnętrzne czynniki. Stał się... słaby. Kruchy. Zaczął rozpadać się i znikać, przestał być potrzebny.
    Momentalnie podniosłam zad z zimnego bruku i ruszyłam dziarskim krokiem przed siebie. "Ni chuja" - pomyślałam sobie. Musiałam znaleźć sprzymierzeńca.
____________________________________________________
Mogłabym teraz przepraszać.
Obiecać poprawę.
Ale nie czuję takiej potrzeby.
W każdym razie - już jestem.

17 lipca 2013

Fioletowy trampek. [Naphill Naomi]

    Cicho wszędzie. Ciemno. Pośrodku niewielkiej polany płonęło ognisko, drzewa dookoła rzucały tajemnicze cienie, podobnie jak postacie kłębiące się przy palenisku. Wszelakie stworzenia, czy to wilki, wielkie koty, koniowate i te skrzydlate, cała rodzina przesiadywała, jak co tydzień, na polanie. Jedni rozmawiali, drudzy grali w przeróżne cuda, jeszcze inni zajmowali się sobą, niektórzy patrzyli w ogień, kontemplując stare dzieje.
    Wśród nich siedziałam ja; szara wadera o błękitnych ślepiach oraz obandażowanych łapach - pamiątce po dawnych czasach. Przyglądałam się każdemu z uśmiechem. Dzieci Słońca w Cieniu, jak ktoś rzekł. Dzieci Nocy. Każdy inny, a jednak wszyscy podobni, stanowiący jedną całość, rodzinę. Swojska atmosfera, jaka panowała w tym stadzie sprawiała, że każdy czuł się jak u siebie. Przeróżne istoty ściągały tutaj z czterech stron świata, przyciągani przez tajemniczą energię, pulsującą prosto z serca Lasu Śmierci. Ta energia... moc, uzależniała. Nim przybysz zdążył spostrzec, był w szponach nieznanej magii letnich nocy spędzonych na leśnej polanie wraz ze zwierzęcymi towarzyszami, po których wspomnienia pozostają w umyśle długo... o ile nie do końca życia.
    Podniosłam się; zamierzałam iść w głąb lasu, poszukać jakichś patyków do ogniska. Gdy nagle usłyszałam dziki wrzask z drugiego końca polany. Nastawiłam uszu, patrząc w tamtym kierunku. Destroy, Luna i Aspeney właśnie urządzały... orgię. Uroczo. A zaraz będą się wyzywać od najgorszych - dla żartów, oczywiście. A potem ktoś strzeli foszka.
    Asharad śmiał się wraz z Syriuszem. Asmodeusz przysłuchiwał się ich rozmowom. Przy ognisku siedziała Aldieb, ostoja spokoju, dobra duszyczka stada, Alpha. Kitsune pewnie zaszyła się gdzieś w krzakach, żeby zaskoczyć zboczącą się trójkę samic - widziałam ją ledwie chwilę temu, a teraz zniknęła mniej więcej w tamtym kierunku. Szera ułożyła się na głazie. Wzrokiem wodziła po towarzyszach. Midnight, Glola i Yuichi zainicjowali grę w butelkę. Słabo im to szło, ale zawsze jakiś początek.
    Uśmiechnęłam się do siebie. Z zarośli wyszedł Team oraz Tee z Jenną. Przywitałam ich skinieniem łba. Team zmienił postać na ludzką, zakradł się do Luny, która także stała się dziewczyną. Pocałowali się na powitanie. Aspeney i Destroy rzucały uszczypliwymi komentarzami w ich stronę.
    Pojawił się Seth. Kilka osób zamarło, inne nie zwróciły na niego uwagi, gdyż, po prostu, przywitał się i usiadł przy ogniu.
    Zmieniłam postać na człowieczą i usiadłam, wpatrzona w zgromadzonych. Robiło mi się ciepło na sercu, gdy miałam okazję widzieć ich wszystkich razem.
    Wtem zaliczyłam glebę. Korek! Połaskotał mnie i poleciał dalej, do Aspeney zapewne.
Nie miałam siły wstać. Leżałam tak, dopóki nie poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Beliar. Młodzieniec podał mi rękę, pomógł się podnieść.
    - A czemu taka piękna dama wybiera się do lasu sama? - Szarmancki uśmiech, jak zawsze.
    - Jestem Strażnikiem Ognia. Musze nazbierać trochę... - zaczęłam tłumaczyć. Przerwał mi.
    - Nie musisz. Chooodź do ogniska. Poopowiadamy straszne historie.
    Poszłam. Resztę nocy spędziłam przy palenisku, z głową Beliara na swoich kolanach. A moje fioletowe trampki nieco przysmażyły się od szalonych płomieni, którymi manipulowała Hecate, ku uciesze Nikity.

***

    - Wiecie... jest w tym wszystkim coś, co sprawia, że ten las żyje. Coś, czego nie widać, co jest w nas. Znaczy...
    - Wiemy. - odparła Anaid. Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszła. Pojawiła się tak nagle, podczas opowieści. Przyszedł też Acebir. Tulił An, swoją ukochaną. Uroczo było patrzeć na tę parkę. Niedaleko nich leżała młodziutka Fene. Drzemała słodko, otulona swoim długim ogonem. Aldieb cały czas miała ją na oku. Viera co rusz zagadywała Alphę, jakby chciała odciągnąć jej uwagę.
    Uśmiechnęłam się na słowa Anaid.
    - Zagrajmy w HOTN... - zajęczał Ash, który najwyraźniej zaczynał się nudzić. Mój kochany braciszek potrzebował sporo uwagi.
    - Ognisko gaśnie. - zauważyła Szera, która większość czasu siedziała cichutko. W ciągu chwili płomienie zostały podsycone prze kogoś, kto miał badyle pod łapą/ręką/kopytem/czymkolwiek.
Było już grubo po północy. Wiele osób udało się na spoczynek, pozostali najwytrwalsi, którzy opowiadali przeróżne historie. Nie obyło się też bez orgii, którą Aspeney, Luna i Destroy rozniosły na całą polanę i zaangażowały mniej więcej trzy czwarte obecnych.
    Czułam nad sobą obecność karego ogiera, Batisty. Ogromny, majestatyczny, stał nade mną i przysłuchiwał się gawędom. Pewnie nawet nie był świadom, że jego ogrom wywiera na mnie jakąkolwiek presję.
    Podskoczyłam z lekka, gdy usłyszałam obok siebie chrapnięcie. A potem drugie. To Mi-chan, Rozalia oraz Tiara spały, uwalone całe kisielem, którego była masa podczas orgii. Ba, była fontanna kisielu! Fragaria nawet wszedł do niej i pływał w tej brei. A potem biegał i ganiał Lady Killer, która, jak mówił Frag, będzie jego pierwszą ofiarą. Na szczęście... albo nieszczęście, Killer schowała się do mojego Magicznego Worka. A jak kilka osób wie... Worek lubi jeść. I wibruje, gdy zaczyna trawić. Z czego skorzystała Luna - usiadła na Worku i jęczała, jak głupia. Tiffany przyglądała się scenie z przerażeniem... Fakt, to było trochę straszne. Tym bardziej, że Destroy też chciała skorzystać.
    Teraz Lu spała w objęciach Teama. Niedaleko nich leżała też Suciune, która przez większość imprezy wolała się nie wychylać. Ale dała kilka pomysłów co do muzyki, którą organizowała Morana - DJ wieczoru. Sprzęt wytrzasnęły z... nie wiem skąd, nie chcę wiedzieć, ale było fajnie.
    Znad jeziora wrócił Membu. U jego boku szła Padma. Śmiali się w głos. Luna obudziła się i zaczęła ich karcić, że "drą mordy". Ucichli więc nieco, lecz nie stracili dobrego humoru. Niedługo potem z tego samego kierunku przybyła Arashi, która odłączyła się od grupy pod koniec orgii, gnana różnymi powodami. Po godzinnej nieobecności wróciła do nas z uśmiechem, zasiadła przy ognisku.
    - Dobra, ja kręcę. - rzekła Destroy i zakręciła butelką. Wypadło na Lunę. - Luna, HOTN?
    - Spier*alaj.
    - Ja Ci dam spier*alaj! HOTN?
    - O.
    - Obudź się i pocałuj trzy osoby, które są najbliżej Ciebie.
    Luśka rozejrzała się sennym. Wzorkiem, myśląc przy tym głośno.
    - Team, ok. Ireth... NIE MA MOWY.
    - JEST.
    - NIE.
    - Lubisz to sssuko - odezwała się Koga, posyłając Lunie miażdżące spojrzenie.
    A Ireth cieszył mordę do samego siebie.
    - Chodź tutaj, żono ma! Wszak rodzina Kowalskych musi kupy się reprodukować, coby ród nasz wieki przetrwał! Amen.
    Alethia palnęła Iretha w łeb.
    - Ja Ci dam reprodukcję...
    Kątek oka dostrzegłam, że Neban śmieje się z sytuacji. Rzadko kiedy się śmiał.
    - Całuj ich! - naciskała Desia.
    - Sama ich całuj. - odgryzła się Luna.
    - Cóż... masz jeszcze jedno wyjście.
    - Jakie?
    I tutaj Destroy rzuciła Lunie wibrator.
    - Pokaż nam jak się zadowalasz!
    W tym momencie Zoltan oraz Winussus stwierdzili, że wychodzą. Minęli się z Crystal Glace. Gdy inni ją ujrzeli, huknęli wspólnie "CEGIEŁA!"
    - Słyszałam coś o wibratorze. Gdzie on jest?

