Blog ten, pamiętnik, wymyśliły Aldieb, Lady Killer i Gold Fire, podczas gdy to one opiekowały się stadem. Dzięki nim, możecie poznać historię HOTN, historię wybrańców i chwilę z życia osób ze stada. Ten blog powstał by w jednym miejscu streścić wszystkie nasze opowiadania. `Wandessa.

Czego szukasz?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imloth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imloth. Pokaż wszystkie posty

10 kwietnia 2012

Jestem twoim kłamstwem [Imloth]

10 kwietnia 2012
     „Silent Hill” soundtrack – Promise
     Krok naprzód, krok w tył. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Łapka unosi się i opada, by po chwili poczuć zimno, wtapia się w biel śniegu. Jeszcze raz do góry, potem w dół i cofa się. Mały nosek drży z zimna, podobnie jak miękkie uszka; naśladują skrzydła motyla. Futerko zmierzwiła wilgoć powietrza, przygładziła je.
     Wokół tylko śnieg. Zwierzę unosi pyszczek i rozgląda się, widzi krąg zielonych drzew, ubranych w szaty z igieł. Obraca się, goniąc swój mały, lisi ogonek; wiruje, jakby tańczyło, ale nie jest tego świadome. Upada na śnieg, zatapiając się w jego miękkości. Padające śnieżynki przyprószają białą sierść. Jest szaro i cicho, niebo zasnuwają chmury, drzewa milczą, nie porusza nimi żaden powiew wiatru.
      Lisiątko nie zauważa niskiej postaci, okrytej ciemnoszarym płaszczem. Przystanęła przy brzozie, opatulonej przez gęste igły świerku. Kontrastowała z nią, widać było dzielące ich różnice. Długo przygląda się małej, puszystej kulce, w końcu decyduje się na zrobienie kroku.
      Jeden, drugi… Śnieg cicho trzeszczy pod stopami, płaszcz faluje. Szczeniątko podnosi łepek, wygląda rozkosznie. Patrzy na małego chłopca swymi błękitnymi ślepkami, uszko się zgięło, łapki zastygły w górze. Szczeknęło cicho, jakby zadawało pytanie.
      Ktoś ty?
      Postać podchodzi bliżej, kuca przy zwierzątku. Ma te same błękitne oczy, lśniące ciekawością. Jasne, prawie białe włosy, wysuwają się spod kaptura. Nie porusza się, po prostu patrzy. Lisiątko nie rozumie, przekręca się na bok, a potem staje na małych, puszystych łapkach, przechyla łepek i znów wydaje z siebie ciche szczeknięcie.
      Kim jesteś?
      Chłopiec wyciąga przed siebie bladą dłoń. Szczenię z początku się lęka, więc palce zamarzają w bezruchu, zanim dotkną miękkiego futerka. Po chwili wsuwa się pod nie mały łepek. Na ustach chłopca nie pojawia się uśmiech, ale mimo to głaszcze stworzonko, drapie je za uchem, a ono cicho pomrukuje, dając znak aprobaty. Lśniące oczka przypominają koraliki, wpatrują się ufnie w dziecię. Postać znowu zastyga i tylko przygląda się lisiątku. Nie otwiera ust, ale i tak słychać słowa.
     Jestem twoim kłamstwem.
     Zwierzątko nie rozumie, więc chłopiec wstaje i podchodzi do drzewa, przy którym wcześniej stał, a potem wsuwa się w gęstwinę lasu. W jego głębi jest zbyt ciemno, by lisiątko odważyło się weń zapuścić. Zostaje na polanie zupełnie samo.
     Jeden krok w przód, następny w tył. Ruchy ułożone w dziwnym tańcu. Wiruje, obraca się, goni własny ogonek. Jest młode i chce się bawić, to zrozumiałe. Pląsa po śniegu, śnieżynki opadają na jego futerko. Jest zaślepione skrzącymi się kryształkami, które trzeszczą mu pod łapkami; nie zauważa, gdy po drugiej stronie polany staje niska postać w jasnym płaszczyku. Przez chwilę przygląda się zwierzęciu, zaciekawiona. Uśmiecha się delikatnie, dotyka opuszkami palców zmrożone policzki. Robi krok, drugi. Bose stopy stąpają delikatnie po zimnym puchu. Zatrzymuje się i tylko patrzy. Lisek odwraca się i zauważa osóbkę, w jego błękitnych ślepkach błyszczą iskierki radości.
     Ktoś ty?
     Podbiega do dziewczynki o ciemnych włosach, prawie czarnych. Ma to samo niebo w oczach, co zwierzątko. Klęka na oba kolana, a dłońmi o nie uderza, zachęca szczeniaka, aby podszedł bliżej. To podbiega i kładzie łapki na nogach dziecięcia, sapie wesoło. Patrzy, jakby zadawało nieme pytanie.
     Kim jesteś?
     Dziewczynka nie odpowiada, a jedynie wyciąga przed siebie dłoń, która po chwili zastyga w powietrzu. Zamyka oczy, jakby na coś czekała. Mija kilka chwil, a ona czuje miękkość futra na opuszkach palców. Uśmiecha się delikatnie, głaszcze łepek lisiątka. Drapie za uszkiem; ono kręci się i pomrukuje. Osóbka nie otwiera ust, ale i tak brzmią słowa.
     Jestem twoją prawdą.
     Nie rozumie niczego, ani jednego słowa. Nagle poczuło się bardzo senne. Przed oczy wypłynęła lekka mgiełka, zamykają się. Ziewnęło przeciągle. Dziewczynka wstała i odeszła, wkraczając w las. Nie obejrzała się, żeby ostatni raz spojrzeć na lisiątko. Po prostu zniknęła.
     Lisek błądzi po polanie, szuka dogodnego miejsca. Łapka unosi się i opada. Wszystkie cztery idą naprzód, potem zawracają. Kręci się, nie wie, gdzie się ułożyć. W końcu siada tam, gdzie stoi i kładzie się na zimnych kryształkach. Podkłada łapki pod łepek i zasypia, zmęczone zabawą i bieganiem po polanie. Jest wyczerpane.
     Otacza go zasłona snu, chroni, osłania. Wszystko ucichło, śnieg zatrzymał się, nie opadł na ziemię, zastygł w powietrzu. Uchyliło jedno ślepię i spostrzegło, że wszystko zamarło w bezruchu. Drzewa się nie kołyszą, śnieg nie pada, wiatr nie wieje. Uniosło główkę i rozejrzało się. Ptak zamarł w locie i wisi na niebie, jak zamrożony w czasie.
     Hau?
     Podniosło się na łapki. Coś zaiskrzyło w oddali, zalśniło wśród śniegów. Czyżby to woda? Podeszło bliżej, tym razem się nie cofnęło. Stanęło nad brzegiem małej, skutej lodem sadzawki. Mogłoby przysiąc, że wcześniej jej tu nie było. Skąd więc się wzięła? Lisiątko poczuło, jak lekki podmuch muska jego sierść, ogonek zadrżał.
     Czyjaś dłoń przesunęła po lodzie, odgarniając drobną warstwę śniegu. Teraz wszystko odbijało się w tafli lodu. Strach zakuł maleńkie serduszko. Czemu nie widziało swego odbicia? Coś tu było nie w porządku. Zamiast swego pyszczka, w sadzawce zobaczyło dwie twarze, ciemnowłosej dziewczynki i chłopca. Obejrzało się, stali nad nim i patrzyli. Zerknęło jeszcze raz, nic nie zobaczyło. Sadzawka zniknęła. Odwróciło się, żeby zapytać dzieciąt, co się dzieje, lecz nikogo nie ujrzało.
     Zostało samo na pustej polanie. Jedynie płatki śniegu znów padały z nieba, przyprószając białe futro…
Imloth (17:54)

14 marca 2012

Wiem, że nie wrócisz... [Imloth]

14 marca 2012
Odsłona II
 Muzyka

     Świeciło słońce, a jednak z nieba… padał deszcz. Drobne, szare chmury płynęły leniwie po niebie. Patrzyłam na wielobarwną tęczę z zachwytem, a krople wody spływały po moich policzkach. Większość by pomyślała, że to tylko wina pogody, jednak to nie była prawda. To były moje słone łzy.
     To nie wina deszczu, to nie wina szarości na niebie, czy wiatru szarpiącego moje jasne włosy, ani tego, że tata odszedł. To nie była nawet twoja wina, mamusiu. Niczyja… Tak po prostu się stało i pomimo tego, że nie do końca rozumiem… wiem, że tak właśnie jest. Nikt tu nie jest winny, nawet kierowca tego błękitnego autobusu, który zawsze mi się podobał. Wiesz, mamusiu, na taki sam kolor pomalowałam dzbanuszek dla ciebie. Miałam ci go dać na Dzień Mamy, ale… już raczej ci go nie dam. Chociaż chcę. Postawię go na stoliku i przyozdobię kwiatkami. Tymi, co rosną w naszym ogrodzie. Będzie mi przypominał ciebie, bo ty jesteś jak kwiatek. Nie przejmuj się, każdy kwiatek kiedyś więdnie, za to ty jesteś tym najpiękniejszym ze wszystkich. Jesteś moim kwiatkiem.
     Teraz siedzę na huśtawce w parku i patrzę na biegające dzieci, cieszące się. Dlaczego ja nie mogę się chociaż uśmiechnąć..? Przecież jest tak pięknie, słońce świeci, a na niebie tkwi tęcza. Co się ze mną stało, mamusiu? Podeszła do mnie jakaś pani, zapytała, czy jestem sama. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Wyciągnęła do mnie dłoń i zaprowadziła do swoich dzieci, kupiła mi też bilet na Diabelski Młyn. Nigdy nie jechałam Diabelskim Młynem. Pamiętasz, obiecałaś mi kiedyś, że jak jeszcze trochę podrosnę, pójdziemy na niego razem. Że weźmiesz mnie na kolana i będziemy patrzeć na wszystko z góry, na całe wesołe miasteczko, a potem kupisz mi wielką watę cukrową.
     Usiadłam w zielonym wagoniku z tą panią i jej córką. Widziałam, jak chichoczą, ale nie słyszałam ich śmiechu. Patrzyłam jedynie na swoje dłonie, na zawieszoną na nich bransoletkę z koralików, którą mi zrobiłaś. Szybowałam w górę wraz z wagonikiem karuzeli. Ludzie z dołu widzieli małą dziewczynkę, siedzącą na kolanach matki, przytulającą się do jej piersi. Ale to nie ja byłam tą dziewczynką…
     A tatuś?… Tatuś odszedł, zostawił nas. Nigdy nie kochał mnie tak, jak ty. Chociaż będę za nim tęsknić, nawet jeśli nie chcę, to nigdy nie zagrzeje tak ważnego miejsca w moim sercu. Ofiarowałam je tobie. Właściwie… ty zawsze tam byłaś. Kochałam cię jeszcze za nim nauczyłam się kochać. Dlatego byłaś, jesteś i będziesz dla mnie najważniejsza, zawsze. Nikt mi ciebie nie odbierze.
     Czasem tak sobie myślę, że mnie odwiedzasz w postaci małego motylka, albo ptaka, który usiadł na parapecie okna i spoglądał na mnie. A może jesteś tym małym, polnym kwiatkiem, którego włożyłam do wazonika? Na pewno chciałabyś być przy mnie, dać mi znak… Zapewne mi dajesz, ale ja go nie dostrzegam. Muszę uważniej patrzeć. Obiecuję ci, mamo, że od tej pory będę lepiej patrzyła.
     Mamusiu, tak bardzo za tobą tęsknię… Tak bardzo… Boli mnie serduszko, pęka powoli, a ja myślę tylko o tym, że już nigdy nie weźmiesz mnie za rękę. I co z tego, że inni mówią, żeby nie płakać, bo to nie była niczyja wina. Ja będę, bo wiem, że to jest symbolem mojej miłości do ciebie, tęsknoty. Mamusiu, ja już nie chcę czuć tego bólu w sercu. Straszliwie mi przeszkadza. Proszę, niech zostanie tylko uczucie do ciebie, niczego więcej nie potrzebuję. Wiem, że już do mnie nie wrócisz, ale proszę cię, obiecaj mi, że jeszcze się zobaczymy. Proszę.
     Kocham Cię. I zawsze będę kochała…
______________________________________________
No Jezu, prawie poryczałam się przy pisaniu własnego opowiadania. To jakaś amba! Dosłownie, łzy stanęły mi w oczach parokrotnie. Nigdy więcej się nie wczuwam, ot co!

6 marca 2012

Wiem, że nie wrócisz... [Imloth]

06 marca 2012
Odsłona I 
Muzyka

     Pamiętasz… zabrałem cię kiedyś do wesołego miasteczka. Na Diabelski Młyn. Śmiałaś się, że pomimo tylu lat, ja wciąż lubię tam przychodzić. Byłaś wtedy taka szczęśliwa… Twój głos zawsze wywoływał u mnie uśmiech. Czy to krzyczałaś, czy mówiłaś słodkie „Jestem śpiąca”. Może to nie było ważne, ale mnie zapadło w pamięć. Wiele rzeczy zawsze zostanie ze mną, żadne z nich nie jest materialne. To nie ważne, bo nie zależy mi na czymś cennym. Dla mnie cenna… byłaś Ty.
     Weszliśmy do błękitnego wagonika; czy jak ty wolałaś to nazywać, koszyka. Usiadłaś obok mnie, wtuliłaś policzek w moje ramię. Ja po prostu cię objąłem i tak siedzieliśmy. Bez znaczenia było, czy zostaniemy tutaj, czy poszybujemy w górę. Nie byliśmy jedyni, nie tylko my tu przyszliśmy. Ale nie zwracaliśmy uwagi na innych, liczyła się tylko ta chwila i to, że byliśmy razem. Szczęśliwi.
     Choć wiem, że nigdy tego nie odczytasz… wiedz, że zawsze cię kochałem. I nadal kocham. Może jesteś gdzieś tam, czuwasz nade mną, słyszysz moje myśli. Tak wiele mógłbym ci ofiarować, gdybyś tylko tu była. Znów złapała mnie za rękę, wyszeptała „kocham cię”… Bardzo za tobą tęsknię. Nawet nie wiesz, jak bardzo…
     A może wiesz, tylko nie chcesz powiedzieć. Milczysz, unosząc się na wietrze. Może krążysz gdzieś niedaleko, lecz ja cię nie widzę. Nie mogę cię zobaczyć…
     Młyn ruszył, wydałaś z siebie ciche westchnienie i mocniej mnie przytuliłaś. Nigdy się tak nie czułem. Przysiągłem sobie, że nigdy cię nie opuszczę. Naprawdę w to wierzyłem. W tamtej chwili nic innego nie było ważne, jak tylko to, że mogę patrzeć w twoje błękitne, ufne oczy, w których odbijał się blask nieba i przepływające obłoczki. Byłem pewny, co do tego, że to pierwsza taka chwila. Nigdy jej nie zapomnę.
     W pewnym momencie młyn stanął, zatrzymaliśmy się na samym szczycie. Zaśmiałaś się, mówiąc, że to specjalnie dla nas. Nazwałem cię wtedy moim głuptasem, bardzo to lubiłaś. Wiatr przyjemnie chłodził. Ja z uwielbieniem w oczach patrzyłem, jak rozwiewa twoje krótkie, krucze włosy. Wiesz, wyglądałaś jak anioł. Niemalże widziałem na twoich plecach piękne, śnieżnobiałe skrzydła. Mogłabyś mnie nimi okryć, gdyby zrobiło się zimno. Może to śmieszne, ale naprawdę tego chciałem. Być z tobą. Na zawsze…
     Zapytałem cię, czy zostaniesz ze mną, czy mnie nie opuścisz. Zachichotałaś i wtuliłaś się we mnie. „Zawsze będę przy tobie”, odpowiedziałaś. Było to takie proste, ale i piękne. Dziecinnie łatwe, lecz miało swój urok. Naprawdę wierzyłem, że nic złego nie może nam się przytrafić. Byliśmy niezniszczalni, nieśmiertelni. Patrzyłem w niebo, tuląc ciebie i szeptałem raz za razem jedno słowo.
     „Dziękuję”…
     Teraz nie ma cię przy mnie. Odeszłaś, lecz to nie była twoja wina. Prosiłaś, żebym nie płakał. „Zrób to dla mnie”, powtarzałaś… Ale choć bardzo chciałem, nie potrafiłem zatrzymać łez. Nie potrafiłem cię zatrzymać przy sobie, choć tego pragnąłem ze wszystkich sił. Bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Nic nie mogłem zrobić. Ty także nie. Żadne z nas tego nie chciało. A jednak odeszłaś, zniknęłaś. Na zawsze. To przecież było bez sensu…
     Moje oczy nigdy więcej nie zapłaczą, serce nie będzie krwawić. Tak, jak obiecałem.
     Kocham Cię. I zawsze będę kochał…
_______________________________
Więc tak… Odsłon będzie więcej, trzy bodajże. Mam już pomysł na drugą, trzecia przyjdzie w trakcie. Zresztą ostatnio mam straszny zapierdziel w szkole, więc twory są króciutkie, ale sądzę, że rozciąganie powyższego opowiadania w nieskończoność byłoby samobójczym zabiegiem. Tyle z pewnością wystarczy.

29 lutego 2012

Nierzeczywistość?.. [Imloth]

29 lutego 2012
Jesteście pewni?
Tego, co słyszycie. Tego, co odbija się zaledwie dźwiękami w Waszych umysłach…
Nierzeczywistość, w której chcecie żyć.
To tak, jakbyście sami chcieli uwięzić się w klatce. W zimnych prętach zaślepienia…

Jesteście pewni?
Kiwacie głowami, myśląc, że to wszystko jest prawdziwe.
Ten śmiech i łzy. Patrzycie na mnie niewidzącymi oczami. Jakbyście…
… byli martwi.

   Zrobisz krok, a może być już za późno. Na ucieczkę nie masz czasu ani szans. To tak, jakbyś został zamrożony, uwięziony w zimnej bryle nietopniejącego lodu… Tak, boję się. Ja nie mam pewności, wciąż się waham. Drzewa wyglądają tak rzeczywiście… Poruszają swymi rozległymi gałęziami, tańczącymi na wietrze. Szeleszczą cicho, żeby nie zbudzić Strażników. Cii, o nich nie można mówić…
   Śpij, to tylko chwila. Zaraz się zbudzisz i nic ci nie będzie. To tylko… błogi sen. Uwierz. Patrzycie na mnie nierozumiejącymi oczami, ale widzę w nich radość. Jesteście szczęśliwi, bo tu się znaleźliście. Wierzycie, że to ten lepszy świat, który wam obiecali.
   Jesteście pewni..? Ja nie.
   Dotykam palcami szklanej wody. Jest jak prawdziwa. Delikatna, chłodna. Lecz nienaturalnie czysta. Kręgi powoli rozchodzą się po jej powierzchni, tworzą tak cudowny obraz… Zabieram dłoń wiedząc, że nie jest prawdziwy. Oni tylko chcieli, żebyśmy tak myśleli. Żebyśmy im wierzyli… Kłamcy.
   Nie potrafię czuć gniewu, właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Czy to możliwe… Kołysanka gra, nie pozwala się wybudzić. Tylko…
   Jeśli sen spłynie mi z powiek, gdzie będę?.. Może właśnie dlatego kazali nam spać. Może to miało być naszą małą rzeczywistością, którą mamy odkryć. Wszystko wygląda tak prawdziwie. Nawet skały, chropowata powierzchnia klifu, wydaje się być realna. I woda, która rozbija się w dole o skały. Nie patrzę na nią, wzrok kieruję w niebo.
   Zabarwione od zachodu słońca, piękne. Wciąż nie jestem pewna. Czy to rzeczywistość? Jeśli tak, to…
   Czy śmierć jest prawdziwa?..
   Wciąż na was patrzę, niewidzącymi oczami. Nie wiem, co mam myśleć. Tylko w umyśle rozbrzmiewa wciąż to jedno pytanie.