    Zawsze było fajnie.
***

    Palenisko wypełniał już jedynie popiół. Od wieli dni, w sumie. Całą noc spędziłam na polanie. Całą cholerną noc miałam zamknięte ślepia, a widziałam wszystko. Słyszałam śmiech, choć życia poza mną tutaj nie było.
    Uchyliłam powieki. Powoli nastawał świt. Bujna trawa, która pokryła niegdysiejsze połacie ziemi - miejsca posiedzeń zwierząt - skrzyła się, okryta poranną rosą.
    Cała, cholerna noc wspomnień.

Luna, Córka Księżyca pisze...
HOTN, po prostu. Nic dodać nic ująć.

6 czerwca 2013

Zanim powstanie Notka Powitalna... [Naphill Naomi]

    Biegłam tak szybko, na ile pozwalały mi moje zesztywniałe łapy. Odbijały się one od ziemi ciężko, acz rytmicznie, pozostawiając ślady w wilgotnej ziemi. Gdy opuszki natrafiły na trawę, zadrżałam. Źdźbła były wilgotne, pokryte poranną rosą. Dawno nie doświadczyłam tego uczucia. "Trawa jak trawa" - rzekłby ktoś. Nie dla mnie. Ta pulsowała życiem, bliżej nieokreśloną energią, którą poczuć można było tylko i wyłącznie na terenach Stada Nocy.
    Wbiegłam między drzewa. Las otoczył mnie ze wszystkich stron, a liście szeptały i kłaniały się na wietrze, niby na powitanie. Miałam ochotę odkrzyknąć im "witajcie!", jednak podrażniona tchawica mi na to nie pozwalała. Piekła jak cholera. Ale co się dziwić, organ nieużywany przestaje być sprawny. Z czasem zanika. Dziwne, że mój mózg jeszcze jest w tej pełnej głupot, wilczej łepetynie.
Zwolniłam. Powoli przestawałam czuć łapy i miałam wrażenie, że zaraz padnę na pysk. A na to nie mogłam sobie pozwolić. Chociaż raz, jeden jedyny raz w moim marnym żywocie, należało coś zacząć i skończyć. Zrobić coś wartościowego.
    Teraz już nie tylko czułam, że jestem w znajomym miejscu, ale nawet widziałam. Minęłam wodospad, przy którym odbywało się tyle uroczystości, jak chociażby wieczór panieński Anaid, na którym został zabita przez Asharada. W sumie, sama tego chciałam. Sztylet wbity w serce - i mamy trupa. A ktoś inteligentnie skomentował "o, wbił jej nóż w cycek". Taaak... Stare, dobre czasy. Z Magicznym Workiem, ogniskami i Strażnikami Ognia. Z pierdolcem 24/7. No, prawie.
    Zaszłam na polanę, gdzie przeżyłam tak wiele wspaniałych chwil. Pośrodku widniał krąg kamieni, gdzie w każdy piątek powinno płonąć ognisko. Było w nim wyjątkowo mało popiołu, co świadczyło o tym, że dawno nie witał tu ogień. Trawa była niezwykle wyrośnięta, a nie, jak kiedyś, wydeptana przez wilcze tyłki, łapy zwierząt i ludzkie stopy. Coś tu było nie tak. Zbyt cicho...
    Przypomniało mi się o istnieniu jaskini. Co prawda, nie pamiętałam, by za moich czasów bytowania w HOTN często jej używano, ale istniała szansa, że może tam kogoś spotkam. Zawiodłam się. Pusto. Ani śladu żywej duszy.
    Tak nie powinno być. Tak nie może...
    Tuż za mną, w wejściu groty, pojawił się Worek. Podpełznął do mnie. Choć nie miał oczu, czułam na sobie jego wzrok.
    - No, i co powiesz, Worku? - Skierowałam na niego błękitne ślepia. Ulokował się przy moich łapach, wzdychając głośno, jak to miał w zwyczaju. - Nie sądzisz, że przydałoby się to zmienić? - Mlasnął cicho. Nie ma to jak rozmowa na poziomie.
    Wyszłam z jaskini. Gdzieś na wschodzie słońce budziło się do życia. Zupełnie jak ja budziłam się niedawno po długim śnie. I wszystko mi teraz strzelało, strzykało, stukało i bolało. I skrzypiało też. I, ała, mój kręgosłup. Starość mnie chyba dopadła... Ile to już? Pierwsze stado w wieku bodaj trzech lat. Minęło lat... trzy? No, to mam pięć i pół roku. A w listopadzie będzie sześć laciszy. O, Czasie, zbyt szybko przeciekasz mi między palcami. Tudzież pazurami.
    Odetchnęłam głęboko kilka razy, ciesząc się rześkim powietrzem. Gdy czułam, że moja tchawica odpoczęła wystarczająco, bym mogła wydać z siebie jakiś dźwięk, zawyłam. Długo i przeciągle. A gdy ta pieśń osiągnęła najwyższy punkt, załamała się i opadła, by w końcu ucichnąć. Przez moment trwałam w charakterystycznej pozie, słuchając jak echo powtarza moje wezwanie.
    Ciekawe, czy ktoś na nie odpowie.

Error, pozwól, że ogarnę te zapchlone, rozleniwione tyłki <3
Witajcie, Robaczki. Naomka wróciła.


Error pisze...
Rdzawa uniosła spojrzenie żółtych ślepi, by spojrzeć na zdyszaną samicę. Wyszła jej na przywitanie, czując jak konsternacja obija się o ściany największej na tych terenach jaskini. Złożyła krótki ukłon, ukazując szacunek do samicy. - Witaj znów, Naomi. Miło mi Cię tutaj widzieć. Bardzo miło. - Uśmiechnęła się krótko.
Naphill Naomi pisze...
Słysząc czyjś głos, zastrzygła uszyma. Gdy jej zimne ślepia natrafiły na znajomą postać, Naomi uśmiechnęła się lekko. - Error... - Wydyszała, choć znała ją pod innym imieniem. - Mi Ciebie również miło widzieć. Jak tam? Co tam? Działo się coś pod moją nieobecność? - Zasiadła tam, gdzie stała. Łapy drżały jej od wysiłku.

3 października 2012

This is The End. [Naphill Naomi]


   Błękitne niebo przybrało niespotykany, kremowy kolor. Chmury poprzetykane były złotymi nićmi, a słońce grzało nadzwyczajnie.
   Noc ustąpiła Dniu, by ten teraz sprawował władzę nad światem. Światłość dotarła w każdy zakamarek, niwecząc Cienie oraz jego Dzieci.
   Spalona słońcem pustynia. Rozległa, nieokreślona. Ponad wszelką miarę… pusta. Opuszczona i zapomniana. Jedynie smętne zawodzenie kryjących się wśród piasków dusz pobrzmiewało cicho, niczym szept, zefir lekki, unoszący złociste piaski.
   A w piachu ślady. Wilcze łapy, może kocie – trudno rozpoznać, gdyż zatarły się już nieco. Prowadziły daleko, ku linii horyzontu, gdzie sylwetka zwierzęcia – właściciela tropów zapewne – majaczyła samotnie, stając się coraz mniej widoczna.
   Jedynie piach. Ostatnie jego ziarnko spadło z lekkiego nieba; zawartość górnej komory klepsydry znalazła się na dole. Czas zatrzymał się. Jakby zamarł, nigdy go nie było.
   Posępny upiór rozmył się w oddali.
   This is The End.

   `N.N.

14 września 2012

Las Dusz [Naphill Naomi]

Las Dusz


   Późny wieczór. Na nieboskłonie zapewne pojawiały się już gwiazdy, by swym blaskiem oświecać drogę wędrowcom, a jednocześnie konkurować z księżycem. Zapewne…
   Uniosłam łeb ku górze. Gęste korony wiekowych drzew przenikały się wzajemne, splatały konarami w trwałym uścisku, tworząc widoczną jesienią oraz zimą pajęczą sieć gałęzi. Teraz ich szelest skutecznie zagłuszał wszystko, co działo się poza żyjącą kopułą.
   Odetchnęłam ciężko, wznawiając podróż. Szłam wolno, jakby pogrążona w dziwnym transie. Mijałam kolejne drzewa, których pnie, skąpane w cieniu, prezentowały się dość przerażająco. Zdawało się, iż stare dęby i buki są nie tylko częścią lasu, ale także jego strażnikami – niemymi, trwającymi w bezruchu, za to o otwartych oczach, które obserwują każdy ruch.
   Cała ta puszcza była dziwna. Upiornie cicha i pusta. Jak nigdzie indziej na terenach Stada Nocy. Zdawało się, iż jest to miejsce zapomniane, gdzie od dawna nikogo nie było. Dlaczego? Czemu wszyscy odeszli? Nie było nikogo oprócz mnie. Wędrowałam przed siebie. Czego oczekiwałam? Nie wiedziałam. Może miałam złudną nadzieję, na to, że jednak kogoś lub coś znajdę. Może będzie to rozwiązanie dotychczasowych problemów albo zapowiedź kolejnych? Znajoma dusza? Osoba? Bądź, po prostu… nic.
   Mijały kolejne minuty. A las skryty pod czarną peleryną nocy wydawał się coraz straszniejszy. Ponure, potężne drzewa zdawały się momentami ruszać, szeptać między sobą w niezrozumiałym języku. Zza ich pni coś wyglądało ciekawsko. Patrzyło, obserwowało… pragnęło śmierci innych?
   Czułam, jak adrenalina uderzyła w moje żyły, przyspieszyła bicie serca. Lęk zrobił swoje. W powietrzu unosiła się ciężka woń rozkładu. Zrobiło się chłodno. Wręcz zimno. Jak w żadną letnią noc. Obłoczki pary unosiły się tuż przed moim pyskiem, po chwili znikały.
   Zatrzymałam się. Nastawiłam uszu, wstrzymałam oddech.
   Cisza.
    Wszechobecna, zniewalająca cisza. Nawet liście przestały szeleścić. Nigdzie nie pohukiwała sowa, świerszcze nie dawały koncertów.
   Jedynie bicie serca. Starającego się nie popaść w panikę. Kołatało w klatce piersiowej niczym ptak, który chce wyrwać się z klatki.
   Trzask.
   Drgnęłam z przerażenia. Zaczęłam rozglądać się dookoła. Szukałam źródła dźwięku. Zamarłam, gdy między drzewami ujrzałam światło. Nikłe, białawej barwy. Drgało ono niespokojnie. Zdawało się… że czegoś oczekuje. A może kogoś.
   Niepewnie, obawiając się konsekwencji, postąpiłam krok w kierunku blasku. Potem kolejny. W końcu dotarłam do niego na tyle blisko, iż mogłabym je dostać, gdyby skoczyła. Choć biel z zasady powinna kontrastować  z czernią, ta była jakby częścią mroku. Wyłaniała się z niego i jednocześnie wtapiała. Poruszała…
   Powoli przyjęła kształty i rozmiary wilka, wciąż pozostając jednak bielą. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, światło zaczęło tracić na jasności, rozchodzić się. Niespiesznie opuszczało sierść, która okazała się być brązowa. Spod czarnej grzywy spozierała na mnie para bursztynowych ślepi.
   – Aldieb… – szepnęłam cicho, jakby bojąc się, że zjawa zniknie.
   Al skinęła łbem. Bez słowa. Ja sama nie wiedziałam, co mówić, co robić. Atmosfera stała się nie do zniesienia. Łapy, choć wmurowane w podłoże, chciały uciekać. Serce rwało ku przytulnej polanie, gdzie płonie ogień. Za to wzrok wlepiony był w Aldieb, uszy wyczekiwały jej słów.
   Ostatecznie udało mi się zmusić do kroku w tył. Tylko jednego…
   – Nie odchodź.
   Głos zjawy przeszył powietrze niczym sztylet ciało. Choć był spokojny, zmroził krew w żyłach.
   – Nie odchodź. – powtórzyła. – Brakuje tu istot żywych. Sama widzisz… – poniosła wzrokiem po milczących koronach. Zdawało się, iż tworzą one sklepienie sali pełnej kolumn, które stanowiły pnie drzew.
   – Co to za miejsce? – zapytałam, zdobywając się na odwagę.
   Aldieb uśmiechnęła się nikle. Zapewne miał to być jeden z tych zwykłych uśmiechów, które posyła się komuś w zamyśleniu. Jednak w tej chwili zdawał się być niczym z horroru.
   – To jest miejsce spoczynku Dusz, które odeszły ze Stada Nocy.
   – Cmentarz? – wydedukowałam.
   Pokręciła łbem.
   – Coś innego. Każdy, kto kiedykolwiek należał do Stada Nocy, uznał je za rodzinę, stawał się jego częścią. Nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Rodziła się w nim niewielka cząstka, która z czasem rosła, stawała się coraz silniejsza. I tę właśnie część, ten magiczny pierwiastek, wciąż ciągnie ku terenom Herd of the Night, nawet, jeśli Dusza sama w sobie temu przeczy.
   – Nie jestem pewna… czy rozumiem. – zmrużyłam ślepia, wpatrując się w widmo. Długi ogon wilczycy zadrżał, jakby samica nie miała cierpliwości tego tłumaczyć.
   – Rozumiesz, Naomi. Bardzo dobrze rozumiesz. Ale teraz… – kontynuowała, wodząc wzrokiem po milczącym lesie – Zabrakło kogoś, kto po prostu byłby tutaj, czuwał. Sprawował pieczę nad tymi terenami, towarzyszył. Pozostawione tu Dusze maleją, ulatniają się. Czasem wracają… ale jedynie na chwilę. Zaglądają, nie mówiąc ani słowa. Ten las zaczyna obumierać, Naomi.
   Milczałam. Nie miałam pojęcia, jak jej odpowiedzieć.
   – Muszę już iść. – jej sylwetka powoli zaczęła się rozmywać. Biała łuna otoczyła wilczycę.
   – Al, nie znikaj!
   – Muszę… Pamiętaj – nawet, gdy przyjdzie na Ciebie czas i odejdziesz, nie zapominaj o tym miejscu
   Zniknęła. Nie zdążyłam wydusić z siebie nic więcej, światło ją pochłonęło i zgasło.
   Czując obezwładniają bezradność ruszyłam w drogę powrotną.
   Gdy tylko zbliżyłam się do polany HOTN, doszedł mnie gwar rozmów i wesoły trzask ognia. Wychodząc z zarośli, zlustrowałam otoczenie wzrokiem. Ognisko płonęło, wysyłając ku czarnemu niebu jasne iskry. Dookoła niego gromadziły się zwierzęta.
   Poczułam miłe ciepło rozlewające się wewnątrz mnie. Jednak temu przyjemnemu uczuciu towarzyszyło także dziwne ukłucie. Była to tęsknota.
   Wizja rozwiała się, postacie zniknęły, zapanowała ujmująca cisza.
   Taka kombinacja uczuć: ciepło a zarazem ból, towarzyszyły mi zawsze, gdy wspominałam stare, dobre czasy. Szkoda, że one już nie powrócą.
   Nie tracąc więcej czasu, przeszłam obojętnym krokiem przez polanę. Skryłam się między drzewami. Ktoś, kto mnie obserwował, mógłby dostrzec jedynie wilczą sylwetkę, która niespodziewanie zniknęła. Ot, została wycięta z kadru w ciągu ułamka sekundy; skoczyła do innego świata. Zupełnie, jakby tutaj nigdy nie istniała.
   ___________________________________________________
  Chciałam Wam wszystkim podziękować. Za co? Za każdą mile spędzoną chwilę; za pomoc, gdy jej potrzebowałam; za te wszystkie zloty i wszelkie dziwne akcje; za to, że pełniąc dla mnie rolę drugiej rodziny udało Wam się dokonać we mnie ogromnych zmian. Dzięki Stadu Nocy, dzięki: Aldieb, Lunie, Fragarii, Aspeney, Anaid, Teamowi, Beliarowi, Jennie, Korkowi, Nebanowi, Syriuszowi, dzięki Wam wszystkim jestem, kim jestem. Bez Was nie istniałabym w tej teraźniejszości. Ponadto powinnam wspomnieć także o Rozalii, Gloli, Mi-Chan, Tiffany i Destroy, Midowi, Tin,  którzy, jak każdy, kogo miałam okazję poznać bliżej, w pewien sposób na mnie wpłynęli. Nigdy o Tobie nie zapomnę, Glo, choć często irytowała mnie Twoja osoba. Podobnie z Destroy – szkoda, że przestałaś się do mnie odzywać i olewałaś mnie, gdy chciałam porozmawiać. Z całego serca dziękuję też Tobie, Seth. Za to, że po prostu jesteś. I jesteś sobą – bezczelnym arogantem, który sądzi, że pozjadał wszystkie rozumy.
   Przyjęliście mnie do swoistej familii, dzięki której wytrwałam ciężkie chwile. Wspieraliście mnie; ukazywaliście moje wady, które w miarę możliwości starałam się przeobrazić w zalety; byliście, zawsze.
   Nie mówię, że tu nie wrócę – nic nie jest pewne. Sądzę jednak, że moja rola w tej grze dobiegła końca. Rozumiem Aldieb, która najpierw zrezygnowała z władzy, a potem odeszła. Coś we mnie wypaliło się, nie płonie tak jasno, jak kiedyś.
   Przepraszam, jeśli ktoś będzie tęsknił;jeśli z jakiegoś powodu będzie Wam mnie brakowało; przepraszam, że Was zostawiam.
   Proszę tylko, żebyście dalej tworzyli Stado Nocy. I nie przejmowali się tym, że nie jest ono jak dawniej – wszystko się zmienia, My, tworzący Herd of the Night, także. Teraz już nie „My”, tylko „Wy”.
   Powodzenia.