   Jesteście pewni?

Stan, w którym czuję się jak potwór [Imloth]

29 lutego 2012


Jesteś wrażliwy? NIE CZYTAJ więc. Z góry przepraszam za kolejną psychodelę.
_________________
.Musik.
    Znów dopadł mnie ten stan, graniczący z istną furią. Czuję, jakby coś chciało wyrwać mi się z piersi, pragnę krzyczeć, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej. Co mam zrobić? To mój wewnętrzny potwór i nie będę z nim walczyć.
     Przed oczami widzę czerwoną mgłę, przesłania mi wszystko, oprócz tej jednej osoby, którą pragnę rozszarpać. Tak, to jest mój dzisiejszy wróg, cel, który wkrótce zostanie zniszczony. Gdybym nie była człowiekiem, byłabym bestią.
     Pięść zaciska się mocno, a paznokcie wbijają boleśnie w skórę. Tak, tego właśnie potrzebuję. Zadawać ból, nieważne, że to moja ręka krwawi. Czuję, jak wszystko wewnątrz mnie zatraca swe kształty i kontury, teraz staje się jedynie kłębiącą chmurą wściekłości. Są ludzie, których gniew przekracza najśmielsze wyobrażenia. Jest czystą furią. Ludzie, którzy nie są ludźmi, są potworami.
     Tak, to znów ten stan, w którym czuję się jak potwór.
~~*~~
     Nie potrafię myśleć o niczym innym, widzę tylko ten jeden cel, nic mi nie przeszkodzi. Jeszcze tylko kilka kroków, nie zdobędę się na spokój, nie powstrzymam się. Wkrótce zrobię to, czego pragnę, co uspokoi gniew w sercu, sprawi, że krew przestanie wrzeć. Czuję, jakby moje ciało było za małe, jakby coś chciało rozerwać je od środka, jakby moje serce miało zaraz wybuchnąć, niczym bomba zegarowa. Nigdy nie wiem, kiedy nastąpi eksplozja, ale nie obchodzi mnie czas.
     Nie widzę już nic, oprócz tej przesłaniającej oczy szkarłatnej mgły, słyszę szaleńcze uderzenia swego serca. Czuję, jak wciąż rośnie we mnie coś, co zaraz wyrwie mi się z piersi. To nie jest gniew, to ista furia. Nie jestem człowiekiem, jestem potworem, bestią.
     A teraz widzę ją, swoją ofiarę, stoi tylko kilka kroków ode mnie. Jest tak blisko, że czuję jej zapach, smród jej zatrutej krwi. Tak słodko by było móc ją rozlać, chociaż te kilka kropel. Potrzebuję tego, żeby uciszyć mój gniew.
     Widzę już tylko bezkształtne plamy, jedynie barwy o nieskończonych odcieniach czerwieni i czerni. Chcę krzyczeć, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej, zaraz moje serce eksploduje!
     Nie mogę dłużej się powstrzymywać, szkarłat mgły zupełnie przesłonił widok. Niemalże poczułam, jak oczy przepełnia czerwień, a źrenice zwężają się tak mocno, że prawie znikają. Czuję mrowienie w dłoniach, ucisk w sercu, jeszcze tylko te kilka kroków…
     Rzucam się do przodu, jestem teraz zwierzęciem, nie człowiekiem. Jedynym, co teraz chcę osiągnąć, jest morderstwo mojego dzisiejszego wroga. Chęć zniszczenia, żądza śmierci, to do mnie niepodobne, ale teraz to nie jestem już ja, to mój wewnętrzny potwór, który ukrywał się wgłębi mojego serca zbyt długi czas. Teraz, nareszcie, wyrwał się na wolność i pędzi ku swojej ofierze, by dokończyć jej żywota.
     Wystarczy jedynie mocny kopniak w plecy, aby padła na ziemię, a z jej ust wydarł się przeciągły jęk. Powoli się podnosi, ale ja nie zamierzam czekać. Rzucam się na jej plecy i jednym ruchem wyrywam włosy, wrzeszczy i szamocze się pode mną. Pazury, które nagle pojawiły się na mych dłoniach, wbijają się boleśnie w jej oczy i rozdrapują je. Teraz już nie zobaczy mojej twarzy, czego tak bardzo pragnęłam, ale nie dbam o to. Nie obchodzi mnie, że wszyscy na mnie patrzą, nie potrafię ich zobaczyć. Teraz jestem bestią i skupiam się tylko na mojej ofierze. Podniosłam się, a ona zaczęła uciekać, powoli pełznąc po podłodze. Mój rechot poniósł się w powietrzu, wyglądała tak żałośnie, jak robak wyciągnięty z głębi ziemi. Niedługo do niej wróci, otoczona twardym hebanem czarnej trumny.
     Wstała, zaczęła biec, a ja popędziłam za nią. Uśmiech z mych ust zniknął, zastąpiony znów chęcią okrutnego mordu. Nie zabiję jej od razu, najpierw będę się nią bawić, jak kot myszą. Oto mój następny cel. Ona nie jest już moim wrogiem, jest tylko żałosną ofiarą. Nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać, wszyscy schodzą na bok. Nikt nie chce spotkać się z potworem. Tak, to znów ten stan, w którym czuję się jak potwór.
     Biegnie nieudolnie, co chwila się potykając i chwiejąc. Nic nie widzi, zaraz w coś uderzy i padnie na ziemię, a wtedy ją dopadnę. Tak się wkrótce stało, przewróciła się o kamień, a ja przestałam biec. Podeszłam do niej, siłą woli się powstrzymując. Jeszcze nie teraz…
     Z jej kieszeni wyjęłam zapalniczkę, a ogień zapłonął i dotknął suchych liści wokół nas. Wkrótce wszystko wypełnił swąd spalenizny i dymu, powietrze stało się zatrute, a ona zaczęła się dusić. Do moich nozdrzy doszedł smród ognia, który dla mnie był najpiękniejszym z zapachów. Jedno szarpnięcie za kark, a ofiara podniosła się do klęczek, jęcząc cicho. Jej serce biło tak szybko, a tętnica… to tylko kilka centymetrów… Na moje usta wypłynął obrzydliwy uśmiech, przewróciłam ją na plecy, z całej siły wbijając wszystkie pazury w jej pierś. Krzyk uwiązł w gardle dziewczyny, gdy jeden z nich przebił płuco. Szarpnęłam, tworząc głębokie bruzdy i cięcia, z których popłynęły fale krwi. Gdy jej zapach dotarł do mnie, moje oczy znów przesłoniła szkarłatna mgła. Warknęłam, zupełnie jak zwierzę, jak potwór, chociaż wciąż byłam w ciele człowieka. Ma nieludzka natura wydarła się ze mnie i wreszcie dała upust swojej furii.
     Zaczęła krzyczeć, wciąż nie straciwszy przytomności. W mojej ręce pojawił się nóż, który już po chwili oberżnął jej język. Zaczęła krztusić się i dławić własną krwią, a mnie napełniło tylko jeszcze większe pragnienie. Kilka szybkich ruchów dłoni, a twarz została posiekana głębokimi ranami, ramiona doznały tego samego. Dobrze wiedziałam, że posługuję się czystym okrucieństwem i to napełniało mnie największą przyjemnością. Raz za razem zadawałam jej ból, używając wszystkiego, co posiadałam. Jej oczy zaszły mgłą i przestała się ruszać, ale wciąż żyła. Nie była zdolna do nawet najmniejszego ruchu. Ciało lekko drżało, a gdyby miało siłę, z pewnością wiłoby się w konwulsjach bólu.
     Przyszedł czas na wielki finał, koniec morderczej sceny. Pochyliłam się tak nisko, że moje usta niemalże stykały się z jej wargami. Powoli, patrząc nienawistnie w jej niewidzące oczy, szeptałam cicho słowa.
     – To za to, że weszłaś mi w drogę. Jesteś tylko małą, bezbronną istotką, dlatego umierasz.
     Zadaję ostateczny cios, podrzynając gardło tak głęboko, że ostrze noża niemalże całe zniknęło w jej szyi. Kilka sekund  i było po wszystkim. Mgła zniknęła, a gniew ucichł. Wysunęłam język i zlizałam tętniczą krew z jej ust, śmiejąc się przy tym szyderczo. Poczułam swąd palonego ciała, odór, który był normalnością. Płomienie ciasno nas otaczały, ale ja nie czułam strachu. Ich strzelanie wywoływało we mnie jedynie wewnętrzny spokój. Podniosłam się, a zakrwawiony nóż przyłożyłam do ust, by przesunąć językiem po jego ostrzu. Schowałam go w wewnętrznej kieszeni czarnego płaszcza i odeszłam w mrok.
~~*~~
     Siedzę i patrzę tępo w ścianę. Nikt nie wie, co zrobiłam, nikt nie wie, kim byłam. Kim się stałam. Uśmiecham się niemalże niezauważalnie do samej siebie, a do ust wędruje kubek gorącej herbaty. Upijam łyk, w mojej duszy panuje spokój. Znów czuję się tak, jak zawsze, zachowuję się naturalnie. Nikt nigdy się nie dowie, nie będzie miał o niczym pojęcia. Wciąż będą następne ofiary i kolejne morderstwa. Już teraz słyszę głos radiowego reportera, dźwięk dobiega do mnie, jak zza szkła.
     – Wczorajszej nocy, z czternastego na piętnastego sierpnia, ktoś podpalił zachodni kraniec Białobrzeskiego lasu. Mieszkańcy twierdzą, że często palono tam ogniska, co wskazuje na czysty przypadek. Byli jednak świadkowie, jak mówią – dziwnego wydarzenia, które miało miejsce w GreepsParadis, miejscowym klubie nocnym. Twierdzą, że widzieli uciekającą dziewczynę i goniącego ją… – Na chwilę zapadła cisza, gdy reporter upewniał się, że dobrze widzi czytany przez siebie tekst. – …potwora. Szesnastoletnia Miranda Borawska zaginęła bez śladu.
     Uśmiechnęłam się szerzej, upijając kolejny łyk herbaty. Nie słuchałam już dalszej części audycji radiowej, nie było potrzeby. Wstałam i skierowałam się po swój czarny płaszcz. Trzeba zbierać się do szkoły. Wejdę tam i będę zachowywać się, jak zwykle, normalnie.
     Nie dowiedzą się, że ja tylko wyglądam jak człowiek.
_____________________________________
Dobra, jak gdzieś przesadziłam – coś było niesmacznego, obrzydliwego, drastycznego, niefajnego itp. to piszcie. Przyjmę każdą skargę. Ale w sumie, ostrzeżenie było.
Aha, podpisałam się pod listą obecności, ale chyba z deczka za późno. Przepraszam, miałam lekkie problemy z internetem (a może z rodzicami?). W każdym razie – jestem, żyję i paczę.
To tyle z ogłoszeń parafialnych.