   Naomka

1 lipca 2012

"Tyś żołnierzem jest, co o wolność walczy..." [Naphill Naomi]

01 lipca 2012
   Cicha melodia z nieznanego źródła. Rozchodzi się zewsząd dookoła. Delikatnie muska końce uszów, pieści czułe zmysły. Lecz w swej bezpretensjonalności i swobodzie jest… ciężka. Sentymentalna i… smutna. Mroczna. Niczym macki, które wtargnęły do mojego umysłu. Dla mnie, proszę, graj…

   Czuję jak chłód spowija moje myśli. Jak stają się one ciemnie i nieprzeniknione, niemożliwe do odczytania. Nieład. Wszystkie ulotne chwile przemykają przed oczyma wyobraźni, czuły dotyk zamiera nagle, wspomnienie znika. Nie dam rady tak dłużej… to mnie wykańcza. Powoli, acz nieubłaganie sprawia, iż staję się coraz słabsza. Poddaję się Ciemności.
I choć płynie czas, nie wyrzuć mnie z pamięci swej.   Tak nie można… Kto pozwolił Ci wtargnąć do mego własne, intymnego świata przemyśleń i rozważań? Któż wskazał Ci właściwą drogę? Czemu zamknąłeś za sobą drzwi i z uporem kilkuletniego dziecka nie chcesz odejść? Wiem czemu… Wiem, ale nie chcę dopuścić do siebie tej odpowiedzi. Boję się. Tak bardzo się boję, że wyrzuty sumienia nie odstąpią mnie na krok po przyznaniu się do winy. Z drugiej jednak strony jestem świadoma tego, że nie ucieknę. Nie mam sił…
Już nie mogę biec…

   Pozostaje mi tylko żyć i mieć nadzieję, że uda mi się zdusić w sobie ponure myśli. Bo ja nie zapomnę. Nie usunę tego z pamięci. Lecz, choć obrazy pozostaną żywe, w sercu już na zawsze panować będzie pustka. Możliwe, że zawsze tam była, nigdy nie została zapełniona choćby po części. Może to psychoza? Chory stan, który trwał zaledwie ułamek sekundy. Który minął… wypalił się. Bezpowrotnie.
Nie zostało nic, puste serce mam.

   Destrukcyjność mojej osoby mnie przeraża. Boję się, że znów zabiję, zniszczę. Nie chcę. Tak cholernie nie chcę znów kogoś unicestwić. Chcę skończyć…
Bo żołnierzem jestem rannym i nie walczę już.

   Po prostu zostawić to za sobą. Tylko tyle…
Niewiele tak dziś chcę – weźcie mnie stąd lub tu zostawcie mnie.

   Wiem jednak, że to niemożliwe. Nie dam rady wyłączyć się, przestać uczestniczyć w życiu innych. Zbyt wiele poświeciłam, by teraz z tego zrezygnować. Sześć la walczyłam o to, czego naprawdę chciałam – o wolność. Czy mi się udało? Nie mam pojęcia. Ale na pewno jest lepiej, aniżeli było. Na pewno… a może tylko to sobie wmawiam?
   A może warto posunąć się o krok dalej, zamknąć się w sobie, skupić na własnych potrzebach. Znów popaść w stan emocjonalnego znieczulenia, udawać?
   Ale nie chcę stracić siebie… Zbyt wiele łez i krwi wylałam, by teraz odpuścić.
   Mam tylko nadzieję, że nie przeleję czyjegoś karmazynu…
Tyś żołnierzem jest, co o wolność walczy. O wolności śni… to jest warte krwi.
Naphill Naomi (21:24)

1 września 2011

Dziecię Słońca w Cieniu [Naphill Naomi]

31 sierpnia 2011

   
    Herd of the Night. Stado Nocy.
    Zgraja zwierząt, istna mozaika gatunkowa.
    Po prostu Dzieci Słońca w Cieniu.
    Jedno z gromady Dzieci.

    Sens. A raczej jego brak.
    Wadera szła przed siebie. Ostatnimi czasy wiele wędrowała. Nie miała celu. Jedynie potrzebę. Potrzebę, którą musiała zaspokoić. Lecz nie wiedziała jak to zrobić... Jaką potrzebę?

    Potrzebowała zrozumienia, którego nikt nie mógł jej zapewnić.
    Towarzystwa.
    A jednocześnie samotności, gdy czuła się zbędna w gronie dobrych znajomych.

   Mijała kolejne drzewa i zarośla. Przenikała przez nie. Nie musiała na nic uważać.
    Jednak powinna uważać na to, co mówi i jak się zachowuje. Znowu to samo...
   Znowu, znowu, znowu... Ile można?
    To ma sens?
    Osiągnąwszy cel, spoczęła na laurach. Jak zawsze. A tyle osób jej powtarzało, by tego nie robiła. By dalej walczyła o swoje, osiągała coraz to więcej.
     Cóż... była leniwa. Po prostu leniwa. Nie, nie po prostu. Wybitnie leniwa! I na tyle zarozumiała, by tego w sobie nie zmienić.
    Ostatnio była też "wkurwiająca", jak to określiło kilka osób. Może i mieli rację.
    Nagle ujrzała znajome tereny. Polanę, a w jej centrum okrąg z kamieni. Polana HOTN. A na niej zwierzęta, przedstawiciele przeróżnych gatunków i ras.
   
    Każdy inny. Inności tworzące jedną całość, która trwa właśnie dlatego, że składa się z wielu różnych elementów.
    Ale czasem układankę szlag trafia przez to, że jeden element jest całkowicie odmienny.

    Dusza Szarej zatrzymała się na skraju polany. Jej błękitne ślepia zlustrowały po kolei każdą, przebywającą na polanie postać. Po chwili obserwacji postanowiła się odezwać.
    - Miło było. Dziękuję za wszystko. I... przepraszam.
    Na pysku wadery zagościł nikły uśmiech. Jednak ten uśmiech nie dosięgał oczów, w których panowała bezdenna otchłań, beznamiętność, brak jakichkolwiek uczuć. Grymas zniknął tak szybko, jak się pojawił, a przez moment w ślepiach Naomi można było dostrzec przebłysk smutku.
   
Wilczyca zniżyła łeb, zaciskając na kilka sekund powieki. Ostatni raz spojrzała na Dzieci Nocy, po czym jej dusza rozpłynęła się w powietrzu.
    Zgraja zwierząt.
    Dzieci Słońca w Cieniu.
    Jedno z gromady Dzieci - już nie.

Naphill Naomi (22:44)

10 sierpnia 2011

Dnia sierpnia dziesiątego... [Naphill Naomi]

10 sierpnia 2011

    Było ciemno. Cholernie ciemno... I pusto. Tam, gdzieś w głębi duszy. Do tego ten przeraźliwy chłód, wnikający wszędzie, gdzie tylko możliwe. A przecież wokół panowało lato.
   Szara wadera szła przed siebie we własnym, niespiesznym tempie. Jej sylwetka jakby delikatnie migotała, była nieco przezroczysta. Kolejno stawiała łapy... no właśnie, nie stawiała. Postać wilczycy nieznacznie unosiła się nad podłożem, a poruszanie na przemian kończynami to w przód, to w tył było zwykłym przyzwyczajeniem. W końcu trudno się poruszać, ze świadomością, że nie wykonujesz żadnej pracy, a mimo wszystko brniesz naprzód.
    Gdyby to był normalny wieczór i wilczyca pozostawiała za sobą ślady na ścieżce, którą sama niegdyś wydeptała, gdyby dało się słyszeć rytmiczne uderzenia serca oraz czuć bijące od wadery ciepło żywego ciała - cóż, pewnie jej błękitne ślepia z zaciekawieniem obserwowałyby las, a na pysku gościł delikatny uśmiech. Lecz teraz samica miała mocno zaciśnięte powieki, w milczeniu przemierzając tereny Stada Nocy. Po co miała patrzeć przed siebie, skoro i tak przenikała przez każdą napotkaną rzecz? Nawet tego nie czuła.
    Dusza Szarej wędrowała już kilka godzin, zbliżając się do granicy stada. Nie spieszyło się jej. Pogrążona we własnych myślach, korzystała z tego, iż jest duchem: stała się niewidzialna dla innych. Czasami zastanawiała się jakby to było, gdyby nagle przestała istnieć. Tak było właśnie teraz. Czy ktoś by za nią tęsknił? Brakowałoby jej komuś? A może wręcz przeciwnie - cieszyliby się, że wreszcie uwolnili się od tej psychopatycznej suki?
    Nagle do jej uszów dotarł cichy trzask łamanej gałązki. I równie ciche soczyste przekleństwo. Naomi w mig otworzyła ślepia. Jej oczom ukazała się przyczajona w zaroślach czarna wadera. Rozpoznając w niej Destroy, uśmiechnęła się nikle. Kilka metrów dalej, na niewielkiej polance pasło się stadko jeleni. Szara w milczeniu ominęła to miejsce. Chwilę potem usłyszała uciekającą zwierzynę oraz ryk osobnika, którego dopadła Lady.
    Naomi zatrzymała się, ponownie pozwalając opaść powiekom. Westchnęła cicho. Jednak nie poczuła ulgi, jak kiedyś. Wciąż przytłaczało ją uczucie, że nie jest nikomu potrzebna. Czuła ciężar w miejscu, gdzie niegdyś biło jej serce. Czy pustka może ważyć aż tak wiele? Widocznie wszystko jest możliwe...
    Wadera postąpiła krok na przód. Potem kolejny. W krótkim czasie miarowe stąpanie przekształciło się w powolny chód, który stawał się coraz szybszy, by w końcu można go nazwać truchtem, a wreszcie biegiem. Szara biegła przed siebie, wciąż mając zamknięte oczy. Niemalże słyszała uderzanie łap rytmicznie odbijających się od nawierzchni. Niewiele brakowało, by czuła jak wiatr swymi bezkształtnymi palcami przeczesuje jej futro, a gałęzie ustępują przed pędzącym ciałem. Jej wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, jednakże to nie wystarczało. Wciąż brakowało pewnego istotnego elementu. Ostatniego puzzla, bez którego układanka nie ma rozwiązania. Ramy, której brak sprawia, że obraz wydaje się być niedokończonym. Ciała, w którym dusza miałaby swoje miejsce.
    Dotyk ukochanej osoby. Przyjacielski uścisk, podnoszący na duchu w trudnej chwili. Piekące zadrapania na pysku, zadane przez gałęzie. Ból zwichniętej łapy. Powiew wiatru. Ciepły promień słońca. Cokolwiek. Byle czuć, że należy się do tego świata. Że nie jest się cudacznym indywiduum, którego nikt nie może pojąć, ani nawet dotknąć, poznać.
    Szlag by to wszystko trafił...
    Cały ten materialny świat.
    Choć i tak nikt nigdy jej nie rozumiał. Nawet za życia. W końcu kto zrozumie kogoś takiego jak postać imieniem Naphill Farelle Naomi? Z jednej strony pojeb, wariatka z poczuciem humoru, mająca sto pomysłów na rozpierdol na minutę. Z drugiej - wrażliwa, skryta romantyczka, często ukrywająca ten aspekt. Nieodpowiedzialna, niekonsekwentna, infantylna. Ale nie głupia, choć często tak o sobie mówiła. Pełna sprzeczności.
    Wadera zatrzymała się nagle.
    Z tak cholernie zjebaną psychiką, że brak słów na opisanie tego. Zmienna jak chorągiewka na wietrze. W ciągłej ucieczce przed własnymi problemami i samą sobą. Ucieczce przed realnym życiem. A od niedawna także przed bliskimi jej osobami, które nieświadomie ją raniły. Wystarczało jedno słowo...
    Otworzyła ślepia i niemalże krzyknęła, gdy spojrzała w dół. Nie miała gruntu pod łapami. Unosiła się w pustce pomiędzy dwiema ścianami wąwozu. Niepewnie cofnęła się o krok, jakby chciała utrzymać równowagę. Po chwili jednak uspokoiła się i zaśmiał cicho. Jej chichot powtórzyło echo, które w ciągu paru minut ucichło.
    -Ja pierdolę, co za... - chciała rzec "życie", ale to słowo wydało jej się nieodpowiednie. Wręcz nieprawidłowe.
    Wilczyca uniosła łeb, by spojrzeć na niebo. Zmrużyła ślepia. Było szare i bez wyrazu. Spowite chmurami, ciężkimi od wzbierającej w nich wody. Naomi zniżyła łeb, spoglądając dół. Pod sobą, daleko w dole, ujrzała srebrzystą nić wartkiego potoku płynącego niemal idealnie pośrodku między skalnymi ścianami. Brzegi urozmaicały rozłożyste drzewa. Jednak te rosnące po jednej stronie różniły się od drugich. Pozornie takie same, a jednak inne.
    Dopiero po chwili Szara zrozumiała czym się różnią. Część z nich należała do HOTN, reszta była niczyja. Stała na granicy. Za sobą miała tereny Stada Nocy, natomiast przed nią rozlegały się niezbadane krainy. Jej spojrzenie skierowało się ku nieznanemu. Patrzyła tak przez chwilę beznamiętnym wzrokiem, nie wiedząc, co myśleć.
    Stado Nocy było dla niej synonimem domu. Tutaj była po prostu sobą... Nie, nigdzie tak nie było. Nawet tu.  Zawsze grała, nie biorąc pod uwagę nielicznych momentów, gdy nie miała na to sił. Lecz, mimo wszystko, Herd of the Night stało się bliskie jej sercu. Czasem miała wrażenie, że zbyt bliskie.
    Wadera powoli ruszyła wzdłuż wąwozu, patrząc błękitnymi ślepiami w dół.
    Jeszcze nigdzie nie zagościła tak długo. Minął rok... Dokładnie rok, odkąd przybyła na te tereny z zamiarem pozostania na dłużej. Jednak nie pamiętała pierwszych dni w stadzie. W jej pamięci trwale wyrył się inny dzień, niż ten, w którym dołączyła. Zdarzył się on o wiele wcześniej. Kiedy dokładnie to wszystko się działo - nie wie. W każdym razie, tamtejsze ognisko sprawiło, że Naomi postanowiła nie dołączać do stada i zrobiła to dopiero niecałe pół roku później. Ale od czasu, gdy tylko oficjalnie wkroczyła w szeregi Dzieci Nocy, wiedziała, że zostanie tu na dłużej. Nie na kilka dni, czy tygodni. Lecz na miesiące, a być może nawet lata.
    Doskonale pamiętała dawną siebie. Pozytywnie zakręcona do granic możliwości, szukająca przyjaciół wszędzie, gdzie tylko się da trzyletnia wadera o iście szczenięcym poglądzie na świat. Starała się wszystkim przypodobać. Chciała być lubiana, znana, zasłynąć w watasze. Swego czasu nawet znajdowała się Dumie, ale potem zniknęła gdzieś bez uprzedzenia i najzwyczajniej w świecie została stamtąd wyrzucona. Ponownie raczej jej nie przyjmą...
    Teraz miała wrażenie, że stała się zbyt upierdliwa ze swoim wariactwem. Szczenięta są słodkie... dopóki nie dorosną i przestaną być zabawne. A to właśnie stało się z umysłem Naomi. Nie bawiło jej już zabieranie bielizny Aspeney, zamienianie się w komara. Magiczny Worek został porzucony gdzieś w lesie. Nadal była zakręcona, ale ostatnio też bardziej chamska i bezczelna. Przesadziła. Najpierw zbiorowe gwałty, samobójstwo, licytacja własnego ciała, brak kultury słownej i wyrozumiałości wobec innych, nieudane próby wymuszenia władzy na pojedynczych jednostkach. Na dodatek te skrajności... Wielka radość, zboczenie i zabawa, po chwili nagły przypływ negatywnych emocji, a w efekcie milczenie. Zwykle tak robiła - milczała, gdy było jej smutno.
    Nie pragnęła już za wszelką cenę być lubianą. Jak komuś coś się w niej nie podobało, to trudno. Ona nie miała zamiaru się dostosowywać do czyjegoś widzimisię. Stopniowo, lecz nieubłaganie, zamykała się w sobie. Znowu.
    - Czyżby powrót do czasów ciemności i mroku? - mruknęła sama do siebie, uśmiechając się sarkastycznie. Wiele razy miała tak zwany "groszy dzień". Tym razem czuła, że to nie tylko dzień a coś więcej. Tak, dawno temu była typowym "mrokiem". Lecz zmieniła się po dołączeniu do Wilków Wolności. Chyba stęskniła się za starymi czasami. Nie przywiązywała się do nikogo, potrafiła w dowolnej chwili odejść, zostawić wszystkich. Inni jej ufali, bezpodstawnie. Raniła, opuszczając kolejne stada, zrywając kontakty ze znajomymi. Nie był to dla niej żaden problem. Ona tylko grała. Oszukiwała na każdym kroku. Nawet samą siebie okłamywała. Niemalże zawsze stawiała na swoim. Nie liczyła się ze zdaniem innych, nawet Alf.
    WW ją zmieniło. Nauczyła się ufać, dowiedziała się czym jest przyjaźń. Stała się beztroska i nadzwyczaj śmiała oraz otwarta.
    Lecz dopiero w Sadzie Nocy nauczyła się kochać.
    Przedtem nieudolnie starała się odnaleźć kogoś, z kim mogłaby dalej brnąć przez życie. Często na siłę szukała miłości. A ona świetnie się ukrywała. Jednak, gdy przestała szukać, wszystko jakoś samo się ułożyło. Niby proste i nieskomplikowane a trudne do zrozumienia.
    I tak oto wredna i oschła, psychodeliczna suka stała się furiatem tylko po to, by znów móc się "cofnąć". Przynajmniej po części.
    Ale nie tylko ona się zmieniła. W HOTN też zaszło sporo zmian odkąd tu dołączyła. Chyba zawsze będzie pamiętać dawne piątkowe wieczory, gdy Dzieci Nocy opowiadały straszne historie, snuły rozmaite opowieści, tworzyły wspólnie bajki. Wszystkie te gry i zabawy podczas ognisk, miła atmosfera. Aktualnie Strażnicy nie byli już wybierani. Nie było zaszczytem przyjęcie odpowiedzialności za cotygodniową tradycję. Strażnika oficjalnie nie było, ogniskiem zajmował się ktokolwiek, byleby pośrodku polany coś się żarzyło. Można by odnieść wrażenie, że ogniska odbywają się nie z chęci a przymusu. A gdy płomień już spowijał polanę delikatną poświatą i ciepłem, przebywające tam zwierzęta wcale nie siadały dokoła wyznaczonego miejsca i nie rozmawiały. Każdy zajmował się sobą, wiele postaci się nie udzielało, w milczeniu obserwując innych.
    Niekiedy Szara miała wrażenie, że stare HOTN i to nowe, to dwa różne światy. Zniknęła magia tego miejsca, wydawało się niemalże pospolite z tymi wszystkimi postaciami jak: Szatan, Ksiądz Marcin itd. Ci "listonosze" i inne typy powodowały, że Herd of the Night zaczynało przypominać jej stada pokroju Watahy Aniołów...
    Może to tylko Naomi tak na to wszystko patrzyła. Być może jej własne oczy ją okłamywały. Albo rzeczywiście zaszły takie zmiany...
    Mimo tego wszystkiego, kochała HOTN. Każdego lubiła na swój sposób. Lecz naprawdę bliskie były jej tylko trzy osoby ze stada. Jedną z nich była Luna, drugą - Fragaria. Trzecią stanowiła Aldieb.
    Oby Dzieciom Słońca w Cieniu dobrze się wiodło. Ostatnio bardziej wychodzą na światło dzienne, zapominając o swej prawdziwej naturze życia pod osłoną tajemniczości nocy, w świetle gwiazd i księżyca.
    Bez słowa, nie oglądając się za siebie, dusza wadery postąpiła w lewo - kierunku przeciwnym niż terytorium zamieszkiwanym przez Dzieci Nocy.
    Z ciemnego nieba spadły pierwsze krople deszczu.
    ----------
    Za wszelkie powtórzenia, literówki, błędy interpunkcyjne, stylistyczne jak również językowe, niespójność tekstu - przepraszam.
Naphill Naomi (18:08)