3 lutego 2012

"Here Comes The Rain Again..." [Imloth]

03 lutego 2012

     Here comes the rain again...     Stała niedaleko potężnego drzewa, z twarzą zwróconą ku niebu. Krople siarczystego deszczu raz za razem uderzały w jej policzki, by potem spłynąć po sinych wargach. Wiatr szaleńczo targał jej włosy, ale ona nie zwracała na niego uwagi. Miała zamknięte oczy, o szarym odcieniu powiek. Cień pod oczami kontrastował z niezwykle bladą skórą. Woda sprawiła, że czarne ubranie przykleiło się do ciała, oblepiając chude, niemalże kościste ciało. I było coś jeszcze. Czarne, postrzępione i poszarpane skrzydła, o piórach ciemniejszych niż smoła, ciemniejszych niż serce, które biło w jej piersi...
     Falling on my head like a memory...
     Gałęzie stojącego nieopodal drzewa schyliły się ku ziemi, jakby przyduszone uderzeniami lejącej się z nieba wody. Można by pomyśleć, że wygląda zupełnie jak ona. Pozbawione liści, o ciemnej, przemokniętej korze, chylące się i wołane przez ziemię, usilnie starało się wyciągać swe gałęzie ku niebu, ale było zbyt słabe. Broczyło czarną krwią, jak ona z ran na łopatkach.
     Otworzyła oczy, w których nie skrzyła się nawet jedna, najmniejsza iskierka. Były puste, i zimne. Dobrze pamiętała upadek...
     Falling on my head like a new emotion...
~~*~~
     Najpierw poczuła ostry ból, dochodzący z jej pleców i już przez chwilę myślała, że niedługo nastanie jej koniec. Wiedziała jednak, że może spotkać ją coś o wiele gorszego, tak strasznie bała się o swoje skrzydła. Gdy ktoś zaczął wyrywać jej pióra, szamotała się i wyrywała. W końcu zaczęła spadać, przeszywana lodowatym powietrzem, przebijana tysiącami ostrych kropel deszczu.
     Próbowała resztkami sił zatrzepotać skrzydłami, wzbić się w powietrze i uniknąć upadku. Nie mogła. Kiedyś śnieżnobiałe pióra, teraz oblane nieprzeniknioną czernią, porywał wiatr. Szarpał nimi, sprawiając jej ból. Krzyczała, lecz nic nie mogła zrobić.
     Uderzenie nastąpiło szybko, o wiele krócej niż sam upadek. Poczuła rozdzierający ból w całym swoim nagim ciele, gdy to zderzyło się z czarnym asfaltem. Dotąd niezniszczalny, anielski kręgosłup, pękł niczym zwykły kij, otumaniając. Przed oczami miała mgłę, bała się. Co teraz z nią będzie? Upadła, a wolałaby umrzeć. Kości się zrosną, skrzydła ozdrowieją. Ale już nigdy nie będzie jej dane wznieść się w powietrze wraz ze swymi braćmi, o nieskazitelnie białych piórach. Zhańbiła imię Boga, okryła się dyshonorem, więc jej największy dar został odebrany.
     Z gardła wydobył się przeraźliwy krzyk rozpaczy, a dźwięk ten poniósł się daleko, setki kilometrów, niesiony wiatrem. Przeszywał i ranił, bo niósł po świecie ból upadłego anioła...     Here comes the rain again...
     Raining in my head like a tragedy...
     Tearing me apart like a new emotion...
~~*~~
     W szlochu, w głębi kruchego, wychudłego ciała, kryła się poszarpana, anielska dusza. Poraniona i skrzywdzona, przez siebie samą. Zawiniła, poniosła karę. Opadłe skrzydła wyglądały przygnębiająco w lejącym się kaskadami deszczu. Szła przed siebie, a deszcz spływał z niej, jakby chciał jeszcze bardziej ją upokorzyć. Powiał lekki wiatr, a ona krzyknęła. Nigdy wcześniej nie odczuwała fizycznego zimna, a ból, jakie niosło, rozszedł się po jej ciele jak prąd.     I want to breathe in the open wind...
     Jęknęła przeciągle i objęła się ramionami. Choć miała na sobie ubranie, czarny płaszcz i skórzane spodnie, nic nie było w stanie uchronić jej od uczucia, że odarto ją ze wszystkiego. Czuła się naga, bezbronna, zhańbiona. Żal w jej sercu uwierał, jak cierń. Gdyby tylko mogła umrzeć... Wszystko byłoby takie proste.
     Przełknęła ślinę. Wstyd na zawsze pozostanie w głębi jej pamięci. Nie mogła znieść go dłużej... Padła na zalany wodą zimny chodnik, uderzając o kamień kolanem i krzyknęła najgłośniej, jak potrafiła. Liczyła na to, że wyzbędzie się z siebie wszelkiego zła.
     Ale to pozostało, gdy tylko czarne skrzydła opadły na jej ramiona. Chciała walczyć, lecz nie miała sił. Było już za późno. O jedno życie za późno...
     I want to walk in the open wind...
     Oddech zatrzymał się, wzrok stracił ostrość. Przez łzy, jak przez mgłę, widziała jedynie kilkanaście białych postaci, lądujących gładko obok niej. Jej bracia wrócili... Lecz gdy uniosła głowę, zobaczyła w ich oczach tylko głęboki smutek i żal. Odwrócili się i odeszli, a ona została sama, tonąc w ciszy zimnej, martwej ulicy...
Imloth (17:21)

30 stycznia 2012

Taki rodzaj smutku [Imloth]