18 lutego 2011

Fenrir [Naphill Naomi]

18 lutego 2011

   "Istnieje legenda mówiąca o wyspie ciągniętej przez cztery zaczarowane kamienne rumaki. Wyspa ta nazwana została Wyspą Słońca, gdyż wierzchowce wiecznie zmierzały na zachód, chcąc wyprzedzić słońce, udowodnić, że mimo ciężaru jakim jest Wyspa potrafią być szybsze. Były to dwie klacze oraz dwa ogiery: Nirgael, Serafi oraz Mirako i Lozar; odpowiadające, kolejno żywiołom wody, powietrza, ziemi i ognia."
    Przyszedł smok i ugryzł konia w zad, a ten w popłochu uciekł do Królewny Śnieżki, która rzekomo mu pomogła, a tak naprawdę wykorzystała go i oddała do rodzinnego domu opieki.
    Odeszłam od tablicy, na której w kilku dość długich zdaniach została spisana legenda o Wyspie. Tania atrakcja dla potencjalnych turystów. Przecież każdy wie, że konie są jedynie posągami i nie mogą, nie mają prawa się poruszyć. A czemu akurat Wyspa Słońca? Komuś się tak spodobało, więc ją tak nazwał.
    Spojrzałam w górę. Błękitne niebo było tego dnia wolne od chmur, słońce przyjemnie grzało. Gdyby nie fakt, że znajdowałam się w jednej z najbiedniejszych dzielnic Etherill, miasta niemal tak wielkiego jak sama Wyspa, byłoby wspaniale.
    -Mogłabyś łaskawie nie stać po środku chodnika i nie utrudniać ludziom ciągłego kręcenia się raz w jedną to w drugą stronę? Oni potrzebują nieco więcej przestrzeni życiowej niż ty.
    Poznałabym ten głos na końcu świata. Niski, lekko ochrypły, jakby jego właściciel był  wiecznie poirytowany. We wnęce budynku, który teraz był tanią jadłodajnią, choć planowano pewnie zrobić tu niewielkie muzeum, czy coś w tym stylu, siedział kot. Bury, w podeszłym wieku, o lekko zsiwiałym pyszczku i częściowym braku lewego ucha. Powoli zamiatał ogonem po ziemi patrząc na mnie z dezaprobatą.
    -Maurycy! - Na moim pysku pojawił się uśmiech. - Cześć, staruszku, co u Ciebie słychać?
    -Wypraszam sobie, jestem w kwiecie wieku. - Kocur machnął energiczniej ogonem. - Zaledwie dwa dni temu stoczyłem krwawą walkę o pewna młodą damę z chaty tuż za rogiem.
    Uniosłam brwi ze zdziwieniem. Choć Maurycy wyglądał na typowego powsinogę i rozbójnika, wcale taki nie był.
    -Rozumiem... - odparłam po chwili. - A czy ta młoda dama, jak to określiłeś, to nie była czasami...
    -Mniejsza o to kim była. - przerwał mi szybko. - Zrobisz coś dla mnie? Ta mała dziewczynka po drugiej strony ulicy, o ta, która właśnie wyszła ze sklepu, zdaje się, że trzyma w swoich słabiutkich rączkach kawałek szynki.
    -To jest ryba, Maurycy. - powiedziałam nawet nie oglądając się za siebie.
    -Skąd wiesz? A z resztą nieważne. Widziałem Cię wczoraj, jak uciekałaś przed tymi bezmózgimi siedliskami pcheł. Słyszałem od pewnego komara, że na grzbietach tych czarnych basiorów jest tyle pasożytów, że nie ma gdzie wylądować! - wydawało się, że wcale nie chciał powiedzieć tego "żartu" - jak on to nazywał. W jego głosie pojawiła się nutka niepewności, a ogon znieruchomiał.
    Zastrzygłam uszami. Zerknęłam ku górze, gdzie ponad tablicą głoszącą legendę, znajdował się szyld zbity z kilku drewnianych desek. Ktoś niedbale namalował na nim słowa "Pod Smoczym Skrzydłem". Przez myśl przemknęło mi, że mieszkańcy Wyspy mają bzika na punkcie smoków... Latarnie okupowane przez smocze figury, karczmy ze smokiem w nazwie. To nie wszystko. Na wschodnim brzegu wyspy, nad Zatoką Ariany, znajdowały się jaskinie zamieszkiwane przez smoki. Były to wędrowne gady, które zatrzymały się chwilowo na Wyspie Słońca i zapewne po kilku dniach, tygodniach odlecą. Lecz wśród nich była jedna rodzina, która od stuleci zajmowała jedną z jaskiń. Jedno z pary czerwonołuskich gadów nie mogło odlecieć. Była to niewielka samica, która straciła znaczną część skrzydła podczas jednej z burz. Parze nie udało się wychować wielu młodych; niektóre jaja znikały w niewyjaśnionych okolicznościach.
    Spojrzałam na Maurycego. Siedział nieruchomo, jedynie jego zielone, kocie oczy pozostały żywe i wpatrywały się we mnie.
    -Czemu tak się na mnie patrzysz? - mruknęłam.
    Kocur obserwował mnie w milczeniu. Po chwili zabrał głos:
    -Przecież wiesz, że wilki, które mają mniej niż trzy i pół roku nie mogą startować w wyścigach.
    -Nie powinny. - odparłam krótko i pewnie.
    -To tak samo jak "nie mogą". Są niedoświadczone, zbyt mało wytrzymałe no i nie myślą logicznie. To tak jak ludzkie dziecko. Wiesz, że te bachory potrafią ciągnąć kota za ogon, nie wiedząc jakie są tego konsekwencje? Ty nie znasz tego uczucia, jesteś wilkiem. Wilk jest groźny, wilk jest zły...
    -To był wierszyk o dziku, a nie o wilku.
    -No... Może i tak. Ale to nie zmienia faktu, że nie wiesz jak to jest, kiedy ktoś chce ci wyrwać ogon.
    Nie zwracałam uwagi na dalsze słowa Maurycego.
    Brakowało mi zaledwie dwóch miesięcy, by móc uczestniczyć w wyścigach. Władcy Wyspy zabraniali ich organizowania, ponoć dbali o nasze bezpieczeństwo. Często wysyłali zgraję wytresowanych, bezgranicznie im posłusznych wilczurów, których zadaniem było schwytanie uczestników. Jeśli ktoś raz został złapany, już nigdy nie wracał. Po mieście krążyły plotki, że w lochach pod Wielką Wieżą, która była główną siedzibą Władców, więzione były młode zwierzęta. Każde z nich posiadało na łopatce wypalony symbol, oznaczający, że już na zawsze będą musieli być wierni królom. Aż do śmierci. Albo i jeszcze dłużej...
    Ponownie zastrzygłam uszami i ruszyłam w kierunku zachodniej bramy.
    -A Ty dokąd? Jeszcze z tobą  nie skończyłem. - Maurycy podniósł się i lekkim truchtem podążył za mną.
    Zlekceważyłam jego groźby typu "ugryzę cię w ogon", "wbiję pazury w Twój grzbiet". Szłam uparcie do przodu. Starałam się trzymać się blisko ścian budynków, a z dala od ludzi idących w każdym możliwym kierunku. Nagle naszła mnie ochota, żeby pobyć trochę sama, z dala od hałaśliwych ulic, ludzkich domostw i ... Maurycego.
    -Powtarzam po raz kolejny, dokąd idziesz? - bulwersował się Maurycy tuż za mną.
    Westchnęłam ciężko. Kocur potrafił zamęczyć.
    -Fenrir nie żyje. - rzekł bezbarwnym głosem.
    -Kolejna mysz, która się jąkała, albo w ogóle nie potrafiła mówić? - spytałam ironicznie.
    -Nie, wilk.
    Zatrzymałam się gwałtownie. Pewna młoda kobieta, niosąca na rękach zaledwie kilkuletnie dziecko, prawie na mnie wpadła. Udało jej się mnie minąć i szybkim krokiem pójść dalej. Słyszałam jak mówiła coś o "wałęsających się, zawszonych kundlach". Odwróciłam się w stronę Maurycego. Stał przede mną machając nerwowo końcem ogona.
    -Fenrir. - powiedziałam cicho. Imię wydawało się znajome.
    -To ten młody, który brał udział we wczorajszych wyścigach. - podjął Maurycy. - Brązowa sierść, szybki, wytrzymały...
    O bursztynowych oczach - dodałam w myślach.
    -Skąd wiesz o jego śmierci? Przecież zaledwie wczoraj biegł obok mnie, uratował mi życie...
    -Znalazłem go na plaży... A raczej to co z niego zostało. Nie miał w sobie ani kropli krwi. - przy ostatnich słowach głos mu lekko zadrżał - Musimy powiedzieć o tym Oido. - Odwrócił się i zaczął iść w tylko sobie znanym kierunku. Podążyłam za nim.
    -Ale co ma do tego Oido? Pewnie nawet nie zna tego wilka. - spytałam idąc za kocurem.
    Nie odpowiedział mi.
    ---
    To jest straszne. Dałam to tylko dlatego, że opublikowałam pierwszą część i teraz wypadałoby to dociągnąć do końca. Krótsze. Dziwniejsze.
    Jeśli ktoś wie, skąd "pożyczyłam" postać Maurycego to gratuluję.
Naphill Naomi (10:43)

25 stycznia 2011

Być szybszym od wiatru... [Naphill Naomi]

25 stycznia 2011
    ... czyli pierwsza część historyji Naomci xD
---
    Takie piękne... Lśniło, zupełnie jakby w jego wnętrzu ukryta była maleńka żaróweczka. Blada, srebrzysta poświata padała na wyrzeźbione z ciemnoszarego kamienia łuk brwiowy i policzki potężnej klaczy... Na której uździe właśnie stałam.
    Serafi. Drugi spośród czterech koni ciągnących Wyspę Słońca. Żywiołem klaczy było powietrze, tak samo jak moim. Teraz, podczas nadciągającego sztormu, diament stanowiący jedno z jej pary oczu stał się jasny, biło od niego srebrzyste światło. Łańcuchy okalające jej masywne ciało oraz te łączące z Wyspą, wykonane z niezwykle mocnego stopu metali, kołysały się na wietrze. Każde ogniwo było kilkakrotnie grubsze ode mnie. Mimo to idąc po nich musiałam być niezwykle ostrożna, by nie spaść w dół, do oceanu.
    Spojrzałam za siebie, na stojącą kilkanaście metrów dalej Nirgael, klacz odpowiadającą żywiołowi wody. Przy jej lazurytowym oku stał młody wilk. Wpatrywał się w kamień roztaczający wokół siebie błękitną poświatę. Po chwili zerknął na mnie. Skinęłam łbem w jego stronę, po czym oboje utkwiliśmy wzrok w czarnych chmurach nadciągających z zachodu. Czekaliśmy. Tak samo jak skalne rumaki.
    Niebo pociemniało, stało się niemal tak czarne jak w pochmurną noc. Linia horyzontu oddzielająca niebo od wody zatarła się. W oddali widać było przecinające nieboskłon błyskawice. Towarzyszył im potężny huk, nasilający się z każdą chwilą. Między kopytami ogromnych koni, Strażników Wyspy, rozwścieczone fale rozbijały się o siebie nawzajem. Czułam jak wywołują delikatne drżenie Serafi. Z zachmurzonego nieba spadły pierwsze, ciężkie krople deszczu...
    Ponownie spojrzałam w kierunku wilka stojącego na uprzęży sąsiedniej klaczy. Napotkałam jego wzrok utkwiony we mnie. Od jego oczu odbijało się światło błyskawic, a wilgotny pysk skąpany był w błękitnej poświacie.
     Dookoła panowała ciemność. Kontury koni stały się ledwo widoczne. Wiatr wiejący z z zachodu niósł ze sobą charakterystyczny zapach sztormu. Nagle wszystko ucichło. Cisza... Jedynie deszcz i fale szumiały. Fale. Takie piękne, potężne... Zabójcze. Wtem rozległ się grzmot.
    Teraz!
    Jak na komendę ja i wilczur ruszyliśmy biegiem po łańcuchach łączących konie z Wyspą. Oboje mogliśmy zginąć. Mogliśmy... Ale nie musieliśmy.
    Poczułam jak adrenalina wypełnia moje żyły, jak krąży w nich pobudzając moje ciało do działania. Każdy ruch musiał być pewny, zaplanowany. Jeden fałszywy krok, a runę w dół. Ale poza ostrożnością liczyła się także szybkość, bycie pierwszym na mecie.
    Nie widziałam Wyspy. Przede mną był jedynie ginący w ciemnościach gruby łańcuch, po którym biegłam. Pod wpływem wody stał się on śliski. Czułam jak krople deszczu rozpryskują się na moim pysku, próbują wedrzeć się do oczu. Zmrużyłam ślepia. Kątem oka zerknęłam na mojego rywala. Biegł szybko. Zbyt szybko.
    Przed sobą dostrzegłam zarys wysokiej kamiennej ściany, a pod nią grupkę dopingujących wilków. Zwycięstwo było blisko. Nieznacznie przyspieszyłam. Moje łapy ześlizgiwały się z łańcucha, lecz nie zwolniłam. Jeszcze tylko trochę...
    Nagle tuż przed metą zamiast stanąć na chłodnym, śliskim łańcuchu nie poczułam żadnego oporu. Trafiłam prosto w pustą przestrzeń w ogniwie. Wyprowadzona z równowagi czułam jak pozostałe łapy ześlizgują się w nicość. Starałam się utrzymać, ale bezskutecznie.
    Wtem poczułam ucisk na karku. Mimowolnie pisnęłam, choć wśród szumu deszczu i huku burzy nie dało się tego słyszeć. Czułam jak coś ciągnie mnie ku górze.
    Niespodziewanie piorun uderzył w łeb jednego z rumaków. Przymknęłam oczy oślepiona nagłym blaskiem. Kiedy je otworzyłam znajdowałam się na chłodnej skale, a we mnie wpatrywała się para jasnych bursztynowych oczu.
    -Wszystko dobrze?
    Przede mną stał wilk, który przed chwilą był moim rywalem w wyścigu. Po jego mokrym futrze strużkami spływała woda. Nie odpowiedziałam, ciągle oszołomiona błyskiem. Rozejrzałam się. Dopiero teraz dotarło do mnie, że pozostałe wilki uciekły.
    Gdy wreszcie zdecydowałam się coś powiedzieć usłyszałam zawzięte ujadanie niedaleko stąd. Odwróciłam łeb. Od strony północnej bramy zbliżały się do nas cztery niewielkie czerwone punkty. Nadajniki na obrożach wielkich, czarnych wilków, które idealnie wtopiły się w otoczenie. Nie musiałam ich widzieć, by wyobrazić sobie cztery masywne paszcze wyposażone w dziesiątki ostrych jak brzytwa zębów.
   -Chodź, szybko! - zerwałam się z ziemi i ruszyłam biegiem wąską, kamienną ścieżką znajdującą się tuż przy krawędzi klifu. Wilk podążył za mną.
    Po mojej lewej znajdowały się potężne mury miasta, natomiast z prawej przepaść, rozwścieczone fale rozbijające się o skalisty, wysoki brzeg. Biegłam najszybciej jak mogłam, lecz czerwone punkciki były coraz bliżej. Towarzyszący mi wilk przyspieszył. Wyprzedził mnie o mały włos nie ześlizgując się w dół.
    Poczułam zmęczenie. Łapy odmawiały mi posłuszeństwa, serce biło w szaleńczym tempie. Chwytałam zachłannie powietrze starając się zmusić do wysiłku, jednak byłam zbyt zmęczona wyścigiem, zbyt oszołomiona otarciem się o śmierć. Niemalże czułam na karku gorące oddechy ścigających mnie czarnych mutantów.
    Wśród huku i szumu burzy usłyszałam jak tuż za mną osuwają się kamienie. Do moich uszu dotarł wysoki dźwięk, być może wilczy skowyt. Nie odwróciłam się, żeby sprawdzić co to było. Wilk o bursztynowych tęczówkach dawno zniknął mi z oczu. Zapewne trafił już do wyrwy w murze i kieruje się do magazynów. Obym i ja zdołała tam dotrzeć.
    Wtedy monotonną szarość muru przerwała jasna plama zielonkawego światła, kilkanaście metrów przede mną. Przejście. Udało mi się wziąć głębszy wdech i mimo zmęczenia rozkazać łapom biec naprzód. W tym samym momencie czarne niebo przecięła kolejna błyskawica. Gwałtownie skręciłam w lewo, tylne łapy poślizgnęły mi się na wilgotnej skale, ale szybko odzyskałam równowagę.
    Wpadłam do starej zagrody, gdzie niegdyś piekarz trzymał kury. Za sobą usłyszałam zgrzyt pazurów i warczenie. Szybko z tyłów piekarni przedostałam się na jedną z głównych ulic miasta. Przestałam biec. Choć ulice świeciły pustkami czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że żaden z  policyjnych wilczurów nie przeciśnie się przez wyrwę w murze.
    Latarnie po obu stronach ulicy, rozmieszczone w równych od siebie odstępach, ozdobione były motywem smukłego smoka o wyszczerzonych,ostrych kłach. Na samym szczycie każdej z latarni znajdował się kryształ wielkości ludzkiej pięści, który za dnia pochłaniał promienie słoneczne, by po zmroku oświetlać brukowane ulice i chodniki światłem o zielonkawej barwie. Te niewielkie gady zawsze przyprawiały mnie o dreszcze. Było w nich coś złowrogiego.
    Z trudem łapałam wilgotne, zimne powietrze. Za każdym razem, gdy przechodziło ono przez tchawicę, podrażniało ją, a ja czułam nieprzyjemne uczucie, ból, pieczenie. Zmęczone mięśnie domagały się odpoczynku. Nie czułam łap. Musiałam znaleźć kryjówkę. Jeśli jakiś patrol znajdzie mnie samą na ulicy i to podczas burzy najprawdopodobniej trafię do schroniska.
        Postanowiłam iść do magazynów, gdzie zwykle przebywała większość miastowych przybłęd. Spuściłam łeb i ruszyłam powoli w kierunku południowej części miasta, do dzielnicy skrajnej nędzy i ubóstwa.
---
Jeśli ktoś te badziewie przeczytał to gratuluję o_O' Miałam to dać jakiś czas temu, ale jakoś tak... Nie wiem. W każdym razie wczoraj wprowadziłam kilka poprawek i zdaje się, że tylko spieprzyłam coś co było w miarę fajną bajeczką. Za wszelkiego rodzaju błędy ortograficzne, językowe, interpunkcyjne, literówki itp. przepraszam.
Naphill Naomi (17:36)