30 stycznia 2012

     "Można się uzależnić od pewnego rodzaju smutku
     Jak pogodzenie się z końcem
     Zawsze końcem"
      ~ Gotye "Somebody That I Used To Know" (tłumaczenie)
     Jest taki rodzaj smutku, od którego można się uzależnić. Łykać kolejnymi dawkami twardego narkotyku, odetchnąć. Czujesz w ustach gorzki smak, a gdy już myślisz, że to następna dawka, okazuje się, że to jedynie smak porażki. Toniesz powoli, myśląc tylko o palącym bólu w twojej piersi, który nie pozwala ci opaść na dno, utopić się.
     Ten smutek to zapomnienie. Uczucie, że nic cię nie obchodzi, wszystko jest takie szare... obojętne. Przeszukując głębię swego umysłu, znajdujesz statek, który dawno temu zatonął. Nie jest ci potrzebny, ma podziurawione burty od armatnich kul. Czujesz, jak coś ciągnie cię ku górze, ku powierzchni. Płyniesz tam, nie chcesz pozostać dłużej, jest ci to obojętne, a mimo wszystko wciąż lśni przed oczami obraz zatopionego statku, który odpychasz od siebie. To rodzaj smutku, zwany zapomnieniem.
~~*~~
     Jest taki rodzaj smutku, który krąży wokół każdego z nas. Idziesz ulicą, mijasz wielu ludzi i choć często poświęcasz im jedno spojrzenie, nie będziesz ich pamiętać. To takie smutne, że każdego dnia niezliczona ilość osób myśli o nas, po czym zapomina i już nigdy sobie nie przypomni. Łykasz tabletkę za tabletką twardego, białego narkotyku, myśląc, że to ci pomaga. Mylisz się. Pozwalasz, by twój największy wróg tobą owładnął, by tobą kierował, niewolił cię. Z każdym dniem bierzesz coraz więcej, licząc, że zapomnisz. Nie wiesz jednak, że to, co łykasz, jest w rzeczywistości innym narkotykiem. To taki rodzaj smutku, zwany zapomnieniem.
     Co ci to da? - pytam po raz setny samą siebie. Co da ci zapomnienie? I tak wkrótce sobie przypomnisz, gdy obojętność odpłynie. Jesteś pewna, że chcesz, aby twój wróg tobą owładnął? Tego chcesz? Nic ci to nie da, łykasz narkotyk za narkotykiem, by zapomnieć, ale nie wiesz, że to inny rodzaj smutku, który zamiast koić, niszczy. Godzisz się z końcem.
~~*~~
     Stuk, stuk, stuk. Białe tabletki posypały się po podłodze, niemalże niezauważalne na lśniących, śnieżnych kafelkach marmuru. Z każdą kapsułką spłynęła po policzku jedna łza, jakbyś chciała wypłakać smutek, który w tobie tkwi. To one to zrobiły. Kusiły czasem zapomnienia, żeby potem cię oszukać, wrócił. Cały czas kłamały. A teraz ty stoisz i patrzysz na pedantycznie czystą podłogę, lśniącą od twoich własnych łez i jedynie mali wrogowie odznaczają się na niej, kusząc i prosząc, abyś wpuściła ich do siebie.
     Marzysz jedynie o chwili zapomnienia, bo uzależniłaś się od tego rodzaju smutku. Padasz na kolana, szukając dłońmi malutkich okrętów, które pomogą ci zatonąć. Znajdujesz, kładziesz na dłoni i połykasz, czując, jak ogarnia cię otępienie. Obojętność, to jedyne, co teraz czujesz. Znów czujesz się normalna, chociaż wiesz, że tak nie jest. Patrzysz dookoła, ale wszystko jest tak sucho szare, jakbyś nie znała innych odcieni.
     Przed tobą stoi ktoś w ciemnym, wyblakłym prochowcu i patrzy na ciebie z góry, przygląda, jak się stoczyłaś. Jego twarz skrywa cień kaptura, spod którego widnieją tylko te zimne, puste oczy. Wyciąga z kieszeni mały woreczek i potrząsa nim, słyszysz znajomy dźwięk. Przyniósł ci coś, czego tak bardzo potrzebujesz. Karmi cię, a ty jesteś skazana na jego łaskę. Próbujesz podejść na czworakach, nie podniesiona jeszcze, nie godna chodzenia o własnych nogach. Padasz na białą posadzkę, bo kołacze ci się w głowie, ślizgasz się, pełzniesz, jak wąż. Nie wiesz, jak bardzo jesteś żałosna, jak się ośmieszasz. Nie widzisz nic, poza tym jednym, małym woreczkiem. Mężczyzna stoi nad tobą, a jego usta rozciągają się w drwiącym uśmiechu, chwytasz go za nogi, rzuca ci twój eliksir życia przed twarz. Łapiesz go, niemalże rozszarpując. Wypadają z niego białe tabletki, które połykasz łapczywie. Tajemniczy gość w ciemnym prochowcu odwraca się i odchodzi.
     Jest taki rodzaj smutku, od którego można się uzależnić. Zwie się - zapomnienie...
~~*~~
     Znów stoisz, umysł odzyskał wyraźność. Patrzysz na śnieżną biel marmurowej toalety. Nawet woda, która ją zapełnia, wydaje się krystalicznie czysta. Ściskasz w dłoniach kilkanaście małych, białych statków, które niebawem popłyną, żeglując na nieznane wody. Daleko od ciebie. Już ich nie odzyskasz, ale będą następni. Wiesz, że tak. Po co to robisz? Czy tak bardzo potrzebujesz wrogów? Czy nie masz ich już wystarczająco dużo, potrzebni ci następni? Skończ z nimi. Ależ nie, nie wystarczy otworzyć dłoni. Musisz się uniezależnić od tego rodzaju smutku. Spróbuj.
     Niczym niezmąconą taflę czystej wody, otoczonej przez marmur, nagle zakłóca kilkanaście uderzeń. Wpadają jedna po drugiej, by pożeglować na nieznane wody. Ale to nie są twoi wrogowie, których trzymasz w dłoni. To łzy, które właśnie spłynęły ci po policzkach. Znów padasz na pedantyczną biel podłogi, a ogromny ogień w twoim sercu sprawia ci ból. Pali, jakby chciał, abyś spłonęła od środka, zamieniając się w kupkę popiołu. Siwego, delikatnego popiołu... Wszystko wokół jest takie szare, gdy znów wpuściłaś ich do siebie. Zniknęli, lecz wiesz, że będą następni...
     Można się uzależnić od pewnego rodzaju smutku, wiążącego się z końcem.
     Ten smutek zwie się Zapomnienie.
~~*~~
Takie beznadziejne .__________.' Kompletnie mi się nie podoba, uh, nie mam weny. I pewnie jeszcze mnóstwo błędów w nim jest. Dupa.
Imloth (18:33)

5 stycznia 2012

'They're screaming out my name!' [Imloth]

05 stycznia 2012

     "So now I know I'm crazy, I feel there's no more pain.
     The voices call out to me, they're screaming out my name!"
     ~ Brokencyde "Schizophrenia"
     W ich ustach rozbrzmiewa me psychodeliczne imię. Bawią się mną, plugawiąc jego wydźwięk swą czarną krwią. Jest cicho, powietrze drga niespokojnie, w sercu nikły lęk. Chciałabym zapomnieć... Niewykonalne.
     Odejdźcie, zostawcie mnie w spokoju. Czego chcecie?! Kulę się w kącie obrzydliwego, czystego pokoju. Pedantycznie lśniącego w laboratoryjnych lampach. Ich nieustające, przeciągłe warkotanie brzmi jak warczenie psa, albo brzęczenie os. Obcy ludzie krążą wokół mnie każdego dnia, potem znikają, a ja znów zostaję sama w tym więzieniu z gładkich płytek. Nie ma okien, nie ma drzwi... Nie, są tylko jedne. Bez klamki.
     Odrzuca mnie ta obrzydliwa czystość ścian psychiatrycznego pokoju. Dlaczego zawsze są białe, nie czarne? Ciemność uspokaja. Oni myślą, że ta kująca w oczy biel odstraszy Je. Głosy. Mylą się.
     Ich szepty, słowa, krzyki... Przeraźliwy potępieńczy wrzask i skrzek, skwierczenie niematerialnych ciał, jakby stanęły w ogniu. On je pochłania od środka, karmią się moim strachem i bólem, raz za razem uderzając moim sercem o nicość, pustkę. Czuję, że zaraz zwariuję! Ale to się nie stanie. Ja już jestem szalona.
     Niczym obłok czarnego dymu, wirują nade mną, skrzecząc me psychodeliczne imię. Bawią się mną, oblewają czarną krwią. Z moich ust wydarł się przeraźliwy wrzask. Chcę stąd uciec! Otwórzcie drzwi!
     Na kolanach, z włosami opadającymi na twarz, ubrana w biały, psychiatryczny kaftan, idę do drzwi. Ale One łapią mnie za nogi, za ręce, wyszarpują mi włosy. Krzyczę, a mój głos przypomina potępieńcze wycie. Upadam, lecz nie mogę wstać, nie pozwalają mi. Raz za razem ranią mnie, unosząc się nad mym ciałem. Ich puste, czerwone ślepia z pionowymi źrenicami i kły, ociekające mą szkarłatną krwią.
     Czołgam się, choć moje ciało mocno krwawi, krzyczę: pomocy! Ale nikt się nie zjawia, nikt nie otwiera białych drzwi. Uderzam w nie, błagam, aby mnie uwolniono. Na darmo. Opieram się o ścianę z idealnych kafelków, zsuwam się po niej, a one przypływają do mnie, by zadawać kolejny ból. Zaraz zwariuję! Ale to się nie stanie.
     Ja już jestem szalona.
     Nagle otworzyły się wysokie drzwi, jaskrawe światło wpadło do pedantycznie obrzydliwego pokoju psychiatrycznego. Uciekły, odleciały, wsiąkły w ściany, które są przepełnione ich wrzaskiem, ich krzykiem. Słyszę głos i sama krzyczę. Niech zostawią mnie w spokoju!
     - Siostro! Trzeba podać pacjentce kolejną dawkę leku. Numer trzydzieści sześć. Tak, to ta z zaawansowaną schizofrenią.
     Znów przyszli, by podać mi te obrzydliwe kapsułki z trucizną. Myślą, że mi pomogą. Mylą się. Znów są ludzie wokół mnie, nie potrafię zrozumieć żadnego słowa, patrzą na mnie. Potem wyszli, zamykając za sobą białe drzwi i gasząc światło. Pozostaję sama w ciemności, w powietrzu unosi się tylko cisza. Jestem sama, dopóki lek działa.
     Ale potem one wrócą. Wiem, że wrócą...
     Będą chłeptać moją krew, wymawiać me psychodeliczne imię. Plugawiąc je swą czarną krwią. Ludzie mówią, że jestem chora. Ale to nieprawda. Przecież nie jestem szalona...
Imloth (15:53)

Między wieżowcami [Imloth]

     "I będę stąpał po wodzie
     a ty mnie złapiesz jeśli upadnę
     i zagubię się w twoich oczach
     i wszystko będzie dobrze
     i wszystko będzie dobrze"
     ~ Lifehouse "Storm" (tłumaczenie)

     W oddali słyszę dźwięk. Symfonię dźwięków. Próbują przebić się przez barierę wokół mnie. Czuję, jak o nią uderzają, ale są zbyt dalekie. Wszystko tak szybko sunie. Światła rozpływają się, tworząc plamę, nie mogę ich rozpoznać, są zbyt dalekie...
     Słyszę tylko ciszę. Coś o nią uderza, próbuje się przebić. Nie wiem, co się stało. Najpierw światła, smugi, plamy... potem bolesne zimno. Nie wiem skąd się wzięło, ale nie przeszkadza mi, nie boję się go. Już po chwili to ja jestem odległa, setki kilometrów stąd. Lecę gdzieś po niebie, razem z gwiazdami. I już o nic się nie martwię.
     Tylko ten odgłos piszczących opon samochodu...

~~*~~

     Dźwięki powoli docierają do mnie, wreszcie przedarły barierę. Ogarnęła mnie kakofonia pisknięć, szumu, warkotu... Plamy stają się światłami, reflektorami samochodów, błyskami świateł sygnalizacyjnych. Słyszę stukot, wciąż rozlega się wokół mnie. Tępo patrzę przed siebie, jakby nie widząc migających mi przed twarzą aut, nie czując lodowatego powietrza, które igłami wbija mi się w policzki, dłonie... Jedynie patrzę i nie widzę, bo jestem myślami daleko stąd. Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że gdy znów je otworzę, będę miała pewność, że to tylko sen. Nie budzę się, wciąż stoję na tym brudnym chodniku miasta, które tętni życiem, będąc jednocześnie martwym.
     Odwracam twarz. Przed oczami migają mi sylwetki ludzi, rozmywają się w moich oczach. Wsuwam ręce do kieszeni czarnego płaszcza, by przestały drżeć, i idę, jak po szkle, po wodzie, jakbym się bała, że zaraz spadnę w otchłań. Stawiam każdy krok z mechanicznym wysiłkiem. Nie wiem po co idę, ale jestem świadoma, że gdy się zatrzymam, będę się zastanawiać, czemu stoję.
     Ludzie mijają mnie, a ja jedynie się zastanawiam - czemu się tak spieszą? Do kogo, do czego? Może mają powód, jakiś cel. Jestem ciekawa, co myślą i czego teraz pragną, ale wiem, że to zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą i nigdy się tego nie dowiem. Za chwilę miną mnie i znikną za najbliższym zakrętem. I już nigdy się nie dowiem... Dla nich nie istnieję, bo mnie nie widzą. Jestem jedynie cieniem. Nawet mnie nie zauważą, a ja wkrótce o nich zapomnę, ale nadal będę pytać samą siebie - a czego ty teraz pragniesz? Będę odpowiadać "nie wiem"...
     Widzę plamy, ledwie zarysy, wszystko znika pod moimi łzami. Przecież jeszcze przed chwilą nie miałam siły, żeby płakać. Czemu to robię? Przecież nie jest mi smutno. Tylko tak strasznie pusto... Jakby mi coś wydarto, jakbym ja sama coś sobie wydarła. Masochistka z ciebie; wciąż powtarzam w swoich myślach. Gdybym tylko wiedziała, co oni myślą.
     Nie zauważyłam, kiedy znalazłam się na środku olbrzymiego placu, oświetlonego tysiącami żarzących się lamp, ustawionych na tej brudnej ulicy. Zimno mi, więc okrywam się płaszczem, jak gdyby mnie to w ogóle obchodziło. Policzki bolą od zamarzniętych łez, nie dbam o to. Stoję jedynie pośrodku tego pustego placu. Po co? - będę się pytać w myślach, choć wiem, że i tak nie odpowiem. Rozglądam się dookoła. Nieliczni ludzie się gdzieś spieszą, pędzą, ale są i tacy, którzy tylko przysiedli na murku lub na ławce. Ot tak, po prostu. Słyszę jakiś dźwięk, oddalony ode mnie, nie rozumiem, co chce mi przekazać. Odwracam głowę, choć moje oczy już od dawna nie widzą. Ktoś do mnie podszedł, jakiś człowiek. Jego usta się poruszają, wydobywa się z nich pytanie, które brzmi jak "Kim jesteś?".
     Kim jestem? Nie wiem - chcę odpowiedzieć, ale moje usta są zmarznięte, nie wydobywa się z nich nawet najmniejszy dźwięk. Odchodzę, ze wzrokiem wbitym w ziemię, tym razem pełnym żalu i bólu. Kim jestem? - pytam samą siebie. Jestem nikim...; brzmi odpowiedź.
     Zimno uderza mnie swymi czarnymi, nieprzeniknionymi skrzydłami, jakby chciało stopić się z nocą, z czernią nieba nade mną. Światła żarzą się wokół mnie, kłując w oczy, jakby chciały mnie zaatakować. Już po chwili są jedynie jednobarwnymi plamami, wszędzie panuje cisza. Nie słyszę dalekich dźwięków, które próbują przebić się przez barierę mojego umysłu. Nie docierają do mnie, są za daleko. Są... za słabe.
     Idę, nie wiedząc czemu. Wiem jedynie, że jeśli się zatrzymam, będę pytała samą siebie, dlaczego stoję. Widzę jedynie brud niewyraźnego chodnika, a gdy unoszę głowę - tylko plamy, układające się w konstelacje gwiazd, na ciemnej płachcie nieba. Nie wiem czym są światła przede mną. Są tylko pojedynczymi iskrami, znikającymi pod taflą moich łez, które nie wiem, czemu płyną. Już nie czuję żalu, ani bólu. Tylko to przerażające zimno...

~~*~~

     Upadam. Z niebios, prosto na twardy, oblodzony beton. Lodowaty wiatr uderza swymi smugami w moją twarz, dłonie. Czuję jego chłodne języki na ciele. Tak bardzo mi zimno... Widzę tylko dwa, zamazane światła reflektorów samochodu. Ktoś krzyczy, ktoś płacze. To nie jestem ja, moje łzy zamarzły w oczach, które już nie widzą. Od dawna nie widziały.
     Leżę, nie martwiąc się, nie wierząc już w nic, i tylko zastanawiam się, czego teraz pragną ludzie wokół mnie, czego ja pragnę. Stąpać po niebie, jak po kruchym lodzie, jak po tafli wody, ale nie bać się, że spadnę w przepaść.
     Są wokół mnie, są ze mną, widzę ich twarze. Patrzą w moje puste, niewidzące oczy i pytają, kim jestem. I choć moje usta są zmarznięte, nie mogę nimi poruszyć, nie wydobywa się z nich żaden dźwięk, odpowiadam tą jedną myślą, wiedząc, że i tak nigdy jej nie poznają.
     Kim jestem? Patrzę w niebo, szukając odpowiedzi w konstelacjach gwiazd i tej smukłej smugi wiatru, która krąży nade mną. Jednak milczą, ale ja znam odpowiedź.
     Jestem nikim.
     Znów lecę, unoszę się setki kilometrów nad ziemią. Leżąc tak naprawdę na brudnej, mokrej ulicy wielkiego miasta, między wieżowcami. Już o niczym nie myślę, o nic się nie boję. Moje puste oczy nie wyrażają już niczego, w umyśle nie rozbrzmiewa żadne pytanie, jakakolwiek myśl... I jedynym, co widzę, są światła, lśniące na czarnej płachcie nieba. Są jednobarwnymi plamami migoczących gwiazd...

Imloth

24 grudnia 2011

Good night, pierwsza gwiazdko [Imloth]

24 grudnia 2011

Tsa, święta to zło. Za każdym razem, gdy o nich pomyślę, w moim umyśle pojawia się jedno pytanie, na które nigdy nie odnajduje się odpowiedź: "Kto to, kurwa, wymyślił?!". Także ten, jadę z kolejnym opowiadaniem. I wesołych świąt. Obyś, pierwsza gwiazdko, w tym roku skręciła sobie kark.
________________________
.Musik.
     W dźwiękach nieustającej, nocnej ciszy... szła dziewczyna. Ubrana zaledwie w zwiewną koszulkę od piżamy, zawieszoną na jej ciele jedynie dzięki cienkim ramiączkom, i szare, powycierane, dresowe spodnie. Była boso. Przeszła przez próg, wkraczając do prawie pustego pokoju, w którym unosił się zapach świątecznego drzewka. Choinki, którą dzień wcześniej ubierała.
     Rozejrzała się dookoła, ale niewiele mogła dojrzeć. Jedynym źródłem światła, był księżyc. Jego blada tarcza lśniła, rozsyłając srebrzystą łunę na boki. Z gracją wślizgiwała się przez okna, błądząc po drewnianej podłodze. Dziewczyna zamknęła oczy, wzdychając cicho. A więc był to tylko sen, nie ma go tutaj. To wszystko jej się przyśniło.
     Zrobiła kilka niepewnych kroków przed siebie, nie wiedząc, co właściwie chce zrobić. Był środek nocy, a więc to nie czas na spacery, powinna wracać do łóżka. Ale nie chciało jej się spać. Wiedziała, że jeśli tylko znów zanurzy się w miękkiej pościeli, nie zaśnie. Będzie przewracać się z boku na bok, a myśli nie dadzą jej spokoju. Dzisiejszej nocy płakała, poduszki przesiąknęły jej łzami.
     Uklękła przy choince, wpatrując się pustymi oczami w bombki, które musiały wisieć na kujących gałęziach drzewka. To był sens ich istnienia, nawet jeśli takiego nie chciały. Czasem chciałoby się po prostu przestać istnieć, jeśli nie ma się żadnego wyboru, wyjścia. Jeden maleńki ruch, jedno trącenie dłonią, a bombka spadła z gałązki i roztrzaskała się na podłodze. Odłamki posypały się wokół, tworząc barwną mozaikę.
     Ona jedynie patrzyła na nie niewidzącym spojrzeniem i zastanawiała się, czy też mogłaby się tak łatwo rozbić, roztrzaskać, ale przecież już ktoś zrobił to za nią. Szybko, bez zawahania. Tak łatwo przyszło mu rozbić jej serce...
     Podeszła do okna i otworzyła je szeroko. Zimno jej nie przeszkadzało. Oparła się o parapet, kładąc nań dłonie, i patrzyła. Niebo było pochmurne, a jednak, jak na złość, pierwsza gwiazdka znalazła sposób, aby wydostać się spod kopuły czarnego dymu.
     - Nienawidzę świąt... - szepnęła, niby sama do siebie. Chciała, aby gwiazda usłyszała jej szept. Ta jednak, niezłomna, wciąż trwała na nocnej płachcie nieba. - Nienawidzę świąt! - krzyknęła.
     Odpowiedziała jej tylko cisza. Znów zamknęła oczy i wspięła się na zimny parapet. Spojrzała w dół. To przecież tylko jedno piętro... Skoczyła.
~~*~~
     Zimno kuło ją w stopy, gdy stąpała po śniegu. Wcale nie był puszysty i biały. Był twardy, o odcieniu szarości. Pustym wzrokiem patrzyła na chodnik przed sobą. Ręce przemarzły jej do kości, nogi zdrętwiały. Już ledwo kroczyła, prawie nie miała sił, ale nie chciała wracać do domu. Powiedział, że przyjdzie, że będzie z nią. Obiecał. Przysiągł.
     Ale go nie było. Nie pojawił się. Czy naprawdę prosiła o tak wiele..? Ona chciała tylko wtulić się w niego w dzień wigilijny i powiedzieć, że pierwszy raz w życiu jest naprawdę szczęśliwa. Tylko tyle...
     Bolało. Serce, które popękało na tysiące kawałeczków, a każdy z nich stał się tak zimny, jak kawałek lodu. Szła betonowym chodnikiem, jak po szkle. Uważnie stawiała każdy krok, nie wiedząc, gdzie ścieżka ją zaprowadzi. Miała nadzieję, że na jej końcu znajdzie swój mały raj, gdzieś daleko. Więc szła.
     Mijała domy, sklepy. Wszędzie świeciło się światło. Dobiegały ją radosne głosy i śpiewy. Nie zwracała na nie uwagi. Kroczyła dalej, ubrana jedynie w koszulkę od piżamy i wytarte, dresowe spodnie. Drogę wskazywał jej blask księżyca, jak gdyby był jej przewodnikiem. Nie wiedziała już czego chce, zatrzymała się, zamknęła oczy. Zrobiła jeden krok do przodu, uniosła rękę do góry. I już po chwili tańczyła, wsłuchując się w melodię wiejącego wiatru, szumu drzew i stukotu łez, które spłynąwszy z jej policzka, uderzały o betonową ulicę.
     Nikt, żaden z ludzi, którzy przecież znajdowali się tak niedaleko niej, nie mógł jej zauważyć. Z daleka wydawała się cieniem. Może tylko niektóre dzieci mogłyby zauważyć w niej księżycową duszę. Lecz ona nie przejmowała się tym. Wirowała, a włosy rozwiewał jej wiatr. Jak zaklęta w nieustającym tańcu bólu i smutku. Wyciszyła swe myśli, zamknęła umysł. Zatrzymała się. Nie chciała tam wracać. Wiedziała, że jeśli tak uczyni, położy się na łóżku, pod miękką kołdrą, będzie wciąż przewracać się z boku na bok, a poduszki będą spijać jej łzy.
     Położyła się na śniegu, pod ciemnym niebem, wciąż patrząc na tą jedną gwiazdę, lśniącą na nieboskłonie. Chciało jej się spać. Więc usnęła. Sen przyszedł głęboki, otulając ją swymi ramionami. Już nigdy miała się z niego nie obudzić. Jej serce zamarzło, ale ona tego nie czuła. Wreszcie pierwszy raz mogła się w Niego wtulić i powiedzieć szeptem, że przecież jest szczęśliwa...
_______________________
Opowiadanie odzwierciedla moje uczucia i ostatnie wydarzenia.
Jeżeli Wam się nie podobało, albo Was nudziło, zamilknijcie. Nie piszcie komentarza. Good night, pierwsza gwiazdko.
Imloth (13:46)