20 września 2010

Śmierć w burdelu. [Naphill Naomi]

20 września 2010


*Na polanie pojawiła się jasnofioletowa mgiełka, która po chwili skupiła się w jednym miejscu i przybrała postać szarej wilczycy o błękitnych ślepiach. Szara zrobiła kilka kroków w stronę zgromadzonych. Jej łapy nie dotykały ziemi. Sunęła w powietrzu.* Hej, Wam! *Wszyscy wgap na nią.* No nie patrzcie się tak! Zawstydzacie mnie ^.^" Zaraz spalę buraka i będzie... Nie, nie będzie. Duchy chyba się nie czerwienią...
No właśnie, ja chciałam tylko powiedzieć, że... Jestem duchem. *Kilka osób usiadło z wrażenia, kilka stało, jedna nawet zaczęła uciekać z wrzaskiem, a jeszcze inna zemdlała. Wilczyca usiadła, będąc pod wrażeniem wywołanego przez nią zamieszania. Jej zad nie dotykał podłoża, podobnie jak łapy.* o_O"
Wczoraj Anuchna zorganizowała wieczór panieński, który zorganizowałam ja! Przebrałam wszystkie laski będące wtedy na chacie, z mojego cudnego magicznego worka wykombinowałam rurę, bar, dwuosobowe łóżko, klatkę i ogólnie wszystko czego tylko można chcieć.
No ale przejdźmy do sedna sprawy.
Otóż... Umarłam! *Wszyscy patrzą na nią z miną a'la O_O"* No ale nie tak sama z siebie... Pomógł mi Ash. *Zerka na niego.* Tylko nie mieć do niego wątów! Sama prosiłam się o śmierć! Umarłam w burdelu... Zawsze o tym marzyłam. o.O' W towarzystwie An i Lusi tańczących na jedne rurze. Nie zapominajmy o Teamie, który jakimś cudem znalazł się na wieczorze panieńskim An...
No więc... W związku z zaistniałą sytuacją chciałam oznajmić, że wszelkie próby przytulenia, rzucenia się na mnie, cmoknięcia, zaciągnięcia gdzieś itd skończą się niepowodzeniem. Jedynie Wasza łapa/ręka/pysk (?) przeleci przeze mnie xD O! Właśnie! Teraz każdy ma okazję przeze mnie przelecieć o_O" *Rozejrzała się czy nie ma chętnych, ale najwyraźniej wszyscy byli jeszcze w szoku, bo nikt się nie zgłosił.*
Emm... Co ja jeszcze chciałam...?
*Ktoś tyknął ją łapą w lewy bok. Jej sierść na chwilę stała się lśniącą mgiełką, z której powstała. Wilczyca poczuła to jakby ktoś popieścił ją prądem.* Ej, ej! Gdzie z tą łapą! Jeszcze raz mnie tykniesz to Ci tę łapę... A z resztą nieważne ^.^' *Wzrokiem szukała sprawcy, którego mogłaby oskarżyć o molestowanie. W międzyczasie mgiełka na powrót stała się szarą, miękką sierścią.*
A... *Przypomniało jej się.* Nie wiem co stało się z moim ciałem o.o No, bo MUSIAŁAM wyłączyć komputer D: Moja mama jest zdolna do przerwania w najlepszym momencie, akurat jak Ash mnie zabił! Nawet odpisać nie zdążyłam -.-' *Bulwers.* No jak to tak można! Człowiek (byłam pod tą postacią, gdy umierałam) sobie spokojnie umrzeć nie może, bo musi komputer wyłączyć i iść spać!
Nie wiem czy organizować pogrzeb, a następnie stypę o.O Ktoś w ogóle przyjdzie? Super... Chrzciny, ślub, a do kompletu jeszcze pogrzeb xD" Te dwie pierwsze rzeczy mnie nie spotkały (pojawiłam się w rpg jako 3-letnia wilczyca i nikt mnie nie chce), więc przynajmniej umrę o.o Jeśli chcecie się zabawić na moim pogrzebie to mówcie, a coś się zorganizuje. No, bo nie zostawię mojego ciała na tym łóżku o.o Nie będzie sobie przecież tak leżało.Chociaż... Ja nawet nie wiem czy ono jeszcze istnieje... *Spojrzała podejrzliwie na An, Luś i Teama.* Kanibalizm się szerzy...
I to by było na tyle. Przypominam o moich urodzinach, organizuję je 3 października (niedziela). Wszyscy mile widziani :3
To pa!
*Kątem oka dostrzegła jak ktoś się na nią rzuca, ale niestety się spóźnił, bo wilczyca była już pod postacią mgły, która przerzedzała się coraz bardziej. W końcu zniknęła pozostawiając na polanie delikatny, słodki zapach lilii.*
Naphill Naomi (09:11)