15 grudnia 2011

W sercu małego Azylu [Imloth]

15 grudnia 2011

     In the house, in a heartbeat.
     Kuliła się w kącie, otaczana przez ciemność, kilka kroków dalej, zamieniająca się w półmrok. Te klika centymetrów dzieliło ją od pasma księżycowego blasku. Otoczona murem pustki, zamknięta w rogu przez samotność. Bo przecież o to właśnie prosiła.
     Czarne włosy, spływające kaskadą w dół, osłaniały jej głębokie lecz puste, niebieskie oczy. Szerokie źrenice, drgające lekko, wpatrywały się w smugę światła. Przecież nic nie zrobiła. Trwała nieruchomo, jakby bała się uczynić jakikolwiek ruch. Ramiona, niczym węże, oplatały jej maleńkie, dziecięce, ciałko, każąc jej zostać. Więc została.
     Cisza. Milczenie. Tylko to panowało w jej umyśle. Tylko to go wypełniało. Wszystko inne, cały żal, miłość, nienawiść... wypłynęły wraz ze łzami. Dawno, dawno temu. Nie pozostał po nich nawet ślad. Ani na jej twarzy, ani w jej sercu.
     Wzrok, nie wyrażający niczego, nawet najmniejszego uczucia, nie odbijający ani iskry światła, wciąż wbijany w podłogę. Błądził po niej język bladych promieni. Znów na dworze świeciło słońce. Oblewało złocistymi promieniami dach domu, okna, ale nie potrafiło wedrzeć się do środka. Grube, czerwone zasłony stały się kolejnym murem, a pokój twierdzą nie do zdobycia. Potem spadł deszcz.
     Krople dźwięcznie stukotały o parapet, jakby były zaklęte w nieustającym tańcu. Słyszała ich śpiew, ich głos, ich krzyk. Słyszała wszystkie szepty i wspomnienia, o których opowiadały. Mówiły o chmurach, których były częścią i o niebie.
     Zniknął deszcz, znów zapadła noc. Mrok ponownie zamknął ją w swych ramionach, kołysząc do snu. Wciąż śpiewał tą samą kołysankę... Ale nie mogła zasnąć. Coś wciąż przeraźliwie stukało, trzepotało się jak ptak zamknięty w klatce. Nasłuchiwała ze wszystkich stron, ale nie mogła zrozumieć, że ten dźwięk jest biciem jej serca.
     Bijącego w rytm oddechu ciszy.
~~*~~
     Kolejny krok w dół. Już ostatni. Wciąż powtarzała sobie w myślach, że przecież jeszcze tylko jeden... I będzie po wszystkim. Ale było ich coraz więcej. Jeden, po drugim. Koniec tonął w monotonii szarego korytarza, nie zwiastując niczym swojego nadejścia. Ciągłe skrzypienie upewniało ją, że jeszcze nie teraz. Aż w końcu poczuła miękkość pod bosą stopą i wiedziała, że wędrówka wreszcie się skończyła.
     Jej jaźń stłumiła uśmiech, który nieustraszenie cisnął się na małe, blade usta. Miała białą opaskę na oczach, która zasłaniała wszystko. Nie pozwalała nawet jednemu promykowi wślizgnąć się pod siebie. Dlaczego? Przecież raz mógłby ktoś ją odwiedzić...
     Tak jej się wydawało, lecz naprawdę nie było żadnej opaski ani delikatnego dywanu. Była tylko ciemność. I niekończące się schody.
~~*~~
     To był jej mały Azyl. Miejsce, w którym istniała od zawsze. Bała się go opuścić choćby na chwilę. Jednak nigdy nie chciała wejść do jego środka, gdzie przecież byłaby najbezpieczniejsza. We własnym milczeniu i pustce, która wciąż ją otaczała, przekroczyła ostatni próg. Zimno uderzyło, a ona poczuła je całym swoim ciałem.
     Nie była już małą dziewczynką. Była dużą dziewczynką.
     Te same krucze włosy, niegdyś jej ozdobą, teraz roztrzepane, potargane. Błękitne oczy wciąż wpatrywały się w podłogę. Ta odznaczała się bielą podczas, gdy wszystko wokół miało kolor pni drzew. Jednak nie było chropowate jak kora. Nie. Było gładkie i lśniło. Jak nóż.
     Dłoń zacisnęła się na czerwonej zasłonie, odcinającej ją od świata. Nie, przecież tatuś nie pozwala... Puściła. Odwróciła się od okna. To znowu on, diabeł, który kusił ją do złego. Tatuś będzie zły...
     Bo przecież on był jej małym Azylem. Tak jak dom, który ją więził. Nie mogła go opuścić...
~~*~~
     Kroczyła wolno, mając nieobecny wzrok. Nic nie mówiący. Błądziła w nim tylko pustka, delikatnie poruszając rozszerzonymi źrenicami. Plątała się w labiryncie nieskończonych korytarzy jej umysłu. Łzy już dawno zniknęły z oczu. Nie pozostał po nich nawet ślad.
     Usiadła w kącie. Znów otoczyła ją ciemność. Chciała odetchnąć z ulgą, gdy poczuła ją na skórze, lecz miała zamknięte usta. Jej jaźń je zamknęła. Na zawsze. Objęła się mocno ramionami, które nie pozwoliły jej wstać. Kazały zostać i czekać. Pragnęła coś powiedzieć, ale nie wiedziała co. Wbiła spojrzenie w pojedynczą smugę księżycowego blasku. Pełzała delikatnie po podłodze. Eteryczność była jej suknią.
     Dziewczynka postukała palcami o ramię. Próbowała wybić rytm spadających na parapet kropel zimnego deszczu. Lecz choć się starała, one wciąż zmieniały swą konstelację. Nie byłyby dobrymi gwiazdami. Nie... Słyszała ich szepty, głosy, krzyki. Ich tą samą, a jednak niezmienną piosenkę, której nie umiała powtórzyć.
     Nie wiedziała, że wciąż wystukuje rytm bijącego w jej piersi maleńkiego, kruchego serca... A potem... Była już tylko cisza.
Imloth (17:01)

4 grudnia 2011

Jesteście ciągle żywi, w dźwiękach ciszy. [Imloth]

04 grudnia 2011

Taa, to już drugie opowiadanie w tak krótkim czasie. Kiedy wstawiłam poprzednie? Haha, przedwczoraj. Przepraszam Was za to, musiałam. Jeżeli nie chcecie żebym zasiewała strony głównej swoimi bzdetami, to proszę, kopnijcie mnie mocno w dupę.
~~*~~
"Hello darkness, my old friend,
I've come to talk with you again,
Because a vision softly creeping,
Left its seeds while I was sleeping,
And the vision that was planted in my brain
Still remains
Within the sound of silence."
Simon and Garfunkel - "Sound of Silence"
~~*~~
.Music.
     Usłyszała plusk wody, gdy tylko kamień przeciął perfekcyjną taflę jeziora, niemalże brutalnie zakłócając panujący ład. Kręgi leniwie rozpłynęły się po powierzchni falującego lustra, jakby szukały spokojniejszego miejsca. Gdyby takowe w ogóle istniało. Bezchmurna noc właśnie rozpościerała swe skrzydła, pozostawiając jedynie delikatną łunę, tuż nad horyzontem, uwieczniającą ową chwilę w niemym wołaniu o jedno spojrzenie.
     Ona jednak kierowała je gdzie indziej. Patrzyła w niebo i myślała tylko o tym, jak bardzo każda z lśniących na nim gwiazd jest do siebie podobna. Przyglądając się jednej jedynej gwieździe, skrytej gdzieś w oddali i przyćmionej przez dziesiątki innych, trwała tak w bezruchu, a wokół brzmiała cisza. To takie dziwne, że spośród tylu migoczących punkcików, ona wybrała właśnie tę najbardziej niepozorną, najmniej widoczną. Czuła, a raczej wiedziała, że mają ze sobą więcej wspólnego niż którakolwiek z jej sióstr. Czy braci.
     Zamknęła oczy i westchnęła cicho. Chłód świszczącego wiatru dotknął jej rąk i policzków. Pomimo grubego, błękitnego golfu, objęła się mocniej ramionami. Skrzywiła się. Gdyby mogła tak przemienić się w gwiazdę. Taką samą jak tamta. Ledwie widoczną, maleńką i cichą. Nikt nie wiedział, nie zdawał sobie sprawy, ile sprzecznych ze sobą uczuć wywoływała w niej ta kula żarzącego się ognia, oddalona o setki tysięcy mil. To była ta sama gwiazda. Ta sama, którą widziała ze swojej polany...
     Mocniej zacisnęła oczy, szykując się na kolejną falę wspomnień i cierpienia. Ta jednak nie nadeszła, ale mimo to zaskoczenie nie pojawiło się w jej umyśle. Pierwszy raz to, co pamiętała, zdawało się być szare, wyblakłe i odległe, jak migoczące kryształki na granatowej płachcie nieba. Kiedyś widziała ją zupełnie inaczej. Była najjaśniejszą gwiazdą na szacie nieboskłonu. Teraz sprawiała wrażenie smutnej, żałosnej.
     Imloth właśnie za to kochała ją najbardziej.
     Przygarnęła ciemnobrązowe, faliste włosy bliżej szyi, żeby zimny wiatr nie mógł dostać się do jej nader wrażliwego ciała. W błękitnych oczach pojawiły się iskierki tęsknoty i lęku. Nie wiedziała, co się z nimi stało. Czy ich zabili?
     Pamiętała. Wszystkich. Od tamtego zdarzenia czas mijał, co krok niemiłosiernie wydłużając się. Miała wrażenie, że śni, a wciąż żywe wspomnienia powracają niemalże każdej nocy. Bała się zasnąć. Jednak teraz działo się coś dziwnego. Odkąd parę dni temu przybyła do Stada Nocy, jej koszmary były zamazane, niewyraźne. Jakby czegoś im zabrakło.
     Wiatr znów przywiał falę myśli o rodzinie, przyjaciołach i klanie. Dlaczego to tak wszystko musiało się potoczyć?, dręczyła się. Przecież skoro mieli umrzeć, to jaki sens miała moja miłość do nich, ich do mnie? Jaki sens miały przyjaźnie, skoro teraz siedzę tu i zastanawiam się, dlaczego i ja nie zginęłam?
     Kolejny kamień świsnął w powietrzu i znów, tak jak na początku, uderzył w wodę, rozpryskując jej krople wszędzie wokół. W tym samym momencie jej myśli rozwiały się, pozostawiając jedynie pustkę umysłu i głęboki żal w sercu.
     Pozostały jedynie dźwięki rozbrzmiewającej, nocnej ciszy...
Imloth (00:01)

1 grudnia 2011

"Najstraszniejsze jest to, czego nie widzisz..." [Imloth]

01 grudnia 2011

Dobra, wrzucam pierwsze opowiadanie. Wiem, że pewnie nikt go na razie nie przeczyta, bo jestem tu od... yy... pięciu godzin bodajże o:' Ale co tam. Nie zmuszam. Opowiadanie dość psychodeliczne. Przynajmniej takie miało być.
~~*~~
.Music.
     Silence.
     Kroczyła po osnutej mrokiem polanie. Nawet blask księżyca zdawał się nie istnieć, czarne chmury przesłoniły gwiazdy. Niematerialna srebrna wstęga bezszelestnie próbowała przebić się przez płynącą po niebie kopułę. Lisica stawiała łapy tak lekko, jakby się bała, że ziemia nagle popęka niczym szkło. Futro czesał ledwie wyczuwalny wietrzyk. Powietrze, z pozoru czyste, przesączone było zapachem śmierci i niepokoju.
     Najstraszniejsze jest to, czego nie widzisz...
     Wciąż szła dalej, nie wiedząc czym była siła, która pchała ją do przodu. Czuła się tak otępiała... Dobiegł ją wysoki, kobiecy śmiech, dochodzący zza niej. Skuliła się na jego dźwięk, a sierść na karku zjeżyła się. Powoli obróciła swe niewielkie ciało, tak jakby sprawiało jej to ogromną trudność. Za sobą nie ujrzała jednak nic... Zastrzygła uchem. Kątem oka dostrzegła ruch. Zwróciła pysk w tamtą stronę.
     Boisz się, bo nie wiesz, z czym walczysz...
     Po polanie kroczył cień. Choć wcale nie dotykał ziemi. Jego nogi unosiły się tuż nad wypalonym gruntem, obsypanym popiołami dawnych roślin. Był cały czarny, miał kształt jelenia, o czaszce zamiast głowy i pustych oczodołach. Zdawało się, że otacza go tylko ciemność. Zadrżała, jej źrenice zwężyły się. Istota zrobiła kilka kroków naprzód, po czym przystanęła, pochyliła głowę i zaczęła gryźć resztki trawy. Lisica poczuła głód. Straszliwy, rozrywający głód. Schyliła się i starając się zignorować ohydny smak, zaczęła jeść. Jadła łapczywie, wiedząc, że więcej nie dostanie takiej okazji.
    
     Silence...
     Chrupnęło. Zacisnęła powieki, próbując pogryźć kęs, który właśnie wzięła do pyska. Jednak nijak nie dał się pogryźć. Otworzyła ślepia i wypluła to, co miała w pysku. Jej wzrok zogniskował się, a zniechęcenie zastąpił strach.
     Na brudnej ziemi, tuż pod jej łapami, leżał szkielet. Kości małego lisa. A kawałek, który miała w pysku, okazał się być kością. Polanę rozdarł pisk. Odskoczyła od szczątków zwierzęcia, kierując swój wzrok ku cieniowi. Uniósł łeb i spojrzał w jej stronę. Stał w bezruchu, wpatrując się w nią.
     Ale one wiedzą, jak walczyć z Tobą...
     Nagle zapadła cisza. Wiatr przestał wiać, drzewa szeleścić. Nagle demon otworzył swój kościany pysk, a z jego gardzieli wydobył się potępieńczy ryk, który przedarł ciszę. Dźwięk był tak kaleczący, że lisicę przybiło do ziemi. Wiła się i piszczała, chcąc jedynie, by na powrót wszystko umilkło.
     Dźwięk ucichł, zastąpiony innymi. Zewsząd dobiegały ją głosy. Mrożące krew w żyłach, ciche, skrzeczące głosy, zamknięte w upiornym półszepcie. Podniosła się gwałtownie, rozglądając wokół. Ale nic nie zobaczyła. Żadnych istot, nawet cienia. Poczuła miękkość trawy pod łapami, usłyszała szum wiatru i szelest liści. Odetchnęła z ulgą. Odwróciła się, by zawrócić.
     Stanęła pyskiem w pysk z cienistym demonem, którego widziała wcześniej. Znów pisnęła, cofając się o kilka kroków. Tym razem poszedł za nią, a w jego bezdennych oczodołach płonęły dwa trupie płomyki.
     Boisz się, bo nie wiesz, co to jest...
     Cień zatrzymał się tuż przed nią. I patrzył. A ona wokół siebie słyszała tylko potępieńcze wycia wiatru. Zacisnęła ślepia i wtem poczuła znany sobie zapach. Woń futra i skóry swoich pobratymców. Na jej pysk wypłynął uśmiech, znów spojrzała na wszystko, ale nie zobaczyła tego, czego się spodziewała. Tym razem jęk uwiązł jej w gardle.
     Spośród drzew, krzewów, spod ziemi... wyłaniały się postacie innych lisów. Całe czarne, spalone, pokrwawione... Bez pysków. Z bladoszarymi maskami. Zawirowało jej w głowie.
     Strach jest zabójcą...
     Kroczyły po polanie, wyjąc, zawodząc do księżyca, którego nie było. Drapiąc ziemię, która nie istniała. Oddychając zatrutym powietrzem, w którym unosił się smród trupów i męczeństwa. Napawały się nim, jej strachem, a ona leżała skulona na ziemi jak sparaliżowana.
     Błagała w myślach, żeby wszystko nagle zniknęło, żeby się skończyło. Choć nie wiedziała do kogo to mówi, miała nadzieję, że ktoś ją usłyszy.
     Pustka, nicość, strach...
     W jednej chwili wszystko zniknęło. Drzewa, polana, chmury, niebo, demony. Został tylko księżyc, a jego blask padał prosto na drobne, czarne, wijące się ciałko. Wkrótce on także zniknął. Została tylko Ona i otaczające ją demony. Leżała na białym, kamiennym podłożu. Wszystko jaśniało bielą. Jak w ciasnym, nieskazitelnym pokoju psychiatrycznym, bez drzwi, okien, klamek, o marmurowych kafelkach. Demony spłoszyły się. Zaczęły nerwowo tupać łapami i kopytami.
     Ciszę wypełnił odgłos sypiącego się gruzu, ziemia się zatrzęsła. Lisica otworzyła ślepia i wstała. Zobaczyła jak cienie odwracają się i uciekają. A ona stała i nie mogąc uwierzyć, patrzyła jak krawędź osypuje się jej spod łap. Spadała w dół, w nicość.
     W nieistniejącą przepaść, nieistniejące miejsce, które było jedynie częścią jej umysłu. Jedynie koszmarnym snem...
     ... Silence.
Imloth (20:56)